czwartek, września 30, 2010

(5!-7*5). Ja kot

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Też we wrześniu, ale trzy lata temu Braciak wywlókł mnie do niepozornej, sieciowej kafejki. Pierwsza wizyta w tym miejscu nie zapowiadała uzależnienia --- miejsce jak miejsce, kawa jak kawa, tylko nasza rozmowa była warta zachodu.

Kiedy? Nie pamiętam. Skusiłam się na Moccę w największym, półlitrowym kubku i... wpadłam jak śliwka w kompot. Jedyna kawa, której nie słodzę, jedyna kawa w taaakiiiim kubku. Jedyne w swoim rodzaju kanapy --- dobrze służące ludziom z chorym kręgosłupem, okna od samej ziemi do samego sufitu --- padało, wiało a ja siedząc w ciepełku mogłam przyglądać się pędzącym przechodniom. Raj!

Moim doświadczeniem w Polsce jest niestety to, że dobre rzeczy i miejsca mają kłopoty z trwaniem. Zwykle jak znajdę coś cudnego, przyzwyczaję się to... owo coś znika z rynku. Po dwóch latach, gdy w zasadzie robiłam już za element wystroju wnętrza, opisana kafejka została zlikwidowana. :( Zostałam z nieszczęściem porzuconego kota w sercu, który był przyzwyczajony do miejsca, do kanapy, do kubka, do okien. W przeciągu roku obeszłam pozostałe znajdujące się kafejki Wayne’sa i nic... w jednej brak okien, w drugiej brak kanap. Czułam się jak sierściuch ze schroniska bez szans na adopcję. Do dziś!

Dziś znów padało. Trzeci dzień Kudłata uczy się zostawać sama w domu na ciut więcej niż dwie godziny. Popędziłam na masaż z myślą, że zaraz po nim przetestuję ostatniego znanego mi Wayne’sa w Wawince i... BINGO!

Była kawa w moim kubku, była kanapa i było okno! Poczułam się jak kot, który wrócił z dalekiej podróży do domu. Tylko Braciaka brakowało, ale ten w pracy.

Jako kot i niekot mogę już spokojnie zamknąć wrzesień...

środa, września 29, 2010

84. Mżawka, deszcz i co jeszcze?

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Mżawka --- zawsze odbierałam ją jako nostalgiczny nastrój w aerozolu. Gdy mży wolniej chodzę, wolniej myślę, przed oczami pojawiają się obrazy osób, których jakoś mi brakuje, rozmawiamy w mojej głowie.

Deszcz --- płacz Nieba czy kąpiel Ziemi? Tak czy inaczej można go uznać za nieodłączny rekwizyt w dłoniach Pani Jesieni.

Wczoraj cały dzień mżyło, dzisiaj cały dzień pada a ja dzięki temu w końcu wiem, kto zamawia wspomniane zjawiska atmosferyczne. Całodzienna mżawka lub deszcz to tylko zmaterializowana psia zaborczość.

Psy nie marzą o nowych samochodach, młodych kobietach czy mężczyznach, lepszej pracy, możliwościach wielkich portfeli. Jednak czasem psy dopada tęsknota za spełnieniem jednego marzenia, by mieć parki tylko dla siebie. Gdy to marzenie dostatecznie napęcznieje i dojrzeje wówczas zaczyna uporczywie siąpić lub lać przez kilka dni.

Empirycznie sprawdzamy prawdziwość tej teorii z Panną Kudłatą. Od dwóch dni w parkach, w których bywamy, nie ma żywej duszy, nie licząc psów i ich właścicieli, którzy dzierżą w dłoni znak rozpoznawczy --- smycz. Nie ma żadnego człowieka, który krzyczy, że psy luzem biegają. Sierściuchy mają raj na Ziemi a my, opiekunowie, ciut przemoczone buty...

83. Dary tu i teraz

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Kudłata ma dar, którym pewnie dysponuje większość psów, ale nie zmienia to faktu, że ów dar w jej łapach jest wyjątkowo uroczy. Zapomniałam już jak się jeździ komunikacją miejską z książką w dłoni. Od czasu, gdy Henia zaczęła wyruszać w świat tramwajami i autobusami, przypadła mi głównie niewdzięczna rola strażnika --- siad, zostań, waruj, idziemy. Wczoraj wieczorem dotarło do mnie, że jeżdżenie na masaże zmieniło charakter z „ćwiczenia poruszania się środkami komunikacji miejskiej” na „towarzyskie, nieplanowane spotkania”.

Wczoraj jadąc spotkałyśmy pana, około pięćdziesiątki, z którym prawie natychmiast wywiązała się rozmowa, oczywiście na temat psów. Była tak interesująca, że podróż minęła nam raz, dwa, trzy... że miał sznaucera, że musiał go rok temu uśpić, że jego córka męczy go o kolejnego psa, a on jeśli już, to zgodzi się tylko i wyłącznie na sznaucera. Rozmawialiśmy o smutku, że za każdą cudną chwilę z psem prawie zawsze przyjdzie właścicielowi zapłacić trudnymi chwilami, gdy pies odchodzi. Mimo ciężaru rozmowy, coś w środku mnie uśmiechało się od ucha do ucha, bo z każdą minutą, gdy mówił o sznaucerach, owemu panu zaczynały mocniej i mocniej, wyjątkowo pięknie, błyszczeć oczy. Ciekawe, ile jeszcze czasu zajmie mu przyniesienie do domu nowego psiego członka rodziny? Deklarował jedno, ale jego ciało i tembr głosu miały na ten temat zupełnie inne zdanie.

