wtorek, lutego 08, 2011

181. Upajam się

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Upajałam się. Upajam się. Za godzinkę przestanę.

Upajam się tęsknotą. Chatka lśni i czeka. Kudłata też jakaś poruszona, jakby wiedziała. Czekamy obie na Sadownika. Tęsknota przeradzająca się w czekanie, które ma swój określony kres, to fantastyczna rzecz. Pławię się w niej z ogromną przyjemnością.

Dziś byłam na obronach. Bronił się student, którego pamiętam z pierwszego roku jako taką sierotkę Marysię w męskim, naprawdę makabrycznym, wydaniu. Oniemiałam, patrząc jak prezentuje swoją pracę. Co mogą zrobić z człowiekiem trzy lata! Cudownie było patrzeć jak pięknie się zmienił, jaką fajną, przebojową osobą się stał. Czas... magiczny przyrząd do zmieniania nas na lepsze — tylko używać i w żadnym razie nie martwić się o zmarszczki. W końcu te mimiczne świadczą tylko o bardzo udanym życiu, w którym śmiejemy się i uśmiechamy często a nie tylko troszkę, jak na lekarstwo.

Od patrzenia na umytych, ogolonych i w gajerkach studentów zatęskniłam jeszcze bardziej za moim Garniaczkiem, który stanie w drzwiach już niedługo...

sobota, lutego 05, 2011

(179+1). To nie bajka, to zakaz płaczu

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

I pomyśleć, że to moja ostatnia wolna sobota w tym miesiącu. Sadownik „wyjechany”. Do lasu nie, bo chlapa. Do parku rzadziej, bo bajka. Nie pozostało nic tylko uciec z bajkowego w filmowy świat. Wyjęłam z archiwum jeden z moich ulubionych filmów (Książę Przypływów) z moją ukochaną aktorką. Uwaliłam się wygodnie i obejrzałam od deski do deski delektując się prawie każdą sceną.

Przy okazji tego łóżkowego pokazu dowiedziałam się, że w Przytulisku jest całkowity zakaz płaczu. Nie można płakać nawet na filmie. Poryczałam się jak zwykle w dobrze znanych miejscach. Nie miało kompletnie żadnego znaczenia to, że oglądałam ten film nasty raz. Ryczałam a Heńka z uporem maniaka pocieszała. Nie pomogło tłumaczenie, że to tylko filmowa fikcja. Pocieszanie i prośba o przestrzeganie zakazu były realne.

Barbra Streisand,
Places that Belong to You.

179. Bajka o zasranym świecie

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Dawno, dawno temu... czyli wczoraj... cały świat pokryty był śniegiem. W nocy, z nieudanej balangi wracała wkurwiona, zła wróżka i zabrała wszystko, cały śnieg. To, co wylazło spod śniegu woła o pomstę do nieba. Świat pieprzonych wielbicieli zwierząt!
(1) Wszędzie psie kupy.
(2) Wszędzie suchy, spleśniały już, chleb dla ptaków.

Kudłata w przeciwieństwie do mnie uwielbia każdą bajkę, byle opowiadaną na dworze.
Ad. 1. Wciąż uśmiechnięta ma chyba wbudowany wykrywacz produktów psiej przemiany materii --- nigdy w nic nie wdepnęła. Ja wręcz przeciwnie --- będę miała chyba cholerne szczęście, bo zaliczyłam dziś ze cztery kupska.
Ad. 2. Heńka, oczywiście, doskonale pamięta, gdzie suchy chleb pojawił się choć raz. Ja, pozostając bez pamięci w tym względzie, marzę by nie skończyło się u weta.

W tej nędznej bajce, to ja jestem najczarniejszym charakterkiem, co nie umie cieszyć się życiem. Wybiłabym każdego niby-wielbiciela, który nie sprząta po swym pupilu. Wytłukłabym tych, co myślą, że suchy chleb to dobroć ludzkiego serca darowana ptakom. A niech to...

...a Heńka na to:
     — Ulżyło, jak sobie popisałaś?
     — Trochę.
     — To co, idziemy na dodatkowy spacer?
     — Mowy nie ma.
     Dałam Cholerze suszony świński nos. W końcu to nie jej wina, że musimy troszkę pożyć w tej bajce...

piątek, lutego 04, 2011

178. Damski terror

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

     — Na spacer?
     — Przecież dopiero co wróciłyśmy.
     — Bo... bo spacer dobrze by ci zrobił.
     — Za jakiś czas.
     — To może gryzak?
     — Dostałaś wczoraj, poszukaj go sobie.
     Po chwili Kudłata wraca z miną nieszczęśliwca i stwierdza:
     — Nie mogę znaleźć.
     — Zapamiętaj, w tym domu mistrzostwo świata w kategorii szukania bez sukcesu to mam ja.
     — Mistrzyni, to może spacer?
     — Nie pytałaś mnie o to minutę temu?
     Są pytania, na które Heniuta nie zwykła odpowiadać, których nie chce nawet rozumieć, więc szybko zmienia temat na jedyny słuszny:
     — Naprawdę, jakaś blada dzisiaj jesteś. Pomyśl... spacer to dobry pomysł...
     Jabłoń już tylko jęknęła.
     — Już wiem! Dłuuuuugi spacer to byłoby najlepsze dla ciebie lekarstwo.
     — Nie zauważyłaś, że wieje, leje i jest zimno?
     — To ty już nie chcesz rosnąć na deszczu? — zapytała ze zdziwieniem Kudłata.
     — Nie, Heniu, już nie.
     — To chodź, pójdziemy na dwór wyrzucić smutki z twoich kieszeni, duszy i serca.

Poszły,
wyrzuciły,
wróciły,
idą poczytać w łóżku.
Amen.

czwartek, lutego 03, 2011

(173+4). Ćwiczenie z synchroniczności

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Nie wiedzieć czemu, Świat Książki przypomniał sobie, że mógłby wydać po polsku Mitcha Alboma „Wtorki z Morriem”. Gdy w niedzielę zobaczyłam tłumaczenie na półce w księgarni, ucieszyłam się, że jedna z moich ukochanych książek doczekała się polskiego przekładu, a potem... obsunęło mi się nieznacznie oko z ulubionej okładki i... radość była jeszcze większa, bo wyszedł również tytuł tego samego Autora, którego nie znałam. Oczywiście, że kupiłam! Wczoraj zaczęłam, dzisiaj na kawie z Heńką skończyłam. Ciekawe, że religie różnych maści prawie w jednym czasie trafiają do moich rąk. To się nazywa synchroniczność — zasada wszechzwiązku zdarzeń — do egzaminów opanowana teoretycznie, ćwiczona teraz w praktyce. Na „smaka”, m.in. dla AfternoonTea, poniższy cytat. Aż mi szkoda, że mam tę książkę za sobą:

     — I co, rozwiązaliśmy już tajemnicę szczęścia?     — Zmusiłem się do uśmiechu.
     — Chyba tak — odparł.
[Rabin Albert Lewis]
     — Powiesz mi
?
     — Tak. Gotowy
?
     — Gotowy.
     — Bądź zadowolony.
     — Tylko tyle
?
     — Bądź wdzięczny.
--- Tylko tyle
?
--- Za wszystko, co masz. Za miłość, którą dostajesz. I za to, czym obdarzył cię Bóg.
     — To wystarczy
?
Spojrzał mi w oczy i głęboko westchnął.
     — To wystarczy.

Mitch Albom, Miej trochę wiary,
Świat Książki, Warszawa 2011.

Kudłata chyba tajemnicę szczęścia ma dodatkowo wypisaną na mordce, zawsze szczęśliwa, zadowolona... Niemałym przywilejem jest posiadanie Takiego Psa — zawsze przypomni, co w życiu ma największy sens. :)

środa, lutego 02, 2011

176. Jeden dzień w Raju

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

1. Spacer do lasu --- był.

2. Heniutka ucząca się podróżowania tramwajem --- nie zdarzyło się, bo... Kudłata zaskoczyła mnie ogromnie... jeździ, jakby całe życie spędziła w środkach komunikacji miejskiej.

3. Kawa w Wayne’sie w towarzystwie Heńki i jej marzeń sennych --- było i... Sierściuch nie marnował czasu, ma już tam swoich wielbicieli. Starsi Państwo pytali, czy będziemy jutro.

4. Kudłata w Wayne’sie zaspokajała swoją dziecięcą potrzebę spania pod fotelem --- pod domowym nie mieści się od wielu, wielu miesięcy. Zaskoczyłyśmy kilkoro ludzi, którzy zauważyli psa dopiero podczas naszego zbierania się do domu, gdy spod fotela wynurzyło się 35 kilo czarnego, zachwyconego ludzkością psa.

Nudno, prawda? Może dlatego większość nie pcha się do Raju...

wtorek, lutego 01, 2011

175. Semestr się skończył, czas zacząć naukę

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Moja Babcia, gdy kończył się rok szkolny, brała się za edukację swoich wnuków. Każdego dnia mieliśmy dyktando. Jestem wnuczką swojej Babci i jej krew buzuje w moich żyłach. Skończyło się duszenie studentów (dziennych), to zaczęło się uczenie Heńki. Dzisiaj, odkurzony kantar na dziób Psia Piękność dostała. Zachwytu nie było, ale w końcu dyktanda też mnie nie zachwycały.

Przypominałyśmy sobie podróżowanie środkami transportu publicznego. Wsiadałyśmy, wysiadałyśmy co dwa przystanki. Zachowując się z gracją i wdziękiem jedynej takiej pary Dusz na Świecie przemierzałyśmy trasę do miejsca docelowego naszej dzisiejszej lekcji. Trafiłyśmy na kawę do Wayne’sa, gdzie Kudłata wzięła pierwszą lekcję zachowywania się w miejscach publicznych, które nie są parkami, ogródkami knajpianymi. Były też nagrody, ja miałam kawę, a Kudłata suszony kawałek krowiego żwacza. Będziemy tak ćwiczyć cały luty.

Jak to dobrze, że są miejsca przyjazne psom. Jak to dobrze, że jak zwykle miałyśmy szczęście do życzliwych ludzi. Nie będę pisać, że Kudłata znów otworzyła kilka ludzkich serc rozczulając mnie tą działalnością bezgranicznie...

(173+1). I po…

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Mam alergię na Trójcę Świętą i wszelkiej maści katolicyzm. Po prostu dziękuję bardzo. Gdybym więc przeglądała „Chatę” w księgarni i natknęła się na słowo Jezus, natychmiast bym tę książkę odłożyła. Siła Wyższa wiedziała, że właśnie tak by było, więc załatwiła sprawę z Silną Delikatnością i dzięki Niej książka wylądowała w moim domu.

Przeczytałam. Wykorzystane wątki religijne (np. chodzenie po wodzie) nie zachęcają do czytania, ale pewne fragmenty, jak perełki zachwyciły moją Duszę:

(1) Ile wynosi całka z Boga? Matematyka i obraz Boga:

Problem polega na tym, że ludzie starają się zrozumieć, kim jestem, biorąc najlepszą wersję samych siebie, podnosząc do n-tej potęgi, dodając całą dobroć, jaką potrafią sobie wyobrazić, czyli często niewiele, a uzyskany wynik tych operacji nazywają Bogiem.

(2) Zbiorowej nieświadomości rąbek. Zachwycił mnie ten pomysł swoją przewrotnością:

--- Czy ja wariuję? Mam uwierzyć, że Bóg jest wielką czarną kobietą z osobliwym poczuciem humoru?

Wierzył [Mack], że Bóg jest Duchem --- ani mężczyzną, ani kobietą --- ale teraz z zakłopotaniem musiał przyznać się przed samym sobą, że do tej pory Stwórca był w jego wyobrażeniach biały i raczej męski.

