piątek, stycznia 31, 2014

950. Z frontu nałogu

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Poznaliśmy się na lotnisku w Londynie wiele lat temu. Weszłam do księgarenki i kupiłam książkę na podróż. Kilka godzin do odprawy. Dwugodzinne opóźnienie lotu. To wszystko było nic, bo siedziałam w lotniskowej hali, czytałam i płakałam okrutnie. Od tej pory nie przepuszczam żadnej książki tego Autora. Wspomniana, od której zaczęłam, wciąż pozostaje moją ulubioną, ale w pozostałych też umiem znaleźć coś.

[Morrie said] “Death ends a life, not a relationship.

Mitch Albom, Tuesdays with Morrie. An Old Man, a Young Man,
and Life’s Greatest Lesson, Time Warner Book Group UK, London 2005.

*

Tą „razą” wszystko zaczęło się od tego, że obiecałam sobie nie kupić żadnej książki do końca lutego. Nie wchodzę do księgarni. Nie odpalam właściwych książkom stron. Daję radę. Moją czujność usypia epizod wejścia do księgarni z Sadownikiem po jego czasopisma. Wchodzę. Silna. Zwarta. Bez nałogowego ssania. Wiem, że dam radę wyjść. Ale nie dałam, ponieważ zobaczyłam nowy tytuł Autora.

Sprawy w zasadzie by nie było, gdyby nie to, że w efekcie tego wydarzenia od dwóch tygodni zastanawiam się nad charakterem polskiego czytelnictwa. Czy rynek księgarski przypomina inne wschodzące polskie rynki, czyli złapać klienta, mamić, wcisnąć jedną, drugą, złupić i zapomnieć o nim? Czy czytamy po łepkach, jedną książkę tego autora, dwa myślowe ruchy browna, zupełnie inna książka, znów przypadek, jeszcze inna? W każdej książkowej witrynie pod opisem książki wyświetla się lista w stylu „klienci, których interesował ten produkt, oglądali też”. I pozostaję w zadziwieniu, że skoro zamawiam książki przez internet, a to oznacza, że cała moja historia choroby czytania jest na wyciągnięcie ręki, nie mam możliwości zaznaczenia magicznego kwadracika pt. „na przyszłość informuj mnie o nowych książkach tego autora, tej autorki”. Jak to jest możliwe, że marketigowcy nie wpadli na ten, idiotycznie prosty, pomysł. Nie czytają, czy co?

Dzięki Sadownikowi udało się nie zgubić świeżynki. Tej, moim zdaniem, nie warto czytać w oryginale, więc nie żałuję, że tego sądnego dnia, była tylko do wyboru po polsku, ale jako baśń, przypowieść, forma zatrzymania się przy rzeczach dla nas ważnych jest... dobra.

Dor potrząsnął głową.
     — Mylisz się. Jestem nic nie znaczącym człowiekiem, wyrzutkiem.
     — Człowiek rzadko zna swoją własną moc — odpowiedział starzec.

*

Raz obudzone pragnienie już nie ustanie.

*

Dor przebiegł myślą wszystko, co rozumiał na temat czasu...
     Co było w nim stałe?
     Ruch! Tak jest. Czas łączył się zawsze z ruchem. Zachodzące słońce. Kapiąca woda. Wahadła. Strumień piasku w klepsydrze.

*

[...] chwilę albo się łapie, albo pozwala jej się minąć.

Mitch Albom, Zaklinacz czasu,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2014.
(wyróżnienie własne)

czwartek, stycznia 30, 2014

949. I? F jak coaching

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Coaching metodą psychologii zorientowanej na proces jest „niebezpieczny” w równie dużym stopniu co giender. Drzewko przekonuje się o tym na własnej skórze, ponieważ szkoleniowo, raz w miesiącu, jest osobą coachowaną. I?

I uznało, że koniec z włosami do pasa. Długość nie przeszkadza, ale gumka do włosów już bardzo. A do celu, który sobie obrało po prostu ma się nijak, jeśli nie w poprzek. I?

I dwa tygodnie temu na eFce (Sadownik przyznał się, że Ryjownik działa mu na nerwy) notkę zostawiło, że poszukuje Fryzjera-mężczyzny z Fantazją, która zaakceptuje Fakt, że tylko grzebień wchodzi w rachubę, żadnego układania włosów co rano nie będzie. I?

I osiołkowi, a w zasadzie oślicy, w żłobie dano... cztery dobre namiary. I?

I przyszedł wtorek. I wiedziała, że to właśnie dziś chce mieć obcięte włosy. I?

I... pierwszy fryzjer już nie pracował tam, gdzie pracował do tej pory. I?

Drugi fryzjer miał być w pracy w środę i piątek, ale w te dni Jabłoń ma przecież napięte, inne plany. I?

Jabłoń jakoś dziwnie uradowana, że pierwszego i drugiego nie ma. I?

I dzwoni do trzeciego. Odbiera kobieta. Konsterna. Udało się jednak paniom ustalić, że o fryzjera-mężczyznę chodzi i że On może, ale jest tylko jedna dostępna tego dnia godzina, 14.30. Drzewko wzięło termin w podskokach. I?

I poleciało. I nie żałuje. I jest zachwycone. I tylko grzebień. I?

I Panu Fryzjerowi, gdy zapytał, co robią, Drzewko opowiedziało szaradę: dla Sadownika jak najdłuższe, a Jabłoni wszystko jedno, byle bez gumki i żeby na głowie był lekki bałagan. I rzecze On, po tym jak obrócił fotel z drzewną zawartością w swoją stronę:
— Wiem, że to głupio zabrzmi, ale proszę rozsunąć nogi i głowa między nogi.

I pooooooszło! Różnie, piętnaście-dwadzieścia centymetrów piór na podłogę. I?

I nigdy w życiu Drzewko nie było tak zachwycone swoimi włosami.

(I? F z Fantazją)

poniedziałek, stycznia 27, 2014

948. Z kuchennego frontu zdrowego żywienia

Sadownik:
(wraca ze spożywczego polowania)

Jabłoń:
(już od drzwi informuje)
Jestem ofiarą kuchenną.

Sadownik:
(znający swoją żonę jak mało kto,
ekstrapoluje swe doświadczenie
)
Co znowu zrobiłaś?

Jabłoń:
Wyjmowałam mleko kokosowe z puszki i mnie poraniła.
(po chwili, oglądając głębokość ran)
I tak się zastanawiam...
czy blacha puszki mogła mieć na sobie bakterie...

Sadownik:
(z powagą podniesioną do kwadratu)
Na pewno. Ja bym na twoim miejscu pojechał
na zastrzyk przeciw tężcowi, koniecznie w brzuch.

Jabłoń:
Jeśli bakteria była, to zdechła ze śmiechu,
jak usłyszała, co i jak mówisz.

(W tym czasie kasza jaglana z jabłkami i mlekiem kokosowym,
jakby nigdy nic, dochodziła do siebie w piekarniku
)

niedziela, stycznia 26, 2014

947. dlaczego nie?

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

dlaczego nie?
pytam.
bo jestem za stara…
bo nie wiadomo, czy się uda…
bo wolałabym uniknąć ryzyka porażki…
bo inni zrobili to już przede mną i nie mam szans ich dogonić…
bo czy to w ogóle ma jakąś wartość dla innych?
słyszę.

mam problem z wymyśleniem innych argumentów,
równie ogólnych a dość precyzyjnie odbierających
chęć do zrobienia czegoś nowego.

z argumentami tymi trudno polemizować. jesteś w określonym wieku. nigdy nie ma pewności, że się uda. małe porażki są gwarantowane. inni robili to przed tobą. Szanse na to, że będą za tym szalały kraje, kontynenty i cały świat być może są jeszcze mniejsze niż prawdopodobieństwo wygrania w totolotka jednym zakładem. ale, ale…

gdyby wszystkie te „dorosłe” pytania (poza pierwszym) zadać miało sobie dziecko, zanim podejmie decyzję o nauce chodzenia, szybko doszłoby do następujących wniosków. sprawa na dzień dobry wygląda beznadziejnie, biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenie. przewróciło się i przewróci jeszcze nie raz. co gorsza miliony ludzi przed nim opanowały tę sztukę i umówmy się, choć kogoś zachwyci pierwszy pewnie postawiony krok, to dla całkiem obcych ludzi pozostanie to zupełnie bez znaczenia, czy obywatel chodzi czy nie. a jednak podejmuje trud.

pytam.
dlaczego więc nie zacząć robić tego,
co w najgorszym razie tylko nam przyniesie radość?

mam problem ze zrozumieniem,
dlaczego nie?

sobota, stycznia 25, 2014

946. Opróżniam filiżankę życia

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Zachłanność. Osiągnąć najpierw. Myśleć, że da się zachować bez zmian wszystko co dobre z przeszłości. A potem życzyć sobie więcej i więcej, czegoś innego, nowego, mając z tyłu głowy, że trzeba bezwzględnie utrzymać to dobre, co już się zdobyło. Czyż to nie mentalne kajdany gwarantujące pozorne bezpieczeństwo i władzę nad życiem?

Antyzachłanność. A przecież nie jest możliwe, by napić się białej herbaty z naczynia wypełnionego po brzegi kawą latte bez uprzedniego pozbycia się z niego kawy. Przynajmniej przez ułamek sekundy filiżanka będzie pusta. Strata znanego. Strach. Może dlatego zmiana jest, no cóż, tylko dla odważnych?

Puścić świat, który stworzyło się wczoraj.
Rozejrzeć się w dzisiaj.
Nie odkładać na jutro.
Pomyślało się.

czwartek, stycznia 23, 2014

945. Pokochałam nie wiedzieć

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Naście lat temu Jabłoń zapytała Sadownika:
     — Umiesz wektory własne i wartości własne?
     — Tak. — Odpowiedział.