Wracając, spotkałyśmy młodą kobietę na wózku elektrycznym z daleko posuniętym niedowładem. Skąd moja sunia wiedziała, że nie można się na ową dziewczynę rzucić ze spontanicznie okazywaną radością, nie wiem. Pierwszy raz widziałam jak Kudłata podchodzi do człowieka jak do kruchej rośliny, patrzy, a gdy widzi aprobatę, delikatnie, bez gryzienia, bez skakania, wylizuje drobną, stęsknioną psiego dotyku, dłoń. Uśmiechu tej młodziutkiej kobiety długo nie zapomnę --- fantastyczne, że na życie mogą się składać tak piękne chwile, gdy ludzie po prostu są. Psy, chyba z natury, umieją czynić cuda w relacjach ludzko-psich. Może jeszcze kiedyś spotkamy ową uśmiechniętą i bardzo życzliwą młodą kobietę...

Może i jestem dobra w przynoszeniu kasztanów do domu, ale jeśli chodzi o wyłapywanie nastrojów, o rozbrajanie ludzkich serc Kudłata ma Mistrzostwo Świata i NieŚwiata. Jestem urzeczona jej stylem nawiązywania kontaktów.

Nie mam szans dorosnąć Kudłatej do pięt, ale już teraz cieszę się na samą myśl o Polityce Relacji, na którą ruszam pod koniec października... podciągnę się odrobinkę. :) Mam dziwną pewność, że za rok będę kimś innym. Kudłata ma dar, moim jest niewątpliwie nieustająca ciekawość... Jaki jest Twój największy dar?

wtorek, września 28, 2010

82. Kasztanowe zwierzę

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Choroba, prawie dziedziczna, bo i mój Tata nosi w kieszeniach czasem kasztany. Uwielbiam je zbierać, bawić się nimi trzymając rękę w kieszeni, rozkładać na stole, mieć przy sobie zimą. Przede wszystkim, uwielbiam je dotykać. Do tej pory, zwykle musiałam poczekać aż dzieciom zbrzydnie zbierania owych, ewidentnych dowodów jesieni. Wczoraj okazało się, że pojawiła się dodatkowa konkurencja.

Przed masażem ćwiczymy z Kudłatą jeżdżenie autobusem. Wszystko według tego samego schematu: wsiadanie, jechanie, wysiadanie, wychodzimy na tyle wcześnie z domu, aby w nagrodę po drodze zrobić przerwę na mały spacer po ogrodzie Krasińskich i znów wsiadanie, jechanie i wysiadanie, masaż, powrót do domu na obiad.

Wczoraj upłakałam się do łez. Kudłata zamienia się w Ogrodzie Krasińskich w inne zwierzę. Goni i turla kasztany z wdziękiem małego kotka. Cudnie jest patrzeć na jej dziewczęce dylematy, gdy jeden kasztan już w pysku jest a drugi zachłanna bestia chciałaby też zabrać ze sobą. Musiałam się wczoraj uwijać by napełnić kasztanami kieszenie, bo gdy zbyt wolno się schylałam, to psi pętak podbiegał i zabierał każdego kasztanka, którego sobie upatrzyłam. Jesienne spacery nabrały nowego smaku... rywalizujemy, która z nas dotknie większej liczby kasztanów. Choć nie jestem tak zwinna jak Heńka, to wciąż wygrywam w kategorii: kto przyniesie więcej kasztanów do domu...

poniedziałek, września 27, 2010

(114-33). Zmiana tożsamości

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

114-stka wyciągnął ze słownika definicję dziecka i umieścił ją w komentarzach do wpisu 75. Według tej definicji jestem więc Mamą wielokrotną. Mamą Kudłatej jestem jeszcze tylko przez parę chwil: fizycznie przez kilka miesięcy; psychicznie, łaskawa natura labradorów, dała mi jakieś dwa i pół roku.

Przemyślałam komentarz 114-ki i wyszło, że powinnam zweryfikować opis mojego bloga. Nie jestem jabłonią, która nie daje owoców. Jestem Jabłonią rodzącą owoce kiwi, gruszki i śliwki. Mój Tata mówi o mnie: „wybryk natury”. Tak, jestem zadowolonym z własnego życia wybrykiem natury!

Czas, aby wszystko to uwzględnić, gdy tylko zachce mi się definiować siebie od nowa...

80. Wynurzając się z zaległości

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Primo: fakty. Mam zaległości blogowe z powodu wyjazdu w inny świat, gdzie w piątek Kudłata z nieskrywaną spontanicznością skoczyła sobie z pomostu do wody, bo... była ciekawa. W sobotę zgubiła kieł stając się doroślejszą panienką. W niedzielę wieczorem, już w domu, przyniosła ciumkając własny ząb trzonowy --- jedyny, który wypadł i przeszedł przez nasze ręce. W tym innym świecie było naprawdę inaczej. Miałam jak w banku, że rano między 6.30 a 7.00 Kudłata wyprowadzi mnie do lasu na spacer. Robiła to zawsze z właściwym sobie zachwytem chwilą --- chciałabym się tego od niej nauczyć. Jest na to cień nadziei. Dziś, gdy szłyśmy przez park zastanawiałam się jak to jest możliwe, że mogłam żyć bez spacerów?