(3) Jung by się ucieszył, że i Tata (Bóg-kobieta) podziela jego poglądy:

--- No więc, Skarbie, co ci się śniło ostatniej nocy? --- zapytała Tata rozstawiając talerze. --- Sny bywają ważne, wiesz. Czasami działają jak otwarcie okna i wpuszczenie świeżego powietrza.

(4) Sedno moich pogaduch z Brrr... tylko nie wiem, które z nas widziałoby bałagan, a które fraktalną piękność:

Tobie wydaje się, że panuje tu nieład, natomiast ja widzę tworzący się, doskonały wzór... żywy fraktal.

(5) Filozoficznie, życiowo a może nawet pragmatycznie:

Wybaczenie to nie zapomnienie, Mack. Chodzi w nim o to, żeby puścić czyjeś gardło. (..) Wybaczenie nie oznacza nawiązania stosunków. (...) Wybaczenie jest przede wszystkim dla ciebie, dla wybaczającego. Pozwala ci uwolnić się od czegoś, co zżera cię żywcem, niszczy wszelką radość i zdolność do kochania. (...) Wybaczenie, w żadnym razie nie oznacza, że masz zaufać temu, kto cię skrzywdził.

Źródło wszystkich cytatów: Young W. P., Chata,
Nowa Proza, Warszawa 2009.

poniedziałek, stycznia 31, 2011

173. Silna Delikatność

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Myślę o Niej od środy, gdy po prostu mnie „zastrzeliła”. Spadła jak z nieba, na początku semestru, który w zeszłym tygodniu się zamknął. Nie musiała chodzić na moje zajęcia, ale chodziła. Pilniejsza od niejednego mojego studenta czy studentki.

Przez połowę semestru zastanawiałam się, czy coś zyska na tych zajęciach, czy weźmie dla siebie coś, co mogłoby się Jej przydać w dalszej pracy. A może… wtrącał się dbający o mnie zawsze i wszędzie mój wewnętrzny Krytyk… straci tylko czas?

Na szczęście nie traciła czasu, choć mój wewnętrzny Krytyk pozostawia sobie wciąż kilka procent niepewności w tym względzie.

W zeszły wtorek, w ramach dziękuję, co zabiło mnie ogromnie, bo studenckie „acha” jest już dla mnie wystarczająco wielką nagrodą, otrzymałam od Niej książkę. Właśnie dlatego od zeszłego tygodnia widzę w niej nie tylko delikatność, ale również siłę. Większość ludzi nie znajduje odwagi by kupić mi książkę. To, co ich hamuje to często myśl, że albo książkę-kandydatkę już mam, albo wcale jej nie chcę. I proszę… Silna Delikatność po prostu mnie zastrzeliła pomysłem i wykonaniem.

Patrzyłam na tę książkę przez wiele dni tęsknym okiem. Marzyłam, by już po egzaminach usiąść i poczytać coś innego niż lektury egzaminacyjne, nie na akord, tylko dla czystej przyjemności. Zaczęłam wczoraj i już nie mogę się powstrzymać, by nie umieścić fragmentu, choć najgorsze i najlepsze w tej książce wciąż przede mną:

Znacie to miejsce, gdzie człowiek jest sam… i może jeszcze Bóg, jeśli w niego wierzycie. Oczywiście Bóg może być w nim obecny, nawet jeśli w niego nie wierzycie. To do niego podobne.

Young W. P., Chata, Nowa Proza, Warszawa 2009.

Delektuję się i nie śpieszę. Między rozdziałami myślę o Silnej Delikatności. Mam ogromne szczęście do ludzi wokół mnie.

wtorek, stycznia 25, 2011

172. Wizyta Kłapouchego

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wczoraj było smutno, nawet bardzo smutno. Nie wiedzieć skąd, pojawił się Kłapouchy. Usiadł w pustej już sali na wolnym miejscu i wlepił we mnie swoje smutne oczy.
     — Porobiło się, co? — Powiedział.
     — Porobiło się.
     — I co?
     — A co ma być Kłapouszku?
     — Myślałem, że wiesz.

Zapadła znacząca cisza. Nie wiedziałam, dlaczego miałabym wiedzieć.

Gdy po chwili podniosłam się, by wyrzucić kubek po kawie z automatu, osiołek krzyknął:
     — Ty nie masz „chwaścika”!
     — Nie mam. Nigdy nie miałam. — Odpowiedziałam zdziwiona.
     — Ale wszyscy mają! — Ożywił się ponad wszelką swoją normę Kłapouchy. — Jak możesz żyć bez chwaścika?! To sens istnienia! Bez tego jesteś nikim! Pamiętam, jak mój chwaścik się zagubił, to była tragedia…

Zatroskany Kłapouchy dreptał za mną prawie cały dzień, dając dobre rady, racząc mnie normami udanego życia społecznego, wtajemniczając w podstawy konstrukcji dobrego istnienia. Skąd on taki mądry nagle się zrobił? Powlókł się paskud jeden za mną nawet do kawiarni, w której w poniedziałki zwykle czytam między jednym zajęciem a drugim. Z jego nieustającym posapywaniem nad marnością „mego żywota bez chwaścika” w tle, nie dało się skupić na czytaniu. Ba, nie dało się żyć! Sens życia powiedział: to ja spadam, maleńka, kiepskie towarzystwo. W samotności sączyłam herbatę i ze łzami w oczach gapiłam się na zdjęcia, które wiszą w kawiarence.

Pewnie całkiem marnie zarysowałby się całokształt dwudziestego czwartego stycznia, gdybym nie przeczytała przewrotnego zdania w zeszycie mojej Pacjentki (z jej notatkami):

Żyj
dla przyjemności,
szczęścia,
radości
i śmiechu
.

Wrócił mój uśmiech. Kłapouchy nie byłby zadowolony z takiego obrotu spraw. Wracałam do domu bez niego...

sobota, stycznia 22, 2011

171. Odkrycie 4 nóg i 4 łap

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Każdy musi czasem odpocząć od ludzi, świata, pracy, książek, planów, marzeń. Fakt. Zwykle każdy doświadcza tego na swój własny sposób. Mają tak nie tylko ludzie.

Na jesieni Pan Park obwieszcza: nie chcę żadnych wózków dziecięcych, ludzi polegujących na ławkach, won! Mam dość! Wtedy pada i pada. Jedyne co wówczas jest jeszcze akceptowane przez owego Dżentelmena to uśmiechające się psy. Przychodzi jednak taki moment, że Pan Park musi odpocząć od wszystkiego, gotów sobie wmówić, że w zasadzie to ma alergię na sierść. Wtedy z pomocą przychodzą roztopy. Przez dwa tygodnie nie dało się wejść do parku, nawet Noe miałby nie lada kłopot.

Chandra Panu JużNiedługoSięZazielenięNadzieją jednak minęła i od dwóch dni mamy znów piękną zimę. Pan Park z otwartymi ramionami znów zaprasza czworonogi. Śnieg pokrywa to wszystko co spod wody zaczynało wyłazić. Do dziś Pan Park był dla nas jedną z granic miejskiego, kudłatego poznania. Zachciało się nowego.

Zarządzono. Śniadanie. Doczytywanie rozpoczętych rozdziałów. Buciki. Kurteczki. Czapeczki. Smakołyki i poszli! Całym Stadem. Wcale nie daleko.

Inny Świat czekał prawie na skraju wspomnianego, już niedepresyjnego, Parku, który przy okazji odwiedziliśmy na dobry początek. Przeszliśmy przez skrzyżowanie sąsiadujące z Panem Parkiem. Kupiliśmy kawę na stacji benzynowej. Wykonaliśmy pięć kroków w stronę działek i otoczył nas nieznany nam dotąd Świat. Bez ludzi, z ciszą, ze śniegiem i szaloną liczbą gałęzi, które sobie Heniutka nosiła, łamała i porzucała. A potem był już tylko Las. Nie miałam pojęcia, że mamy zjawisko zwane lasem na wyciągnięcie ręki. Dwie godziny minęły nie wiedzieć kiedy. Gdy wróciliśmy szczęśliwa Kudłata padła jak kawka, więc poszliśmy na kawkę poczytać, pouczyć się, pożyć trochę bez psa.

czwartek, stycznia 20, 2011

170. Wyczyny kuchenne Jabłoni zaktualizowane

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Stało się. Przez Heńkę, oczywiście.

Tydzień temu Pani Perki podarowała Kudłatej dobry kilogram okrawków cielęcych. Ponieważ panienka mięcho miała, Jabłoń włożyła spore zawiniątko do zamrażalnika. Dziś przyszedł sądny dzień by przy użyciu tego odmrożonego a następnie ugotowanego mięska wydłużyć listę rekordów Jabłoni. Potrzebna była tylko iskierka pomysłu.

Lista wyczynów do dziś rano:
1. Gotowanie mleka w czajniku elektrycznym. Odkryta grzałka pokryła się kożuchem, który wcale nie chciał sobie pójść.
2. „Odmlecznianie” grzałki w czajniku poprzez gotowanie w nim wody z CIFem. Polecane, gdy chce mieć się powód do mycia podłogi --- tworzy się cudna piana, która ucieka z czajnika migiem.
3. Suszenie wełnianych kolanówek w piekarniku, bo dziś mają być te a nie żadne inne. Nie wiedziała Jabłoń, że kolanówki w miejscach szycia są potraktowane nicią, która się rozpuszcza w wysokiej temperaturze.
4. Maszynka do mięsa utknęła, gdy Jabłoń wrzucała do niej cukier (tak było przykazane w przepisie), tyle że dorzucała szybciej, bo taki fajny dźwięk wydawała maszyneczka. Skąd mogła Jabłoneczka wiedzieć, że to był jęk rozpaczy mechanizmu a nie rozkosz działania.
5. Gdy już maszynka do mięsa otrzymała drugie życie, Jabłonka zagadała się i włożyła w bebechy mechanizmu mielącego łyżkę. No cóż, Sadownik był rad, że nie palec. Maszynka już nie zmartwychwstała.

Dziś do tej zaszczytnej listy należy dodać:
6. Jabłoń dostrzegła, że mięsko jest miększe niż warzywa i... wywnioskowała... i... przemieliła gotowanego cielaka w skrawkach używając do tego maszynki z warzywnymi tarkami. Super pomysł. Poznawczo Jabłoń jest do przodu, w końcu rozumie czasownik „zapchać się”. Jest i cena, ręka oplasterkowana --- Sadownika nie było, a trzeba było „odetkać”.

W sumie wina i Kudłatej, i Sadownika! Kudłatej, bo jest. Sadownika, bo go nie ma. W delegacji i nie mógł osobiście wydobyć Drzewka z tarapatów. Trudno jednak nie nadziać się na pytanie: skąd Jabłoń bierze te pomysły? Zupełnie zabrakło słów, by utworzyć osobny tag dla takich wyczynów, bo Jabłoń utrzymuje, że ona, jak zwykle, tylko dobrze chciała i logiki używała. Czy ktoś już powiedział, że logika w kobiecych rękach może być narzędziem niebezpiecznym dla otoczenia?

wtorek, stycznia 18, 2011

169. Spotkanie z czarującymi mężczyznami

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wczoraj.
Kawiarnia,
(zanim polecę do mojej pacjentki),
dzbanek dobrego Earl Greya
i... książka w łapkach:

Mam pewną skromną receptę, którą podsuwam przyjaciołom pytającym mnie, jak żyć, aby nie obudzić się pod niewłaściwą ścianą. Radzę im, żeby szli za własną błogością, bez względu na to, jak wygląda ich autentyczna błogość wewnętrzna, jak wygląda poczucie harmonii. A jeśli zboczymy z kursu --- co jest nieuchronne --- i stwierdzimy, że jesteśmy na błędnej drodze, cofnijmy się, postarajmy odnaleźć właściwą drogę, odkryć błogość. Nawet ludzie w wieku średnim, którzy znaleźli się u szczytu drabiny i odkryli, że ta stoi oparta o niewłaściwą ścianę, powinni się zastanowić, jak wygląda ich błogość wewnętrzna. Może to wędkowanie? W porządku, w takim razie kup sobie wędkę. Czymkolwiek jest ta błogość, należy do niej dążyć! I wówczas zaczynamy ją odczuwać.