Niewinna wymiana zdań skończyła się awanturą, gdy wieczorem Jabłoń z kartką papieru w zębach usiadła koło Sadownika, powiedziała:
     — No to dawaj, wytłumacz mi. — I usłyszała, jak Sadownik ze zdziwieniem obwieścił:
     — Teraz? Przecież muszę do jakiejś książki zajrzeć.

Jabłoń czuła się oszukana, bo przecież gdy mówi komuś, że wie, to naprawdę wie. Możesz ją obudzić w środku nocy i wyłoży, opowie, wytłumaczy. Z przykładami. Więc jak ten Sadownik tak mógł? — myślała sobie wtedy.

*

Dużo czasu upłynęło od tamtego wieczora. Drzewko stało się zupełnie innym drzewkiem, ale wciąż lubiącym wiedzieć. Jabłoń wie dużo. Czasem za dużo. Często zbyt dużo. Uwięzione do tej pory w wiedzeniu Drzewko odkryło stan niewiedzenia, zanurzyło się w nim i zachwyciło się możliwościami, które daje.

Wiedza otwiera przed nami wiele drzwi.
Niewiedza otwiera przed nami całe przestrzenie możliwości.

Czy mówią o tym w szkole? Czy doceniają ten stan?

Alternatywny tytuł wpisu:
945. Tribute to Sadownik

[suplement pikselowy: 8.04.2021]

środa, stycznia 22, 2014

944. Epoka obywatela PKB

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wpadła mi sama w ręce. Zatrzymała swoim tytułem: Tam gdzie dzieci są luksusem. Pomyślałam: Polska? Większość zjawisk, choć na mniejszą skalę, dotyczy również naszego kraju. W wielu miejscach książki odetchnęłam, dowiadując się, że to nie moja bezdzietna, skrzywiona percepcja świata, lecz szaleństwo czasów, w których przyszło nam żyć, które ktoś mądry zauważył.

Pamiętam moje niesłabnące zadziwienie, gdy w szkole na języku polskim omawiano tło społeczne epok. Co myślano? Jak postrzegano świat? Jakie były normy? Zawsze przy takich okazjach nie mogłam uwierzyć, że ludzie dali się wmanewrować w takie czy inne szaleństwo. A tu, proszę, żyję w równie porąbanych czasach. Myśl ta krępuje mnie bezradnością, ponieważ tak naprawdę niewiele mogę. Jednak z drugiej strony, mogę wszystko w sobie i w świecie wokół mnie. Nikt nigdy mnie tego prawa nie pozbawi i mam zamiar z niego korzystać zawsze i wszędzie, bo jeśli nie ja, to kto? Jeśli nie Ty, to kto?

Dla wszystkich chińskich dzieci, na każdym etapie ich życia, pieniądze, bardziej niż kiedykolwiek, pozostają narzędziem walki o lepszy byt. Dzięki nim mogą prawie wszystko: chodzić do najlepszych szkół, leczyć się w najlepszych lecznicach, kształcić się na uniwersytecie, znaleźć mieszkanie, ożenić się. A bez tego sezamu pole możliwości znacznie się zawęża: nie mogą pójść do szkoły ani się leczyć, ani znaleźć dachu nad głową, ani nawet mieć nadzieję na założenie rodziny. Chińskie społeczeństwo w dobie reform jest bezlitosne dla swoich dzieci. Zdrowie, możliwość uczenia się, prawo do wypowiedzi, poszanowanie praw, mieszkanie, małżeństwo… wszystko się kupuje, wszystko się konsumuje; nic nie płynie ze źródła, nic nie należy się prawnie.

*

W społeczeństwie chińskim pojawienie się pierwszego dziecka stanowi kluczowy etap egzystencji: zgodnie z filozofią konfucjańską reprodukcja traktowana jest nadal jako „naturalny obowiązek”, tak więc kobieta bez męża i dziecka uchodzi za „niepełną i niespełnioną”. Jeśli w kilka miesięcy po zawarciu małżeństwa nie zachodzi w ciążę, obgaduje się ją, że jest chora lub „za stara” albo że jej mąż jest „za słaby”. Tak samo jak w przeszłości jednym z największych nieszczęść była bezpłodność (lub rodzenie się tylko dziewczynek) traktowana kiedyś jako dolegliwość wyłącznie kobieca.

*

Dziś, podobnie jak i dawniej, preferowanie synów wynika z racjonalnej kalkulacji kosztów i korzyści, których można oczekiwać po dziecku w zależności od jego płci. Według powszechnej opinii syn jest obdarzony kompetencjami i rolami, z którymi córka nie może rywalizować. Na przykład zapewnia kontynuację linii ojcowskiej i potwierdza społeczny status rodziny. W późniejszym okresie córka zostanie oddana rodzicom swego męża, syn natomiast będzie niezawodną podporą dla swoich starych rodziców. Reformy ekonomiczne i społeczna liberalizacja, która była ich wynikiem, tylko wzmocniły tę wizję — tym bardziej jeśli jest jedynakiem. Rodzice wiążą z nim wielkie nadzieje: widzą jego przyszłość jedynie w kontekście powodzenia — tak zawodowego, jak i społecznego. Do tego stopnia, że gdy na wsi dochodzi do konfliktu na tle finansowym lub związanego z kwestiami własnościowymi, stroną, która wygrywa, jest ta, co ma syna, podczas gdy druga słyszy: „Dlaczego nadal domagasz się uznania swoich praw, ty, który nawet nie masz syna, by przedłużyć linię rodową?”.

Isabell Attané, Tam gdzie dzieci są luksusem.
Chiny wobec katastrofy demograficznej
,
Wydawnictwo Studio Emka, Warszawa 2012.
(wyróżnienie własne)

wtorek, stycznia 21, 2014

(940+3). Zimowe psychiczne przesilenie

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Są ludzie, z którymi bardzo chciałabym spotkać się na przecięciu naszych, tak bardzo różnych, światów. Gdy dociera do mnie, że będzie to trudne, bo światy należą do bardziej równoległych niż myślałam, robi się smutno. Dotykam mało prawdopodobnego, graniczącego z niemożliwym. Zatrzymuję się w sobie. Oswajam żałobę, która bez pytania przysiada się do mnie. Patrzy mi głęboko w oczy i mówi:
     — Ale żyjesz i zawsze masz jakiś wybór, nie zapominaj o tym.

Troszkę trwało, zanim przypomniałam sobie, że zawsze mam wybór.
Wybrałam swoje, to najbardziej moje, Życie.

942. Poza huśtawką

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Jako smarkacz, z poziomu podwórkowej huśtawki, dokonałam dziecięcej obserwacji: nie warto kończyć szkoły podstawowej i iść do liceum, ponieważ wszyscy, którzy to robią, znikają! Znikają z podwórka. Wówczas moje życie towarzyskie i sens życia społecznego w całości znajdowały się na podwórku. I proszę, zauważyłam wtedy, znów kilkoro fajnych ludzi zniknęło. To znaczy, widywało się ich, ale już nigdy nie przesiadywali na huśtawkach. Wówczas nikt nie wspomniał, że oni nie zniknęli, tylko zrobili krok ku nowemu światu, pozostawiając stary świat.

Historia ta przypomniała mi się dziś, gdy dotarło do mnie, że Życie jest Okazją, by doświadczyć niesamowitych uczuć i chwil, bez względu na rekwizyty i okoliczności, jakimi przyłożył nam los. Ktoś mógłby powiedzieć, że wiele razy znikamy, rezygnujemy, poddajemy się, ale tylko nieliczni (wtajemniczeni, idący razem z nami) wiedzą, że zmieniamy światy, pozostawiając za sobą stary, by iść w kierunku nowego, tego wymarzonego.

Życie jest niesamowitą Okazją! Obyśmy ją wykorzystali do cna.

czwartek, stycznia 16, 2014

(940+1). Uwaga, ten blog czytają sekciarze

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Mam przywilej „posiadania” Nauczycieli. Gdy podzieliłam się senioralną historią, moja Superwizorka przytomnie zapytała:
     — A o jakiej psychologii mówił?
     — Gdy pytasz, o jakiej psychologii mówił, to już jesteś hop do przodu, bo w ogóle wiesz, że psychologia ma nurty i kierunki. Psychologia w ogóle to sekta!
     — Acha.

*

Mam przywilej „posiadania” Przyjaciół. Gdy podzieliłam się senioralną historią, Altówka napisała:
    [...] masz psa — sekciara,
          rasowego — sekciara,
          szkolisz — sekciara,
          odżywiasz się świadomie — sekciara,
          czytasz książki — sekciara,
          jesteś szczęśliwą mężatką — to też sekta,
          blogerką — sekta jak nic. [...]

*

Mam wiele przywilejów. Dziś wracając z pracy myślałam o nich, dziękując za każdy z osobna. I walnęła mnie po głowie przezabawna konkluzja, uśmiech niebywały na mej twarzy rysując: każda Osoba, która weszła na ten blog i została... jest Sekciarą lub Sekciarzem, jak nic! I co Wy na to, mili Państwo?

Kończę sekciarskim, przeszczęśliwym HAWK!
Że jestem, że jesteście, HAWK!

wtorek, stycznia 14, 2014

940. Uwaga, ten blog pisze sekciara

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Orzeszek. Nad nią onkologiczny miecz Damoklesa. Umiem wyobrazić sobie namiastkę trudności, których doświadcza dzień przed i w dniu badań kontrolnych. Wiem, że to przeraźliwe doświadczenie nie musi wykańczać tak bardzo psychicznie. Przecież są na tym świecie, ba, nawet w tym kraju, co ja piszę, nawet w każdym województwie, terapeuci i psychoonkolodzy.