Secundo: przemyślenia. Minęło kilka dni od momentu, gdy czytałam ostatni wpis Manufaktury Radości w jej blogu, który notabene bardzo lubię. Zdziwiłam się więc, że jedno zdanie z uporem maniaka zajmowało moje szare komórki, bo... coś mi nie pasowało w zestawie słów: „Zwiększyła się, szczególnie w dużych miastach tolerancja dla bezdzietnych.”. Jedno zdanie --- niby gładkie, niby takie pozytywne, ale niosące sporo sprzecznych informacji. Żułam i żułam to zdanie filozoficznie przewracając je z lewej na prawą i z powrotem, aż odkryłam, że każdy konstrukt myślowy dotyczący tolerancji niesie w sobie informację o istniejącej w świecie nietolerancji. Dlaczego? Łatwo to pokazać na zdaniu dotyczącym jedzenia marchewki. Brzmiałoby to tak: „Zwiększyła się tolerancja dla ludzi nie jedzących marchewki.” Bez sensu, prawda? Nie ma przecież żadnych dyskusji i napięć społecznych dotyczących przykładowych pytań: „czy dobrze a może niedobrze jeść marchewkę?”, „czy jest się egoistą i wygodnickim, gdy je się marchewkę nieoskrobaną?”. Nie ma tego problemu, bo można jeść i można nie spożywać marchewki --- nie ma mądrości społecznej co człowiek powinien robić z tym warzywem, aby być „właściwym” członkiem społeczeństwa. Mam nadzieję, że dożyję czasów, gdy kwestia mieć czy nie mieć dzieci będzie pozostawiona tylko i wyłącznie samym zainteresowanym, tak jak jedzenie marchewki. Jeśli bowiem mamy tylko jedno życie, to dobrze byłoby przeżyć je tak jak chcemy.

czwartek, września 23, 2010

79. Gdybym mogła zmienić coś...

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

... nawet hipotetyczne myślenie o tym powoduje dziwną jonizację powietrza. Ów eksperyment myślowy powoduje poruszenie w środku, jakbym szykowała się w podróż.

Gdyby wróżka przyszła do mnie, gdy miałam sześć lat i zapytała, co chciałabym zmienić, powiedziałabym bez mrugnięcia okiem: chcę być tego samego wzrostu co inne dzieci. Na szczęście nie przyszła.

Gdyby wróżka przyszła dziś, chętnie wypiłabym z nią herbatę. Założę się, że byłaby ode mnie wyższa, w końcu wzrost to przywilej. Pośmiałybyśmy się z tego, że w wielu ubraniach obie mamy za krótkie rękawy.

Gdybym mogłam zmienić coś... nie byłabym tu gdzie jestem, z marzeniami na nadchodzący akademicki rok, z obawami, ze strachem, ale i z ciekawością, z osobami, które sprawiają, że mam ochotę żyć i rozwijać się. Mowy nie ma, nie zmieniłabym nic!

A jednak... gdybym mogła zmienić coś... zrobiłabym trzy rzeczy: (1) dużo wcześniej wyszłabym za Sadownika, (2) dużo wcześniej ucieszyłabym się z tego kim jestem, kim się staję i...(3) miałabym wcześniej Kudłatą.

Dużo wcześniej --- nigdy nikt nie podejrzewał mnie o naturę żółwia...

środa, września 22, 2010

78. Nowy, Niezbędny Składnik przepisu na mądrego psa

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Gdy pierwotnie myślałam o kategorii miejscaPrzyjaznePsom myślałam raczej o miejscach, gdzie człowiek z przyjemnością oddaje się we władanie smaków najróżniejszych. Dziś okazało się, że kategoria ta mieści również inne miejsca mocy. W gabinecie Pana Andrzeja pracują osoby nie tylko kompetentne, ale również o kochających psy duszach i jeśli tylko pies jest ułożony to może ze swoją Panią lub Panem przyjść.

Procedura „sprawdzam” wymuszona była okolicznościami. Kudłata nie umie jeszcze zostać w domu sama na trzy godziny, Sadownik w delegacji a mój kręgosłup umówiony na regenerację. Do plecaka spakowałam suszone świńskie ucho i poszłam z dużą nadzieją, że się uda, że Heniuta uśmiechem zaczaruje i jakoś obie przeżyjemy czas masażu.

Kombinowałam tak. Pan Andrzej jako osoba niewidząca w niebywały sposób zachwyca się światem. Jest człowiekiem o ogromnej wrażliwości, nie jest więc możliwe, aby nie lubił psów. Logika mnie nie zawiodła. Gdy tylko weszłyśmy do gabinetu, Pani Małgosia w recepcji uśmiechnęła się do nas pierwsza, nawet urok kudłatego uśmiechu nie był potrzebny. Henia, grzeczniutka, zajęta świńskim uchem, spędziła cały niezbędny czas pod stołem do masażu. Pan Artur na koniec roześmiał się swoim donośnym, fajnym śmiechem i było wiadomo, że gabinet należy zaliczyć do przyjaznych miejsc na Świecie.

Wychodząc upewniłam się, że obecność Kudłatej nie będzie stwarzać nikomu kłopotu, jeśli do końca serii będę z nią przychodzić.

Wracałam do domu i pomyślałam o tym, jak bardzo jestem wdzięczna wszystkim ludziom, którzy w miejscach publicznych pozwalają Kudłatej być. Dzięki temu ma Ona okazję do nauki bycia mądrym, orientującym się w zawiłościach miejskiego życia, psem. Nie udałoby się tego zrobić bez obecności dobrych, otwartych i mądrych ludzi, których spotykamy na swej drodze. W tym całym nieszczęściu mamy jednak dużo szczęścia... :)

77. Chroniczna głupota

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Chroniczne chorowanie jest trudne, ponieważ aby tylko „mieć chorobę” a nie być w stanie, w którym to „choroba ma mnie” muszę omijać zachowania ryzykowne. Lista zakazów jest bardzo klarowna, wiadomo co i jak, wiadomo dlaczego nie. Rozum nawet to ogarnia i zgadza się z każdym punktem listy wyznaczającej nowe, zdrowsze, bezpieczne życie. Nie ma więc mowy o tym, abym dźwigała coś, co jest cięższe niż 10 kg, a to co noszę powinno być rozłożone symetrycznie po obu częściach ciała. Żadnego idiotycznego podnoszenia rzeczy z ziemi na prostych nogach. Rozsądne, ale trudne, z Zosi-samosi stałam się księżniczką od „nienoszenia”, dla której ciężkie torby to tylko wspomnienie mocy, która już nigdy nie wróci. Przez dziesięć lat mogłam się już chyba do tego przyzwyczaić...