J. Campbell, Kwestia bogów,
Santorski & Co, Warszawa 1994.


i... wspaniała piosenka,
którą dzisiaj po słowach tekstu odnalazłam
(Burt Bacharach, Raindrops Keep Falling On My Head):

Burt Bacharach, Raindrops Keep Falling on My Head.

imoja błogość,
iwdzięczność za życie, które mam z tymi, którzy chcą je ze mną dzielić.

168. Nareszcie zeżarła!

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Od czasu jak choruje, Heńka łaskawie, z dobroci serca, w drodze wyjątku, zjadała co najwyżej ¼ dobowej porcji. Nie pomagało dokładanie dodatkowego mięska. Wzięliśmy się dzisiaj na sposób biorąc pod uwagę fakt, że pewne zachowania Niuty (skrót od Heniuty) pozostały jednak niezmienione chorobowo.

Otóż, nawet jeśli w najbardziej odległym zakątku Przytuliska śpi Kudłata snem sprawiedliwych, to i tak nie ma to żadnego wpływu na jej reakcję na dźwięk rozpoczynającego się rytuału --- „oddech” otwieranego jogurtu. Jeśli bowiem w drugim końcu naszego lokum otwierany jest pojemnik zawierający jogurt czy śmietanę, Kudłata w tempie natychmiastowym wyrywa swą duszę ze snu, zrywa się na równe nogi i melduje swój pysk na posterunku, pół metra od szczęśliwca trzymającego w dłoniach jogurtowy pojemniczek. Siada prezentując najszlachetniejszą formę siadu psiego. Konsument pałaszuje powolutku, łyżeczka za łyżeczką, zostawia jednak trochę na dnie, by na koniec dać Heńce do wylizania. W ten sposób następuje przemiana śliniącego się psa, który o dziwo umie skupić swoją uwagę na jednym punkcie przez dłuższą chwilę, w psa szczęśliwego do granic możliwości.

Dziś rano zmądrzeliśmy. Zamiast łyżki twarogu, do karmy dodaliśmy tylko pół, dokładając za to dwie łyżki jogurtu naturalnego i… łyknął Potwór haczyk. Po raz pierwszy od przeszło tygodnia zobaczyliśmy lśniącą pustkę w misce. Widok wyborny!

poniedziałek, stycznia 17, 2011

(146+21). Odkrycie zdrowiejącego chronika

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Gdy po raz pierwszy pomyślałam o moim kręgosłupowym zdrowieniu jak o wychodzeniu z nałogu pobiegłam do księgarni i kupiłam książkę, która korespondowała z tematem uzależnienia. Im dalej brnęłam w kolejne dziesiątki przeczytanych stron, tym bardziej opadała mi szczęka. Chyba nie przesadzę, gdy napiszę, że większość ludzi jest uzależniona, nawet jeśli nie nadużywają oni żadnej substancji. Wiele fragmentów zaznaczyłam, ale zamieszczony poniżej jest moim ulubionym i powraca do mnie za każdym razem, gdy przed wyjściem na dwór owijam swoje biodra, specjalnie do tego celu zakupionym, szalem. Z jednej strony chronię przed zimnem moją lędźwiowo-krzyżową końcówkę, z drugiej jest to mój rytuał dbania o siebie, dzięki któremu pamiętam:

(…) Dzisiaj nie myślę już o sobie jako ouzależnionym w trakcie rekonwalescencji”, ale raczej jako o człowieku, który pamięta”.

L. Jampolsky, Leczenie uzależnionej osobowości,
Czarna Owca, Warszawa 2009

Moje „zdrowienie” podarowało mi nie tylko rytuał, ale również wielkie odkrycie. Do tej pory, słowo dyscyplina kojarzyło mi się tylko i wyłącznie negatywnie: ze zmuszaniem się, ze sztywnością przyjętych zasad, z niemożnością podołania systematyczności przez dłuższy czas --- krótko: tragedia, przed którą uciekałabym do końca swoich dni.

Przymuszona do dbania o siebie odkryłam, ćwicząc codziennie (to już przeszło miesiąc), że dyscyplina jest uwalniająca. W każdym razie, w moim przypadku tak właśnie jest. Myślałam o tym znów dziś w nocy przekładając się z boku na bok powtarzając jak mantrę słowa: uwalniająca moc dyscypliny --- mogę już spać jak tylko chcę na plecach, na brzuchu, na obu bokach i… nic nie boli. Od piątku uczę się siedzieć na krześle. Ona-Anioł --- akuszerka mojej rodzącej się nowej, nieznanej mi sprawności --- towarzyszy mi w zdrowieniu, ucząc mnie szacunku do własnego ciała, by nigdy już nie było przeze mnie postrzegane jak wróg. Ona-Anioł jest WIELKA. Ciekawe, ile jeszcze odkryć przede mną…

piątek, stycznia 14, 2011

166. Teoria względności

Jabłoń:
Ty to masz ze mną dobrze.

Sadownik:
Niby ty masz ze mną źle?

Jabłoń:
Nie. Ja mam z tobą super!

Sadownik:
Ja mam z tobą dobrze, ty masz ze mną super,
czyli mam do dupy...

czwartek, stycznia 13, 2011

165. Pies nadziewany empirią (przepis)

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Poniżej zamieszczam przepis na psucie psa, wypróbowany w dniu wczorajszym. Bardzo dobry, skuteczny przepis. Palce lizać!

Składniki:
1 pies niezepsuty, ciężko chory, niejedzący
30 dkg empatii w aerozolu
½ kg pasty z suszonego strachu
1 łyżka musu z musienia (ten słoiczek z etykietką musi)
4 żółtka
2 parówki z indyka
½ wędzonej makreli
cztery szczypty desperacji

Niezbędne „sprzęta”:
Partner, który był z psem u weterynarza
2 działające telefony
1 działająca, mądra weterynarka

Sposób przyrządzenia:
Rozpylić w pomieszczeniu zamkniętym empatię. Wdychać głęboko. Natrzeć własne ciało pastą z suszonego strachu. Posadzić owo ciało na krześle na pół godziny by skruszało. Następnie należy wykonać telefon do partnera i poinformować, że pies nic nie je. Partner wykonuje telefon do lecznicy. Oddzwania i informuje, że pies musi coś zjeść i należy stanąć na uszach tj. wykorzystać wszystkie niezbędne smaki i zapachy by uprosić psa do przełknięcia pokarmu.

W akcie desperacji podać psu wędzoną makrelę. Pies powinien się ożywić wskutek podrażnienia jego delikatnego podniebienia nowym smakiem. 2 żółtka wymieszać z pokrojonymi w drobne kawałki parówkami. Podać psu, kulinarnie tzn. nadziewać psa dobrze wymieszanymi żółtkami z kawałkami parówek. Pozostawić psa w błogostanie na trzy godziny. Wyjść z domu. Wrócić po upływie kolejnych czterech godzin i dowiedzieć się, że partner przekupił psa kolejnymi dwoma żółtkami, by pies łaskawie wepchnął w siebie ¼ dziennej porcji karmy. Odłożyć psa na kolejnych kilka godzin, najlepiej na całą noc. Rano, przy misce z psią karmą powinien zameldować się kudłaty osobnik ze zdziwieniem i dezaprobatą w oczach. Bo niby dlaczego ma jeść psie żarcie, skoro jako pies zepsuty smakami ludzkimi jest otwarty na nowe doświadczenia: kurczaka w potrawce, pizzę, zawijane zrazy wołowe itd. --- może być każde danie, podawane nawet w porządku alfabetycznym dowolnej, szanującej się książki kucharskiej, byle gruba była.


Dziś rano rozmawialiśmy z Sadownikiem, że z chorymi dziećmi to doświadczenie musi być milion razy silniejsze. Po prostu człowiek rzuca wszystko, świat się zatrzymuje i przestaje kompletnie się liczyć... czasem pozostaje tylko modlitwa... pełnowymiarowa masakra. Oboje stwierdziliśmy, że chory pies to dla nas wystarczająco duże wyzwanie. Chylę czoła przed Rodzicami chorych dzieci.

środa, stycznia 12, 2011

164. Pies to wyrok, ale dziecko to dożywocie

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wiele razy, z przymrużeniem oka, żartowaliśmy sobie na temat wyższości posiadania psa nad „posiadaniem” dziecka. Pomińmy dwie kwestie ideologiczne: (1) że według mnie dziecka nie można „posiadać” oraz (2) obrazę majestatu tych, którzy nie wyobrażają sobie, jak w ogóle można porównywać psa z dzieckiem (które najwyższym dobrem wszak jest np. narodowym). Są tacy co porównują i są tacy co „posiadają” dzieci — taki urok tego przebrzydłego Świata. Pomińmy ontologię i… co wychodziło do tej pory?

Posiadanie suńki miało tę wyższość, że:
     — nigdy nie powie, że tej obroży (sukienki) absolutnie nie założy na spacer;
     — nigdy nie będziemy chodzić na wywiadówki;
     — nigdy nie zaćpa, nie zapije (nawet eksperymentalnie);
     — nigdy nie będzie nam opowiadać, jak bardzo zmarnowaliśmy jej życie;
     — nie będzie kląć w naszym towarzystwie na marność życia jako takiego;
     — nigdy nie przyprowadzi faceta, informując nas, że to jej mąż — wiadomym jest, że przynajmniej Sadownikowi mógłby ów pan nie odpowiadać.

Należy uczciwie dodać, że dziecko do dzisiaj rano miało tylko jedną przewagę nad psem:
     — w większości przypadków przeżyje rodziców, co uwalnia ich od przeżywania traumy, żałoby i niepozbieraniaSięNigdyDoKońca po stracie dziecka.

Biorąc psa podpisaliśmy na siebie wyrok, że będziemy mu towarzyszyć, gdy będzie odchodził z tego Świata… a to zmusi nas do pławienia się, czy tego chcemy czy nie, w różnych uczuciach i emocjach.

Dziś nasza Suńka w meczu z dzieckiem strzeliła sobie samobója. Okazało się, że dziecko ma jeszcze jedną przewagę nad psem. Gdy dziecina jest już dostatecznie duża, można jej powiedzieć, że musi połknąć tabletkę. Mówienie do Heńki pełnymi zdaniami nigdy nie przynosiło skutku. Raczej służyło poprawianiu nastroju osobie, która miała potrzebę sobie pogadać. Zamiast perswazji słownej używaliśmy bardzo skutecznej przynęty: serek, parówka, kiełbaska. Dziś Kudłata była rano w tak nędznym stanie, że nawet parówka bez tabletki w środku była jedynie powąchana i to tylko po to, aby nie robić nam przykrości. Opadają nie tylko ręce, ale i łapy…

wtorek, stycznia 11, 2011

163. Subiektywne Święto Świata

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Nie jest prawdą, że wczorajszy dzień był całkiem do bani. Choć choroba Heńki, perspektywa leczenia, strach, że nas też to może dotyczyć kładły się cieniem, to wydarzyło się coś, o czym chciałabym pamiętać --- o drobiazgu, który stał się źródłem uśmiechu i chwil radości…

Byłam wczoraj u mojej najulubieńszej Pacjentki. Jej wilczy apetyt daje pewne podstawy do optymizmu w kwestii, ile mamy jeszcze wspólnego czasu. Zaskoczyła mnie. Zjadła pół pizzy, którą przyniosłam z pobliskiej pizzerni. Zaraz potem zaskoczyła mnie jeszcze bardziej. Przypomniała mi o naszej zeszłotygodniowej rozmowie --- nie wiedzieć czemu, dużo rozmawiamy o jedzeniu --- i zapytała: to co, zrobisz mi kogel-mogel? Ona nigdy w życiu nie jadła rarytasu mego dzieciństwa, tylko o nim słyszała. Zrobiłam wersję dla dorosłych dzieci. Ukręciłam, do białości i pęcherzyków powietrza, zalałam gorącą kawą a potem już tylko świętowałam chwilę urzeczona Jej zachwytem i tempem w jakim pochłaniała ów wyrób. Świat smaków mojej Pacjentki rozrósł się odrobinkę i wygląda na to, że kogel-mogel rozpycha się w nim łokciami, bo gdy już powoli zbierałam się do wyjścia, zanim się pożegnałyśmy, zapytała: jak myślisz, czy możemy następnym razem zrobić kogel-mogel z dwóch jajek? Pewnie, że możemy!