Rozmawiałam wczoraj z Seniorem. Opowiedział o tym, jak to Orzeszek z pewną panią „na mieście” rozmawiał. Opowieść ta zmroziła mi krew w żyłach. Wspomniałam, by może rozważyli, choćby tylko przez chwilę, samo rozważenie terapeutycznej formy kontaktu z obcym człowiekiem. Senior załamał mnie mówiąc:
     — Psychologia? To sekta! My jesteśmy normalni.

Wewnętrznie runęłam na ziemię.

niedziela, stycznia 12, 2014

(938+1). W świecie ludzi długich

Jabłoń:
(wyciąga się we własnym łóżku)
O rany! Nareszcie łóżko bez barierki!

Sadownik:
(prezentuje godny pozazdroszczenia poziom PWW)
Tylko łóżko? A ten fantastyczny mężczyzna obok?

sobota, stycznia 11, 2014

938. Bonus stażowy

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Poniedziałek–Piątek. W jednej kuchni naście osób w ciągu dnia przyrządzało posiłki. Dominowała kasza jaglana, wygrywając w cuglach z wszystkim innym składnikami. Po raz pierwszy w życiu odważyłam się zjeść jagły na zimno i... okazało się, że sałatka, choć podmieniono w niej kolendrę na natkę pietruszki, jest absolutnie prze-prze-przepyszna.

Od słowa do słowa. Przepis. Skąd. Nie byłam zaskoczona, że po raz kolejny świat okazał się malutki. To dobre miejsce dla człowieka jedzącego miesiąc lub dwa temu polecała mi Altówka. A w czwartek. Od słowa do słowa. Przy przepisie. Skąd. Okazało się, że do Duszy zawiadującej tym magicznym miejscem prowadzi tylko jeden dodatkowy uścisk dłoni osoby, którą i Dusza, i ja znamy. Osoby, która należała do tych, które co wieczór podczas stażu piły razem ze mną, przygotowany z miłością napój Bogów według przepisu podarowanego na tym blogu przez Ommeczkę.

(źródło fotografii i przepis)

piątek, stycznia 10, 2014

(932+5). Po (VI) i... Przed

Piątek. Śniegu brak.

(932+4). Po... (V)

Piątek. Poranny spacer.
Piątek. Silny wiatr a na niebie stany ekstremalne.
Piątek. Śniegu wciąż brak.

(932+3) Po... (IV)

Środa. Czy można sfotografować dno?
Środa. Metaforę na własne dno odnaleźć?

(932+2) Po... (III)

Czwartek. Jedno ze zdjęć poprawić.
Czwartek. Śniegu brak.

(932+1). Po... (II)

Poniedziałek–Piątek. Niełatwy, ale bogaty w doświadczenie czas.
Środa. Sięgnęłam dna.
Środa. Poszłam więc robić zdjęcia. Śniegu brak.

932. Przed... i Po (I)

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Niedziela. Praca.
Niedziela. Biegusiem do domu.
Niedziela. Zapomnieć o siedzeniu przy komputerze.
Niedziela. Wyjąć. Wybrać. Spakować. Życie stoliczne zawiesić na kołku.
Poniedziałek. Kluczyki z rana w stacyjce przekręcić. Ruszyć. Jechać.

*

Gdy z trzema królami w tle przemierzałam kolejną setkę kilometrów dotarło do mnie odkrycie na miarę mirry, złota i kadzidła. Choć ciało człowieka składa się w większości z wody, to sam człowiek składa się tylko z dwóch „substancji”: miłości i lęku.

Wszystko co czynimy, czynimy albo z miłości, albo z lęku.

*

Poniedziałek. Staż. II blok.
Poniedziałek. Śniegu brak.

sobota, stycznia 04, 2014

(930+1). Putiniada 2014

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Jabłoń:
(jeszcze bez przeciwciał na stan mentalny świata)
Co robisz?

Sadownik:
Oglądam sobie dokument.

Jabłoń:
(przysiadła, zaczęła towarzyszyć i oniemiała z wrażenia)

Sadownik:
(między środkiem a końcem filmu)
Rosja to nie nazwa kraju, to stan umysłu.

Jabłoń:
Mam nadzieję, że chociaż pogoda zbojkotuje te igrzyska,
bo na społeczność sportowców po tej książce nie liczę.
Może zrobiliby to w XX wieku, ale nie w XXI.
Nóż w kieszeni się otwiera.

[film już niedostępny]

930. Moc z niemocy narodzona

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Leży mi ta książka na wątrobie już prawie miesiąc. Najpierw ją przegapiłam i nie mam pojęcia, jak to się mogło stać. Moje ulubione wydawnictwo. Moja ulubiona seria wydawnicza. A jednak przeoczyłam. Nadrobiłam zaległości, gdy wypatrzyłam ją na bazarku świątecznym na początku grudnia. Wtedy miała rok. Połknęłam ją w kilka dni, próbując nie śpieszyć się wcale, dbając o to, by nie zrzygać się światu prosto w twarz. Dziś, gdy ostatecznie postanowiłam pozostawić ją tutaj, ma już formalnie dwa lata.

Leżała mi na wątrobie do dziś, wywołując fale różnych objawów. Najpierw mnie rozłożyła na łopatki świadomością, że w najbardziej maniakalnie akuratnym kraju taaakie rzeczy mają miejsce. Gadżety i nastrój wynikający z możliwości dwudziestego pierwszego wieku maskują fakt, że większość pracujących ludzi funkcjonuje w sposób przypominający czas wczesnej rewolucji przemysłowej. Rozejrzałam się po znajomych i uznałam, że w pewnym sensie dotyczy to wszystkich nas.

Idealistka we mnie pochorowała się na świat i życie. Ktoś we mnie odwrócił się od tak nędznej perspektywy czasu, który przede mną. W poniedziałek padłam. Hannah stwierdziła, że będę żyć, ale muszę, muszę, muszę (!) mieć trzy dni urlopu, nic-nierobienia siedemdziesiąt dwie godziny, bo jak nie, to będzie bardzo, bardzo, bardzo źle. Z pewnymi przerwami poddałam się zaleceniu. Dziś koło południa ewidentnie zakończył się ten czas.

Idealistka we mnie podniosła głowa. To dobrze, że wie już, jak jest. Nie przejdzie progu kawiarni o zielonym logo. Przyjęła do wiadomości, że jest, jak jest. Skoro rzecz miała miejsce w Niemczech, aż strach myśleć, jak jest w Polsce. Nie mam złudzeń, na pewno nie jest lepiej. Gdy Idealistka podniosła głowę, dotarło do mnie, że choć nie mam na to wszystko wpływu, mam wpływ na swój mały mikroświat. Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej poczułam wagę samodyscypliny, prawdy, świadomości i uważności w relacji ze sobą, w relacjach z innymi ludźmi oraz miłości, która wskazuje kierunek mego życia, działań i podejmowanych kolejnych kroków. Cywilizacja, w której przyszło mi żyć wciąż, w pewnym aspekcie, wydaje mi się upadającym Rzymem, ale ja już nie jestem jego ofiarą. Wróciłam do siebie. Nie ustaję!

[...]  jako somalijski emigrant ani nie mam pracy (jak większość uciekinierów objętych w Niemczech zakazem zatrudniania), ani nie mogę się pochwalić specjalnymi umiejętnościami czy doświadczeniami. Nie jestem kolegą wśród kolegów, jak wtedy gdy udawałem Turka, prostego robotnika, lub gdy udawałem redaktora „Bild” czy piekarza albo agenta firmy telemarketingowej. Nawet jako bezdomny byłem równy wśród równych — lecz jako czarny między białymi?
      Jestem po prostu czarny i obcy, co w społeczeństwie nastawionym na sukces znaczy: bezbronny, bez wartości. Ci, których spotykam na swojej drodze, mogą wyżywać się na mnie, folgując swoim rasistowskim odruchom, albo inaczej — nieobarczeni szacunkiem dla prestiżowego zawodu ani imponujących dochodów, mogą bezczelnie wtykać nos w moje sprawy i demonstrować silne bicepsy.

Z reportażu „Czarne na białym”,
Günter Wallraff, Z nowego wspaniałego świata,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.

Dzielni i przystosowani członkowie społeczeństwa zawsze znajdowali sposób, by oszczędzić sobie widoku „szumowin uchylających się od pracy” — usuwali z pola widzenia bezdomnych, chorych psychicznie, alkoholików i inne osoby, które już na pierwszy rzut oka odbiegały od normy.

*

      — Ulica zmienia ludzi, czasem na korzyść, czasem na niekorzyść, to zależy. Znam osoby, które były profesorami, lekarzami, a dziś są na ulicy. Wypadły po prostu z systemu i trudno im było wrócić. Do tego doszła może jedna czy druga nieszczęśliwa okoliczność życiowa i to zmieniło koleje ich życia. Nie mówię, że zeszły na złą drogę, tak nie mogę powiedzieć. Ale wkroczyły w inne życie.

Z reportażu „Mniej niż zero”,
Günter Wallraff, Z nowego wspaniałego świata,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.

[...] nie ma takiej nieprawdy, takiej presji, takiego publicznego ośmieszenia, takich kosztów, przed którymi zawahałaby się dyrekcja koncernu, jeśli to wesprze kurs jej polityki.

Z reportażu „Wykolejona kolej”,
Günter Wallraff, Z nowego wspaniałego świata,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.

niedziela, grudnia 29, 2013

(928+1). Aneks

Sadownik:
(bez nawyku zaglądania, ale po przeczytaniu wpisu)
Jeżu, piszesz o mnie jak o świętym...