Chroniczne chorowanie jest trudne podwójnie, ponieważ gdy tylko to ja „mam chorobę”, czuję się świetnie, wszystko mogę i... zapominam --- myślę, że mam swoją starą moc. Dźwignęłam. Następnie, wręcz książkowo, zaliczyłam pierwszy punkt psychologii chorowania: zaprzeczanie. Grany był do obrzydzenia, prawie sama byłam gotowa uwierzyć, że drętwieje mi noga, bo dużo siedzę, jak tylko skończy się teoria będę czuć się lepiej, że jak poćwiczę samo rozejdzie się po kościach. Tyle, że nie przeszło...

Wczorajszy dzień był najczarniejszym z czarnych dni. Po trzech nieprzespanych nocach puściło mi wszystko w środku, czarna dziura rozpaczy rozlana, że znów to samo, że być może tym razem nie uda mi się uciec przed skalpelem, bo noga zdrętwiała do kolana dwadzieścia cztery na dobę, że nie mogę o niczym myśleć, że dostaję szewskiej pasji, że skupić się nie mogę, że jestem zmęczona zanim otworzę rano oczy i najgorsze, że... Sadownika będzie trzeba w tą tragedię wtajemniczyć, będzie się martwił i będzie beznadziejnie...

Nigdy nie zrozumiem, dlaczego muszę dojść do ściany by zacząć myśleć racjonalnie. Wczoraj, gdy już żyć się nie dało, wykręciłam właściwy numer telefonu, umówiłam się, zostawiłam Kudłatą z Sadownikiem w jego pracy i poleciałam na masaż. To wszystko jednak wymagało przyznania się: jest źle. Trzeba było to powiedzieć na głos. Na szczęście było jak w szkoleniu psów: właściwe zachowanie --- smakołyk. Dziś przespałam pierwszą noc w jednym, cudnym kawałku... Rarytas!

Dziś, po kolejnym masażu, doszłam do smutnego wniosku, że chory kręgosłup to nie jedyna moja chroniczna choroba. Drugą jest głupota milczenia, choć z doświadczenia niby powinnam już dawno wiedzieć, że rozmowa zmienić może wszystko... Skąd nadzieja, że może z tej głupoty można się wyleczyć? Zaprzeczanie?

poniedziałek, września 20, 2010

76. Cuda niecodzienne

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wczoraj wieczorem zauważyłam, że Kudłatej rusza się dolny, prawy kieł. Po wieczornym spacerze, gdy miała okazję wyszaleć się z dużym, wilczuropodobnym psem o imieniu Mat stwierdziliśmy, że po kle została tylko krwawa dziura. Czekamy więc na kolejny stały ząb...

Przez przypadek po wczorajszych, ostatnich już zajęciach teoretycznych trafiłam na Nowy Świat, który w czasie weekendu niedostępny jest autobusom i samochodom z powodu różnego rodzaju kiermaszy. Był kiermasz win. Ani się na tym znam, ani nie przepadam. Gdy jednak skręciłam w Chmielną okazało się, że choć wciąż kiermasz to sceneria odmieniona i temat zupełnie inny: rękodzieło. Lubię klimat jaki wytwarzają ludzie zajmujący się tym typem działalności, jakby czas w ich obecności płynął wolniej. Uwielbiam nastrój jaki robią wytwarzane przez nich przedmioty, które bezwzględnie duszę posiadają i trochę wyglądają na utworzone z nadziei na piękno. Koło różnych stoisk przeszłam albo niewzruszona, albo zauroczona pięknem, ale obok jednego przejść już spokojnie nie mogłam i... kupiłam Sadownikowi piękny kubek:

Wzięłam wizytówkę, gdyby okazało się, że egzemplarz zdał egzamin bojowy i chcielibyśmy mieć jeszcze jeden, albo dwa takie kubki, może w innym kształcie albo kolorze. Umieszczam link tutaj z dwóch powodów: (1) aby nie zgubić --- małe karteczki nie chcą się mnie trzymać, (2) może zdarzyć się tak, że ktoś jeszcze zachwyci się ceramiką Rodziny Konopczyńskich.

Praktyczny komentarz. Ową ceramikę można kupić na allegro, ale ceny są tam potworne. Jakbym czuła pismo nosem. Zapytałam Pana, czy realizują zamówienia pocztowe i okazało się, że na małe rzeczy tak. Na szczęście też bywają w różnych terminach w różnych miastach.

Bilans dnia wczorajszego wyszedł na zero: nie ma zęba, jest kubek... mylę się, bilans był na wielki plus, bo Sadownik z Kudłatą szczęśliwie już w domu.

sobota, września 18, 2010

75. Krzywa tęsknoty

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Zapytałam wczoraj na seminarium kolegę, czy tęskni za swoim synem gdy ów wyjeżdża. Kolega udzielił mi bardzo ciekawej, wcale nieprostej czy banalnej odpowiedzi. Otóż, tęskni, potem nie tęskni, aby na ostatniej prostej tęsknić bardzo.

Gdybym nie miała Kudłatej byłabym ciężko urażona jakąkolwiek próbą traktowania podobnie zagadnień „dzieciowych” i zagadnień „psiowych”. Jednakże, praktyka obcowania z Heniutą prostowała moje tory myślenia nie raz, na przykład, gdy właścicielki dużych psów, mówiły do swoich pupili (gdy te próbowały zaznajomić się z Kudłatą po swojemu): „uważaj, bo to jeszcze małe dziecko”. W związku z tym, zapytanie kolegi jak to jest, wydawało mi się całkiem na miejscu --- przynajmniej w kategoriach poznawczych. Empirycznie sprawy miały się, mają tak.