Przez całą drogę powrotną do domu rozmyślałam nad paradoksem ludzkiego życia. Szczęście jest tuż obok, na wyciągnięcie ręki, składa się z malutkich elementów, tak małych, że czasem trudno je dostrzec, ale z pomocą moich Pacjentów jest to dużo, dużo prostsze. Wracałam i uśmiechałam się na samą myśl, że jutro, czyli dziś, będę mogła troszkę pomieszkać u siebie, odkurzyć, pouczyć się, pobyć… może nawet kogel-mogel, by przypomnieć sobie wspaniały uśmiech mojej Pacjentki...

162. Nowa sztuczka Heńki

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Od wczoraj wiemy, że Kudłata jest chora. Przyszły wyniki badań materiału oddanego w piątek. Heńka ma lambliozę. Dlaczego muszę uczyć się znaczenia słowa określającego tę chorobę? Mogłabym przecież przeżyć całe życie nie umiejąc wymówić nazwy z dwoma „l”, z których drugie jest w dziwnym miejscu. Naprawdę mogłabym. Słowo honoru. Internetowy „dokształt” już zrobiony. Przeczytałam właśnie w sieci, że jest to choroba brudnych rąk… chyba prawdopodobieństwo zachorowania rośnie, gdy zamiast dwóch rąk ma się cztery łapy i pysk szukający śmierdzących, zepsutych rzeczy. Marudziłam wczoraj w kwestii sierści? Głupia byłam.

Tak czy inaczej to paskudna sprawa. Teraz siedzimy troszkę jak na minie, bo może i my to mamy. Sadownik potwierdza swój optymizm uwagą, że nie mamy żadnych objawów. Ja ciut pesymistycznie myślę, że może wcale nie trzeba ich mieć. Może mamy przewody pokarmowe z nierdzewnej blachy --- w końcu to ja najczęściej gotuję a oboje wciąż żyjemy. Ogłupiona jestem strachem.

Z chorowaniem Heńki wiąże się dzisiejsze, poranne odkrycie, świadczące o tym, że Kudłata rozwija się prawidłowo. Jeszcze wczoraj bez problemu jadła tabletki. Dziś wepchnęłam no-spę w kawałek parówki i podałam Sierściuchowi. Mocno się zdziwiłam. Zamiast szybkiego połknięcia zakończonego mlasknięciem i rozsiadającym się na pysku szczęściem, zobaczyłam jak Heńka ułożyła się w zacisznym miejscu pokoju, żuła, żuła i żuła… aż się zainteresowałam. Patrzę na potwora a Ona w pewnym momencie skończyła przeżuwanie, oblizała się i popatrzyła na mnie ze znakami zapytania w oczach: czy ja przypadkiem głupia nie jestem. Między łapami, na podłodze, leżała… wypluta tabletka. Głupia będę wierząc, że jeszcze kiedyś ją oszukam.

poniedziałek, stycznia 10, 2011

161. Mała różnica uczyniła wielką różnicę

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Rozumieć to jedno, doświadczyć to zupełnie coś innego. Różnicę pięknie i z uporem maniaka ilustruje Heńka, która za wartość uznaje tylko doświadczanie. Kudłata nie chce rozmawiać o jedzeniu, ona chce jeść. Nie chce rozumieć, czym są uroki wieczornego spaceru, ona od 19.50 próbuje co wieczór wytłumaczyć nam, że w zasadzie to już jest prawie 20.30 i może byśmy już poszli pod górkę do Harry-ego, Jogi, Szabiego, Perki, Kory w porywach Szili, Ewaro --- pobiegać, pożyć, pobawić się odrobinkę.

Od tygodnia jesteśmy świadkami, wielkiej różnicy między „rozumieniem” a „doświadczaniem”. Chronologicznie…

Rok temu zapadła decyzja o psie. Zapadła tez decyzja o rasie. W Wikipedii, jak już się nie chce przerzucać papierowych kartek, można znaleźć, że: podszerstek to krótka, gęsta, miękka warstwa futra części ssaków pod okrywą włosową. Warstwa podszerstka i warstwa włosa okrywowego tworzą sierść. Nooooo tak, rozumiałam. Nie było w tym nic odkrywczego, każdy pies ma przecież sierść a dom, w którym mieszka pies, jest przestrzenią, w której mieszkają również wolne od wszelkich konwenansów, fruwające, jak i gdzie chcą, psie kłaczki. Obiecałam? Obiecałam, że będę odkurzać, choć serdecznie tego nienawidzę. Rozumiałam konsekwencje posiadania Sierściucha w tym zakresie, jednak nie wiedziałam, co obiecuję!

Żółtego światła ostrzegawczego nie dostrzegłam, zbyt szczęśliwa perspektywą posiadania psa. Można je było znaleźć z łatwością w książkach dotyczących labradorów --- psy te mają: „gęsty podszerstek”. Nooooo tak, „tyż” rozumiałam. I wcale mi to nie przeszkadzało.

To właśnie była pułapka „rozumienia i wiedzenia”, w najczystszej formie. Wiedziałam i całkiem dobrze rozumiałam, że nasza suńka będzie roznosić kłaki, ale... No właśnie, wiedzieć to jedno, nastawić się na to, to drugie, a jeszcze czymś innym jest doświadczyć posiadania psa, który rozwinął się już na tyle (skończone osiem miesięcy), by szastać swym podszerstkiem na lewo i prawo non stop. W tym tygodniu dotarło do mnie, że choć rozumiałam frazę „gęsty podszerstek” to dopiero teraz wiem, co on tak naprawdę oznacza. Heńka kładzie się, trochę leży, wstaje, idzie sobie, a kupka kłaków bojkotuje psią duszę i postanawia zostać i trwać właśnie tym miejscu, choć Kudłata swoje życie zaniosła już do innego pokoju.

Fraza „gęsty podszerstek” nabrała pełnego znaczenia --- doświadczamy gęstego podszerstka. Od tygodnia jest wszędzie i jedyny sposób, aby było go ciut mniej to… codzienne odkurzanie. Codziennie! Nie ma zmiłuj! Jak tak dalej pójdzie polubię te kilka minut relaksu przy rurze… Właśnie tym jest doświadczanie labradorskiego podszerstka. W żadnej książce o tym nie było.

środa, stycznia 05, 2011

160. Praktykując smutek

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Dla wielu stwierdzenie „niepraktykujący katolik” jest tak samo dziwnie brzmiące jak dla mnie, usłyszane wczoraj w audycji radiowej, „pierwotny i wtórny rynek małżeński”. Tyle, że jak się zastanowić, stwierdzenia te opisują lepiej lub gorzej fragmenty otaczającej nas rzeczywistości. Wychodząc dziś z domu, idąc na tramwaj, na pewno minęłam przynajmniej jednego niepraktykującego katolika z wtórnego rynku małżeńskiego... Jesteśmy wolni w swych wyborach postrzegania Świata.

Można myśleć „to mnie nie dotyczy”, ale przychodzi taki moment, gdy życie funduje nam gruntowne trzepanie magazynów mentalnych, by przeprowadzić remanent naszych wierzeń, nawet jeśli jesteśmy święcie przekonani, że wcale ich nie mamy.

Tym momentem jest śmierć bliskiej osoby. Moja ukochana Przyjaciółka Zkemi stawia czoła nowej rzeczywistości już bez jednej z najbliższych Jej Życiu Osób. Jest mi z tego powodu niewypowiedzianie smutno, bo tak niewiele mogę dla niej zrobić… Mogę tylko być i wydaje mi się, że to tak malutko. Mogłam jedynie zajrzeć i zrobić mój wewnętrzny remanent.

I… bez zmian. Lubię metaforę Elizabeth Kübler-Ross, dla której Dusza to motyl uwalniający się z kokonu ciała. Wierzę głęboko, że Śmierć Ciała jest Narodzinami Duszy. Nie jest to dla mnie Duszyczka grzecznie idąca do Boga. Dla mnie natura Duszy jest bliższa indiańskim wierzeniom. Dusza to dobry Duch, mający coś z siły żywiołu, Duch wspierający tych, którzy pozostali tutaj w swych ciałach… pozostali… jeszcze na jakiś czas… by praktykować Życie w Ciele.

wtorek, stycznia 04, 2011

159. Historia pewnej frazy

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

W Nowy Rok siedzieliśmy w nowoodkrytej przez nas kawiarnio-knajpce. Jak się potem okazało, nie mogliśmy odkryć jej wcześniej, bo jest ona również nowo powstałym lokalem. Siedzieliśmy, piliśmy kawę, czytaliśmy. Między jednym a drugim czytanym zdaniem usłyszałam frazę, która doleciała do mnie z ciut odległego, męsko zasiedziałego stolika: „i poszli razem spać”. Owa fraza wypadłaby drugim uchem, gdyby nie fakt, że została powiedziana w magiczny sposób. Nie oznaczało to pójścia do łóżka w celach seksualnych, aby dobić targu w kwestii aktu szybkiej, wolnej, ale namiętnej, cielesnej konsumpcji. To było powiedziane głosem, który mówi o czymś ważnym i niespotykanym często. Zatkało mnie, zatrzymało i zastanowiło.

Fenomen tego, co skrywały te słowa zajął mnie swym istnieniem na dobrych kilka dni i… tył mojej głowy studiował, smakował i obwąchiwał go odrobinkę. Chciałam poznać, czym dla mnie jest fraza „spanie razem” wypowiedziana taaaakim, nie do opisania, głosem. Z wierzchu, czyli bez taaakiego głosu? Prozaicznie zwykłe, bo od nastu lat ten sam zestaw osobowy pod jedną kołderką? Codzienne, a w zasadzie conocne, nagle przestało być mało znaczącą oczywistością. Ilu osobom pozwoliłam w swoim życiu zasypiać przy mnie? Ile osób pozwoliło mi zasypiać przy sobie? To nie jest duża liczba osób. Zasypianie razem i spanie nagle okazało się dla mnie darowaną co wieczór intymnością szczególnego rodzaju --- bliskością wyrażającą akceptację i radość współistnienia. To również zaufanie okazane człowiekowi, obok którego zasypiam. Jednocześnie zaufanie, którym zostałam obdarowana przez człowieka, który zasypia obok mnie. „Spanie razem” to także dzielenie wspólnej przestrzeni, podarowanie (otrzymanie) widoku nagich pleców, ciepła brzucha gdy zasypiamy jak łyżeczki w szufladzie. Zasypiamy prawdziwi, bezbronni, ufający. Może dlatego to takie przyjemne? Niewiarygodne, że tak łatwo przeoczyć magię tego „padania na pysk”.

Kudłata wyłożona kołami do góry w swej norze, ciepło Sadowniczego ciała i ja --- ostatnie chwile przed snem jak wisienka na torcie dnia codziennego. A potem cała uśmiechnięta myśl… niezła globalna cukiernia na tym świecie… tyle wspaniałych codziennych tortów piecze się co dnia w tym i innych miastach… bo przecież położymy się dzisiaj spać... prawdziwi, bezbronni, ufający...

poniedziałek, stycznia 03, 2011

(157+1). Kiedyś, dziś, kiedyś...