Jabłoń:
(udaje, że doskonale wie, że życie z nią
nie należy do najłatwiejszych
)
A nie jesteś?

Sadownik:
Święty Antoni?

Jabłoń:
Raczej święty Tadeusz Juda...
od spraw beznadziejnych.

Sadownik:
Święty Antoni! Ten od rzeczy zagubionych!

Jabłoń:
No, teraz wszystko się zgadza...
miałeś mieć na imię Antoni, raz!
i… mnie znalazłeś, dwa!
Przeznaczenie?

*

A w trakcie tej rozmowy znaleźliśmy Mistrza, który zaczyna psami...
tylko widownia nie dopisała, śmieje się w dość dziwnych, jak dla mnie, miejscach.

[...] robię mnóstwo zdjęć psom…
       ponieważ lubię psy…
       ponieważ nie mają nic przeciwko robieniu im zdjęć…
       i dlatego, że nie proszą o odbitki.

Elliott Erwitt

sobota, grudnia 28, 2013

(926+2). Książka z obrazkami dla dużej dziewczynki

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

co można podarować człowiekowi, który wszystko ma? kreatura twierdzi wręcz, że ma za dużo rzeczy i zastanawia się, jak przestać obrastać. a na pytanie, czy chciałaby coś dostać pod choinkę, wsuwa swą dłoń w tę ukochaną i odpowiada, że wszystko, co do szczęścia potrzebne, już ma.

komuś takiemu trudno podarować cokolwiek. nawet nie próbowałabym stanąć na wysokości tak zdefiniowanego zadania. ale nie On. nie Sadownik. On uwielbia zadania specjalne, wręcz beznadziejne. podarował książkę z obrazkami. po dziesiątym oglądaniu okazało się, że w jednym numerze isbn zaklęto dwie książeczki z obrazkami. wróć! dwa albumy z fotografiami. albumy dopracowane w najmniejszych detalach. w formacie podróżnej, amerykańskiej Biblii. opowiadają o setkach psich serc, co pieczę nad gatunkiem ludzkim sprawują. może właśnie dzięki kudłatym sercom ten świat dostaje wciąż i od nowa szansę na lepszy finał. tę książkę, ten album, to dzieło otwieram w dowolnym miejscu i całym sercem czytam. o dowolnej porze dzięki tym fotografiom docieram do źródeł miłości, piękna i sensu nieustannego zachwytu światem.

pierwsza strona poziomego albumu:

okładka pionowego albumu:

Elliott Erwitt, Dog Dogs,
Phaidon Press Limited, London 2010.

wybrałabym inne zdjęcia, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi to...
choć... boski (2:07) kudłaty Cartier-Bresson!

piątek, grudnia 27, 2013

(926+1). Świąteczne odkrycie

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

od człowieka do człowieka niewidoczny sznureczek, niteczka, łańcuszek, drucik. łączy od pierwszego spotkania. z czego zrobiona? czy napięta? czy długa? czy w ludzkich rękach oba końce? czy? ciągniesz? trzymasz? a może nerwowo rozwijasz z kołowrotka, by nie mieć z tym wszystkim nic wspólnego? gdzie usiąść, jak być, by nie mieć zasznurowanych ust, by nie mieć skrępowanej duszy? puszczasz swój koniec, by móc odejść? nie, nie puszczasz, ale chcesz się ciut odsunąć, by wziąć oddech, by pozostać sobą, by nie zaprzepaścić szansy?

*

święta. relikt mego dzieciństwa, a od kilku lat klanowa rzeczywistość, ku której rokrocznie mknę już bez strachu. w tym roku, w tym magicznym czasie niewidoczne połączenia, co łączą nawet podzielonych, studiowałam, urzeczona ich naturą. zachwyciły mnie jak nigdy dotąd. poczułam je bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, gdy siadam obok tej osoby, ale naprzeciwko innej, blisko jednej, zdecydowanie dalej od drugiej, tę obejmę, tamtą tylko uściskam, tę pocałowałam trzy razy, a tamtą tylko raz, tej podałam rękę, a tamtej rzuciłam się w ramiona. nieskończona różnorodność połączeń. z tą tak, z tamtą inaczej, z nimi siak i owak.

narzekają na dystans, międzyludzki chłód, spalone mosty, a ja z zupełnie zepsutym wzrokiem nie widzę dystansu, widzę przeróżne, niepowtarzalne odmiany bliskości... może ciut nie takiej, jakiej pragniesz na ten moment, ale prawdziwej... nie usiądę bliżej... nie odważysz się przysunąć... chylę czoła, podziwiam to, co między nami, podziwiam takim, jakim to jest. w przewrotny sposób, właśnie takiej niteczki, sznureczka na ten moment potrzebujemy. poczułam wdzięczność do tych, z którymi nie chcę przy stole wigilijnym siedzieć, że nie naciskają na właściwy porządek tego świata, którym ja nie jestem już zainteresowana wcale.

*

a wieczorem. gdy drzwi naszego pokoju zamknęliśmy, oddzielając nasz świat od reszty światów, poczułam się jeszcze bardziej niż zwykle zaszczycona i uprzywilejowana tym, że z Sadownikiem łączy mnie żywa, prawdziwa, mieniąca się i pulsująca nić, którą odkrywam każdego dnia na nowo, która co dnia inaczej definiuje nasz związek, która z każdego dnia niezmiennie robi święto na świętami.

*

a następnego dnia. intensywnie myślałam o sznureczkach, niteczkach, łańcuszkach i drucikach, którymi połączona jestem z bliskimi memu sercu Ludźmi, co przy innych wigilijnych stołach siedzieli, poczułam się jeszcze bardziej zaszczycona i uprzywilejowana tym, że chcą ze mną mnożyć bogactwo współdzielonych sznureczków, niteczek... chylę czoła przed Nimi... przez wzgląd na to, co nas łączy, choć pojawiają się tu czasem jako bohaterzy, nie wymienię ich ani w porządku chronologicznym, ani alfabetycznym, ani żadnym innym, bo to porządek serca, ważniejszy od każdego innego porządku.

926. Świąteczny czas

Jechaliśmy...


*
Jabłoń:
(w pierwszy dzień Świąt z rana)
Kuhanie, esemeska w nocy dostałeś...

Sadownik:
(zagląda w komórę)
Nie jednego, pięć!

Jabłoń:
Piąty od kochanki?
(po chwili)
Czekaj, przecież nie wysyłałam ci żadnego esemesa...
*

...wracaliśmy.

poniedziałek, grudnia 23, 2013

925. Ćwiczenie z logiki w świątecznej atmosferze podane

Na kanwie zasłyszanych wczoraj życzeń, które jedna Altówka dwóm innym Altówkom składała, należy w ostatnim dniu pracy odnotować, co następuje.

*

Życzenia przez optymistę, liczącego się z realiami życia, składane:

Spokojnych lub rodzinnych Świąt życzę.

*

Życzenia przez pesymistę składane:

Spokojnych albo rodzinnych Świąt, jak kto woli, życzę.

*

Na których spełnienie liczymy?

niedziela, grudnia 22, 2013

924. Talizman

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Dotknęła mnie do żywego,
powiedziała:
— To może być dla Ciebie trudne.

Dotknęła mnie do żywego
swoją prawdą, pięknem, szczerością.

Dotknęła mnie do żywego,
do łez wzruszenia i wdzięczności.

Nawet jeśli tylko dla tej chwili
należało mieć sześć stóp i trzy cale,
to warto było!

malowała Filigranka

Jestem w drodze ku. Nie ma już od. A do dopiero majaczy za zakrętem. Otrzymana wczoraj przecudna Żyrafka, mająca kontakt z Pełnią, stała się moim talizmanem na trudnej, ale dla mnie jedynej, Drodze, na której chcę być całą Sobą, całym Sercem, całym Życiem. Filigranko! Dziękuję! To nie było trudne. To było zachwycające.

*

Filigranka uświadomiła mi jeszcze jedno. Nie jest ważne, czy jesteś ważny. Ważne jest to, czy jesteś z n a c z ą c y, choćby przez chwilę, dla kogoś. I nie jest ważne, że nie masz o tym najmniejszego pojęcia, że właśnie tak się stało. Dowiesz się lub nie. Największe znaczenie ma to, że jesteś! Nie byle jak, lecz prawdziwie, tu i teraz, bez ściemy.

sobota, grudnia 21, 2013

923. Porywacz kobiecych serc

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

On. Z łatwością za serce chwyta każdą kobietę. Nawet ja na to lecę. Z przyjemnością ogromną. Świeżym, prawdziwym, pełnym mocy uśmiechem porywa. W całym moim życiu tylko On jeden kilka lat temu pokazał mi linię, po której przekroczeniu marzy się już tylko i wyłącznie o dziecku bez względu na konsekwencje. Bezwzględnie ma On Dar. Cztery tygodnie temu poprosiłam Go osobiście o czerwony samochód. Dostałam.
     Auto dwuosobowe. Dla mnie i dla Heni. Z zapachem w pakiecie. I nie ma wątpliwości, gdzie wciąż siedzi Sukulec, prawda?
     A Sadownik? Sadownik na Motongu jedzie przed nami.

On. Z łatwością za serce chwyta każdą kobietę. Jak mu się to utrzyma przez kolejnych naście lat, to będzie łamał serca jak mało kto.

Monek, lat 3,5.

Kończąc przygotowania do Świąt, przygotowując się do zamykania roku, poprosiłam o odcedzenie fotograficznej reprodukcji dzieła, które wciąż przypomina mi o niebywałej delikatności, z jaką traktowali się nawzajem Monek i Henia, Henia i Monek bawiąc się razem przepięknie, przecudnie, wspaniale. A może Monek wie, że do mego serca trafić najłatwiej przez sierść?

