poniedziałek, lipca 23, 2012

(509+1). Nie zgubić odnalezionych słów (Achronos IV)

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

W piątek wepchnęła mi się do ręki. Wiedziałam, że istnieje. Nie chciałam jej czytać. Jednak w piątek rzuciła się znienacka z pomiędzy znanych tytułów. Chudziutka — może jednak dam radę przeczytać, przemyśleć, zrozumieć — prześlizgnęło się po korze mózgowej. Usiadłam w księgarni pod regałem z reportażami. Przerzuciłam kilka stron. Zmiękłam. Wzięłam ze sobą do domu. Przeczytałam. „Przemyśliwuję”. Nie jestem w stanie zrozumieć. Dziękuję Autorowi za pytania, na które nie udziela odpowiedzi. Tylko pytania pozwalają zachować człowieczeństwo.

(...) Notuję imiona dzieci, nazwiska i dodatkowe informacje umieszczone pod każdym zdjęciem. O Aurore, że była rozgadanym dzieckiem i że lubiła pić mleko. Zapisuję każde słowo, które ktoś tutaj przyniósł. Ktoś, kto przeżył i znał drobne codzienne szczegóły. Jestem mu wdzięczny, bo zrobił to także dla mnie. Bym się dowiedział i zrozumiał, że tego, co tutaj widzę, nie wolno mi zatrzymać dla siebie. Bym potem opowiadał i tego, co teraz notuję, nie poddawał żadnej cenzurze. Dlaczego chcę o tym opowiadać? Komu i po co? Tym, którzy powiedzą, że nie wiedzieli? Że nie znali prawdy? Ale gdzie jest granica między mówieniem prawdy a epatowaniem? Czy ten, który mi powie: epatujesz dziecięcym cierpieniem, będzie mówił o mnie? Czy raczej o sobie: tego, co opowiadasz, nie potrafię przyjąć, nie ma we mnie na to miejsca, brzuch mnie boli, podbrzusze.
     Ale czy to jest powód, bym zamilkł?

*

Ciałobójstwo. O tym nie wolno milczeć. Pisz, niech czytają, niech wiedzą. Tylko dlaczego już po kilku dniach rozmów, po kilku stronach przeczytanej książki, zaczynamy myśleć jak ludobójcy?
     Bo kogo widzisz, kiedy patrzysz na nią?
     Zgwałconą kobietę. Tę, która urodziła dziecko z gwałtu. Tę, która od gwałciciela dostała chorobę. A gdyby była profesorką uniwersytetu? Albo ministrem do spraw kobiet? Prezydentem kraju? Kogo wtedy w niej zobaczysz? Mądrą profesorkę? Sensowną panią polityk? Powiesz: ta zgwałcona Rwandyjka jest świetna. Nie dajesz jej szansy na bycie kimś innym. Kaci zatruli i twoje myśli: najpierw widzisz jej hańbę. Może myślisz o tym bez pogardy, nazywasz to krzywdą albo cierpieniem. Ale to jej cierpienie widzisz przede wszystkim. I zawsze tak będzie. Każda inna informacja — co robi, jak myśli, kim jest — będzie jedynie dodatkiem do jej zgwałconego ciała. Gdziekolwiek mieszkasz, i ty ją teraz zabijasz. Bronisz się? Zaprzeczasz? A jaka jest twoja pierwsza myśl o dziecku? Kim ono jest?
     Dlaczego nie mówię o nim: syn?
     Mówię: ten chłopak.
     Rzadziej: moje dziecko.
Syn? Mój syn?

Wojciech Tochman, Dzisiaj narysujemy śmierć,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010.

509. Nie zgubić odnalezionych słów (Achronos V)

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jabłoń:
Wiesz, w zasadzie to czynnie uprawiam trzy zawody...

Sadownik:
Nie. Cztery!

Jabłoń:
Cztery? Przecież żona to nie zawód...

Sadownik:
Masz rację, żona to nie zawód to służba.

Jabłoń:
W jednym worku z mundurowymi? Ciekawe.

poniedziałek, lipca 16, 2012

508. Rodzaj koński

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Bliźniacza Liczba w sobotę uczyła Sadownika odrobiny hiszpańskiego. Wczoraj rano Sadownik dopytywał Jabłoń, na czym polega różnica między „o” a „a” na końcu wyrazów i z nieskrywanym szowinizmem ucieszył się, że w hiszpańskim jest rodzaj męski i rodzaj „dla reszty świata”. Po czym, bez zająknięcia wydeklamował:

Sadownik:
Hijo mío.
Hija mía.
Ihaha!

(Czy koń by się uśmiał?)

Jabłoń:
(się uśmiała)

niedziela, lipca 15, 2012

507. Słodki, cytrynowy Brak

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jabłoń:
(zagląda w dwa znane miejsca w poszukiwaniu cytryny)
Nie ma cytryny.

Sadownik:
(podchodzi do lodówki, zagląda gdzie trzeba,
wyjmuje cały woreczek cytryn
)
Nie ma cytryny!
Nie mam żony!
Tylko przyjaciółkę, koleżankę-małżonkę.

sobota, lipca 14, 2012

506. Matematyka wyższa chwil najważniejszych

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Całka powierzchniowa z miłości?
Różniczka zupełna z funkcji szczęścia?
Wzór na czystą radość?

*

Czysta radość proporcjonalna jest do:
— liczby psich ogonów falujących zachwytem tą samą chwilą;
— liczby ludzkich oczu, które to podziwiają.

piątek, lipca 13, 2012

505. Motyl świecący

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Co robiliście 26 kwietnia 1986 roku? Tego dnia natura postanowiła przenieść mnie z plemiennego obozu dziewczynek do obozu kobiet. Pamiętam o tym tylko dlatego, że zapamiętałam swój strach, gdy dwa dni później stałam... w kolejce po jod... w nocy... nic nierozumiejąca... w przychodni... razem z rodzicami... Strach. Nigdy o tym strachu nie rozmawialiśmy. Wciąż pamiętam jego smak.

*

Są książki, które natychmiast człowieka do pionu stawiają. I dziwuje się człowiek, na co to on narzekał wczoraj? Co mu się nie podobało? Co było nie do przyjęcia? Karygodne? Niemożliwe do zaakceptowania? Od czego krew go zalewała?

Są takie książki, które szybciutko uświadamiają, że człowiek w kraju płynącym miodem i mlekiem żyje, że ma wszystko, że może wiele, że ma wpływ, choćby na to, czy spojrzy dziś w niebo, uśmiechnie się do świata, podziękuje za świadomość bycia człowiekiem bogatym, w czepku urodzonym, obdarowanym przez sam fakt, że urodził się i żyje w Polsce. Znów o naszym farcie geopolitycznym przyszło pisać — wbijać do głowy zamiast tych wszystkich przegranych bitew, powstań, klęsk i katastrof.

*

Wchodzimy z żołnierzami do chałupy. Mieszka tam samotna babcia.
     „No, babciu, jedziemy”. „Pojedziemy, dzieci”. „No to zbieraj się babciu”.
     Czekamy na ulicy, palimy papierosa. No i ta babcia wychodzi, w rękach trzyma ikonę, kotka i węzełek. To wszystko, co zabiera ze sobą.
     „Babciu, kota nie wolno. Zabronione. Ma radioaktywną sierść”. „Nie, dzieci drogie, bez kotka nie pojadę. Jakże go tu zostawię samego? To moja rodzina”.
     No i od tamtej babci... Od tamtej kwitnącej jabłoni... Od nich się wszystko zaczęło... Filmuję teraz tylko zwierzęta. Mówiłem pani — teraz już znam sens życia...
     Kiedyś pokazałem swoje tematy czarnobylskie dzieciom. Miały do mnie pretensje. Po co? Nie wolno. Nie trzeba. I tak ludzie żyją w tym strachu, wśród tych rozmów, mają zmiany we krwi, osłabiony układ immunologiczny. Spodziewałem się, że przyjdzie choćby kilkoro ludzi. Wypełnili salę do ostatka. Pytania były najróżniejsze, ale jedno dosłownie wryło mi się w pamięć. Jeden chłopiec, jąkając się i rumieniąc, widocznie z takich cichych, małomównych zapytał: „A dlaczego nie można było pomóc zwierzętom, które tam zostały?”. No dlaczego? Sam sobie takiego pytania nie stawiałem, toteż nie umiałem mu odpowiedzieć...

*

Proszę o miłość... Ale się boję... Boję się kochać... Mam narzeczonego, zarejestrowaliśmy się w urzędzie stanu cywilnego. Słyszała pani o hiroszimskich hibakusza? Tych, którzy przeżyli wybuch w Hiroszimie... Mogą liczyć tylko na małżeństwa między sobą. U nas się o tym nie pisze, nie mówi. A my jesteśmy... czarnobylskimi hibakusza... Przyprowadził mnie do domu, przedstawił swojej mamie... Jego dobra mama... Pracuje jako ekonomistka w fabryce. Udziela się społecznie. Chodzi na wszystkie wiece antykomunistyczne, czyta Sołżenicyna. Kiedy jednak ta dobra mama dowiedziała się, że jestem z rodziny czarnobylskiej, z przesiedleńców, zwątpiła: „Kochana, czy pani może urodzić dziecko?”. Zapisaliśmy się w urzędzie... On mnie błaga: „Odejdę z domu. Wynajmiemy mieszkanie” a ja mam w uszach: „Kochana, dla niektórych grzechem jest rodzić dzieci”. Grzech kochać...
     
(...) A nie wie pani, za co ten grzech? Grzech rodzenia dzieci... Przecież niczemu nie jestem winna.
     Czyż to moja wina, że chcę być szczęśliwa?

*

Boję się człowieka. I zawsze chcę go spotkać. Dobrego człowieka. Tak to już jest... Tutaj mieszkają albo bandyci, którzy się chowają, albo ktoś taki jak ja. Męczennik.
     Jak się nazywam? Nie mam dowodu. Milicja mi zabrała. Bili mnie. „Czego się włóczysz?” „Nie włóczę się. Pokutuję”. Wtedy jeszcze mocniej bili. Po głowie... Niech więc pani napisze: sługa boży: Nikołaj.
     Teraz już — wolny człowiek...