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Kiedyś, gdy mieliśmy wannę, jedno się kąpało --- jeśli nie rozważaliśmy kwestii ważkich i całkiem nieważkich --- drugie siedziało obok i czytało na głos…

W Sylwestra, siedzieliśmy w saloonie, przypominając sobie ową ciut zamierzchłą tradycję i na zmianę czytaliśmy na głos o Emilu, dogu niemieckim (efekt środowej łapanki na książki). Płakaliśmy ze śmiechu. Zdjęć zamieszczonych na końcu książki nie sposób opisać, ale wyciągnąć fragment --- z trudem, bo wiele ich --- i owszem:

A Emil idzie obok i gada. Niedużo, bo jest małomówny, ale zawsze jakieś tam słowo rzuci, o które mogę zahaczyć i rozwinąć temat. Ot, na przykład, ostatnio taki dialog sobie ugadaliśmy:
--- Idziesz, idziesz, dookoła tak pięknie, a radości w tobie nie ma --- przywalił z grubej rury.
Niedelikatnie byłoby odpowiedzieć, że człowiek istota wyższa, zmartwień na głowie ma w bród i sam fakt wyjścia do lasu ich go nie pozbawi. Odpowiadam więc:
--- Myślę.
--- O czym
?
--- O wszystkim.
--- To dużo.
--- Dużo.
--- A nie mógłbyś nie myśleć, tylko patrzeć
? Tak dookoła?
--- To trudne.
--- Trudniejsze od myślenia
?
--- Nnnno, bo ja wiem…
--- Albo jakbyś podskoczył ze mną…
--- Jak „podskoczył”
?
--- Normalnie, jak ja. Hop.
Skoczyłem.
--- I co?
--- Nic. Skoczyłeś. Myśli ci upadły.

J. Fijałkowski, Emil, czyli kiedy szczęśliwe są psy --- szczęśliwy jest cały świat,
Wydawnictwo ZYSK i S-KA, Warszawa 2009.

Mi też dzisiaj upadło. Od rana dwa razy gubiłam rękawiczkę. Gubienie nie mogło przerodzić się w formę dokonaną. Po zaistniałym fakcie, dwa kroki od miejsca zdarzenia orientowałam się, że coś mi wypadło. Wracałam i chwytałam zbiega, co miał zamiar już tylko w pojedynkę wałęsać się po świecie. Było w tym gubieniu coś fascynującego --- niemożność zgubienia się do końca. Szłam i zastanawiałam się, co chce się zgubić? Zmęczenie poświąteczne, sprawy związane ze Starym Rokiem, myśli nieświeże, przeterminowane, świąteczne grzeszki przeżarcia lekkiego, spania do dziesiątej i zwykłego leniwego życia w towarzystwie Sadownika i Heńki...

Szłam po ulicach miasta i myślałam o magicznym czasie Świąt, Sylwestra i pierwszego dnia Nowego Roku, cudnie było być całym Stadem dłużej. No i stało się. Nie ma. Zgubiła się rękawiczka. Jestem w tym mistrzynią świata. Pewnie pojechała dalej tramwajem, albo poszła zwiedzać miasto. Z każdą minutą staje się dla mnie już tylko wspomnieniem rękawiczki. Pozostaje tylko jedno, życzyć jej Szczęśliwego Nowego Roku.

Kiedyś… znów będziemy mieli wannę. W końcu jest tyle książek, którymi byłoby miło pozachwycać się razem, w tej samej chwili. Teraz muszę pomyśleć o kupnie nowych rękawiczek. Na razie jednak tylko pomyślę. Kupić książkę... natychmiast! Kupić coś innego... a to już mi się nie chce.

niedziela, stycznia 02, 2011

157. VAT i przyszłość naszego małżeństwa

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

W środę wymyśliłam piękne, okrągłe i szczytne usprawiedliwienie --- na książki w 2011 wchodzi VAT, więc należy kupić to, czego kupno było odsuwane na święte potem, gdy już kupi się wszystkie inne i niezbędne książki, podręczniki i tomiszcza. Niemal w afekcie, bez mrugnięcia ani jednej powieki kupiłam pięć, bo... i tak bym je kupiła, bo... i tak ich potrzebuję, bo... i tak chcę je przeczytać... bo... tak. To była przyśpiewka.

Prawdziwa pieśń zaczęła się w Sylwestra i trwała do dziś. Ostatniego dnia roku Dwunożne Stada zaczęły, kontynuowały w Nowy Rok przy kawce i zrobiły powtórkę dzisiaj, zanim pomyślą, że koniec. A jutro... brrrrrrr, strach się bać... jutro na szczęście będzie dopiero jutro.

Stało się, za nami --- prawdziwa czytelnicza trzydniówka. W Sylwestra czytaliśmy sobie na głos, ale od wczoraj każde sobie.

Dziś Sadownik, wynurzył się z czeluści jednego z gwiazdkowych prezentów i przeczytał na głos (z komentarzem, który pozwolę sobie przemilczeć):

(...) Uwielbiała też pracować z Rhyme’em, którego przenikliwa inteligencja dodawała jej energii, onieśmielała, ale była też --- do czego Sachs nie przyznawała się przed nikim --- cholernie pociągająca.

J. Deaver, Tańczący trumniarz,
Prószyński i S-ka, Warszawa 2010.


Jabłoń:
(zaskoczona, komentuje)
Noooo. Gdybym była mężczyzną... inteligenta kobieta
byłaby dla mnie synonimem kłopotów...
ale byłaby też... wyzwaniem.

Sadownik:
(tłumaczy sobie na drugi rodzimy język ostatnie słowo Jabłoni)
Challenge...

Jabłoń:
No tak, a facet samobójca.

Sadownik:
Dlaczego samobójca? Challenger...

Jabłoń:
No widzisz! Sam wiesz, jak skończył Challenger. [statek kosmiczny]

(Oboje ryknęli śmiechem wciąż żywych torreadorów.)

Janda w sztuce Shirley Valentine wypowiada złowieszcze słowa, że „małżeństwo jest jak wojna na Bliskim Wschodzie”. Dla Sadownika i Jabłoni to chyba... korrida. Ciekawe, że ludzie stanu wolnego nigdy w te porównania nie wierzą. Do czasu, do czasu... prawda?

czwartek, grudnia 30, 2010

156. Psia tęsknota to straszna rzecz!

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Państwo Kudłatej potrzebują by zdarzyło się nie tylko raz, dwa lub trzy. Potrzebują wielu powtórek, by zacząć się zastanawiać nad przyczyną skutku, zwłaszcza jeśli chodzi o wewnętrzne życie Heńki, które z powodu swego bogactwa postanowiło ulać się na zewnątrz, by Dwunożne widziały, że pies rozterki i duszę ma.

Po wizycie u Zkemi... przez dobę Heńka nie chce jeść, jest osowiała i nie do życia.
Po pobycie na wsi... przez dobę Heńka nie je i nie ma humoru.
Po pierwszym dniu Świąt, gdy poznała fajnego czterolatka... Heńka przestaje jeść.
Po Świętach wraca do Wawy... i nie je prawie dwie doby, nie uśmiecha się i ma smutne oczy.

Wczorajsza wizyta towarzyska wyjaśniła wszystko. Z Właścicielką Wilczurzycy rozmawiałyśmy o owych głodujących psich dniach i... okazało się, że tak właśnie wygląda psia tęsknota. Owa Wilczurzyca również nie je i wygląda na ledwo żywą za każdym razem, gdy kończy się coś, co ją zachwycało: działka, las, przestrzeń.

Jak to dobrze, że psy starają się żyć chwilą teraźniejszą i nie rozpamiętują strat w nieskończoność. Wczoraj do Heńki wrócił jej humor, wigor i chęć życia. Bardzo się ucieszyliśmy, bo już wisiało nad nami widmo weterynaryjne, mocno nieokreślone, bo co powiedzieć lekarzowi, że smutny niejadek snuje się po Przytulisku? Niejako w nagrodę w nocy spadło kolejnych kilka ton białego puchu. O 6.30 byłyśmy pierwszymi spacerującymi po nim istotami.

środa, grudnia 29, 2010

155. Świąteczne spotkanie z Mocą... było!

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Rodzina --- Stwór o nieuświadomionej wielkiej sile. Bliższa z dalszą, zebrana przy jednym stole, nie waha się wyrazić swego jedynego i słusznego stanowiska: „należy...”, „zawsze...”, „trzeba...”, „nigdy...”. Rodzina wie, co któremu jej członkowi wypada, co powinien, co musi, by być szczęśliwym, spełnionym... żywym. Nieprzerwanie zadziwia mnie niewyobrażalna wręcz MOC tego mało abstrakcyjnego tworu. MOC niewypowiedziana, przy której walnięcie pięścią w stół przez jednostkę jest zaledwie małym ruchem skrzydła motyla.

Święta w Rodzinie Sadowniczego pochodzenia są zawsze dla mnie okazją, by studiować tę MOC. Oboje, jakby z trochę innej bajki, choć pozostajemy członkami owej Rodziny, uwielbiamy patrzeć jak zza jednej podanej herbaty, zjedzonej łyżki sałatki, zgryzionego rybiego ciała wyłania się ów Stwór. Gdy niby o polityce, społeczeństwie, medycynie, prawie, podatkach rozmawiają ciocie, wujkowie i przerośnięte trzydziestoparoletnie dzieci-ryby, co przecież głosu nie mają... a nawet gdyby, całkiem hipotetycznie miały, to racji z pewnością mieć nie mogą. No więc, wówczas, ten Stwór nadchodzi, bezszelestnie i rządzić chce, ustawić niepokornych, przekonać siłą grupy wątpiących.

Jesteśmy z Sadownikiem złośliwi. Uwielbiamy wkładać pseudointelektualny kij w to słodkie mrowisko i patrzeć jak lecą łby idei wzniosłych, ale nie na rękę Rodzinie. Święta wykorzystujemy nie tylko do świętowania, ale również do tego by sprawdzić, w jakim miejscu teraz jesteśmy, czy inni niż rok temu, czy szczęśliwsi? Szczęśliwsi. Miarą jest akceptacja inności pozostałych członków Rodziny, ich wyborów, marzeń i dróg.

Gdy już Święta miną, wracamy do siebie. Jak to Rodzina mówi, do miasta śmierdzącego, zgniłego, zepsutego pieniędzmi, beznadziejnym morale, ale... przez nas ukochanego. Przy porannej herbatce z imbirem wszystkie rodzinne pewności „należy...”, „zawsze...”, „trzeba...”, „nigdy...” zamieniają się magicznie w Przytulisku w zepsute, zgniłe pytania otwarte „należy?”, „zawsze?” „trzeba?”, „nigdy?”. Marzy mi się by kiedyś możliwe było przy świątecznym i nieświątecznym stole potraktowanie tych oczywistości rodzinnych jako punktu wyjścia do wspólnej podróży, w której sprawdzimy jak to jest, gdy choć na chwilę założymy, że może „nie trzeba”, „można”, „incydentalnie” lub „częściej”. Ciekawe dlaczego, na samą myśl o tym, głupkowato się uśmiecham?

wtorek, grudnia 28, 2010

154. Święta, Święta i... czas w obiektywach dwóch

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

O Świętach nic nowego powiedzieć się nie da. Nasze trwały pięć bezblogowych dni. Pozostało z nich kilka wspomnień zaklętych w obrazkach.

Wigilijna pogoda: Pan Śnieg szarzał, łapał gorączkę i jak stuprocentowy mężczyzna ciężko chorował. Wynik badania psimi łapami poniżej:

Masaż psich łapek pomógł, w nocy przyszła lecząca zamieć i zgodnie z moim Świątecznym Marzeniem, Śnieg zmężniał, napiął mięśnie i ryknął: no to mnie zdobądź! Heńka uwielbia takich twardzieli. Było Go do połowy łydki. W pierwszy dzień Świąt, w czasie gdy Sadownik pomagał doprowadzić dom swoich Rodziców na przyjęcie licznej Rodziny my z Heńką szłyśmy ścieżką przy jeziorze... jako pierwsze tego dnia stawiałyśmy stopy i łapki w wysokim śniegu wyznaczając ścieżkę. Czy trzeba pisać, że Kudłata była zachwycona?