922. I już, czyli po zimie

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Z samego rana, gdy szykowałam się na spotkanie najkrótszego dnia roku, „Gościni” w radiu wypowiedziała cudne słowa. Po raz pierwszy w życiu moja wewnętrzna Purystka językowa, co nienawidzi, gdy ludzie dwóch języków w jednym zdaniu używają, zamilkła urzeczona:

*

Dziś. Dla mnie
skończyła się zima.
Od jutra każdy dzień
będzie ciut dłuższy.
To oznacza, że
idzie wiosna...

piątek, grudnia 20, 2013

921. Bez śmierci na karku

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

     — Jeszcze nigdy w życiu nie bolały mnie tak oczy...
Napadł ją Pan Strach. Z przyjemnością nie do opisania wyciągnąłby argument o chorobie śmiertelnej, schorzeniu postępującym, czyniącym nieodwracalne szkody, z którymi żyć się nie da i byłoby tak:
     — O jeżu, co to będzie?
     — No?
     — Stracę wzrok...
     — I?
     — Stracę pracę...
     — I?
     — Utknę w mieszkaniu na dobre...
     — I?
     — Będę utrapieniem dla Sadownika...
     — I?
     — Oszaleję...
     — I?
     — Będę wyć z nieszczęścia...
     — I?
     — Umrę ze zgryzoty...
     — A co potem?
     — Jakie potem? Umarłam.
     — Super. Jakieś życzenia dotyczącego pogrzebu?
     — ... — z wrażenia zaniemówiła
.

Dopiero ze śmiercią na karku poszłaby do lekarza, by dowiedzieć się, że owszem, umrze, ale jeszcze nie teraz; że choroba tak, może nawet schorzenie całkiem poważne, ale umrzeć na to nijak nie można.

*

     — Jeszcze nigdy w życiu nie bolały mnie tak oczy...
     Napadł ją Pan Strach. Z przyjemnością nie do opisania wyciągnąłby argument o chorobie śmiertelnej, schorzeniu postępującym, czyniącym nieodwracalne szkody, z którymi żyć się nie da, ale było tak:
     — Jestem 18. dzień po spawaniu oka, tak?
     — Tak.
     — Chyba zaczyna dziać się coś niedobrego, tak?
     — Tak!
     — Nie będę czekać, wyobrażać sobie, fantazjować.
     — Nie?
     — Umówię się na wizytę i z ulubioną panią Doktor od oczu zobaczymy, co jest.
     — Nie!
     — Tak.
     — ... — z wrażenia zaniemówił.

Bez śmierci na karku po raz pierwszy w życiu poszła do lekarza. Pani Doktor kropelki na siedem dni dała, pięć razy dziennie „oka” zakraplać kazała. Prezent Sadownikowi na święta zrobiła — Jabłoń w okularach przez cały tydzień ma być. Sadownik w zachwycie Chwasta Społecznego poinformował, że już ostrzy obiektyw. No żeż! Powolutku, z niemałym oporem, ale rozwija się Drzewuchno. I dumne ciut wczoraj z siebie było, że bez śmierci na karku do Pani Doktor truchcikiem się udało z własnej woli i z wiarą, że wszystko będzie dobrze. Droga ku próchnu na szczęście daleka. Będzie Drzewko żyć, śnić i rozkwitać! A co!

wtorek, grudnia 17, 2013

920. On dobry i smakowity

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

...od dobrego jadła nie boli żołądek,
od dobrego trunku nie boli głowa,
z dobrą kobietą nie boli życie...

... przeczytał mi wczoraj Sadownik... wskutek tego, również od wczoraj powtarzam nie tylko w myślach:

z dobrym mężczyzną życie smakuje wyjątkowo!

*

Piekiełko przedświateczne trwa... ale koniec już widać.

czwartek, grudnia 12, 2013

919. Nie czekajmy na raka

ucieszmy się sami sobą już teraz!
nie czekajmy na raka
zachwyćmy się sobą nawzajem już dziś!

Dżoano, dziękuję Ci bardzo za wywęszenie tego filmiku, idzie do działu S.O.S.:

Mimi Foundation, If Only for a Second.

...tej chwili za chwilę już nie będzie...

918. Deaktywacja klątwy

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

     

Klątwa. Magiczna, rodzicielska formuła, po wypowiedzeniu której, moje podstawowe poczucie sprawiedliwości i godności dostawało agonalnych drgawek. Brzmiało zawsze tak samo i doprowadzało mnie do wyrośniętej ponad „mały” wiek szewskiej furii.

Jesteś starsza, mądrzejsza, ustąp!

Na bycie starszą nie miałam żadnego wpływu. Bycie mądrzejszą — wątpliwe, bo niby jak to zmierzyć — nie było w tych okolicznościach wartością, lecz wielką kulą u nogi. W zadziwieniu pozostaję, że tak sprawnie, chętnie i często używane zaklęcie nie dało rady zabić we mnie ciekawości i wiary w rozwój, że nie doprowadziło mnie do konkluzji, że bycie nieodpowiedzialnym debilem z w pełni wykształconą wyuczoną bezradnością opłaci mi się w życiu bardziej.

Jesteś starsza, mądrzejsza, ustąp!

Dopiero dziś zrozumiałam mądrość kryjącą się w tych słowach. W szampańskim humorze od rana byłam. Źle to sformułowałam. To był niebywały stan. Wypełniał mnie bezgraniczny spokój i wiara w sens życia nie tylko mojego. Czułam siebie a jednocześnie dość precyzyjnie widziałam bliźniego wraz z jego i swoją niedoskonałością, mając w sobie na nią przeogromna zgodę. Niedoskonałość zachwycająca, bo niezbędna, by się rozwijać. I stało się.

Sytuacyja. Ten studentka — by parytet rodzaju ludzkiego zachować — otdaje zadanie srobione na odwal z tszema sporymi buendami. Roskosznym tempym wzrokiem na mnie patszy, do doprego serca odwołać się prubóje niewerbalnie...

*

Zwykle byłoby tak:
     — Ten studentka popełniła trzy błędy
x, y, z, tu, tu i tu. Widzi?
     — Tak.
     — Umie poprawić?
     — Ych, uch, mmmmmmmmm...
     — To dziękuję, nie ma punktu.
     — Dlaczego? Starałam się.
     — Nie musi się ten studentka starać. Wystarczy, że uwzględni to, o czym było na wykładzie, co ćwiczyliśmy na zajęciach. — I co? I szlak trafia spokój i sens w życie niejedno, bo po co pracować z ludziami, którym się nie chce programowo od rana do wieczora?

*

Dziś było tak:
     — Czy ten studentka wie, jakie są tu błędy?
     Óśmiech pszepraszajonco-błagajonco-gupi.
     — Błędy są trzy — wymieniam i pokazuję jak krowie na rowie.
     — No tak — wzdycha ten studentka, udając że wie, o co chodzi.
     — Umie poprawić?
     — Ych, uch, mmmmmmmmm...
     — Niech robi:
a, b, c, kliknie tu, kliknie tam, zmieni, ustawi, zatwierdzi. Tak to ma być zrobione. — Na koniec pónkt postawiłam. W końcu na trujkę nie trzeba być mistszem świata. Korona ze łba mi nie spadła. Wykonawszy kawał dobrej roboty — nie zabiłam, po raz n-ty temu studentce wykładając kawę na ławę — poszłam dalej, zachowując wewnętrzny spokój i wiarę w sens żyć wielu. Nie będzie ten studentka umiał tego urzyć, ale chociaż na wuasne oczy przez chwilę widziau piękno, którego nie rozómie, nie pojmie, cenić nie będzie, trudno. Ale widziau. Kropla drąży mózgową skałę, wierzę głęboko.

*

Jesteś starsza, mądrzejsza, ustąp!

Tylko pozornie wygląda to jak ustąpienie, poddanie się, rezygnacja. Jest w tym mądrość nie zawracania kijem Wisły. Stało się, jeśli jesteś mądrzejszy, to taki bądź, zobacz więcej, zobacz szerzej, nie trać nadziei i pamiętaj, co chcesz osiągnąć, co zachować, w imię czego bić się chcesz. Z biegiem czasu coraz częściej będziemy i starsi, i mądrzejsi, dobrze jest umieć się z tym obchodzić.

poniedziałek, grudnia 09, 2013

917. Tracił dziewictwo na fejsie

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Sadownik:
Po raz pierwszy w życiu zrobiłem TO!

Jabłoń:
Co?

Sadownik:
Zajrzyj na fejsa.

Jabłoń:
(zaryła w ryjownik)
Dzięki!

Sadownik:
(zrobił TO, czyli udostępnił informację o bazarku dla NORDa)

Jabłoń:
(choć zrobiła TO wcześniej, pozostaje w zachwycie,
że tylu dobrych ludzi licytuje, by wygrać szansę
na zdrowie dla Mistrza, który w psiej potrzebie
)

*

Jeśli masz psa, zajrzyj na Bazarek,
wielu mądrych psiarzy oferuje piękne rzeczy i psie usługi.

Jeśli będziesz miał psa, zajrzyj na Bazarek,
wielu mądrych psiarzy z całej Polski poznasz bez wychodzenia z domu.

Licytujemy do 23 grudnia.

(fot. Wiktoria Morawiec)

916. Ku pamięci, ku przestrodze

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Klasyka gatunku:
     — Mocne strony?
     — A, B, C, D... — wymienia.
     — Słabe strony?
     — Z, Y, X... — podaje po zastanowieniu się.