*

Porzucony dom... Zamknięty. Kotek w oknie. Myślałem, że to gliniany. Podchodzę — żywy. Objadł wszystkie kwiaty w doniczkach, geranium. Jak tam się dostał? Czy może go zostawili?
     Na drzwiach karteczka:
«Kochany przechodniu, nie szukaj cennych rzeczy. Nie mieliśmy ich. Korzystaj ze wszystkiego, ale nie szabruj. My tu wrócimy».

*

(...) Jakaś całkiem nieznana rzecz burzyła cały mój dotychczasowy świat. Wpełza, włazi w człowieka... Mimo jego woli... Pamiętam rozmowę z pewnym naukowcem: „To jest na tysiące lat — wyjaśniał. — Rozpad uranu to dwieście trzydzieści osiem półrozpadów. Przeliczmy to na czas: miliard lat. A jeśli chodzi o tor, to czternaście miliardów”. Pięćdziesiąt... Sto... Dwieście lat... Ale dalej? Dalej blokada, szok! Już przestałem rozumieć co to jest czas... Gdzie jestem?

*

Zanim zwolnili nas do domu, wzywał wszystkich kagebista i przekonująco radził: nigdzie i nikomu nie opowiadajcie o tym, cośmy tu widzieli. Kiedy wracałem z Afganistanu, wiedziałem, że będę żył. A w Czarnobylu akurat na odwrót: śmierć może dosięgnąć człowieka wtedy, kiedy już jest w domu.
     Wróciłem... I wszystko się dopiero zaczyna...

*

W pierwszych tygodniach i miesiącach wszyscy przycichli. (...) Nie pamiętam poważnych rozmów, pamiętam dowcipy: «Tak teraz u nas dobrze — każdy promienieje! Impotenci dzielą się na radioaktywnych i radiopasywnych». A potem dowcipy nagle znikły...

*

A jeszcze... Modlitwa likwidatora: «Boże, skoro uczyniłeś tak, że nie mogę, to spraw jeszcze, żebym nie chciał». Pocałujcie mnie wszyscy w d...!

Swietłana Aleksijewicz, Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.

Tu, też motyl.

czwartek, lipca 12, 2012

504. Znów wyszłam, znów nie wracam

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Pierwszy raz na obchody rocznicowe poszli w trójkę: On, Ona i decydent komfortu — Jej Kręgosłup.

Jabłoń:
(usiadła na kanapie)

Kręgosłup:
Mowy nie ma bym tu usiedział!

Jabłoń:
(do Sadownika)
Chyba jednak wolę krzesło.

(Sadownik z Jabłonią zamieniają się miejscami)

Jabłoń:
Ale jak chcesz, możesz usiąść na krześle obok mnie.
(uśmiecha się promieniście, dokładnie tak samo
jak w prospekcie emisyjnym naście lat temu
)

Sadownik:
(z powagą w głosie i udając, że karci starą żonę)
Kochanie! To już jest rocznica!

*

No więc świętowali jak przystało na związek posunięty w czasie — siedząc naprzeciwko siebie. Zażyłość ukryli we wzajemnych, ciepłych spojrzeniach. Wydali się dopiero wychodząc z knajpy. Po staremu, niczym świeżo zakochani, obejmowali jedno drugie...

*

Dziesiąty raz wyszłam za mąż i nie wracam. :)

__________
Gdy się poznali, Sadownik pod żadnym pozorem w miejscach publicznych nie chciał siadać przy stole naprzeciwko Jabłoni, tylko obok, bliziutko. Ta nie mogła się nadziwić temu dziwactwu, a dziś z rozrzewnieniem wspominała ten czas.

*

Hymn ślubnego skoku na główkę do pustego basenu, został również odśpiewany:

Heaven in Your Eyes z filmu Top Gun.

Szczęśliwe małżeństwa to jednak straszny kicz!

wtorek, lipca 10, 2012

(501+2). Mi Camino

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jeżdżę tam coraz rzadziej. Staramy się. Szanujemy. Kochamy. Krew z krwi. Więzy. Sen o bliskiej sobie rodzinie. Sen spełniony w kilku powitalnych gestach, w kilku dobrze zapowiadających słowach. Sen niespełnialny przez resztę czasu wypełnionego milczeniem, rozmowami o niczym, jedzeniem. Nie mówią. Nie pytają. Pod żadnym pozorem nie chcą ani słowa na temat tego, co dla mnie ważne, istotne, najważniejsze. Staram się nie mówić. Nie pytam. Staram się dopasować.

Jabłonko, zrozum. Jabłonko, pracuj nad sobą. Jabłonko, proszę. No wiesz, bo Sen o rodzinie. — ktoś we mnie wierzy w Sen.

Patrzę tępo gdzieś ponad. Patrzę wstecz i nie rozumiem skąd ten Sen o rodzinie. Nie rozumiem i wraca tak dobrze znany ból, że nie dam rady dopasować swego kształtu... tym razem do planszy „rodzina z której pochodzę”.

Jabłonko, zrozum. Jabłonko, pracuj nad sobą. Jabłonko, proszę. No wiesz, bo Sen o rodzinie.

Rozumiem. Pracuję nad sobą, ale... sięgam pamięcią wstecz... i wiem, że od dzieciństwa wolę „obcych”.

*

Niczym tona smutku wtoczyłam się wczoraj do Akuszera. Zamknęliśmy rok przemieniając smutek w odwagę bycia po swojemu. Powiedział słowa, których nie miałabym odwagi pomyśleć, bo... Sen o rodzinie... Słowa wypowiedziane zapadły głęboko we mnie rodząc spokój w samym środku mojego jestestwa. Od wczoraj dbam o to, by się zakorzeniły i pięknie rosły. Od wczoraj biorę odpowiedzialność za Inny Sen o mnie w mojej rodzinie pochodzenia. Mam odwagę pomyśleć i zrobić inaczej. Znów, w pewnym wymiarze, dopiero staję się.

Jabłonko, zrozum. Jabłonko, pracuj nad sobą.

Pracuję nad sobą, by rozumieć. Pracuję na sobą, bo sprawia mi to ostatecznie największą przyjemność w życiu. Pracuję nad sobą, by w zachwycie odkrywać jak mało w „obcych” obcości, jak dużo w Nich miłości, zrozumienia, zaufania, wiary, ciekawości, nadziei, marzeń... jak dużo w relacjach z Nimi tego wszystkiego, czego potrzebuję do życia jak powietrza.

Do znudzenia myślę o filmie. Przyklęknęłam na swej Drodze (mój kręgosłup jest mym sojusznikiem, nie wytrzymał rodzinnej atmosfery i trzasnął sobie niegroźnie w niedzielę). Zatrzymana przyglądam się kamykom, z których usypana jest moja Camino. Nie pozostaje nic innego jak... dziękuję. Dziękuję za moją Camino.

How about no longer being masochistic?
Alanis

poniedziałek, lipca 09, 2012

(501+1=487+15). Wciąż na Drodze!

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Od pierwszego ujęcia... Od pierwszego słowa... Od pierwszego dźwięku...
Między oddechem a łzą... Między daleką przeszłością a krótkoterminową przyszłością...
W samym środku PEWNOŚĆ, że ten film jest nie tylko opowieścią, bajką, miodem kładzionym na serce wprost, ale również metaforą Życia jako takiego, przez które kroczymy niczym po Camino.

Myślałam o tych, których spotkałam na swej Drodze. O Tych, z którymi wciąż po niej kroczę. O Tych, co mieli zostać na zawsze a odeszli. O Tych wszystkich co, choćby jednym gestem, słowem odmienili moje życie w inną historię. Znów, tym razem w filmie, Alanis. Mogę już napisać tylko jedno: thank you, thank you, thank you...

How about remembering your divinity?

Jeśli tu jesteś lub bywasz... witam na Drodze!

piątek, lipca 06, 2012

501. Uwaga! Nowy znak ostrzegawczy

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Informuje się wszystkich zainteresowanych, że wprowadzono nowy znak ostrzegawczy do kodeksu drogowego.

Nie czytaj!
_________ Jeszcze się przyzwyczaisz, polubisz.
Po co ci to?

Nie czytaj!
_________ Za literkami kryją się konkretni ludzie,
_________ oswoisz ich, oni oswoją ciebie
_________ i nieszczęście gotowe.
Mało ci kłopotów?

Nie czytaj!
_________ Tak zgrabnie udaje ci się przemykać obok zbyt wielu
_________ nowości książkowych, filmowych, teatralnych.
Po co to zmieniać?

Weszłam nie raz.
Przeczytałam... Polubiłam... Bywam...
Jeden blog... drugi... trzeci...
Mam za swoje... i bardzo się z tego cieszę
za każdym razem.

Bardzo Wam dziękuję!

*

Jeden taki Zwierz nie ma znaku ostrzegawczego na swoim blogu i stało się... odnotujmy, że nie po raz pierwszy! Efekt taki, że wkomponowałam w listę obowiązków, pobiegłam, znalazłam, kupiłam i zabieram na wiejski weekend. Coś tak czuję, że znów będziemy płakać, śmiać się i... doceniać życie.

Parafrazując zdanie ze zwiastuna:
You are not most people!

czwartek, lipca 05, 2012

500. Bo szczęście to zawsze... kicz!

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Sadownik:
(cedzi z nieostrego treść)
Masz! To się nazywa wioskowy efekt, pamiętaj.

Jabłoń:
(cieszy się jak głupia, że ma w końcu poglądowe zdjęcie
na temat wyglądu ust szczęśliwego psa w Heniutkowym wydaniu
)
Dziękuję!

(495+3+1). Wizyta w Galerii (II)

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Chapeau bas! Młoda Dama zwróciła baczną uwagę na detale. Brązowe oczy, wyraźny nos i... Heniutkowy uśmiech! Żaba, przyznają Państwo, też niczego sobie.


Młoda Dama, lat 7

(495+3). Wizyta w Galerii (I)

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Pewna piękna Młoda Dama szósty miesiąc mieszkała w brzuszku swojej Mamy, gdy ową, wtedy jeszcze przyszłą Mamę poznałam. Nie śniło mi się nawet wówczas, że przyjdzie taki dzień jak ten dzisiejszy, gdy Młoda Dama za serce mnie chwyci bardziej niż zwykle.


Młoda Dama, lat 7


Marna podróba sztuki [z aparatu odcedzona]

(495+2). Jak wymarły dinozaury?