Drugiego dnia Świąt, świętując już pełnym Stadem obeszliśmy pół jeziora, by znów móc podziwiać Heńkę u szczytu bożonarodzeniowego psiego szczęścia:


Ach, ten patyk! Ach, te uszy!

Dla Heniuty każdy wystający ze śniegu badyl to potencjalne trofeum do podrzucania i noszenia w pysku. Czasem jednak trafił się krzaczek lub małe drzewko --- nie mogła bidulka zrozumieć co jest grane, taki chudy badyl a taki silny i nie do porwania:

W domu... czekała na Heńkę pierwsza w jej życiu choinka:

Pierwsze Święta z Heńką za nami. Zasnęła w wigilijny wieczór zamiast z nami pogadać, złożyć protest, omówić sugestie zmiany. Zostało więc po staremu: Pan, Pani i Pies... (Suka). Niezapomniane Święta!


Zostało już tylko małe, fotograficzne, banalne coś na kształt przesłodzonej pocztówki, ale, ale...

Kudłata życzy
razem z Dwunożnymi Stada
(Sadownik robił zdjęcie, Jabłoń zajmowała uwagę Sierściucha)

Szczęśliwego Nowego Roku, gdy już przyjdzie!

środa, grudnia 22, 2010

153. Przesilenie początkiem?

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Najkrótszy dzień w roku był dziś. W Polsce jest to dzień, który rozpoczyna astronomiczną zimę. Oznacza to, że mróz i śnieżyce ostatnich trzech tygodni to był tylko kaprys Pani Jesieni.

Najkrótszy dzień w roku jest dla mnie swoistym wehikułem czasu i przestrzeni --- stąd, w tej chwili... do Chin i chińskiego kalendarza, w którym, tak jak i dla mnie --- dzisiejszy dzień nie jest początkiem Zimy, ale jej Środkiem --- wisienką na lodowym torcie, pępkiem Pani Lodu. Zespolona w jedno z myślą, że oto ja, taka całkiem maleńka w samym pępku Zimy trwam, widzę już... Panią Wiosnę, której w głowie pojawiła się makabryczna myśl, że już niedługo będzie musiała zająć się trudem pakowania... manatków, pędzli, farb, zapachów... w walizy, kufry, worki, siateczki i torebki... by przyjechać i osiąść... na jakiś czas... w Polsce.

Tak, właśnie tak. Polski początek zimy jest nie tylko Środkiem mojej Zimy, ale też zapowiedzią Wiosny. Teraz już żaden mróz, śnieżyca, oblodzone chodniki, zaspy czy kulejąca z zimna komunikacja miejska nie są straszne. Po cichutku, jak mantrę, powtarzam: Wiosno, Pani Wiosno, zostawiłaś tu swoje krosno, kapelusze, może nawet duszę... nie mów mi, że nie tęsknisz?

Kudłata nie tęskni, bo wiosny na podwórku jeszcze nie przeżyła. Póki co, zachwyca się wielkimi zaspami, uwielbia w nich zapadać się lub ryć bez pamięci... Białych Świąt, po raz pierwszy pragnę białych Świąt!

wtorek, grudnia 21, 2010

(150+2). Pieniądze

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Schemat I:
Można pełnić rolę domowej rady pieniężnej i mieć ciągle z tyłu głowy, że bilans wpływów i obciążeń w ciągu miesiąca musi być dodatni, nawet jeśli owa dodatniość wyniesie tylko 1 zł. Oczywistym jest, i dodatkowo wzmocnionym przez każde prawo Murphy’iego, że udać się to w każdym miesiącu nie może. Gdy już na dwa dni przed zamknięciem miesiąca jesteś na plusie i wierzysz, że tym razem na pewno się uda, następuje nieoczekiwane „coś”. Przykłady? Proszę bardzo. Samochód dowiedział się z osiedlowych plotek, że idzie ci całkiem dobrze i przypomniał się, że empatia empatią, ale on tę część za 1200 zł jednak musi mieć wymienioną, inaczej nie ruszy już z miejsca. Ostatniego dnia miesiąca pies pożera na podwórku nieznany obiekt organiczny… lecisz do weterynarza i wracasz o dwie stówki lżejszy. Nie wspominając o kręgosłupach, stawach, nagłych chorobach, które NFZ może by i obsłużył, ale za kwartał, a ty jesteś burżujem i nie chcesz tak długo czekać. Finał --- miesiąc zamknął się na minusie. Utyskujesz, złorzeczysz, masz pretensje i jedyne co ci pozostaje to cień dobrego nastroju, uzyskany dzięki wierze, że w przyszłym miesiącu MUSI być lepiej. To czy musi, okaże się jednak za trzydzieści dni…

Schemat II:
Nic nie zmienia się, jeśli chodzi o naturę wpływów i obciążeń. Nadal masz ochotę być na plusie. Gdy jednak zdarza się nieoczekiwane „coś” i... płacisz za samochód, weterynarza oraz wizytę u lekarza, zamiast utyskiwać, cieszysz się, że choć z debetu, to możliwe było opłacenie tych wszystkich nieznoszących zwłoki kwestii. Jakoś to będzie. E tam, jakoś. Będzie dobrze.

Epilog:
No właśnie. Nie musi się zmienić świat czy ludzie wokół by cudniej się żyło. Wystarczy zmienić coś w sobie. Przeskoczyło w głowie i mnie. Cieszę się, że przemieściłam się mentalnie ze schematu I do schematu II. Wydałam na swój kręgosłup w tym miesiącu 950 zł i… jestem bardzo zadowolona.

151. Świąt u nas jeszcze nie widać

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wróciliśmy wczoraj do domu razem. Sadownik z ogromną przyjemnością uwolnił stopy od nowych butów. Przeszedł się po przedpokoju raz, no maksymalnie dwa razy…

(Siada na krześle, zdejmuje skarpetkę
i przygląda się jej, jakby nie widział jej wcześniej
)
Sadownik:
(z rezygnacją)
Tak to jest, jak ma się w domu kobietę i psa.

Jabłoń:
O co Ci chodzi?

Sadownik:
No popatrz tylko.
Czepiły się mnie długi włos kobiety i psia sierść.

W ten oto sposób pojawiło się ryzyko, że Sadownik będzie miał trudność w ukryciu faktu, że „posiada” i kobietę, i psa. Wygląda na to, że profilaktycznie, będzie odmawiał zdjęcia obuwia. Gdy spotkacie więc mężczyznę, który nie chce zdjąć butów, może oznaczać to jak dawniej, że ma dziurawe albo nieświeże skarpetki, ale może to również świadczyć o tym, że nie chce się afiszować stanem swego posiadania.

Groźniejsze w tym wszystkim wydaje się być jednak to, że wzorzec jednostki nieporządku, (niekoniecznie przedświątecznego), nie znajduje się wcale w Sèvres, czyli daleko, ale jest tuż tuż, w Przytulisku. Należy tylko ustalić komisyjnie, ile kłaczków na skarpetce jest wymaganych, by uznać dom za wymagający dużych zabiegów pielęgnacyjnych… Zrobię wszystko, by owa komisja nigdy się nie zebrała... Zadowolę się szczęśliwym domem, nie musi w nim lśnić non stop.

poniedziałek, grudnia 20, 2010

150. Puk, puk...

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Puk, puk --- napisała Wanilijka.

Gdzie się podział ostatni tydzień? To bardzo nie w moim stylu. Nie odnotować chociaż trzech zdań na temat tego, co mija. Nie napisać nic w ciągu ostatnich pięciu dni. Nienormalne.

Co się działo? Działo się dużo, mocno i głęboko.

Działo się w taki sposób, że nie można tego wyrazić słowami. Wszelkie próby powodują, że sens i tak wymyka się, ucieka i woła spoza słów… a kuku, tu jestem. Próbuj jeszcze raz.

Nie próbowałam. Przeszło mi tylko przez myśl, że nie chciałabym stracić pamięci owego tygodnia. Napisać coś o tym…

Niemożliwe z powodu natury tych zjawisk: kruche, ledwo odczuwalne. Mogą występować w kategorii nastroju, przeczucia, nagłej, ale nieodwracalnej zmiany przekonania. Niemożliwe z powodu tego, że dotyka bezpośrednio kilka osób, z którymi jestem w bliskiej relacji czy wręcz intymnym związku.

Możliwe jest jednak wymienienie haseł dotyczących sfer życia, myślenia, bycia, które zostały poruszone, zburzone, przebudowane: „kontrola”, „matka”, „pieniądze”, „seksualność”. Proste słowa, ważne kwestie, wielkie obszary do poznania, zdobycia lub zrozumienia.

Czuję się zaszczycona przez Życie, że mogę pochylać się nad tym wszystkim i odkrywać nową twarz znanych terenów. Wszystko to z powodu jednego kręgosłupa, który Wielkim moim Nauczycielem się stał.

wtorek, grudnia 14, 2010

149. Chroniczna choroba uzależnieniem

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Na katastrofę lotniczą zawsze składa się ciąg małych błędów. Każdy z nich jest nieznaczący, ale razem stanowią ogromną siłę rażenia. Myślę, analizuję i doszłam do wniosku, że mój ostatni uraz w swej naturze też przypominał katastrofę lotniczą.

Zaczęło się od tego, że dzbanek rozciął mi dłoń, wskutek czego nie dało się ćwiczyć i mając pełne usprawiedliwienie nie ćwiczyło się. Gdy jednak było to już możliwe, niefrasobliwie nie wróciłam do ćwiczeń, BO NIE [a może za dobrze się czułam]. Złapałam fazę głupiego buntu przeciw niesprawiedliwości losu: dlaczego ja muszę ćwiczyć, by jakoś żyć, gdy moi rówieśnicy mają się świetnie bez ćwiczeń? Noooo, niby tak. Szkoda, że w owym czasie nie mogłam zauważyć, że niektórzy z moich rówieśników już dawno na cmentarzach oddają się życiu-po-życiu. Rozstać się z własną omnipotencją nastolatki, która czy ćwiczy, czy nie, ma się świetnie, to nie była łatwa sprawa.

Potem przyszły mrozy. Czyż Zkemi nie mówiła, że kręgosłupy nie znoszą zimna? Nie można się było na cudzych błędach pouczyć? Artua wlazł latem do lodowatej wody i go pogięło? Pogięło. Och, ta pycha, cudze błędy jakieś zbyt małe by się na nich uczyć. Kurteczkę, choć puchową, nosiłam krótką. Komunikacyjny paraliż pomógł w staniu na przystankach. Przemarznięte, niećwiczone, zapuszczone ciałko modliło się o chwilę ulgi… no i Kudłatej Dusza usłyszała ten zduszony skowyt.

Nie chciałam iść na ten spacer. Nie chciałam też spóźnić się na zajęcia. Sadownik okupował łazienkę. To potrwa, pomyślałam i poszłam, błąd kolejny, ale nie ostatni. Zawsze na dole klatki, pod drzwiami siedzi wytresowana Heńka i czeka by ją podpiąć na smycz. I co? Zapomniałam. Wypuściłam panienkę całkiem luzem --- ostatni dotyk intuicji? W przerażeniu, że zaraz wypadnie jakaś matka z małym dzieckiem i zacznie krzyczeć, że sunia groźna luzem lata, dopadłam zwierzę i podpięłam --- przedostatni błąd. Uszłyśmy tworząc elegancką parą może pięć metrów. Zobaczyłam na końcu chodnika pierwszą przyjaciółkę Heniuty. Ostatni błąd --- schyliłam się, aby odpiąć Sierściucha, by mogła pobiec się przywitać. Już, już, miałam karabińczyk w ręku, gdy niedrobna pannica rzuciła się do przodu. Trzasnęło. Więcej błędów już nie było.