*

Nigdy wcześniej w życiu nie otrzymałam tak pięknej, precyzyjnej odpowiedzi:
     [...]
     — Słabe strony?
     — To przesadzone mocne strony — usłyszałam.

*

Nie tylko piękna odpowiedź, ale również wyjątkowo prawdziwa po zgeneralizowaniu, bo przykłady można mnożyć:
pracowity, super, ale pracoholik?
     otwarty, fajnie, ale naiwny?
     opiekuńczy, tak, ale nadopiekuńczy?
     zainteresowany vs wścibski?
     i te pe, i te de.

sobota, grudnia 07, 2013

(913+2). Synchroniczność

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Na kawie wczoraj czytałam u Jagielskiego kilka zdań o Steve’ie Biko.

Nie minęły trzy godziny, gdy Sadownik przez telefon ordynuje Drzewku. Przy komputerze usiądź. Przeglądarkę otwórz. Wpisz adres. El i fał e en a te i o en kropka pe el. I co widzisz?

Zobaczyłam. Kalendarz szybciutko wzrokiem przebiegłam, by kolizje wykluczyć... staż jeden, drugi, superwizje, Mindell w Warszawie, WorldWork... bingo!

Jedziemy! 12 maja 2014 na koncert Petera Gabriela do Łodzi! Trzeci nasz koncert Petera. Klamka zapadła. Wczoraj przed północą kupiliśmy bilety. Założę się, że Biko usłyszymy na żywo też po raz trzeci... A póki co, kotły, smyki i dęciaki... no, nie umiem się powstrzymać.

Peter Gabriel, Biko.

You can blow out a candle
But you can't blow out a fire
Once the flames begin to catch
The wind will blow it higher

piątek, grudnia 06, 2013

(905+9). Jeszcze całkiem ciepłe słowa zimową porą

Śnieżyca:
(zagrała pierwsze skrzypce, spowolniła Warszawę tak,
że aż mogła unieważnić plany i Sadownika, i Jabłoni
)

Sadownik i Jabłoń:
(zostali obdarowani wolnym wieczorem)

Śnieżyca:
(nie zatrzymała połączeń telefonicznych)

(pisu, pisu, dryń, dryń, a w efekcie)
Gepardzica, Smoku, Sadownik i Jabłoń:
(przy jednym stole siedzieli)

Jabłoń:
(zagadała się z gośćmi okrutnie przyjemnie,
zapomniała o jabłkach w piekarniku,
a gdy sobie o nich przypomniała, okazało się,
że jabłka kształtu już nie miały siły utrzymać
)
Za późno je wyjęłam...
(dodaje ze skruchą)
...powinny wyglądać jak jabłka.

Smoku:
Jesteśmy ludźmi z wyobraźnią.

Jabłoń:
(pozostała w zachwycie, że od teraz już na zawsze
ma cudne alibi na swoje kuchenne wyczyny
)
Ja gotuję tylko dla ludzi z wyobraźnią!

913. Zatrzymana śmiercią Nelsona Mandeli

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Z samego rana dowiedziałam się, że odszedł Nelson Mandela. Uznałam, że to czas najwyższy, by ze stosiku książek, co wciąż przede mną, wyjąć tę, co całkiem na spodzie od jakiegoś czasu leży. Kupiłam ją pod wpływem impulsu. Autor tak pięknie o niej opowiadał w radiu. Miał głos wrażliwego, doświadczone człowieka. Człowieka, którego sposób patrzenia na świat aż chce się spotkać na kartach książki. Wielowymiarowość tekstu — Mandela, piłka nożna, czarownice — bardzo chciałam się dowiedzieć, jakim cudem dało się to wszystko połączyć w jedną opowieść. Szczególnie te czarownice i Mandela. Mandela i czarownice.

Książka na samym dnie przeleżała dobrą chwilę, bo z drugiej strony uprzedzenia dziwnej natury trzymały mnie od niej z daleka. Okładka zniechęcała, sugerując nieczuły, historycznie obiektywny tekst. Po co ja kupiłam tę książkę? Kaprys to chyba był. Nazwisko Autora. Twarde. Wycofane. Niewróżące otwartości czy myśli wartych dostrzeżenia. Po co ja kupiłam tę książkę? Kaprys to był na pewno.

Mandela. Tak. Z myślą o nim sięgnęłam po tę książkę i poszłam na moją „niedzielną” kawę podawaną w dniu nazywanym przez innych ludzi piątkiem. Jasny gwint! Wsiąkłam. Coś mnie tknęło, gdy o dalekopisach zaczęłam czytać. Czyżby ta „choroba” łapała wielu ludzi? Dalekopisy... dalekopisy... kulki w głowie zderzyły się i zaczęłam się śmiać. Rany boskie, nie z tego świata jestem. Nie przywiązuję żadnej wagi do nazwisk, koligacji, kto z kim, a co mnie to obchodzi, człowiek jest ważny. Przecież to Mąż Autorki, której książkę połknęłam w try miga. Noooo, teraz mi się wszystko zgodziło. Lekkość z jaką pisze; ciepło, które między literki upycha. Jaka twardość? Jakie wycofanie? — Pomyślałam. To musi być Mąż Autorki.

Czytam. Wolno, wolniej, najwolniej jak umiem, by na długo starczyło. Ta książka to żaden kaprys. Jej czytanie to niebywały przywilej. Obyśmy nigdy nie wątpili, a jeśli już to rozwojowo i jak najkrócej.

     — Wszystko, co zechcesz — powtórzyła, żegnając się bezwiednie znakiem krzyża na odgłos nowego grzmotu. — Jeśli chcesz, mogę zdobyć dla ciebie wszystko. Każdą kobietę, każdą nagrodę, każde marzenie.
     — Zapytałem, ile to kosztuje
.
     [...]
     — Ale ile musiałbym za to wszystko zapłacić?
     — Teraz zapłaciłbyś jak wszyscy. Pół tysiąca randów za wizytę. Ale kiedy zdobędziesz już to, o co prosisz, wrócisz do mnie i sam mi powiesz, ile to było dla ciebie warte.

*

Freedie Maake nigdy nie wątpił, że pojawił się na świecie, ponieważ Stwórca miał wobec niego jakiś szczególny zamiar. Umyślił dla niego zadanie do wykonania, coś, czego nikt inny nie mógłby zrobić.
     Freddie zresztą wierzył, że żaden człowiek nie rodzi się bez celu, dla każdego Pan Bóg przeznacza jakąś rolę do odegrania, coś wyjątkowego. Stwórca przecież nie trudziłby się zapełnianiem świata ludźmi bez planu, porządku i potrzeby.
     Problem w tym, tłumaczył Freedie, że stwarzając tak wiele ludzkich istot i w ogóle będąc tak zajętym sprawami świata, Pan Bóg zaczął zapominać, co komu przeznaczył. Aż w końcu uznał, że jedynym sposobem, aby temu zaradzić, będzie obdarowanie ludzi nie tylko życiem i wolną wolą, lecz także jakimś znakiem, pieczęcią, które sami muszą odkryć i zrozumieć, by spełnić swoje przeznaczenie.
     Ci, którym się to udaje, nie tylko znajdują powód do życia, ale do końca swoich dni cieszą się jego pełnią. Tym którym się nie udało, choć się starali, samo poszukiwanie nierzadko daje radość i spełnienie.
     Są też jednak i tacy, którzy nawet nie próbują szukać, niczego nie chcą odkrywać ani poznawać. Tych Freddiemu było zwyczajnie żal. Nie odnajdując w sobie wyjątkowych zdolności, w które zostali wyposażeni, tak naprawdę wcale nie żyją, lecz przemijają, przechodzą przez życie bez śladu.
     Najgorzej jednak według Freddiego mają ci, którzy odkrywają Boży zamiar i odnajdują powierzone im talenty, ale świadomie się ich wyrzekają lub je zaniedbują. Ci zasługują jedynie na pogardę, a nawet potępienie.

Wojciech Jagielski, Trębacz z Tembisy. Droga do Mandeli,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2013.
(wyróżnienie własne)

*

Mandela. Tak. Josh Groban. Tak. Szłam do niego ścieżką wydeptaną przez album Barbry Streisand Duets. Szybko dotarłam do piosenki Weeping. Uwielbiam ją za niebywałą energię, rytm, mądrość i złote nitki psychologii procesu, którymi połączone są frazy opowieści. Świat potrzebuje takich opowieści. Świat potrzebuje Nas.

Josh Groban & Vusi Mahlasela, Weeping.

czwartek, grudnia 05, 2013

912. GODny poranek

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Jabłoń:
(z samego rana w zachwycie,
że nic nie boli, nawet nie ćmi
)
Jak ten stan utrzyma się do wieczora,
to jestem bogiem.

Sadownik:
(na kanapce z Sukiem i czasopismem)
Co najwyżej boginią.
(pauza)
Bóg jest jeden...

Jabłoń:
(przypomina sobie, że w Sadowniku
tlą się jeszcze resztki chrześcijaństwa
)
Niech będzie.

Sadownik:
...i czyta gazetę.

(910+1). Suplement do wczoraj

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wieczorkiem. Sadownik zarządził. Zamknij oczy. Przykleić się Drzewku kazał do swoich pleców i przez całe Przytulisko powolutku przeprowadził, powtarzając co chwilę. Nie otwieraj oczu. A gdy doszli, gdzie dojść mieli, powiedział. Już! Oczom Jabłoni ukazało się piękno zaklęte w... śnieg!

Jabłoń:
(w zachwycie)
Kiedy to się stało?

Sadownik:
Jak byłem w sklepie.