Wczoraj za Sierściuszką tęskniłam.

Dziś rano odkryłam, że jej brak w domu ma pewne zalety. Nikomu nie przeszkadzają wiodące swój żywot na podłodze kubki, książki, gazeta, klucze. Nikt nie próbuje zaprzyjaźnić się z tymi przedmiotami. Nikt nie próbuje zgłębić fizycznie istoty tych rzeczy. Leżą dokładnie tam, gdzie je położyłam. Pomyślałam z lekkim wyrzutem sumienia, że nie tęsknię, bo mam dla siebie ranek, bo nie muszę wyrywać z psiego pyska własnych skarpetek, które jeszcze sekundę temu miały w planie wylądować na moich stopach, bo nie muszę w sprinterskim tempie zakładać spodni, bo mogę rzucić na ziemię szlafrok i poczeka on na mnie do wieczora w przyjętej pozie porzuconego. Innymi słowy, ranek był nietęskniącym za sierścią rajem.

Teraz jest już jednak wieczór i tęsknię coraz bardziej. Za Sadownikiem, za Kudłatą i jeszcze raz za Sadownikiem, Kudłatą i... Sadownikiem... abyśmy mogli wypić razem herbatę z miodem i cytryną... już za 25 godzin... ale najpierw, przed herbatką, spacer CAŁYM Stadem!

piątek, września 17, 2010

74. Nieinformatyczny zachwyt

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Gdy nie ma Sadownika dom milknie. Nie toczą się w nim żadne filozoficzne rozmowy o wyborach do dokonania, o dylematach wielu, ważnych i czysto hipotetycznych. Mam więcej czasu na słowo pisane czy śpiewane przez innych. Wpadła mi dziś w ręce ciut zakurzona płyta.

Znów, zadziwiło mnie to, że określeni wykonawcy i ich utwory wracają do mnie cyklicznie, na przykład, w zależności od pory roku. W przypadku Rynkowskiego kluczem nie jest jednak jesień czy wiosna, lecz nadciągająca zmiana. Choć troszkę boję się zmian, to niezmiennie je uwielbiam. Zmiany zapowiadane piosenkami Rynkosia są zwykle spore (eufemizm?). Przykład: gdy pierwszy raz słuchałam Rynkowskiego byłam w przededniu poznania Sadownika.

Wiem, że nadciągający rok akademicki będzie inny niż wszystkie dotychczasowe, (1) bo plany niecodzienne, (2) bo jest Kudłata. Studenci często nie mają głowy do nazwisk. Założę się, że przestanę być wysoką panią z długimi włosami (jak to jeden student tłumaczył drugiemu), będę babeczką z czarnym psem. Z sunią niezwykłą, która całym swoim istnieniem wykrzykuje słowa piosenki Zachwyt:

Kiedy, no kiedy,
No, kiedy to miałeś?
Było, minęło,
na śmierć zapomniałeś.

Zachwyt, co ma chwyt
Tak mocny jak miłość.
Nie mów: — To było.
Powiedz: — To jest.

Może swoim pogodnym istnieniem Fidelina spowoduje, że będzie im się chciało jeszcze bardziej niż zwykle... Jednego jestem pewna — będzie w nich wierzyć jak nikt inny.

Ryszard Rynkowski, Zachwyt.

73. Jak w zegarku

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Był taki plan. Jak już Sadownik z Kudłatą pojadą to ja, do niedzieli włącznie,będę wieść rankami życie śpiącej królewny. Będę wysypiać się w jednym kawałku do całej ósmej. Brzmiało to trochę jak abstrakcja i pozostało abstrakcją. Klops! Mój organizm nie ogląda wiadomości lokalnych z życia przytuliska. Nie zanotował, że Kudłatej nie ma w domu i nie istnieje realna potrzeba, by budzić mnie o 5.15.

Zajęcia miałam dopiero na dziesiątą. Agencje informacyjne nie doniosły, że Braciak ma dzisiaj urodziny. Gdyby nie psycholodzy egzystencjalni mogłabym powiedzieć, że człowiek o tej ksywce jest w pełni odpowiedzialny za rozwinięcie we mnie nałogu picia jednej kawy tygodniowo w miejscu publicznym w zamyśle do tego przeznaczonym. Gdybym potrzebowała usprawiedliwienia dla tego co zrobiłam z rana, mogłabym powiedzieć, że poszłam świętować okrągłą (jakoś) rocznicę urodzin Braciaka. Wybieram jednak udawanie osoby odpowiedzialnej, która bierze swój los we własne ręce. Poszłam, bo chciałam.

Chciałam i sprawiłam sobie dzisiaj kawałek nieba. Pojechałam wcześniej w okolice placu Trzech Krzyży i wpadłam do Wayne’sa na kawę w moim ulubionym, jeśli chodzi o format kubku --- największym. Niestety, jeśli chodzi o lokalizację i kanapy, mojego ukochanego Wayne’sa zamknęli rok temu, czego odżałować do dziś nie mogę. Siedziałam, czytałam, myślałam i... złapałam się kilka razy na tym, że staram się nie ruszać, by nie obudzić Heni...