(1+495=495+1). Tydzień i trzy dni (dwa lata później)

495. Zaczynamy! Mądra, Piękna i... Żaba

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dawno, dawno temu krążył dowcip o świecie zwierząt. Szedł on mniej więcej tak... Król Lew zarządził inwentaryzację. Każde ze zwierząt musiało stawić się na zliczaniu gatunków, okazów, futer i skrzydeł. Miało też na dzień dobry nie lada dylemat, ponieważ dostawało następującą komendę: zwierzę mądre na prawo, zwierzę piękne na lewo. A żaba na to przytomnie:
— No przecież się nie rozerwę.

Pogratulować Żabie poczucia własnej wartości! Pogratulować! Spapugować!

*

Pierwszy dzień trzeciego roku blogowania zbiegł się z wizytą w Raju, więc świętowałyśmy:


Piękna, Mądra i żywa Żaba

środa, lipca 04, 2012

494. Kończymy!

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Wiesz, dopiero gdy urodziłam, zaczęłam prawdziwe życie...
Wiele razy już słyszałam to zdanie w swoim życiu. Przez lata miałam okazję śledzić zmianę, jakiej wciąż podlegam. Zmianę, którą mierzę na podstawie swojej reakcji na słowa w cytowanym stylu. Od zaczepnego, pełnego złości stwierdzenia: że niby co, nie żyję prawdziwie? to co ja robię twoim zdaniem?, po to wczorajsze: więc co przedtem robiłaś? Balowałam, usłyszałam w odpowiedzi. Z niebywałą pewnością płynącą z głębi brzucha odparłam: bal to też życie.

Dlaczego tak łatwo skreślamy przeszłość, choć to właśnie ona doprowadziła nas do miejsca, w którym teraz jesteśmy, w którym prawdziwie żyjemy, bez względu na względność i subiektywizm owej prawdziwości? Dlaczego deprecjonujemy to, co darem niebywałym jest, a mianowicie nasze życie? Nie zgadzam się na taki stan rzeczy! Dziękuję! Z całego serca!

Wracają do mnie słowa Akuszera, wypowiedziane przez niego prawie trzy lata temu, na bardzo ważnym dla mnie warsztacie: Każda ścieżka jest znacząca. Pamiętam, jak odetchnęłam z ulgą po usłyszeniu tych słów.

Dziś, mogę tylko dodać: tak, tak, każda ścieżka, każda chwila, każdy uśmiech, każdy pocałunek, każde marzenie!

*

Wiesz, nie pamiętam już, jak to jest żyć bez psa...
To taka moja mała tajemnica w moim prawdziwym od zawsze życiu.

Dziś... Heniutka skończyła dokładnie 26 miesięcy.
Dziś... Ostatni dzień dwuletniego już blogowania.

sobota, czerwca 30, 2012

493. Popaść w nałóg już czas!

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jak ja się cieszę, że ta ciężka praca już za mną.
Jestem przeszczęśliwa, że to w końcu się skończyło.
Rozpiera mnie niewyobrażalna radość, na samą myśl, że nie muszę już tam iść.

*

To był naprawdę trudny i długi tydzień. Jednak w całej tej bieżączce dwie kulki w mózgu znalazły chwilę, by zderzyć się i wyznaczyć mi jeszcze jedno zadanie w planie zajęć. Zadanie o najwyższym priorytecie, do wykonywania każdego dnia, od wtorku (co minął) przez wszystkie kolejne dni, aż stanie się nie tylko nawykiem, ale również nałogiem.

Nie chcę w swym życiu radości i szczęścia o zabarwieniu przytoczonych na początku wypowiedzi. Wyrabiam sobie nowy, zbawienny nałóg. Każdego dnia szukam choćby chwili wypełnionej najczystszą w swej formie radością. Każdego dnia szukam też drugiej chwili, której towarzyszy bezgraniczna wiara i nadzieja w ludzi, w świat, w jutro, które stwarzamy chwila po chwili już dziś.

Jak zwykle Henia na to niezmiennie: ja ci bardzo chętnie pomogę! Henia wie, że radość i szczęście kryje się w prostocie zwykłego, ciut bardziej uważnie przeżywanego Życia.

poniedziałek, czerwca 25, 2012

492. Po męsku... przez telefon... o życiu

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Sadownik:
(podziękował za prezent, co elementem
komplementowanego rynsztunku do nowej pasji jest
i dawaj, logicznie uzasadnia,
dlaczego dał się pasji wziąć w posiadanie
)
Żonę już mam... Psa już mam...

Sadownika Teść:
I co? Życie ci zbrzydło!?

Sadownik:
Nie. Pomyślałem sobie, to spełnijmy następne marzenie z wczesnej młodości.

Jabłoń:
(kibicuje pasji nie tylko imieninowo, ale nie pyta na razie o to,
co jest następne na liście marzeń z młodości
)

niedziela, czerwca 24, 2012

491. Co to jest pies?

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Henia:
(próbuje choć poniuchać zawartość
śniadaniowego talerza Sadownika
)

Sadownik:
(patrzy na metodycznie przesuwający się
bez skrępowania nos Sierściucha
)
E ty, nie pomyliło ci się!

Jabłoń:
(w wersji nadopiekuńczej uważa, że talerz stoi na skraju stołu)
To przesuń ten talerz i sama sobie pójdzie.

(po chwili dodaje)
Pamiętaj, pies to urządzenie do robienia klimatu
a nie bezbłędnie działająca maszyna.

sobota, czerwca 23, 2012

490. Edukacyjne walory reklamy... na pohybel!


(u Antenki wraz z Antenką całe Stado zasiadło,
by obejrzeć mecz Hiszpania–Francja
)

Rozum:
(z reklamy)
Pieszczoch chyba chce na dwór.

Serce:
(z tej samej reklamy)
To idź. Twój Pieszczoch.

Sadownik:
Muszę to sobie zapamiętać.

Jabłoń:
(udaje, że nie słyszy Sadowniczej mini-groźby)

piątek, czerwca 22, 2012

(488+1). Matka nierozumiejąca ciut mniej

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Bez względu na to, jak dobrze opanowałeś sztukę odczytywania wyrazu psa, zawsze możesz natknąć się na trudności, bo niektóre psy są zwyczajnie mniej „czytelne” od innych. Do najłatwiejszych zaliczam labradory, a już szczególnie czarne labradory. Czarny labrador jest jak przeciętny Amerykanin — tak samo pełen ekspresji i tak samo łatwy do odczytania.

P. McConnell, Z miłości do psa. Jak zrozumieć emocje twoje
i twojego psa
, Galaktyka, Łódź 2009.

***

Poranny spacer. Cisza. Choć jasno od kilku godzin, dzień sprawia wrażenie, jakby, zanim nabierze ochoty na wielkomiejski zawrót głowy, dopiero co zaczął się leniwie przeciągać. Henia zrelaksowana kroczy obok mnie. Buja nie tylko ogonem, ale również ciałem z lewej na prawą, z prawej na lewą zarażając mnie zachwytem poranka. Moja czytana od wczoraj „przeciętna Amerykanka” idzie równiutko metr przede mną ani razu nie napinając smyczy. Zagapiam się na to rozluźnione, szczęśliwe kudłate ciałko. Wpadam w POP-owski ¼-trans, chwilami ½-trans, by w końcu zanurkować po uszy w głębię usłyszanych od Altówki kilka dni temu słów, co zapadły we mnie, by przehibernować:

     — Nie chodzi o to, że pies umie robić sztuczkę. Chodzi o zagadkę jaka kryje się w pytaniu: jak dojść z psem do takiego zachowania? I to mnie rajcuje, nie sztuczka.

Heniuta wciąż bujała rytmicznie ciałem. Mimowolne skupienie na tym ruchu doprowadziło mnie do stanu, w którym Czas nagle stał się konstruktem czysto abstrakcyjnym, a Chwila stała się najbardziej soczystą, smaczną cząstką życia jaką mogłam dostać dziś z samego rana. Szczęściary, my! Mogłyśmy już wrócić do domu na śniadanko.

Droga vs. Cel
Czas vs. Chwila

...warte zatrzymania...

*

Jakie to miłe, że Kudłata we mnie wierzy i wie, że wciąż jest coś nowego, co mogę głębiej zrozumieć. A to mnie rajcuje... bardzo, bardzo.

488. Matka nierozumiejąca

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jabłoń:
(wyciąga z plecaka świeżo odebraną książkę)

Sadownik:
(rejestruje kątem oka tytuł i z udawanym wyrzutem pyta)
To ty jeszcze nie rozumiesz Heńki?

Jabłoń:
A ty rozumiesz?

Sadownik:
Ja nie muszę.


_______________
T. Grandin, C. Johnson, Zrozumieć zwierzęta, Media Rodzina, Poznań 2011.

wtorek, czerwca 19, 2012

(485+2). Ujarana fajkami Ambre Light

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Włóczyłam się wczoraj po blogowych przestrzeniach, w których mam zwyczaj bywać raz na tydzień lub dwa, by zaaplikować sobie skoncentrowaną dawkę kilku wpisów na raz. Jest taki blog, zwykle skromny, jeśli chodzi o liczbę słów, lecz bogaty w treść, znaczenie, pauzy, eksperymenty myślowe, spostrzeżenia i wszystko to, co między słowami przeczytane może być na milion różnych sposobów.

Zajrzałam tam z oczami mentalnie obłożonymi plastrami awokado. I znalazłam perełkę, którą nuciłam przez cały wieczór, którą nucę od rana i którą z pewnością będę jeszcze nucić jakiś czas.

Alanis Morissette, That I Would Be Good.

Ambre, dziękuję! To nie jest jeszcze jedna ładna piosenka, czy kawałek co za serce chwyta zbyt. To piękne zdjęcia, dojrzała mądrość i mądra dojrzałość, słowa zgrabnie ułożone oraz obłędny zachwyt lingwisty, że piosenką tą można fantastycznie zilustrować tryby warunkowe.

poniedziałek, czerwca 18, 2012

(485+1). Więzienne więzów krwi pogaduchy

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Pogaduchy v. 1.0:
— Czy tak zachowuje się osoba dorosła?
— Pomidor.
— To się nazywa odpowiedzialność?
— Pomidor.
— Co ty sobie myślisz?
— Pomidor.
— Czy rodzina nic dla ciebie nie znaczy?
— Pomidor.
— Wiesz co? Jesteś moim największym problemem!