(po chwili)
Heniutka i Sadownik:
(poszli na ostatni spacer,
Jabłoń patrzyła na nich przez okno
i stało się... szczęście
zwykłe, ale bezgraniczne
)

*

A dziś znów czekamy na śnieg. Ten wczorajszy zemdlał.

środa, grudnia 04, 2013

910. Z życia boksera

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Kur mnie opiał! Szczęście palcem wskazującym mnie dotknęło! Cud mnie na łopatki powalił! Choć wciąż czuję się jak bokser po walce z obitą głową, to pierwszy raz od soboty naszła mnie myśl niebywale fantastyczna: co chciałabym jutro zrobić? W świecie „byle dożyć do wieczora” to ogromna zmiana jakościowa. Zdrowieję!

*

Łomolę, podśpiewując it's wonderful… nie przejmuję się, że reszta tekstu jest dla mnie tylko melodią… zostawiam tu ślad, by nie zgubić… historia tego człowieka też mnie urzeka...

Paolo Conte, It's Wonderful // Via con me.

wtorek, grudnia 03, 2013

(908+1). Po bitwie

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Jabłoń nie była dębem... kolorem skóry na twarzy w pewnym momencie zabiegu przypominała Panu Doktorowi korę brzozy... dam radę, tylko zdejmę sweterek... bez sweterka usiedziała jeszcze tylko troszkę i nie dała rady, za gorąco, za słabo...

Ciśnienie było. 90/65. Gdy Pan Doktor tętna szukał, zażartowała: nie ma? A Pan Doktor na to łapiąc w kilku miejscach przegubu: no, nie ma. Za chwilę znalazł, więc twarde liczby uzasadniały drzewne istnienie.

Zaspawał Pan Doktor tyle, ile dał radę. Za sześć tygodni do kontroli. Może starczy. Wolałabym, by obyło się bez poprawek. Ból oka — dziwny, subtelny, nieprzyjemny i nieciekawy. Goi się przyrząd do patrzenia na świat, a ja ze sobą jak z jajkiem obchodzić się muszę.

*

Staruszko w tramwaju!
     Dziękuję za komplement, że taka młodziutka jestem. To miłe, choć nie do końca prawdziwe. Bardzo Cię proszę, Staruszko, w tramwaju niektórzy młodziutcy ludzie muszą usiąść, bo choć młodziutcy, to jednak ciut zepsuci. Muszą na siebie uważać, nie mogą się schylać, muszą ograniczyć okazje, by tramwaj szarpał ich ciałem. No więc, Droga Staruszko, gdy siedzisz w tramwaju naprzeciwko młodziutkiego człowieka, zobacz w nim ludzkie istnienie, a nie tylko młodość, na którą musisz pomstować, że tak źle wychowana.
     Dziś naprzeciwko Ciebie siedziałam ja, opiekun zaspawanego oka, nie czujący się najlepiej i nie mający siły, by z Tobą dyskutować.

niedziela, grudnia 01, 2013

(870+38). Przerwa techniczna

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Nie na kawę. Nie na siusiu.
Jutro dzień spawacza.
Z samego rana spawamy siatkówkę oka.

Uprzejmie proszę starych Bywalców tego bloga,
również Tych, co śladu po sobie nie zostawiają,
o trzymanie kciuków.

Nosi Drzewko z lewa na prawo...
niby rozumie, że to tylko zabieg,
ale skrzypi i boi się ciut (eufemizm)...

...wróci tu, tak szybko jak się da.

piątek, listopada 29, 2013

907. O poczuciu własnej wartości

Jabłoń i Sadownik:
(dyskutują zaciekle)

Sadownik:
I ty się łudzisz, że jesteś normalna?

Jabłoń:
(z nadzieją)
Nooo.

(po jakimś czasie)
Jabłoń:
Nooo, nie jestem normalna...
(robi teatralną pauzę)
...ale jaka interesująca!

906. Playing words, playing worlds

Language switch and I find another me. I do not know her. She is different. She seems to possess the keys to some of my inner conflicts.

     “What does it mean ‛worthless’ to you?”
     “Done for nothing...”
     “What does it mean ‛for nothing’?”
     “Just for fun...”
     “I’ve got you! So, let us assume that fun is nothing. My strong recommendation is one hour of fun a day, and remember, no penny spent, no excuses,” she ordered.

czwartek, listopada 28, 2013

905. Zatrzymana w czasie

Odkryłam go dla siebie trzynaście lat temu we Fnacu. Przywiozłam do kraju wraz ze skórką pomarańczową w gorzkiej czekoladzie w mroźny wigilijny dzień.

*

Jabłoń:
(wczoraj, trzeci dzień łomoli już ciut starą płytą)

Sadownik:
(przechodzi obok zasłuchanego, zamyślonego Drzewka)
Czy to* jest smutne?

Jabłoń:
Nie. To jest piękne.


* Richard Galliano z płyty Bach, 2010.

*

…na samym końcu smutku,
   gdy wybrzmi ostatni jego akord,
   jest tylko piękno, siła i zrozumienie…

*

904. Pomarańczowy gender

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Bez telewizora przez większą część życia, ale dwa razy na rok jestem w miejscu, gdzie podziwiam telewizyjne trendy. Z fascynacją godną dziecka skupiam się na blokach reklamowych, śledząc progres, co wydaje się potężnym regresem. Uwielbiam obserwować zmiany, które towarzyszą obywatelom naszego kraju. Przeszliśmy długą drogę od podpasek, zestawów telewizji satelitarnej, proszków na ból i bałagan, przez pampersy, mleko w proszku, papki warzywne, soki, aż do zadbanych narządów wewnętrznych i pionowo, dobrze utrzymanej męskości.

W ciągu ostatniego roku oburzało mnie, że... żołądek... weź pigułkę, wątroba... weź pigułkę... katar, kaszel... weź pigułkę, kręgosłup, stawy, żyły... posmaruj dla odmiany... migrena... weź pigułkę, nie stoi... weź pigułkę, smutno ci... weź pigułkę, depresyjnie może... weź pigułkę. Wydawało mi się, że dopiero na Boże Narodzenie obejrzę kolejny reklamowy odcinek, zaklnę, przeklnę i przyrzeknę, że taki świat nie interesuje mnie wcale.

Tyle że świąteczny czas zaczął się w handlu, jak co roku, dokładnie 2 listopada. Aż jestem zdziwiona, że dopiero wczoraj dopadła mnie reklama pomarańczowych świąt. Powaliła mnie wielkoformatowa okupująca billboard na pobliskim przystanku tramwajowym. Czy to reklama, czy kiepska kampania społeczna pogłębiająca rowy mariańskie głupoty i stereotypów na temat polskiej rodziny?

(póki nie zrobię swojej, fot. źródło)

O czym w zasadzie jest ten obrazek? O zniewolonych tożsamościach? O facetach, co od małego uczą się nosić matki, żony i kochanki na rękach? O prawdziwej męskości, co zaspokajać bezgraniczne kobiece pragnienia potrafi zawsze i wszędzie? O kobietach, co bez mężów i dzieci nic nie znaczą? O kobietach, które mają prawo żądać noszenia na rękach za ich kuchenno-garderobiano-dzieciowy znój? O kobietach, które w ramach prezentu dostaje się niczym sprzęt agd lub kwiatek do butonierki i które wymienia się w swoim czasie na nowszy model? O kobietach, co marszczyć się nigdzie nie mogą?

Oburzyłam się okrutnie. Wściek mnie złapał. Czy ludziom już całkiem rozum odebrało? Nie interesuje mnie świat takich facetów, takich kobiet, takich świąt i takich prezentów! Nie interesuje mnie świat przedmiotowo traktowanych kobiet i mężczyzn. A może „ideologia” gender we łbie mi przewróciła. W każdym razie pomarańczowej firmie gratuluję, przyrzekam nie postawić u niej nigdy własnej stopy. Beznadziejnie głupie reklamy wkurzają potrójnie!

niedziela, listopada 24, 2013

903. Obfitość nie tylko w kinie

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

stereotypowe myślenie. psychoanalityczne
schematy. archetypowe tęsknoty.

*

rycerz na białym koniu, uwięziona w wieży księżniczka i biznes,
który każde z nich chce zrobić.

*

kilkadziesiąt lat doświadczenia. misja, wizja i cel. prospekt emisyjny. blok reklamowy. cena rynkowa. zestawienie zysków i strat. to opis biznesu czy kondycji współczesnego człowieka?

*

film. w nim wszystko co powyżej i dużo, dużo więcej. majstersztyk kontaktujący widza z aktualnym zrozumieniem jego historii osobistej.

*

wczorajszego wieczoru jednoznaczne było tylko to, że Coni The Wind in the Sun wygrał wejściówki. odrobinę tego szczęścia pomnożył dzieląc się nim ze mną. wyjściówkę z domu dostałam i dynamicznie w kierunku kina się udałam. gdy wróciłam, zameldowałam Sadownikowi, że koniecznie muszę z nim ten film obejrzeć. obejrzeliśmy. dla każdego z nas ten film jest o czym innym. jeszcze długo w nocy o nim rozmawialiśmy. znaczy się sztuka.

*

jeśli spotkacie kobietę, która wypytuje, czy byliście na filmie Koneser (The Best Offer); a jeśli tak, to o czym dla Was jest ten film, to może znaczyć, że spotkaliście Jabłoń w kinematograficznej manii. jeśli nie spotkacie, wrażenia można, należy — bardzo, bardzo proszę — pozostawić tu w komentarzach.

Coni The Wind in the Sun: znów i znów, bardzo, bardzo dziękuję!

piątek, listopada 22, 2013

(901+1). Akt męski z łasiczką

Mój ukochany poranny Duecik.
On pije kawę.
Ona mu towarzyszy.
Ranek w ranek. Każdego roboczego dnia.