Może dzisiejszy dzień w pełni byłby rajski, gdyby nie to, że tęsknię za Sadownikiem, za Kudłatą. Rozmowy z Sadownikiem przez telefon to marny substytut, nie można poczuć ciepła jego ciała, nie można powąchać jego męskiej duszy, nie można szturchnąć w bok i zabawowo strzelić głupiej miny... tylko słowa ciekną przez słuchawkę --- to za mało, ckni mi się do Niego. Dodatkowo, choć mam pewność, że w środę może trafić się moment, że będę miała Heni dość, to i tak tęsknię za jej energią, uśmiechem i wiecznie pozytywnym nastawieniem do świata. Do niedzieli wieczór już tylko 51 godzin... a wtedy wspólny, wieczorny spacer całego Stada.

czwartek, września 16, 2010

0x48. Informatyczny zachwyt

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

300% humanistów przepraszam za ten wpis, ale zachwyciło mnie to informatyczne tłumaczenie jednego z najsłynniejszych cytatów. Nie mogłam się powstrzymać, by go sobie na blogu nie zachować:

2B OR NOT 2B == FF
question = 0xFF; // Hamlet zoptymalizowany

Aż mnie korci, by zapytać moich studentów, czy FF to jedyne słuszne tłumaczenie Hamletowskiego dylematu: 2B OR NOT 2B w znanych im językach programowania i dlaczego tak lub nie?

71. Słomiana wdówka i mama

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Sadownik z Kudłatą pojechali na czterodniowe grzybobranie. Trochę z powodu tego, że grzyby obrodziły w okolicach rodzinnych Sadownika. Trochę z powodu mojego seminarium teoretycznego.

Strach matki polki uważam za dotknięty i lekko przećwiczony, bo mnie dopadł. Czy Sadownik będzie pamiętał ile czego, że kropelki, że witamina C, że mięsko, że twaróg, że środek na stawy? Czy nie będzie tresował zbyt mocno z zacięciem wymagającego, lekko okrutnego ojca? Wszystko to przebiegło przez moją głowę z szybkością huraganu.

Na szczęście, pomyślałam również, cholera, to tylko pies. Jak to „tylko” --- odezwał się w głowie drugi, zniesmaczony tym stwierdzeniem, głos. Pierwszy, ten bardziej rozsądny, podpowiedział kierując się logiką, że psy, jak dzieci, muszą mieć sprzętowo określony akceptowany margines tolerancji błędów i rodzicielskich pomyłek. Przecież inaczej oba gatunki by wyginęły. Uspokoiło mnie to niczym spisana w punktach instrukcja obsługi słomianej wdowy z „wyjechanym” dzieckiem. Mogłam zacząć się cieszyć odzyskaną chwilowo wolnością.

Gdy jechałam na zajęcia odkurzyłam zapomniany już prawie NieŚwiat. Dziwne, że można jechać tramwajem, mieć obie ręce wolne, zająć jedną z nich książką i podróżować po królewsku. Bajka(!), ale gdy wracałam to wiedziałam już, że chętnie wrócę do Świata. Tak jak dawniej uśmiechałam się do każdego napotkanego sierściucha. No i jak zwykle spotkałam panią, która mnie pytała o... Kudłatą. Nie wyjedzie panienka tak, aby nikt tego nie zauważył. :)

70. Blondynka to "dwa męźcizna"

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Był czas, że bawiły mnie takie algebraiczne zagadki socjologiczne:

###
Ilu programistów potrzeba, aby zmienić żarówkę?
Ani jednego, to wina hardware'u.
###
Ilu trzeba psychoterapeutów, aby zmienić żarówkę?
Wystarczy jeden.... pod warunkiem że żarówka chce się zmienić...
###

Przyszedł jednak czas na empirię. Na dzisiejszych zajęciach kończyliśmy egzystencjalizmem. Ciężar gatunkowy zjonizowanego tą wiedzą powietrza niech odda pytanie: jaki sens ma życie, skoro i tak umrzemy? Nie wytrzymał tego pytania mój telefon. Leżał sobie na oparciu, nieproszony zrobił zdjęcie sufitu, wyświetlił je na zewnętrznym wyświetlaczu i łaskaw był umrzeć przez powieszenie się. Wszelkie próby resetowania go przy pomocy przycisków nie przyniosły żadnego skutku. Wpadłam więc na pomysł, że trzeba iść po pomoc. Wracając do domu, zaszłam do salonu Minus GSM, aby któryś ze starających się wyglądać schludnie, może nawet elegancko, panów pracujących nauczył moją blondynkowatą część osobowości jak otworzyć mój model telefonu, bo ostatecznie hardwarem nigdy nie lubiłam się zajmować. I co? I mogę napisać jak było.

###

Ilu trzeba panów w salonie telefonii komórkowej by otworzyć telefon? Trzech. Pierwszy mówi, że to stary model (telefon ma raptem 14 miesięcy). Wyśmiałabym sukinkota, ale wtedy nic bym nie załatwiła. Drugi, że ma za krótkie paznokcie i proponuje go zostawić w serwisie skoro na gwarancji. Wyśmiałabym sukinkota, przecież może być jak z Windowsami, wyłączyć z prądu, włączyć i zadziała, po co od razu serwis. Trzeci, niczym brakujący element męskiej trójcy świętej świata cyfrowego konsumpcjonizmu stanął na wysokości zadania, dał radę i otworzył. Nawet był łaskaw pokazać mi jak to zrobił, co spowodowało, że mój blondynkowaty stan umysłu w tej kwestii stał się mądrą brunetką. Tych dwóch pierwszych pozostało blondynkami...

środa, września 15, 2010

69. Moje spotkania z Freudowską myślą

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wczoraj byłam w ferworze przygotowań na rozpoczynające się dzisiaj Seminarium teoretyczne, w którym biorę udział. Lista w głowie sporządzona: miska, zabawki, ręcznik, podkłady, jedzenie. Poszłam również do sklepu zoologicznego by zaopatrzyć się w gryzaki, które zajmą Kudłatą w chwilach, gdy jej Pan Sen opuści ją by samotnie zwiedzać miasto. Kto by pomyślał, że wybór zakupionego produktu zrozumiem dopiero dziś.