*

Pogaduchy v. 6.0:
— Czy tak zachowuje się osoba dorosła?
— Awokado.
— To się nazywa odpowiedzialność?
— Awokado.
— Co ty sobie myślisz?
— Awokado.
— Czy rodzina nic dla ciebie nie znaczy?
— Awokado.
— Wiesz co? Jesteś moim największym problemem!

*

Jeśli jesteś Rodzinnym Problemem, poczuj dumę, bo to oznacza, że jesteś również Rozwiązaniem. Najczęściej, jedynym możliwym.

485. Owocowanie

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Tydzień papierologii, terminów nieprzekraczalnych, kwitów co sensem życia mogłyby się stać, zaowocował tym, że mój Wewnętrzny Profesjonalista nie wytrzymał tempa, presji, niedoczasu i łaskaw był paść na pysk rażąc mnie temperaturą 39.2⁰C. Przeleżeliśmy sobotę, przeleżeliśmy niedzielę. Rodząca się we mnie kobieta Czterdziestoletnia siedziała na skraju łóżka i powtarzała do znudzenia: papiery papierami a życie życiem i dbać o siebie trzeba, zwłaszcza w twoim wieku, kotku. Mądra ta kobieta, ale gdzie była, gdy papier poganiał mnie papierem. A teraz, w poniedziałek, świat jej przytakuje samym faktem, że nie runął od mojego leżenia w łóżku.

*

Gdy nie wiem jak rozwiązać problem, kładę się spać. Wstaję z gotowym rozwiązaniem, sugestią, czasem tylko z wątłą, niewiadomego pochodzenia pewnością, że już wiem jak coś zrobić. Przez ten papierowy pęd nie odnotowałam zachwytu rozwiązaniem, które przyszło do mnie dokładnie tydzień temu, na granicy snu i jawy będąc dokładnie tym, co chciałam znaleźć, choć nie wiedziałam jak wygląda. Szukałam bowiem metafory, obrazu, czegoś, co w prosty sposób zilustruje to, w co głęboko wierzę, że każdy problem to możliwość w przebraniu, szansa do rozwoju, zmiany, okazja do pójścia o jeden krok dalej w Nieznane Inne, Nieznane Lepsze. Chciałam znaleźć niewerbalną formę przedstawienia jednej z cegiełek fundamentów POP-owskiej filozofii:

Każdy problem ma w sobie zalążek rozwiązania.

Znaleźć. By przestać o tym opowiadać. By wyrazić pełniej. By pokazać nie używając słów. Odnalazło mnie takie senne rozwiązanie:

Myślę, że nie mogło być bardziej trafione.

*

Awokado (dla mnie) od tygodnia to już nie tylko składnik przepysznej kanapeczki (świeża bagietka posmarowana masełkiem, awokado, cebulka, odrobina soli), ale również Symbol, który bardzo mnie rajcuje. Jak tak dalej pójdzie to poznacie mnie po koszulce… z awokado.

Mówią gruszki na wierzbie? Czas powiedzieć awokado na Jabłoni!

sobota, czerwca 16, 2012

484. Chatka na psio-kocich łapkach

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Chatki na kurzych łapkach w baśniach pociągały mnie od zawsze. Zwykle mądre, wolne babki w nich mieszkały, nawet jeśli opinię na mieście miały kiepską. Było w tych chatkach coś ze sportów ekstremalnych, coś niepoddającego się normom społecznym i grawitacji, coś wyjątkowo pociągającego, nawet jeśli w planach autora było, by dziecko zaczęło się bać.

Jest taki dom. Pozornie wyglądający jak wiele innych domów w okolicy. Jednak, gdy przekraczam jego bramę, za każdym razem trafiam do magicznej chatki na psio-kocich łapkach. Chatki, w której postulat „być” wiedzie prym nie tylko nad „mieć”, ale przede wszystkim nad „mieć za wszelką cenę”.

Gdy choć na chwilę nabieram wątpliwości, że może jednak powinnam i to, i tamto jak ten czy tamten człowiek sukcesu, rodzinna gwiazda, niepodważalny wzór do naśladowania, myśl o tej Chatce utwierdza mnie w starym, wytartym już postanowieniu, że wolę być... za wszelką cenę.

*

Wczoraj, obok Chatki na psio-kocich łapkach, powstał wspaniały kudłaty test... na inteligencję, spostrzegawczość, poczucie humoru, zachwyt bieżącą chwilą. Cytując za Altówką: na poniższym zdjęciu znajdź pudla... od siebie mogę dodać: bardzo mądrego pudla, co w proch starł moje kiepskie zdanie o tej rasie.

wtorek, czerwca 12, 2012

483. Matka Boska Obszczekana

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Wersja A (zasłyszana, rodzinna, stara)
Rodzice z trzylatkiem do dziadków na niedzielny obiad się wybrali. Dziecko czyściutkie, grzeczniutkie — sam miód, cud i dobre wychowanie. Pierwsze danie, drugie danie. Deser. Mały „siam” łyżeczką kawałkiem tortu na swoim talerzyku zarządza. Po chwili kęs jeszcze nietknięty zleciał z talerzyka wprost na bielutki obrus. Chłopiec widząc co się stało, pod nosem, ale wyraźnie, skwitował:
— O kulwa!

Rodzice w pąsach dawaj się tłumaczyć, że oni nie wiedzą, skąd Pierworodny takie słowo zna. Dziadkowie wiedzieli swoje. I dobrze wiedzieli.

*

Wersja B (jeszcze ciepła)
Hospicyjne spotkanie. Organizacyjno-robocze. Ot, takie, co zwykle pierwszą część ma w kościele, by pożegnać tych, co w zeszłym miesiącu odeszli. A potem przy herbatce, druga część w przykościelnej salce, której użycza nam zaprzyjaźniony z Hospicjum Ksiądz.

Organizacyjno-robocze. Jesteśmy z Heniutką punkt trzeci. Koleżanka w samym środku punktu pierwszego, gdy z ciszy wyrywa się Dusza obronnego Kundla, wojujące Alter Ego Heniutki. Jak nie wyskoczy, pozycję obronną przyjmie, szczeknie niskim, groźnym głosem. Kto mi uwierzy, że to pies terapeutyczny, gdy Henia dojrzawszy figurę, w szatana zamieniona wyzywa Matkę Boską od ostatnich.

Pąsów nie było. Nie będę się nikomu tłumaczyć, dlaczego Heniutka do kościoła nie chodzi. Zaprzyjaźniony z Hospicjum Ksiądz uśmiechnął się, bo dobrze wiedział, że jakie imię, taki pies, choć poznał się z Hexe pół godziny wcześniej.

Nie jestem specjalistką, ale taka była ta Matka Boska Obszczekana:

niedziela, czerwca 10, 2012

(481+1). Problem z Bogatą

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Sadownik:
Czego mam Ci życzyć, skoro masz wszystko?

Jabłoń:
No właśnie, czego?

481. Bogata wiekiem

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

     — Wszystkiego najlepszego z okazji osiemnastych urodzin — popłynęło ze słuchawki telefonu wprost do mojego ucha.
     — O nie, nie, nie! Tylko nie osiemnastych — jęknęłam.

Gdy miałam 18 lat:
     — sypiałam sama,
     — byłam wytykana palcami,
     — mieszkałam z rodzicami,
     — nie miałam swojego miejsca na Ziemi,
     — nie znałam Sadownika.

Dziś, o 6.20 skończyłam 39 lat. Ruszyłam pewnie w kolejny rok swojego życia z niepohamowaną ochotą, ciekawością, wiarą i zaufaniem. Przypomniała mi się wypowiedź starszej wiekiem i doświadczeniem koleżanki:
— pewnie nie uwierzysz, ale po czterdziestce jest jeszcze lepiej.
Powiedziała to w dniu, w którym świętowałam trzydzieste urodziny przeczuwając, że właśnie zaczyna się najlepszy czas mego życia. Coś mi się zdaje, że mówiła prawdę, a to oznacza, że najlepsze wciąż przede mną.

Pod żadnym pozorem nie chcę mieć raz jeszcze 18 lat. Dumna i blada jestem, że udało mi się dożyć pierwszego dnia 40. roku mego życia, odnaleźć i rozwinąć w sobie pewność, że Życie ma głęboki Sens, wspaniały Smak, niewyobrażalnie bogaty Kształt.

*

Nie każdy człowiek miał szczęście urodzić się żywym. Nie każdy dożył swoich pierwszych urodzin. Nie każdy mógł stanąć na własnych nogach. Nie każdy mógł poznać swoje marzenia. Nie każdy mógł pokochać z wzajemnością. Nie każdy mógł spotkać prawdziwego siebie. Nie każdy mógł mieć psa. Nie każdy...

Witaj w klubie uprzywilejowanych Życiem!

czwartek, czerwca 07, 2012

(479+1). Super! Ciała w Boże Ciało

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Po męsku. Było super!

Po damsku. Wszystko zaczęło się kilka lat temu bez naszego udziału. Pani A odkryła i po jakimś czasie podarowała Pani B. Pani B obdarowana zachwyciła się również i podarowała dalej Antence w prezencie. Antenka w zeszłym tygodniu podarowała w prezencie Sadownikowi. Masaż. Wybrał indonezyjski i odebrał we wtorek. W sposób pośredni podarunek ten był również dla Jabłoni, co nie lubi przepuścić okazji do nauki.

*

Dziś, w Boże Ciało, Sad cielesną powłokę swej relacji z błogiego snu wyrwał i powiózł na ósmą rano na spotkanie nieznanego, co kryło się pod hasłem masaż partnerski. Przez pięć godzin uczyliśmy się obdarowywać siebie nawzajem nieznaną nam dotąd stroną magii dotyku. Coś takiego powinno być dołączane do pakietu prezentów ślubnych.

Bezkresna łagodność, uwaga, zaufanie, szacunek i miłość w magiczny dotyk zaklinane płynęły od Sadownika do Jabłoni, do Sadownika od Jabłoni. To nie do zapomnienia, nie do przecenienia. To do praktykowania. Niech płynie!

Cudowne odkrycie na trzy dni przed pierwszym dniem czterdziestego roku życia. Chyba zaczęliśmy już świętować...

*

Pani A, Pani B, Antenka, Sadownik, Jabłoń. Ciekawe, kto będzie następny w tym łańcuszku zachwytu...

środa, czerwca 06, 2012

(478+1). Super! Scena II

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

(wczoraj wieczorem,
gdy w końcu Sadownik wrócił do domu
)
Jabłoń:
I jak było?