Doszłam wczoraj późnym wieczorem do wniosku, że poza wspomnianą analogią katastrofy lotniczej i urazów kręgosłupowych istnieje jeszcze jedna, dużo bardziej dalekosiężna, jeśli chodzi o konsekwencje.

Im dłużej oglądam film, którego link podarowała mi Ona-Anioł, tym bardziej dochodzę do wniosku, że życie z chroniczną chorobą ma dla mnie wszelkie znamiona wychodzenia z nałogu. Nie przepadam, nie lubię, nie znoszę… całą sobą nienawidzę obrzydliwej codziennej systematyczności. Robić coś każdego dnia jest dla mnie dużym wyzwaniem. No i masz babo! Będziesz się uczyć! Pamiętając upiorność bólu i błogosławiąc fakt, że w ogóle mogę się ruszać, ćwiczę! Nieprzerwanie od zeszłego poniedziałku, dwa razy dziennie (można mnie pochwalić ;)). Wczoraj wieczorem, czyli ósmego dnia, złapał mnie kryzys i coś w głowie wpadło na szatański pomysł: „och, tylko dziś wieczorem, możesz sobie odpuścić”. No więc, jak bohaterowie wspomnianego filmu, tak i ja nie mogę już sobie odpuścić. Zdrowienie, proces, który będzie mnie trzymał do końca moich dni. Zdrowienie --- inna, nieznana mi dotąd perspektywa, z której można patrzeć na chroniczną chorobę.

Dlatego wczoraj, gdy coś w głowie mówiło „daj spokój, trzeba odpocząć” pomyślałam: „zrobię TYLKO JEDEN RAZ pakiet tych ćwiczeń i pójdę do łóżka, NIC WIĘCEJ robić nie będę”. Leżałam potem w łóżku dumna jak paw. Małe zwycięstwo na długiej drodze, ale jakże smakowite…

poniedziałek, grudnia 13, 2010

148. Zwykłe ukochane życie

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

--- Posłuchaj! Popatrz na mnie! Otwórz oczy!
--- O rany!
--- Słuchaj! To bardzo ważne, niespotykane. Muszę się z Tobą tym podzielić.
--- Czy to coś, czego mi nie mówiłaś wcześniej?
--- Nie, nie. To zupełnie świeżutka wiadomość. Niewiarygodna, wspaniała, wielka, doniosła, życiodajna!
--- Nie można normalnie, po ludzku, zakomunikować, o co chodzi?
--- Nie, w żadnym razie, bo to jest niewiarygodne, wspaniałe, boskie, wielkie…
--- OK, a nie możesz tego wszystkiego, choć jeden raz, opowiedzieć jemu?
--- Oj, nie. Tobie, tobie! Muszę powiedzieć to tobie pierwszej.
--- Nooo…
--- No! Nie uwierzysz, ale właśnie zaczął się nowy, piękny, cudowny dzień! Ruszmy się!

No tak. Jest 5:22, z oblizaną twarzą, włosami i dłońmi, z ciepłem trzydziestu kilogramów entuzjazmu w ramionach, poddaję się. Wygrzebuję się spod kudłatego szczęścia, dotykam Sadowniczego ramienia i pytam:
--- Pójdziesz z Młodą?

Nigdy, przenigdy nie zrozumiem, dlaczego Heńka nie może opowiedzieć o swoich odkryciach bezpośrednio Sadownikowi? Każdego dnia pełnię rolę medium między kudłatym zachwytem każdą chwilą życia a ostatnim kołyszącym się, śpiącym, spokojnym oddechem Sadownika.

Mam farta, przez większość dni tygodnia zostaję... owinięta kołderką, gdy oni przemierzają pierwsze zmarznięte metry podwórka…To wszystko ma teraz zupełnie inny, wręcz mistyczny wymiar, gdy nasze życie zaczyna wracać do normy. Wróciłam dzisiaj do pracy. Cudownie było zobaczyć twarze moich studentów...

147. Śpiewany atlas dużych miast

Heniuta, ty mordo zapluta
zmieniłaś moje życie nie do POZNANIA, ale do WARSZAWY…

…śpiewał wczoraj Sadownik pewnej pannicy w kuchni. Płakałam ze śmiechu.

piątek, grudnia 10, 2010

146. Wyraźna linia

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Gruba, bardzo gruba, a może w sam raz?
Dieta, megaodchudzanie, czy małe zmniejszenie racji żywnościowych?

Tak wygląda 30,6 kg Heńki sprzed dwóch dni. Pani Hodowczyni, od której mamy Kudłatą, po obejrzeniu zdjęcia, którego zrobienie nam zleciła, napisała:

Z tego co widać Hexe nie jest za gruba. Widać taka jej uroda, w przyszłości pewnie nie będzie chucherkiem tylko mocna sunią. Tak więc z tym odchudzaniem nie trzeba szaleć jeszcze jakieś 60 dag i wystarczy.


No cóż, wszyscy w Stadzie mają niepowtarzalny, mocny charakterek. Jeszcze chwila i wagę w Przytulisku będzie się mierzyło w heńkach a nie w kilogramach. Pal sześć kilogramy, funty... dieta cut --- dziś, testowo, ważę 2 i 1/3 heńki, a za dwa miesiące pewnie już tylko 2 heńki, choćbym nie wiem ile pysznych ciastek wieczorami zjadała...

środa, grudnia 08, 2010

145. Nowe słowo, nowe doświadczenie, nowe życie

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wczoraj, pierwszy raz od trzech dni wyszłam z domu. Załadowana w samochód byłam wieziona ku „nowemu”. Patrzyłam na miasto, moje ukochane miasto. Zachwycały mnie ulice, po których tak dawno nie chodziłam. Jak dobrze było móc na nie chociaż popatrzeć. Samochody, całe sznury, w lekkim korku też mnie zachwycały swoim motoryzacyjnym, wolnym tańcem w wielu rzędach.

No... i za mną. Słowo „osteopata” poznane i dotknięte po raz pierwszy. Ona-Anioł, czuwająca nade mną, by wszystko szło w dobrym kierunku. Błogosławię Ją-Anioła. Teraz również błogosławię Kudłatą za to, że podjęła się zadania zburzenia mojego dotychczasowego życia.

Wracaliśmy wczoraj do domu i...

Jabłoń:
Życie jest jednak niesamowite.

Sadownik:
Nie. Ludzie są niesamowici. Życie jest fajne.

Nie było wyjścia, pojechaliśmy świętować początek mojego nowego Życia. Do piątku pozostaję na podtrzymujących mnie ćwiczeniach i leżeniu z nogami na krześle, książkami na brzuchu. W piątek z Nią-Aniołem ruszamy na podbój drogi ku pływaniu, skakaniu, bieganiu... ku Życiu, które wciąż odkładałam na potem.

Mój Boże, cudowni ludzie są wokół mnie! Światełko w tunelu zaczęło lśnić...

poniedziałek, grudnia 06, 2010

(111+33==142+2). Moc ludzkich serc

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

W sobotę, gdy już było wiadomo, że nie minie, że nie mamy czarodziejskiej różdżki, ani niczego, czym moglibyśmy cofnąć czas, Sadownik (grożąc sankcjami) zmusił mnie do wykonania telefonu do Niej-Anioła, by poradzić się, co dalej z tym nieszczęściem robić. Dziś pomyślałam o tym, że gdy Ją tak nazwałam przeszło miesiąc temu, by na moim blogu uszanować jej prywatność, nie miałam jeszcze pojęcia, że właśnie teraz, od pełnych dwóch dni będą holować mnie Jej-Anioła skrzydła. Dziękuję, dziękuję, dziękuję.

To niewiarygodne jak wiele ciepła, troski i uwagi spotkało mnie od momentu, gdy pewna sekunda stała się namacalną, szybką przeszłością. Wszystkim za ciepło, troskę i uwagę dziękuję, dziękuję, dziękuję.

Za komentarze również bardzo dziękuję. :)))

Nudny refren, ale głęboko wierzę, że to wszystko musi mieć jakiś sens. Znana jestem z niecierpliwości, tak bardzo chciałabym go już znać...

(140+3). Bez słów (2)

Zdjęcie z czwartku… uruchamia we mnie myśl, by zrobić nową listę marzeń, bo lista z piątku jest trzeci dzień nieaktualna…

niedziela, grudnia 05, 2010

142. Na zakręcie

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Nieszczęścia nigdy nie chodzą pojedynczo. Dziś nie byłam w pracy. Jutro nie ma pracującego poniedziałku, po którym nie będzie również pracującego wtorku i środy. Niewiele mogę. Trzasnął mi kręgosłup jak nigdy dotąd, ale nie chce mi się o tym ani rozmawiać, ani pisać. Stało się. Aby być w tym stanie potrzebna była tylko niecała sekunda.

W efekcie, dziś cały dzień leżę na podłodze z nogami na krześle i ciężarem książek na brzuchu. Kudłata zachwycona, że całym Stadem znów razem urzędujemy w saloonie. Leżymy i oglądamy filmy, bo nic innego nie wchodzi w zakres moich możliwości. Właśnie takich okoliczności trzeba było, by wydarzyło się:

(Kudłata układa się obok Jabłoni, dotykając jej boku.)

Sadownik:
(do Jabłoni, która wyraża zachwyt ciepłem
darowanym przez Heńkę
)
Może kupimy kota, będzie koło ciebie leżeć
i wyciągnie to paskudztwo z ciebie.

Jabłoń:
Nie spodziewałam się, że zgodziłbyś się na kota w naszym domu.

Sadownik:
Przyniósłbym i jeża, jeśli miałoby to pomóc.



Jestem. Mój świat zmienił się nie do poznania, skrócił, zmniejszył. Sadownik gotuje na jutro obiad i krzyczy z kuchni, że jestem kriplem (z ang. cripple). No... jestem kriplem na zakręcie... ale nie mogę nic poradzić na to, że mimo wszystko ciekawa jestem jak to dalej będzie... i to wydaje się Sadownikowi bardzo dziwne.

piątek, grudnia 03, 2010

(139+2). Bez…

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Zgasło światełko w tunelu na prawie dwie doby. Moja niezgoda na rzeczywistość poszalała sobie. Mój Wewnętrzny Krytyk miał używanie. Znam jego piosenki, wierszyki i wszystkie przemowy na pamięć. Wydawało mi się! Zaskoczył mnie Skurczybyk całkiem mocno. Po opanowanych do perfekcji frazach: „bo inni to to i tamto”, „bo inni to są tacy, siacy i owacy [doskonali, właściwi, wiedzą co jest ważne, a co nie, itd.]” padło: „jak możesz marnować swoje talenty?” No... zamurowało mnie z wrażenia. Mój Krytyk, co się z nim stało? Pozytywnie nastawiony? No i pozostało ze mną owo pytanie: „no właśnie, jak mogę?”

wtorek, listopada 30, 2010

139. Zima w środkach publicznego transportu

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wczoraj wracałam do domu dwie i pół godziny, dzisiaj jechałam do pracy półtorej zamiast standardowych 35 minut. Nie są to wcale rekordy, raczej średnia miejska śnieżna. Plusem jest to, że jak już wsiądę i ulegnę metamorfozie z sardynki w pasażera, mogę wyjąć książkę i bez poczucia grzechu, --- że powinnam robić co innego --- mogę spokojnie oddać się lekturze.