W zoologicznym:

Jabłoń:
(zwraca się do pana Zoologicznika)
Proszę pana, coś niedużego, czego gryzienie zajmie psu dużo czasu.

Zoologicznik:
(z błyskiem w oku)
Mam! Wie pani, najlepszy będzie wołowy penis.
(uśmiecha się jakby z podtekstem)

Jabłoń:
Kupuję!
(nie wiedzieć czemu też uśmiecha się dwuznacznie
na samą myśl o zakupie
)

Wieczorkiem w domu Jabłoń zdaje relację Sadownikowi o poczynionych zakupach:

Jabłoń:
(pokazuje Sadownikowi wołowego ususzonego penisa)
Popatrz jaki on chudy. Teraz rozumiem, dlaczego krowy tak muczą.

Sadownik:
...

Wszystko to było tylko zapowiedzią przyszłości, bo dzisiaj na tapecie był... Freud. Co by powiedział ów zacny pan, gdybym w ramach sesyjki psychoanalizy opowiedziała mu o wczorajszych dialogach i wołowym suszonym penisie w detalach?

68. Moja pamiętliwa niepamięć do twarzy

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wczoraj okazało się po raz kolejny, że Kudłata ma na osiedlu wielu wielbicieli. Pewna pani wprawiła mnie w niemałe osłupienie. Elegancko ubrana, wracała z pracy. Nie miałam wrażenie, że znam ją choćby z widzenia a usłyszałam jak woła do Heniuty: „Wróciłaś już skarbie, chodź się przywitać!” i ta moja marna sunia leci do owej damy na złamanie karku. Upss, mam nadzieję, że następnym razem rozpoznam panią. Nie minęło kilka minut, gdy znany mi chłopiec z naszego bloku do innego (już mi nieznanego) chłopca mówi: „chodź, zobacz, to jest piękny piesek” a ów drugi odpowiada: „wiem, ona ma na imię Henia”. Popatrzyłam na Heniutę podejrzliwie: Sunieczko, kiedy to nawiązałaś te znajomości? Zapadła psia cisza. Pewnie Kudłata uważa, że się czepiam. Cóż, może taka dola rodzica...

wtorek, września 14, 2010

67. Rytm Świata

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Promienie słońca zachwycały mnie nieustannie przez cały urlop. Jeszcze bardziej zajmowała mnie zmiana własnego stanowiska w tej kwestii --- jeszcze dwa miesiące temu uciekałam przed słońcem jak najdalej klnąc, że jeszcze jeden taki dzień i nie ruszę ani ręką ani nogą, a tu, proszę, każdego mojego nadmorskiego ranka skrupulatnie poprawiałam sobie położenie leżaka, by poranne przyjemności na tarasie były słońcem skąpane. Ach, a potem, to wygrzewanie kosteczek na plaży, na kocyku za parawanem --- chwile, gdy bezgranicznie rozumiałam wszystkie koty świata. Ba, byłam jednym z nich!

Przyglądanie się magii tej zmiany przyciągało mnie każdego ranka jak magnes. Pory roku, niezmiennie przychodzące po sobie. Żadne drzewo nie protestuje, że po wiośnie i lecie przychodzi czas na jesień i zimę. Gdzie się nie obejrzałam myślami, wszędzie widziałam koło, bo po niedzieli zawsze jest poniedziałek, po grudniu styczeń, a po wschodzie słońca, słonecznym marszu po sklepieniu niebieskim, zachód stanie się faktem. Nawet historia kanciastym kołem stara się toczyć, nie wspominając o fortunach.

Z tego całego szukania podobieństw przyszło mi do głowy pytanie: jak to jest z relacjami, tymi ludzko-ludzkimi? Czy też wielokrotnie przechodzimy przez pory roku? Od wiosny, która szaleństwem zachwytu wzrasta, że właśnie na mojej drodze pojawił się ów człowiek; przez lato, które jakoś dziwnie szybko mija; aż po zimę, gdy w grubych kurteczkach szytych z pretensji, owinięci szalikiem żalu, w czapce z niespełnionych oczekiwań siedzimy jeszcze obok siebie, ale tak jakby jednego z nas już tam nie było?

Nie, pory roku nie sprawdzają się w przypadku relacji, chyba że każdą z nich potraktować jak terofit --- roślinę jednoroczną --- niektóre pory roku a każda z nich tylko raz.

Sadownik i ja --- relacja bez dwóch zdań. Pory roku? Może, ale lekko naciągane, chyba żeby przyjąć globalne ocieplenie za pewnik. Ale jaką porę roku wówczas mamy aktualnie na tapecie? Czy zacząć się już bać, że owa pora niechybnie przejdzie w kolejną i na horyzoncie zamajaczy zima? Nie. Bliżej naszej relacji do pływów morskich. Przypływ, odpływ, przypływ, odpływ... rytm naszego małego, wspólnego Świata.

Wyjść z przytuliska, by do niego wrócić. Wyjechać w pojedynkę by wrócić do Stada. Zamknąć czasem drzwi i pobyć tylko ze sobą, by je otworzyć i dołączyć do drugiej pary stóp i dłoni, psich łap, które zawsze niosą uśmiech. Rytm życia... magia, która wciąż mnie zachwyca.

poniedziałek, września 13, 2010

66. Wieczna, cudna zmiana

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Kudłata działa jak katalizator. Nasionka ochoty na sierściucha znajduje w ludziach tak perfekcyjnie jak szkolona świnia trufle. Ciocia Atena kocurkę ma (wpis 62.) i można było to traktować jako przypadek. Historia jednak lubi się powtarzać. Ledwo co się Kudłata pojawi w niecodziennym dla niej miejscu i ciach, zmiana. Zaszamani tym swoim ogonem, dwa razy oczami przewróci i gotowe. Czasem jednak Sadownik robi za pomocnika. Było to tak...