Sadownik:
Super!
(po chwili)
Pierwszy raz od piętnastu lat
dotykała mnie inna kobieta niż Ty.

[cdn. jutro]

478. Super! Scena I

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

(wczoraj rano przy śniadaniu)
Jabłoń:
(nie bez odrobiny satysfakcji)
Jak Ci było wczoraj?

Sadownik:
Super!

Sadownik:
(po chwili)
Nie kłamałem?

Jabłoń:
(uśmiecha się na wspomnienie miny Sadownika,
która o ułamek sekundy wyprzedziła wypowiadane słowo „super”)
Nie. Nie kłamałeś.
(uśmiecha się dumnie)

Sadownik:
(mądry doświadczeniem bycia mężem POP-owskiej terapeutki)
Nie kłamałem albo byłem w kłamstwie bardzo spójny.
(uśmiecha się szelmowsko)

wtorek, czerwca 05, 2012

(476+1). Bez tytułu, ale z zachwytem

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

OK, Jabłonko, do rzeczywistości wróć, błagam. Wszystko tańczy, cholera! Kot od niechcenia się przechadza. Tańczy! Psy ganiają w parku. Tańczą! Idę na kawę, chwilę bezruchu złapać. Ludzie pędzą po skrzyżowaniu. Nie przecieram już oczu, by pewność, że tańczą zmienić w zwątpienie, że może ciut brzydcy, niewyspani, zmęczeni, nieszczęśliwi, niezdrowi. Tańczą! Między zajęciami na kawę biegusiem. Kawusią do życia w wielkim mieście się przywrócić. Plan mam.

Zaklinam, o tu, usiądź, proszę. Zaklinować się w fotelu. Odpocząć od tańca bezkresnego. Siadam. Zamykam na chwilę oczy i czuję, że znów wszystko we mnie wibruje. Podeszłam do baristy ukrywając radość z towarzyszącego mi tanecznego kroku. Podeszłam, by zapytać, kto śpiewa ten utwór, co nie pozwala mi stać się zmęczonym członkiem jednego z bogatych, europejskich społeczeństw XXI wieku.

Barista, prośbą nietypową zdziwiony, pomógł. Znalazłam. Już nie zgubię. Wciąż tańczy cały świat...

Nana Mouskouri, Plaisir d'amour.

__________________
To na pewno smutna piosenka, ale mam tę własność, że piosenki śpiewane po francusku są dla mnie utworami bez słów. Nawet więc jeśli smutna, to piękna.

poniedziałek, czerwca 04, 2012

(475+1). Tańcz!

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

We wtorek napisałam:
     Pracować, śmiać się, płakać, tańczyć

Wróć! Mój Wewnętrzny Krytyk myśląc o formalnym tańcu, figurach obowiązkowych, potknięciach nie do uniknięcia, skreślił ostatnie słowo:
     Pracować, śmiać się, płakać, tańczyć

I dodał, wracając na bezpieczny grunt:
     Pracować, śmiać się, płakać, rozumieć...

***

To było we wtorek. Wróciłam. Nie znajduję słów, by opisać Magię, której byłam świadkiem; której towarzyszyłam, gdy rodziła się w innych ludziach; której byłam źródłem dla samej siebie.

Przywiozłam bezwzględną pewność, że tańczyć oznacza rozumieć… że ruch jest narzędziem prowadzącym ku rozumieniu, jest naszym uniwersalnym językiem, jest Magią Mądrości Życia w Nas. Zrozumiałam jak ważnym jest ciągłe przypominanie sobie, że ruch nie zna słowa błąd. Nasze ciała tańczą! Bezustannie! Bezbłędnie! Gdy sięgamy po kubek z kawą! Gdy idziemy po chodniku! Gdy zamieramy w bezruchu! Gdy myjemy zęby! Walc, tango, salsa to tylko marna podróba żywego tańca, jakim jest nasze zwykłe, cudne, codzienne Życie.

***

Poruszyć swą Duszę. Wytańczyć siebie, swe pragnienia, znaczące związki z innymi ludźmi. Tańcz!

wtorek, maja 29, 2012

475. Peron 9 i 3/4 wzywa

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Lekki niepokój, wielka ciekawość. Od samego rana. Maksymalnie piętnaście kilo rzeczy wykładam na stół. Na pięć dni. Dziś po południu wyruszam na spotkanie nowej siebie, na spotkanie starych Przyjaciół w nieznanych nawet Im nowych wersjach. Spotkam również ludzi, których nigdy wcześniej nie spotkałam. Już, już chcę tam być.

Pracować, śmiać się, płakać, rozumieć — być w samym środku Święta, jakim jest coroczny przyjazd naszych zagranicznych Nauczycieli. Kate Jobe i Joe Goodbread już są w Polsce. Czas na POP-owską magię... Czas na Hogwarts by the Sea... Czas odkryć zmianę, która od rana radośnie wibruje już w moim ciele. Zmianę, której potrzebuję teraz równie mocno jak miłości i powietrza. Zew Życia, co zmianą wieczną jest, woła!

poniedziałek, maja 28, 2012

474. Życie — nasz karciany fart!

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Partyjka remika. Dwie talie. Dżokery. Trzy, cztery osoby przy stoliku. Cel to wygrać poprzez wyłożenie wszystkich kart na stół. Czysty sekwens na wagę złota w sekcji „musi być”. Potem już odrobina luzu. Wciąż należy zbierać, ale mniej rygorystycznie. Sekwensy z dżokerami, pogrupowane karty o tej samej mocy, ale różnych kolorach. Zbierać. Wymieniać. Czekać na kartę. W końcu, jest! Pięćdziesiąt jeden punktów w tych tak zgrabnie ułożonych w dłoni kartach. Można się wyłożyć. Jedni czynią to od razu, można by rzec profilaktycznie, by przypadkiem nie zostać ze zbyt dużą liczbą kart w ręku, gdyby ktoś inny skończył przed nimi. Inni, żyłkę hazardzisty na motorze napinają, trzymają do końca, by za jednym wyłożeniem pozbyć się wszystkich kart. Zrobić wejście smoka, z przytupem oznajmić „kończę”, by rozkoszować się jękiem tych, co też mieli taki sam plan i czekali już tylko na tę jedną, jedyną kartę.

*

Od pewnego czasu podziwiam życie jako partyjkę remika. Każdy z nas w ręku kilkanaście kart ma. Jedne nam się podobają. Innych najchętniej byśmy się pozbyli. Siedzimy przy stoliku i patrzymy jak inni, a czasem i my sami, czekamy na tę właściwą kartę. Pracę, co wymarzona. Człowieka, co wyśniony ma przyjść i nasze życie zmienić w raj na ziemi. Pieniądze, co niczym dżoker mają rozwiązać wszystkie palące problemy. Nie zauważamy mocy kart, co je w ręku ściskamy już chyba tylko z przyzwyczajenia.

Może w wieku osiemdziesięciu czterech lat przypomni nam się, że mieliśmy dwójkę pik (możliwość samodzielnego wyjścia do parku) i nigdy z niej nie skorzystaliśmy. Mieliśmy... Być może nam się poszczęści i wciąż będziemy ją mieć! Wytartą. Pogniecioną. Wyblakłą. Gdy będziemy mieli osiemdziesiąt cztery lata wciąż będzie miała swoją moc, choć wtedy może oznaczać już tylko możliwość samodzielnego przemieszczenia się z łóżka na fotel. Czy zdążymy się ucieszyć, że los dał nam właśnie tę kartę? Czy będziemy się złościć, że to tylko dwójka pik?

*

Życie, niczym karciana gra, podarowało mi pewne karty. Pewnych mi nie dało. Objawieniem było dla mnie, że każdy człowiek został potraktowany dokładnie tak samo, niczym wielbiciel remika — coś dostał, czegoś nie otrzymał.

Pytanie brzmi, co mogę dziś zrobić z kartami, które mam w dłoni?
Uśmiecham się na myśl o ich mocy...
Uśmiecham się na myśl o mocy Waszych kart...

środa, maja 23, 2012

(472+1). Recepta na magię

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Cudowną receptę od Sojusznika mej Duszy dziś dostałam:
     zachwyt każdym oddechem, wskazany :)
Literkę po literce przeczytałam.
Powoli delektując się każdym słowem.
Wróciłam do początku:
     zachwyt każdym oddechem, wskazany :)
Wykupiłam.
Z każdym oddechem i zachwyt, i wdzięczność...
i wszystko pięknieje, cudem się staje... magia!

poniedziałek, maja 21, 2012

(471+1). Lekarstwo na polską przypadłość

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Najczęściej a może już tylko czasem, jak spotka się dwóch Polaków to genetycznie są uwarunkowani, by narzekać. Spotkały się w sobotę dwie pozbawione tych genów Polki i zaczęły rozmawiać o rzeczach, które je uskrzydlają, udały się ostatnio, zachwyciły. Owoców ta rozmowa miała wiele. Kwiatów, co rozkwitnąć dopiero mają zamiar też było niemało. Jednak, jeden owoc był na tyle dojrzały, że przybrał materialną postać i był gotów do schrupania.

By móc ten owoc skonsumować, wczoraj po pracy wpadłam do księgarni. Poszukałam w dziale, w którym nigdy jeszcze nie byłam. Chwyciłam egzemplarz. Zakupiłam. Wróciłam do domu. Wybiegałam Kudłatą i... zrobiłam coś, czego nie robiłam od miesięcy — zatrzymałam swój Świat. Zaległam z książką w hamaku z niepodważalnym postanowieniem, że z niego nie wylezę, dopóki nie „wyczytam” ostatniej literki, nie „wyoglądam” ostatniego zdjęcia, nie „nazachwycam” się gatunkiem papieru, na którym została wydrukowana ta pozycja książkowa. Tak się stało. Były chwile, gdy czytając płakałam. Były takie, gdy wzruszenie zmieniało rytm mego oddechu. Było wiele chwil, gdy się śmiałam. Ale cały czas czułam się głęboko uprzywilejowana, że mogę tę książkę mieć w rękach.