Nie wiem, co się stało, żadna to rocznica urodzin, śmierci, ale… wróciła Elisabeth Kübler-Ross z impetem dwóch pozycji książkowych (o jednej już wspominałam). Nie chodzi o skąpe wydanie książki z 1969 roku, ale o wydanie jednej z jej ostatnich książek… wspomnień. Znów nie mogę się oderwać. Sama historia --- jak to się stało, że owa pani stała się taką a nie inną osobą --- jest nie tylko fascynująca, ale i uniemożliwia wierzenie w przypadek. :)

Znów muszę, bo inaczej się uduszę:

(…) Byłam znów zdana tylko na siebie i na tym polegał kłopot. Niczego jednak nie żałowałam. Przypomniałam sobie wiersz, jaki moja babka wyhaftowała na makatce wiszącej nad łóżkiem w pokoju gościnnym, w którym wiele razy spałam jako dziecko. W tłumaczeniu brzmiał on mniej więcej tak:

Zawsze, gdy myślisz
że już nie dajesz rady
i nic ci się nie udaje
pojawia się światełko.

To światełko
odnawia twoje siły
i dodaje ci energii,
byś zrobił jeszcze jeden krok
.

Elisabeth Kübler-Ross, Koło życia,
Laurum, Warszawa 2010.


Tylko za jedną rzecz utłukłabym tłumacza. Jak można tytuł “THE WHEEL OF LIFE, A Memoir of Living and Dying” przetłumaczyć na: „Koło życia, Rozważania o życiu i umieraniu”.

Na szczęście w tej książce, jak i w pozostałych tej autorki, światełek jest multum i nie jest w stanie tego zepsuć nawet bezmyślny odrobinkę tłumacz.

Nie pozostaje nic innego jak wciąż nucić stadną mantrę: więcej śniegu, więcej! Będzie się wówczas więcej czytało.

138. Śnieg, śnieg, śnieg

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wciąż pada. Drugi dzień mam problem z dotarciem do pracy i powrotem do domu. Ominęła mnie wczoraj piękna zabawa pod górką, bo byłam „utknięta” w środkach komunikacji miejskiej. Gdyby nie Kudłata, pomstowałabym na czym świat stoi a tak… pomimo, że byłam już nieźle zmarznięta, sama myśl o uśmiechniętym pysiu Heńki, która używa życia w zaspach, powodowała, że moja uwaga skupiała się na pozytywach. O dwudziestej w centrum Wawy były korki, jakich to miasto nigdy nie widziało o tej porze. Ot, zwykła powtórka z wczesnopopołudniowych ścisków miejskich. W pewnym sensie, śnieżny powiew zimy, przeniósł ludzi w atmosferę Sylwestra w Brazylii… tłum ludzi na ulicach… jedna wielka śnieżna fiesta. Tylko zachwyt dużo, dużo mniejszy.

Gdy już w końcu udało mi się dotrzeć na wymarzony przystanek autobusowy, niedaleko stali i czekali na mnie Sadownik z Heńką. Kudłata odcinała się od śniegu w przepiękny sposób, prezentując bez dodatkowych damskich krygacji, swoją wyraźną, zdecydowaną, szeroką linię. W bieli jest jej wyjątkowo do twarzy. Patrząc na wyjątkowy zachwyt światem, który mienił się w jej oczach, doszłam do wniosku, że chyba tylko psy są w 300% zachwycone tym, co zrobiła z naszym życiem aura w ciągu ostatnich 30 godzin.

Dziś rano ta wspaniała para odprowadzała mnie na przystanek, z którego oczywiście nie odjechał żaden tramwaj. Miałam jednak okazję zobaczyć jak, z uwielbieniem, Heńka daje nura w warstwy śniegu półmetrowej wysokości. Nie byłam bardzo zachwycona (tylko troszeczkę) tym, że znów jechałam do pracy na tyle długo, że studenci poszli w długą. Jestem jednak ogromnie zachwycona, że zima w końcu ma dla mnie sens, a nie jest porą roku, którą należy przespać, przeleżeć, przewegetować, przesmucić w oczekiwaniu na życiodajną wiosnę. Zima służy mi teraz bardzo dobrze do życia pełnią stadnego życia. Życzę sobie... więcej śniegu!

poniedziałek, listopada 29, 2010

137. Magiczny weekend

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Dwa ostatnie dni były naprawdę magiczne. Po pierwsze był drugi warsztat z Polityki relacji. Długo by pisać, a i tak niczego by to nie wyjaśniło. Dzisiaj chodzę i cieplutko myślę o Dziewczynach, z którymi robiłam ćwiczenia --- jedne z najpiękniejszych ćwiczeń, jakie kiedykolwiek robiłam i, jakby tego było mało, z Cudownymi Kobietami.

W sobotę późnym popołudniem (prawie wieczorem) poszliśmy z Sadownikiem na kawę z naszymi, długo niewidzianymi, znajomymi. Im bardziej z naszych filiżanek znikała kawa, tym bardziej bielało na dworze. Gdy wracaliśmy do domu rosła w nas już tylko ciekawość: jak Kudłata zareaguje na pierwszy, większy śnieg? Ubaw był ogromny. Heńka postanowiła go… zjeść. Najpiękniejsze było jej zdziwienie, że nie da się zjeść całego śniegu, bo tyle go jest! To chyba pierwsza „substancja”, która ilościowo pokonała naszego Sierściucha.

Niedzielny wieczorny spacer, który ze spacerem nie ma nic wspólnego, bo jest zwykłym staniem pod górką i patrzeniem jak psy szaleją, był również giełdą wymiany informacji na temat, jak zareagowały nasze psy na śnieg. Tak się składa, że dla wszystkich psów, które bywają pod górką wieczorem, był to pierwszy śnieg w ich życiu. Śnieg pełni również rolę praktyczną, w końcu wszystkie psy dobrze widać --- większość jest czarna lub prawie czarna.

Dziś śnieżyca zachwyciła Kudłatą swoją siłą. Fajnie jest, gdy świat jest cały biały i tylko Heńka w parku czarnusieńka… prawie, bo przysypana śniegiem, wytarzana. Kudłata ma nową zabawę, ryje w śniegu tak długo, aż zniknie jej pod śniegiem cała głowa. Potem wynurza się na świat i uśmiecha szelmowsko jakby wróciła z dalekiej podróży.

Nigdy nie lubiłam zimy. Owszem, miałam epizody, gdy lubiłam śnieg. Działo się tak podczas wyjazdów narciarskich. Dziś dotarło do mnie, że uwielbiam śnieżną aurę, nawet wtedy, gdy jak dziś, jechałam do pracy dwie godziny. Pierwszy raz w życiu cieszę się na śnieżny grudzień i mam nadzieję, że nadchodzące Święta będą białe. To będą pierwsze, szczególne Święta. Pierwszy raz od długiego czasu czekam na nie. Będzie bosko i tak bardzo chciałabym, aby było… śnieżnie!

piątek, listopada 26, 2010

136. Z różnych perspektyw

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Pisałam już o odkryciu, że pies pełni rolę katalizatora kontaktów międzyludzkich. W szczególności, nie da się tego nie zauważyć w środkach transportu publicznego. Do wczoraj myślałam, że taką rolę mogą pełnić jeszcze tylko dzieci i to małe --- utożsamiane z delikatnością, niewinnością, słodkością młodego życia. No to mnie życie wyprostowało. Wczoraj, w tramwaju, byłam świadkiem sceny, w której tę szczególną rolę pełnił... habit. Młody Franciszkanin, obleczony w charakterystyczny „mundur” swego zgromadzenia był, bez najmniejszego wahania, obdarowywany pięknymi, młodymi uśmiechami starszych ludzi. Nie robili tego grupowo, każdy z „cywili” chciał mieć uwagę zakonnika, choć przez chwilę, na wyłączność. Miło było patrzeć, jak obcy sobie ludzie wchodzą w ciepły, pełen zrozumienia kontakt. Ziemi, co nas nosi musiało być bardzo miło. Czyż nie jest zadziwiające, że najłatwiej obdarować ciepłą uwagą właśnie obcego człowieka? Zadziwia mnie to, ale i zachwyca faktem, że tak jest. Incydent ten ma dla mnie, osobiście, dwa dodatkowe dna.

Pierwsze, wspaniałe dno --- ten Franciszkanin stał się dla mnie symbolem Odwagi przez wielkie „O”. Ów habit --- swoisty manifest przyjętych i wyznawanych wartości, odważne stwierdzenie: „robię coś niepopularnego, ale jest to dla mnie najważniejsza rzecz w życiu”. Franciszkanin --- ucieleśnienie siły stania za sobą. Zauroczona byłam patrzeniem na tego człowieka. Manifestować siebie, być zawsze sobą, czynić swoje życie wartościowym --- wielkie! Chapeau bas!

Drugie, poznawcze dno --- odkryłam swoje przekonanie, ciekawe bardzo. Zakonnik dla mnie to misja, ksiądz to zawód. Jest to z pewnością krzywdzące dla wielu księży, ale na dziś dla mnie właśnie tak jest.

wtorek, listopada 23, 2010

135. Niespodzianka

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Życie pogalopowało... W niedzielę, zanim popędziłam do pracy, poszliśmy pierwszy raz całym Stadem na forty Bema. Po drodze spotkaliśmy wieczorną koleżankę Kudłatej Perkę z jej Państwem. Okazało się, że Pan Perki robił zdjęcia i na wieczorną gonitwę pod górką Pani Grażynka przyniosła kostkę pamięci ze zdjęciami. W wilgotny wieczór wypełniony deszczem mieliśmy ogromną frajdę oglądając zdjęcia z poranka, gdy jeszcze pogoda była wymarzoną na spacery z psem.


Perka i Kudłata, Kudłata i Perka w całej, sierściuchowej okazałości:


Kiedyś hierarchia ważności Heńki była następująca: dzieci, psy, kółka, mężczyzni, kobiety. Teraz, po doświadczeniach Kudłatej z dziećmi jest: deski-gałęzie-im-większe-tym-lepsze, psy, kółka, dzieci i ludzie. A gdy targa badyla to w oczach ma kurwiki...

134. Prezenty

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Życie pogalopowało... W sobotę kupowałam prezent dla dzieci koleżanki, do której sześcioosobową ferajną jechaliśmy wieczorem. Uwielbiam kupować prezenty, bo moment decydowania się, choć trudny, jest chwilą, gdy wszystko potencjalnie jest możliwe. Zwykle jest tak, że kupno jakiegokolwiek prezentu oznacza również bardzo miłe zaskoczenie mnie samej przez okoliczności. W związku z tym, wcale nie zdziwiłam się, gdy tylko przechodząc obok półek z psychologicznymi książkami odkryłam, że… wydano kolejną książkę Elisabeth Kübler-Ross („Pytania i odpowiedzi na temat śmierci i umierania”). Uwielbiam wrażliwość tej kobiety, uwielbiam czytać o jej pracy i doświadczeniu. Oczywiście, że kupiłam nie patrząc na nic!

Czytam od niedzieli… powolutku… tylko w środkach transportu, ale dzięki tej lekturze poruszam się tramwajem jak statkiem kosmicznym. Wsiadam, tramwaj rusza, otwieram książkę i… już za moment jestem zdziwiona, że czas wysiadać. Nie odnotowuję żadnego z klikunastu zatrzymań pojazdu na przystankach pośrednich.

Jest wiele fragmentów w tej książce, które dotykają do żywego. Wiele z nich zatrzymuje, zmienia bezpowrotnie perspektywę. Jednak dwa chciałabym mieć w pamięci podręcznej --- pierwszy, który dla mnie zawiera esencję niewiarygodnie wielkiej wiary w człowieka; drugi, który jest dla mnie mocą (nie tylko krótkiego zdania), jest również najszybszą i najpiękniejszą odpowiedzią na pytanie: dlaczego hospicjum i ja?

Każdy człowiek ma coś do zaoferowania, jeśli tylko mu na to pozwolimy.”
Kiedy mierzysz się ze swoją skończonością, żyjesz inną jakością życia.”

E. Kübler-Ross, Pytania i odpowiedzi na temat śmierci i umierania,
Laurum, Warszawa 2010.