*

Piątkowe ranki to dla mnie w tym semestrze niedziela. Dziś nie dałam rady nie zachwycić się tą Dwójką. Zanim dołączyłam do nich ze swoją kawką i książką, strzeliłam Im zdjątko.

*

Jabłoń:
(użebrała odcedzanie zdjęcia)

Sadownik:
I ty masz zamiar upublicznić ten akt?

Jabłoń:
Śliczny, prawda?

901. Otwierają się przejścia

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Według Ewy listopad był szczeliną w czasie, pęknięciem między jesienią i długą polską zimą, gdy żyło się na krawędzi, w zawieszeniu, i czekało, aż czas zabliźni się, gdy przyjdą grudnoiowe mrozy. „W listopadzie Wielblądko, można wyjść po zapałki i nie wrócić, w listopadzie, jak dobrze się przyjrzysz, to zobaczysz, że w każdej kałuży widać schody, które prowadzą pod ziemię. Nocą odpływy w łazienkach powiększają się tak, że bez trudu mieści się w nich dorosły człowiek. A takie siuśmajtki jak ty muszą uważać nawet na szpary w podłodze i mysie dziury.” „Dlaczego?” „Bo listopad to czas, gdy otwierają się przejścia” odpowiadała moja siostra.

Joanna Bator, Ciemno, prawie noc,
Grupa Wydawanicza Foksal, Warszawa 2013.

*

Wstałam dziś rano. Pokręciłam się troszkę po Przytulisku. Włączyłam radio. Z mojej szczeliny listopadowego czasu wydobyło się światło, by po chwili zamienić się w piosenkę po raz pierwszy słyszaną. Usłyszałam jak moje Życie śpiewa mi wers za wersem. Łomolę!

Paweł Kovalczyk Big Band Project, Raise Me Up.

I'm my life’s whole world

It can’t live without me...

900. Książka roku 2013

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Tytuł. NIE. Szata graficzna okładki. NIE. NIE, NIE... nie ma mowy... ale czy to nie jest ciekawe, że napatoczyła się przed moje oczy... no i jest w jednym z moich ulubionych formatów... przeczytałam opinię czytelnika, której teraz znaleźć nie mogę... i było w niej o flamastrze i gryzdoleniu po książkach... swoja dusza, pomyślałam... raz kozie śmierć... najwyżej wyrzucę... kto nie ryzykuje, nie zdobywa nowych punktów widzenia. Tak wyglądały okoliczności, które doprowadziły mnie do mojej książki roku 2013.

Odebrałam. Skrzywiłam się na długość wiersza i interlinię. Źle dobrane. Tylko tym moje rozczarowanie mogło się nakarmić. Reszta to zachwyt. Ta książka to nie książka. Ta książka to przygoda. Nie można z niej zawrócić czy wrócić do portu, z którego się wypłynęło, bo tego portu zwyczajnie już nie ma. Znika, gdy tylko przeczytasz pierwszych kilka stron.

jeśli powtarzasz coś dziecku sto razy i ono ciągle nie rozumie, to które z was wolniej się uczy?

*

Kreatywność nie lubi szybkości. Kreatywność ceni sobie powolne wykwitanie idei, błądzenie impulsów przez meandry i zapomniane ścieżki neuronowe, a także mozolne przeczesywanie nowych szlaków. Popędzanie jest więc czymś, co zabija kreatywność (odwrotnie na przykład rzecz ma się z inteligencją, która z kolei zyskuje na szybkim przepływie danych i autostradach myślowych).

*

[...] myśl Marka Aureliusza [...] „Nigdy nie myśl o tym, czego nie masz, tak jak byś już to miał, ale z tego, co masz, wybierz to, co najbardziej jest cenne, i pomyśl, z jakim trudem byś się o to starał, gdyby tego nie było”.

*

     — To trzeba poczuć, jak reagują te dzieciaki. Nie da się tego opisać. — opowiadają uczestnicy projektu z udziałem szkół dla Indian w USA. — Mówią: dotychczas, kiedy przydarzało mi się pomylić, myślałem, że to znak, że jestem głupi. Teraz wiem, że mózg tworzy nowe połączenia. Czyli, że jak się pomylę, to robię się mądrzejszy!

*

Zmień zachowanie, a warunki się zmienią, zamiast siłować się z warunkami w pierwszej kolejności, czekając ze zmianą zachowania.

Miłosz Brzeziński, Głaskologia.
Faktyczne reguły motywowania i rozumienia motywacji
,
989-Instytut Kreowania Skuteczności, Warszawa 2013.
(wyróżnienia, poza ostatnim, własne)

czwartek, listopada 21, 2013

899. Szowinizm feministyczny (def.)

mężczyzna

to

ofiara testosteronu!

*

Na pniu kupiłam dziś tę — nieznaną mi do tej pory — definicję. Gdy przestałam się śmiać, doszłam do wniosku, że rodzi ona wiele nowych możliwości zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn. Jedyną granicą jest ludzka wyobraźnia.

środa, listopada 20, 2013

898. Spod znaku szczęśliwej, spełnionej krowy

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Jabłoń i Sadownik:
(od rana uskuteczniają filozoficzne rozmowy
o rozwoju człowieka
)

Jabłoń:
(wychodząc z domu)
Przecież wiesz, że nie trzeba kupować krowy, by pić mleko.

Sadownik:
No właśnie! Pamiętaj o tym!

Jabłoń:
Skarbie, dzięki, że mnie kupiłeś!

Sadownik i Jabłoń:
(śmiejąc się, dobrego dnia sobie życzyli)

*

¶•ens zapytała o książkę Nordqvista. Tknęło mnie, raz. Sprawdziłam. Była, choć w nielubianej przeze mnie księgarni. Tknęło mnie, dwa. Sprawdziłam, czy nie ma czegoś nowego. Była! Świeżutka! Już odebrana. Już przeczytana. Książka, można by rzec nie tylko o Mamie Mu, ale o Mamie Mu Van Damme, która nigdy nie mówi, że się nie da!

     — Cześć, Panie Wrono, Przyleciałeś!
     — Cześć, Mamo Mu. Widzę, że schowałaś się pod drzewem przed słońcem.
     — Rzeczywiście, stanęłam pod drzewem, ale wcale nie dlatego, że tu jest cień. Chcę na nie wejść. Na samą górę.
     — Kra, krowom nie wolno chodzić po drzewach. Krowy tego nie potrafią. Krowy tego nawet nie chcą.
     — Muu, ale ja chcę. Chcę się wspiąć na sam czubek, tam, gdzie udaje się dostać tylko ptakom, wiewiórkom i dzieciom — powiedziała Mama Mu, spoglądając z tęsknotą w górę. — Spytam Linusa, jak się wchodzi na drzewo.

...cztery strony dalej:

     — Jak to? Jak tu wlazłaś? Jak to zrobiłaś?
     — Wdrapałam się — odparła Mama Mu. — Ale dobrze, że przyleciałeś, bo Linus nie powiedział mi wszystkiego.
     — Czego na przykład?
     — Jak się schodzi. Muu!
     Mama Mu spojrzała w dół. Było bardzo wysoko.
     — Kra! — Pan Wrona złapał się za głowę. — Wdrapujesz się na drzewo, a nie wiesz, jak się schodzi?!
     Mama Mu zastanowiła się chwilę.
     — No ale po co wiedzieć, jak się schodzi, skoro się jeszcze nie weszło?

Jujja Wieslander, Mama Mu na drzewie i inne historie,
Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2013.
(wyróżnienie własne)

(896+1). Moment

Ile zbiegów okoliczności,
nagłych zmian planów,
trudnych chwil wydarzyło się,
byśmy mogli pić razem kawę?

A mogło nie wydarzyć się wcale, prawda?

Te dwa pytania
zamieniają
prozę życia w poezję.

wtorek, listopada 19, 2013

896. Nieustraszeni

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Chwila w saloonie. Panie na kanapie. Sadownik w hamaku. Patrzę na niego i widzę prawdziwego, rozluźnionego, zadowolonego mężczyznę. Mężczyznę, którym stawał się przez ostatnie naście lat. Magia świadomości, że jestem „dopuszczona” tak blisko jego życia, czyni tę zwykłą, banalną chwilę intymnym okruszkiem rzeczywistości.

Patrzę na niego i myślę, że panie, kanapa, hamak i Sadownik współistnieją, ponieważ kiedyś tam oboje wykazaliśmy się wiarą, odwagą, śmiałością, może nawet brawurą i... zaczęliśmy rozmawiać. Do dziś nie myślałam o nas jako o szczególnie śmiałych czy odważnych ludziach, a jednak chyba tacy jesteśmy.

Patrzę na niego i dociera do mnie po raz kolejny, że oczywistości są wyjątkowo mało oczywiste i wciąż mogą znaleźć się w kategorii cuda lub magia życia, bo nie było pewności, że panie, kanapa, hamak i Sadownik zaistnieją w takiej konfiguracji.

niedziela, listopada 17, 2013

(893+2). 77 sekund zachwytu

piękno matematyki...
piękno fizyki...
piękno pasji...
piękno współpracy...
piękno ruchu...
w 77 sekund zaklęte...
nie pytajcie, ile razy od wczoraj obejrzeliśmy to z Sadownikiem...
pozostając niezmiennie poruszonymi do trzewi...

Volvo Trucks & Van Damme, The Epic Split.

*

A mój wewnętrzny Krecik klepie mnie po ramieniu, patrzy mi głęboko w oczy i bezczelnie pyta:
     — No, Jabłonko, to co jest dla Ciebie niemożliwe?

Just defy the laws of impossible!