Dwóch facetów plus dobrzy ludzie i Marzenie. Po tej książce nie ma się już żadnego usprawiedliwienia, by narzekać. Napisałabym „sięgnij po nią”, ale najpierw przestroga. Uważaj, to bardzo niebezpieczna książka. W mgnieniu oka leczy z deficytów, problemy czyni wyzwaniami, a trudności chwilową niepogodą. To naprawdę niebezpieczne, ale… sięgnij! Nie pożałujesz. A potem podziel się, proszę. Daj znać jak Ci z Nią było.

Po prawdzie, wszystkie Osoby pojawiające się w tej książce stały się od wczoraj Sojusznikami mojej Duszy. Teraz będzie mi dużo trudniej wmówić Jej, że się nie da, bo świat się skończy, zawali... Dusza mówi: dawaj! A Serce na to rytmicznie wystukuje swoje Tak! Tak! Tak!

***

[Piotr] Niedawno zostałem wezwany do dyrektora banku, który zapytał, jak wyobrażam sobie zapewnienie ciągłości wpłat na mój rachunek. Uśmiechnąłem się i powiedziałem, że u mnie jest wieczny dylemat pomiędzy „mieć” a „być”. I że w tej chwili jestem na etapie „być”, ale… porozmawiamy, jak wrócę z Buenos. Nie wiem, jak mu to wytłumaczę, że salda nie są najważniejszym elementem mojego życia, a teraz muszę coś zrobić wyjątkowego dla innych.

*

W Twoim życiu obok momentów dobrych były trudne: śmierć brata, twoja choroba, sprawy osobiste. Jak sobie radzisz w tych najtrudniejszych momentach?

[Piotr] Bardzo ważne w momentach kryzysu jest to, by otwierać się na innych. Nie uciekać w izolację i wewnętrzną, psychiczną emigrację. Nie ma innej możliwości funkcjonowania, jak otwarcie na ludzi. W ten sposób człowiek „ładuje akumulatory”, jest w stanie się podnieść i iść dalej.
     Człowiek, jeśli jest sam, gaśnie. Kwintesencją odpowiedzi na postawione pytanie będzie przypowieść i rada, jakiej udzielił mi kiedyś lekko „zawiany” góral z Zawoi. Coś, co mnie zupełnie powaliło: „Bo wis cłeku, z problemami w zyciu to jezd jak z tym powrozem co ma mnóstwo węzłów. Jak się ktoś ino kce po tej życiowej linie ślizgać, to go strośnie dupa będzie boleć. A mądry cłek jak to uwidzi to każdy supeł — co jest dla głupiego problemem — wykorzysta! Wesprze się na nim, wyżej wylezie po powrozie, na wirsycek, ku Bogu. Hej!”

*

Łukasz: (…) góry zdobywa się głową.
     Piotr: Tak, jak kobiety… i indeksy.

*

     — Piotr, uważasz, że masz szczęście w życiu?
     Piotr: Tak. Z medycznego punktu widzenia też.
     A największe szczęście Łukasza? To że nie widzi przeszkód...

K. Pinkosz, Ł. Żelechowski, O dwóch takich… Teraz Andy,
Demart, Warszawa 2011.
(wyróżnienie kolorem moje)

niedziela, maja 20, 2012

471. Przypadki... pokochać od zaraz!

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

A, B, C:
Będzie nudno, czyli o tym samym.

Wersja A:
Ludzie dzielą się na tych, którzy uznają fakt istnienia przypadków i na tych, co z uporem maniaka wierzą, że w życiu nie ma przypadków, że to co wygląda na przypadek jest tylko i wyłącznie puzzlem, którego właściwe miejsce jest nam jeszcze nieznane. Zwykle potrzebny jest czas, by złapać właściwą perspektywę. Nowe puzzelki muszą się zadomowić, poprzesuwać, wskoczyć na swoje miejsce, by mógł odsłonić się nowy fragment układanki.

Jestem z serii tych, co nie wierzą w przypadki, ponieważ są zbyt precyzyjnie nieprzypadkowe. Uczę się owe, tak zwane „przypadki” kochać od zaraz. To nie jest wcale łatwe, bo na pierwszy rzut oka zawsze wyglądają jak porażka, rozczarowanie, kłopot a nawet zalążek tragedii.

Kilka miesięcy temu ciąg zdarzeń przeróżnych doprowadził mnie do spotkania, które nie było dla mnie łatwe a finalnie okazało się nawet średnio przyjemne. Zastanawiałam się, po co mi to było. Próbowałam wyssać mądrość jakąś ze szpiku tego zdarzenia, bo przecież nie ma przypadków... Dopiero wczoraj odsłonił się w znaczącym stopniu puzzel Gebharowym kolorem malowany. Przestałam żałować, że wtedy... że tak wyszło... że może nie miało to sensu... że na drugi raz bym tak nie zrobiła... Fajnie, że się wydarzyło! Miało sens! Gdyby cofnął się czas, zrobiłabym to samo!

Patrzę do tyłu na listę wszystkich „przypadkowych przypadków” w swym życiu... ciekawe, że finalnie z łez, smutku i rozpaczy lubią przekształcać się w spełnienie, radość, wiarę, nadzieję i miłość. Marzy mi się już tylko, by dostrzegać ich piękno ciut szybciej, nauczyć się je kochać i doceniać tak szybko, jak szybko jest to możliwe uwzględniwszy potrzebę, że czasem niezbędna jest porcja czasu, by przetrawić, zrozumieć, dojrzeć...

__________________
To kolor Starej Duszy. Ucieleśniony paradoks, bo choć spotykasz ten odcień po raz pierwszy w swoim życiu, to wiesz, że znasz go od zawsze.


Wersja B
:
Dojrzeć... zobaczyć? Nie! Dojrzeć. Amen.


Wersja C
:
Dojrzeć... Drugiego Człowieka
Dojrzeć... w Drugim Człowieku, by
Dojrzeć wewnętrznie. Amen.

sobota, maja 19, 2012

470. O miłości rozmowa z Siedmiolatką

Są poważne tematy, które najłatwiej poruszać z najmłodszymi.

Dziś na festynie dla dzieci (Heniutka była w pracy) podeszła do naszego duetu siedmioletnia Dziewczynka i zapytała:
     — Czy kocha pani swojego psa?
     — A jak myślisz?
     — Myślę, że bardzo.
     — Masz rację, bardzo.

czwartek, maja 17, 2012

469. Niewidzialna Heniutka

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Pod delegacyjną nieobecność Sadownika udałyśmy się z Antenką na wystawę, na którą wybierałyśmy się już od wielu tygodni. Niewidzialna część przeszła nasze oczekiwania, np. doświadczyłyśmy, że nasze zmysły dotyku są prawie ślepe podczas rozpoznawania paluszkami najsłynniejszych, globalnych marek, na które nasz wzrok natyka się na ulicy średnio co czterdzieści sekund. W części „widzalnej” używając maszyny do pisania brajlem napisałam imię mojej Kudłatej Dziewczynki (Hexe):


***

Postanowiłam, rozstając się z Antenką, zmysłom dać już dzisiaj odpocząć... docenić, że choć kulawe tu i tam, są!

środa, maja 16, 2012

468. Głupota miłosna, sztuk raz

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dziś był... pierwszy, pełny dzień.
Z piętnastego roku... wspólnego życia.
Sadownika z Jabłonią.
Jabłoni z Sadownikiem.

***
Sadownik:
(filozoficznie)
To nie jest mądre...
tyle lat... z jedną babą...

Jabłoń:
Noooo...

Sadownik:
(znajduje światełko w tunelu)
Ale ty jesteś głupsza, bo...
ja mam wykształconą żonę,
a ty masz męża nieuka...

Jabłoń:
Nooo... głupia... to ma szczęście...

wtorek, maja 15, 2012

(466+1). Z Ciocią Antenką

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Ciocia Antenka się śmiała, Sadownik się śmiał, a ja... syndrom matki opuszczającej miałam w niedzielę. Antenka listę spisała. Jeść to. Jeść o której. Podstawowe komendy. Tu obroża. Tu smycz. Tam smakołyki. Kong załadowany owocowym przepisem Bliźniaczej Liczby. Na chorobę sierocą ugotowane jajko czekało. Długa lista zależności: „jeśli piłkę przyniesie, to rzuć”, „jeśli misia przyniesie, to na szarpanie się ma chęć”, i tym podobne „jeżeli-to”. Było psu... jak z najukochańszą Ciocią... cudnie.

Antenka opowiedziała nam, jak Henia twórczo poza repertuar „jeżeli-to” wyszła. Wkładała Cioci do ręki pusty kong. Raz, drugi, trzeci. Nasza cwana Bestia psim uporem naciągnęła swoją ukochaną Ciocię, by Ta... napełniła jej jeszcze raz kong czymś dobrym. Napełniła.

My na koncercie, a Henia nawet nie zdążyła za nami zatęsknić, tak dobrze jej z Ciocią było. W poniedziałek rano na jej pysku było widać pytanie: „jedziecie gdzieś dzisiaj”?

(466=437+29). Bez Cioci Antenki

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Wyjeżdżaliśmy na koncert. W ostatnią niedzielę.
Ukochana Ciocia Heniutki, czyli Antenka zgodziła się pomieszkać z Sierściuchem w czasie naszej nieobecności.

Nie byliśmy na koncercie. W ostatnią niedzielę.
Od wielu lat nie jest bowiem możliwe pójście na koncert Petera Gabriela, nawet jeśli ma się legalne dwa bilety. To nie był koncert. To była orgia dla uszu. Magiczne przeżycie. Przeryczałam trzy pierwsze utwory ze wzruszenia. Nie koncert, lecz przedstawienie poruszające głęboko trzewia. Splot nut, pauz, światła, rytmu, kontrastu barw. Między jednym hiciorem a drugim opowieść o kondycji ludzkiego losu; o mocy, którą mamy, gdy chwycimy się za ręce i spojrzymy w jednym kierunku, o sile, której nie jesteśmy świadomi.

***

Saporcik, czyli muzycznych przedskoczków, wybierał sam Gabriel z niebywałym wyczuciem i wrażliwością człowieka chcącego uszanować każde z pojedynczych ludzkich istnień. Zagrał zespół z Krakowa. Kroke. Nie miałam pojęcia, że istnieją. A teraz szukam tych kawałków, co wpadły mi w ucho. Znalazłam.

By posłuchać i obejrzeć:

Kroke, Time.


By obejrzeć i posłuchać: [np. od delikatnego Light in the Darkness]

piątek, maja 11, 2012

465. Pan Sułek wiecznie żywy

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

— Kocham pana, panie Sułku.
— Ciiiiicho, wiem!

***

Sadownik:
(z samego rana otwiera drzwi łazienki i zastaje tam Jabłoń)
A pani co robi w moim domu?

Jabłoń:
???

Sadownik:
Sprzątanie to od dziesiątej.

Jabłoń:
Myślałam, że jestem do kochania.

Sadownik:
Jak posprząta, to mogę ukochać.

środa, maja 09, 2012

464. Prezentem obdarowana

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Wczoraj. W środku ciepłego, słonecznego dnia, wracałyśmy z Henią z parku. Pod domem minęła nas na oko pięcioletnia Dziewczynka. Stanęła na schodach swojej klatki i nie przestawała patrzeć na Kudłatą z zachwytem. Gdy zauważyła, że na nią patrzę, okazało się, że zachwyt psem pokrył się grubą warstwą nieśmiałości i mała Osóbka zaczęła znikać w głębi klatki, bym tylko nie dojrzała jej oczu. Na głos powiedziałam do Heni:
     — Widzisz jakie masz szczęście? Taką fajną dziewczynkę właśnie spotkałaś.

***

Dziś. Wracam do domu. Mijam pobliskie przedszkole. Znów był piękny dzień, więc dzieci pasły się na ogrodzonym podwórku. Nagle, spod ziemi wyrosła i zawisła na siatce płotu Pięciolatka. Uśmiechnęła się pięknie, a na jej twarzy nie było śladu wczorajszej nieśmiałości. Swoim pytaniem chwyciła mnie za serce:
     — Jak się ma dzisiaj piesek?

***

Jutro. Mamy z Henią nową, fantastyczną Znajomą. Dziś to ja miałam szczęście, bo otrzymałam niesamowity prezent — uśmiech Pięciolatki. Życzę Wam tylko takich prezentów, wielu, co dnia, każdego... obdarowywani, obdarowujący bądźmy...
À propos, do kogo nieznajomego dzisiaj się uśmiechnęliście?

poniedziałek, maja 07, 2012

(461+2). Jabłko w garści

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jabłoń:
(wieczorem na krześle w jadalni siedzi nieruchomo,
tępo patrzy przez Sadownika gdzieś poza niego,
nie może się zdecydować, czy to dołek pourlopowy, zjazd cenowy
czy może książkowy zespół napięcia przedmiesiączkowego
chwycił ją w swoją garść
)

Sadownik:
Co jest?

Jabłoń:
(nadal gapi się, nie reaguje, nie poznaje sama siebie)

Sadownik:
Albo powiedz mi, że nic, albo powiedz, co cię gryzie.

(cisza)

Sadownik:
Zachowuj się jak mężczyzna i mów!

niedziela, maja 06, 2012

(461+1). Kudłate nauki majowe

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Sceneria wspomnienia sprzed kilku dni. Taras. Dwunożne piją poranną kawkę. Przewracają kartki książek. Cisza. Spokój. Dokładnie tak jak miało być.
— Widzisz Henię? Bo ja nie — wcisnęła Jabłoń między jedną pauzę a drugą. Sadownik z mądrą miną weterana wychowywania psów i kontaktów psio-ludzkich stwierdził:
— Nie widzę, ale cisza, nikt nie krzyczy, czyli dobrze jest — i wzrok skierował ku akcji mającej miejsce w książce.
Minęła chwila, potem kolejna. Jabłoń przypomniała sobie, że gdy połączyć ciszę z dziećmi, to zwykle oznacza to brojenie. Zaniepokoiła się, co może powstać z połączenia Kudłatej z ciszą, która wydawała się coraz głębsza i coraz groźniejsza.
— Wiesz co, pójdę sprawdzić, gdzie jest kundel.
Wyszła przed domek. Minęła drugi i zobaczyła Henię w wersji, jakiej dotąd nie znała. Henia na tarasie u sąsiadów żebrze bardzo fachowo. Gdy Drzewko podeszło przepraszać mieszkańców domku, że Henia u nich, że żebrze, że przeszkadza, zobaczyło jak Mama dwu i półlatka daje mu wielką kromkę i mówi:
— Michałku, to daj Heni na do widzenia jeszcze tę jedną kromkę chleba.
Ręce Jabłoni opadły i gdyby nie słodki widok malucha, co się Heni wcale a wcale nie bał, to trzeba byłoby się zdenerwować przynajmniej na siebie. Niestety, sztuczki żebrania przy stole nie trzeba ćwiczyć ani utrwalać. Henia żebrze teraz jak mistrz świata, a w oczach ma kłamstwo pierwszej wody: „nie jadłam od miesięcy”. Teraz pozostaje już tylko czekać, aż nauczy się mówić przy żebraniu, że woli pieniądze od jedzenia...

***

I co? Myśleliście może tak jak ja, że najtrudniej jest w kontaktach z ludźmi, co nie lubią psów?

sobota, maja 05, 2012

461. Foto-Już-Tylko-Wspomnienie

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Z okazji Heniutkowych urodzin, Jubilatka podarowała nam prezent. Jest już prawdziwą Labradorką, co do wody gna zawsze i wszędzie. Już nie tylko łapki i chodzenie po granicy woda–piasek. Regularna, bezbrzeżna radość z mokrego miała miejsce w przeddzień Kudłatych Drugich Urodzin:


***

Henrietta Wieczorna w Wigilię swoich Urodzin, które obchodziła wczoraj:

Dziś... szczęśliwie... jesteśmy już w domu...

niedziela, kwietnia 29, 2012

(459+1). Eksperyment myślowy

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Przygotowanie eksperymentu:

1. Weź jednego człowieka, najlepiej najukochańszego.

2. Przypomnij sobie jedno jego zachowanie, co potrafi cię, w zależności od nastroju, rozwścieczyć, rozzłościć, przygnębić. Jeśli masz z tym problem, szukaj w okolicach rzuconych skarpetek, pozostawionej folii po czekoladzie, zagraconego stołu, ubłoconego przedpokoju, zagubionej ładowarki, wydanych bezmyślnie pieniędzy, obietnicy, której nie dotrzymał.

3. Przypomnij sobie jak to jest, gdy kombinacja najukochańszego człowieka i tego jednego, wybranego przez ciebie, zachowania się zdarza. Gromy? Łzy? Awantura? Bo człowiek najukochańszy przecież wie jak bardzo cię to wkurza… Oczywiście, że gdyby kochał cię najbardziej, to nigdy w życiu drugi raz by tego nie zrobił, a zrobił, więc gromy, łzy i awantura!

Część właściwa eksperymentu:

4. Wyobraź sobie, że ta Osoba już nigdy tego nie zrobi, bo... umarła.

***

Rzucone, pozostawione, niesprzątnięte, zagubione… to tylko błogosławieństwo, niewerbalne potwierdzenie, że mamy szczęście i wciąż tu jesteśmy. To zaledwie preludium do chwili obecnej i przyszłości, którą zbudujemy razem.

***

Jedziemy na majówkę... budować przyszłość bliską i daleką. Jedziemy zachwycać się teraźniejszością.

459. Trudna rzecz

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Na początku był... Dudi. Miałam zamiar zrobić Sadownikowi niespodziankę na wieczór i kupić film przez Dudiego polecony: Kupiliśmy zoo. Niestety, nie ma go jeszcze w sklepach. Trzeba poczekać. Gdy więc opuszczałam świątynię drukowanego i ruchomego stało się. Pewna książka złapała rękaw mego strachu. Nic sobie nie robiła ze szlabanu na drukowane pod koniec miesiąca. Trzymała i nie puściła, dopóki nie kupiłam i nie dotarłam do ostatniej strony.

Ta książka oswaja okrutne, niewyobrażalne i nie do przeżycia. Dotyka kilka tabu i spuszcza z nich odrobinę powietrza. Pozwala zobaczyć trudny do odkrycia inny punkt widzenia. Dodaje otuchy, że tak trudną drogą można kroczyć nie gubiąc do końca wiary w sens życia. I najważniejsze, otrzeźwia, uruchamia w tempie natychmiastowym ukrytą w nas zdolność do docenienia wszystkich wokół nas. Bo to książka wcale nie o śmierci. Śmierć w tej książce jest tylko bezwzględnym scenografem, głównym bohaterem pozostaje... Życie.

Pogryzdoliłam tę książkę w bardzo wielu miejscach. Ponieważ w kończącym się właśnie tygodniu miałam przyjemność znaleźć się w samym środku wiecznego konfliktu rozum–intuicja, fakty–przeczucia pokochałam sposób, w jaki podchodzi do tego Barbara:

Dorastałam w czasach i w społeczeństwie, w którym liczy się tylko to, co można zobaczyć. Mój umysł nauczył się uważać siebie za bardzo ważny. On chce zobaczyć. Chce wiedzieć. Chce dowodów. Siedzi sobie z ironicznym uśmieszkiem na moim karku i pilnie nadstawia uszu, kiedy ktoś do niego apeluje.
     Jak na przykład lekarz, który w Wielki Piątek pojawił się na obchodzie w szpitalu i z chłodnym uśmiechem skonstatował:
     — To miło, że pani śpiewa swojemu synkowi piosenki. Mam nadzieję, że zdaje sobie pani sprawę, że robi to pani tylko dla siebie? Nie robi pani tego dla jego duszy. Dusza bowiem ma swoją siedzibę w mózgu, a mózg pani syna jest, niestety, martwy. Ale jeśli to pani pomaga, proszę śpiewać dalej.
     Mój rozum łapie moje serce i zaczyna nim szarpać na wszystkie strony.
     — No i? Co ty na to?
     Moje serce zamiera. Dopiero, kiedy znowu nastaje spokój i umysł przestaje mówić, znajduje właściwe sobie odpowiedzi.
     Dziękuję tym wszystkim, którzy wierzą, że biologia to jedyne, co się liczy. Bez tych ludzi nie byłoby tych wszystkich leków i maszyn, które przez trzy, cztery dni podtrzymywały moje dzieci przy życiu. Bez nich nie mogłabym przeżyć tych ważnych dni w szpitalu, kiedy moje serce prowadziło rozmowy z dwiema duszyczkami, które dawno już nie potrzebowały niczyjego mózgu, by unosić się na niebie.
     Moje serce zastanawia się, co ci ludzie, których umysły są tak wielkie i mądre, czuliby siedząc przy łóżku swoich umierających dzieci. Czy umieliby odnaleźć drogę wydostania się z rozpaczy? Czy potrafiliby jeszcze odnaleźć sens życia?
     — Tak — twierdzi moje serce.
     W miłości do ludzi, którzy jeszcze żyją. W miłości do Ziemi i żyjących na niej stworzeń. Znaleźliby pocieszenie w tym, że ich własne życie też kiedyś dobiegnie końca i że nie będzie już tego Ja, które odczuwa ból. Właśnie dlatego postanowiliby też możliwie sensownie i dobrze wykorzystać pozostały czas,
     Moje serce chyli czoła przed tymi ludźmi i ich odwagą. Następnie spogląda w górę, tam, gdzie powinny być anioły, które nie dają się złapać i których istnienia nie da się udowodnić. Dziękuje za to, że wolno mu w nie wierzyć. Wreszcie delikatnie ujmuje rozum za rękę i na ucho zdradza mu tajemnicę:
     A wiesz, co zwróciło moją uwagę? Że tak naprawdę to obydwoje w coś wierzymy.
     Ty wierzysz, że istnieje coś, co można zobaczyć. A ja wierzę w to, że istnieje coś więcej niż tylko to, co można zobaczyć. To, w co wierzymy, pozornie nas dzieli. A jednak łączy nas coś wspólnego: fakt, że z taką chęcią w coś wierzymy.
     Łączy nas też coś jeszcze, coś, co wydaje mi się o wiele ważniejsze od wszystkiego, co nas dzieli: miłość. I ty, i ja ją znamy, i ty, i ja w nią wierzymy. Ty wiesz, jak i kiedy ona się objawia, ja z kolei, w czym się wyraża i w jaki sposób jej dowieść. Ja wiem, gdzie ona jest, kiedy akurat jej nie widać.
     Jak to dobrze, że jesteśmy oboje, ty i ja!

Barbara Palch-Eberhart, Cztery minus trzy.
Jak powracałam do życia po utracie najbliższych,
Wydawnictwo Zwierciadło, Warszawa 2012.

458. Bóg, wiadomo, jest wszędzie!

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Bliźniacza Liczba, nie powinno nikogo dziwić, ma Labka w kolorze czarnym. O pięknym i mądrym imieniu Faraday, a że Liczba jest bliźniacza, więc oczywistym jest również to, że rocznikowo ten psi chłopiec ma tyle samo lat co Heniutka. Należy wyjaśnić, że nie umówiłyśmy się na to. My miesiąc temu jeszcze nic o sobie nie wiedziałyśmy. Teraz już wiemy.

Kilka dni temu upłakałam się jak norka i poprzyrzekłam sobie by, uzyskawszy zgodę Bliźniaczej Liczby, zachować otrzymaną od niej słowną perłę od pozostania w czeluściach mailowych folderów. To nie jest zwykłe zdanie. To zdanie definiujące jednoznacznie charakter życia z labkiem. Do sedna, Mąż Bliźniaczej Liczby uczynił wyjątkowo precyzyjną obserwację:

Sierść Faradaya jest jak Bóg... wszędzie!

Wciąż mnie to zdanie zachwyca. Pomimo upływu dni pozostaje wielowymiarowe. Co my byśmy zrobiły bez naszych przytomnych Mężów, co urok Świata przed nami odkrywają? Co zrobiłybyśmy bez naszych psów, co wciąż upewniają nas, że Życie jest obłędnie cudowne? Wygląda na to, że Bliźniacze Liczby mają Bliźniacze Szczęścia.

(456+1). Jeszcze słodsza

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jabłoń:
(zdziwiona, bo rozmawiała z Sadownikiem niespełna godzinę wcześniej,
wciska zieloną słuchawkę w telefonie
)
Coś się stało?

Sadownik:
(odreagowuje wszystkowiedzącego klienta)
Nic. Dla odmiany z kimś fajnym chciałem porozmawiać.

Jabłoń:
(rozsmakowana w autoreklamie)
Ja jestem nie tylko fajna, ale jeszcze słodsza niż wczoraj.

Sadownik:
Jak to?

Jabłoń:
Przed chwilą zjadłam cztery krówki.

czwartek, kwietnia 26, 2012

456. Ihaha!

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

(wieczorem, pod domem Dwunożne się spotkały,
Sadownik wracał z roweru, a Jabłoń z pracy
)
Sadownik
:
Idziemy do sklepu, chce mi się czegoś słodkiego.

Jabłoń:
(próbuje autoreklamy)
Ja jestem słodka.

Sadownik:
To potem. Idziemy.

Jabłoń:
(gotowa podzielić się swoimi najsłodszych skarbami,
by tylko nie musieli iść do sklepu
)
Chcesz krówkę?

Sadownik:
(udaje, że nie o cukierki chodzi)
To zrób Muuuuu!

Jabłoń:
(patrzy znacząco, z udawaną dezaprobatą,
by zaraz potem wybuchnąć jeszcze ludzkim śmiechem
)

Sadownik:
(wcale nie żartuje)
Idziemy.

Jabłoń:
(szuka ostatniego asa w kieszeni, by zamiast do sklepu do domu iść)
Wiesz co, ja już dzisiaj ledwo żyję.

Sadownik:
To ty nie jesteś krówką tylko zaoranym koniem
i powinnaś robić ihaha!

środa, kwietnia 25, 2012

455. Kup Pan sitko!

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Filozoficzny Bob Budowniczy wczoraj na chwilę obudził się we mnie. Choć zjawił się i znikł w przeciągu kilku sekund, pozostawił po sobie skończoną, fantastyczną konstrukcję. Z nagłego przypływu wrażeń, co znienacka zalały mnie nieznaną dotąd falą, zbudował mi... sitko na rzeczy do zrobienia.

Sprawy niecierpiące zwłoki, problemy natychmiast potrzebujące szczęśliwego rozwiązania, przypadki, wypadki wszelakie i „kejsy”, choćby nie wiem jak ciekawe, bez cienia dyskryminacji wrzucam od wczoraj do tego sitka pozostając w niemym zadziwieniu jak mogłam bez niego żyć. I zajmuję się tylko tym, co przez magiczne dziurki sitka przeleci.

Robię, bo:
     — chcę to zrobić,
     — sprawia mi to przyjemność,
     — lubię się wzruszyć, zachwycić i zmieniać,
     — bo robiąc to odnajduję sens mojego życia,
     — TAK!

Nie robię, bo:
     — należy, wypada,
     — inni tak robią od lat, od zawsze,
     — on, ona, oni chcą, uważają, grożą konsekwencjami,
     — NIE!

Sitko. Nowe, imponujące narzędzie wśród moich życiowych utensyliów. A może całkiem stare, tylko dotąd nieużywane lub używane nieumiejętnie. Mistrzem sitka chcę być!

poniedziałek, kwietnia 23, 2012

454. ISBN afrodyzjakiem?

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Napisałam kiedyś:
czy tam, czy tu, czytam i kocham
____________________ ja, Jabłoń.

Dziś napiszę:
czy ta, czy tamta, czyta i kocha
____________________ On, Sadownik.

***

Czytaj! Zobacz więcej.

Odpowiedzialnością za wpis obarczam Dudiego, bo u niego wypatrzyłam ten filmik i... musiałam go mieć u siebie. Niech mi to Międzynarodowy Dzień Książki wybaczy.

***

Nie jedz!
Nie jedź!
Czytaj!

453. Lekarstwo

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Przez ostatni miesiąc lekarstwem na wszelkie zło, potencjalne zło, dobro chwilowo pomylone ze złem był... filmik i perspektywa, że już niedługo Dwunożne jadą na seminarium Joanny Hewelt.

Pada… Filmik.
Smutno… Filmik.
Nie wiadomo w co ręce włożyć… Filmik.
Kłopot… Filmik.

Na kilka dni przed seminarium okazało się, że jedziemy nie tylko w charakterze obserwatorów, ale jedzie również Sunix poćwiczyć. Radości nie było końca. Henia to ma szczęście!

***

Posobotni bilans.
Drużyna (Henia i ja) ma dwa nowe, cudowne ćwiczenia. Całe Stado ma perspektywę następnego seminarium z Joasią w sierpniu. A ja? Chodzę i przeżuwam filozofię Joasi, która powiedziała: „gdy trenuję, na każdą drużynę [człowiek i pies] patrzę jak na potencjalnych mistrzów świata”, by kilka zdań potem dodać „szkoląc nie należy zakładać, że pies ma limit możliwości”.

Chodzę i żuję zastanawiając się nad możliwością flancowania tej filozofii na ludzi. Uczyć się, uczyć innych, traktować siebie i innych jak potencjalnych mistrzów świata. W stwierdzeniu tym istotą nie jest tytuł, lecz wiara w siebie i innych. Nieskończona wiara w to, że możemy pójść do przodu. Nawet tylko z sadzonką tej wiary, nie wiedzieć czemu, życie ma już inny, bardziej intensywny smak. Nie wiem, skąd we mnie pewność, że tej wiary można się nauczyć.

W Wawie leje okrutnie… Filmik? Filmik!

Dobby & Joanna Hewelt, 5.11.2011.

środa, kwietnia 18, 2012

452. O puszczaniu...

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

_____________________dobrze zapowiadający się
zatrzymał się...
zszedł z otwierającej się przed nim otworem drogi sukcesu...
puścił trzymane w dłoniach sznurki spraw kluczowych...
_____________________przestał się dobrze zapowiadać.
_____________________Smutne, prawda?

***

Proszę, wytłumacz mi, jak to możliwe, że on, że ona, że ty, że chyba ja?

***

_____________________dobrze zapowiadający się
zatrzymał się? ...może dopiero zrobił pierwszy krok,
zszedł z drogi sukcesu? ...może właśnie wszedł na swoją drogę,
puścił? ...by zyskać nowe możliwości.
_____________________nie musi się już zapowiadać, bo...
_____________________nareszcie poczuł, że JEST.

***

Ale jak to? To nie mieści się w głowie!
— Co nie mieści się w głowie? Że zatrzymał się, zszedł, puścił?
— To wszystko nie mieści mi się w głowie...
— Zatrzymaj się, zejdź, puść... choć na chwilę... głowie nic do tego...

***

PUŚCIĆ... od wczoraj, znaczy dla mnie ZYSKAĆ!

____________
POP-owcy „swoją drogę” nazywają ścieżką serca.