W sobotę, historycznie czwartego września, prawie ledwo co jak Stado u Rodziców Jabłoni zagościło na jeden dnio-noc, zachciało się Sadownikowi potraktować Kudłatą jak królika doświadczalnego. Gdyby zapytać Rodziców Jabłoni to mieli owego dnia na stanie trzy psy, z czego dwa wilki na podwórku. Wilczyca nie sprawiała wrażenia przyjaznej obcym psom a i historię osobistą ma lekko krwią na własnych zębach zbroczoną.

Sadownik-twardziel, Kudłata jako królik na smyczy, Jabłoń i reszta domowników jako posiadacze niezbyt mocnych nerwów obsadzeni w roli widzów bez tabliczki z napisem „aplauz”. Wszyscy Dwunożni boją się jak diabli, ale żaden nie ma zamiaru swego strachu ujawniać i opisywać. Sadownik zadecydował. Wpuszczamy na taras Wilczycę. Wpuścili, dusze na ramionach powiewały nerwowo, ale nikt nie protestował, suki się węchem dogadały, ustaliły hierarchię kilkoma ruchami ciał, warknięciem i zaczęły się bawić. Gdy to wszystko stawało się faktem Sadownik-sekundant poluzowywał smycz Heniuty, aż w końcu stała się zbędna. Na tyle nerwów wszystkim starczyło. Można było się lekko policytować kto ile strachu w dłoniach ściskał.

Eksperyment uważano za zamknięty. Tyle, że Mamę Jabłoni korciło. Przynajmniej wiadomo po kim Jabłoń tę okropną przypadłość posiada. Mama zapytała Jabłoń, gdy już nikogo poza nimi dwoma i psicami na tarasie nie było: „a może wypuścimy je do sadu?” Jabłoni nie trzeba było trzy razy powtarzać. Nagroda była ogromna: koła zataczane przez goniące się psy, zabawa jakiej ów sad dawno już nie widział. W końcu Dwunożne Stada mogły zacząć na wsi wypoczywać, bo nie trzeba było już ani wiązać Wilków, ani pilnować Kudłatej, by w przypływie otwartości nie poszła odwiedzić uwiązanych psów. Mogłoby się wydawać, że to już był koniec przygody a to tylko pierwsze zakończenie.

Finał bowiem królikowania Kudłatej był taki, że w niedzielę rano, po śniadaniu, Rodzice Jabłoni mieli znów, tak jak dawniej, cztery psy. Dwa na podwórzu, dwa w domu. Pojawiła się śliczna, malutka, drobniutka psiczka, która na swoje imię musiała troszkę poczekać. To był dzień, w którym okazało się po raz pierwszy, że Henia już nie jest mała, jest duża, masywna i ma wielkie łapy.

Dziś, po raz drugi przekonałyśmy się, że coś się dzieje dziwnego z rozmiarami na tym świecie. Właśnie wróciłyśmy ze spaceru. Spotkałyśmy Rino ze swoją panią. Jedenastoletni, czarny labrador, wydawał się ogromny, gdy go pierwszy raz spotkałyśmy z Kudłatą. To bardzo dziwne, ale dziś Rino wcale nie był już taki wielki. Byłyśmy z Kudłatą w parku, którego nie widziała od prawie dziesięciu dni. Henia morzem, przestrzenią zepsuta wyglądała na zdziwioną jakby chciała powiedzieć: „przed wyjazdem ten park był dużo większy”.

65. Więcej kiczu

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wrzesień — jak dla mnie jeden z najpiękniejszych miesięcy nad polskim Bałtykiem. Wejściówki do nadmorskich miejscowości rozdane według klucza, który widać gołym okiem: emeryci, pary z malutkimi dziećmi, pary z i bez psów obejmujące się podczas spacerowania brzegiem morza. Uderzyła mnie w tych wybrańcach umiejętność nieśpiesznego cieszenia się chwilą, kształtem fali, kamykiem, wzorem w jaki wiatr układa piasek.

Każdego ranka na tarasie piłam inkę i podziwiałam to, na co zwykle nie zwracam uwagi: chmury. Całkiem od niechcenia pociągnięte delikatnie akwarelą na wysokim niebie, nieruchome, jakby tam u góry w ogóle nie wiało. Dla kontrastu, nisko, olejem rozpaciane twory, przypominające fakturą watę cukrową, gnały z powagą sterowców. I do tego jak wisienka na torcie promienie słońca. Tak inne od tych nachalnych z lipca i sierpnia. Oczekiwane, witane z radością, absorbowane ciałem, duszą, sercem.

Nic, tylko piękno zaklęte w czasoprzestrzeń. I ta myśl, że jestem farciarą, bo cisza, spokój, kawusia, poranna lektura, niebo i para szczęściarzy na tarasie z psem zajętym swoimi sprawami w trawie. Ciekawe, dlaczego takie cuda, gdy tylko opisywane, opowiadane a nie przeżyte to tylko okropnie kiczowaty obrazek, beznadziejnie niemedialna nuda?

Dziś to już tylko wspomnienie. Gdy do niego wracam zapamiętanymi wrażeniami, zapachami, odczuciami, tym jak czuje się moje ciało, życzę nie tylko Stadu więcej takiego kiczu, we wszelkich niewyobrażalnych formach.

piątek, września 03, 2010

64. Zanim ruszymy pełną parą

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Nasze mieszkanie ma nas dość i chce mieć wakacje, by troszkę od nas odpocząć. By pooddychać ciszą, usłyszeć własne myśli, zdążyć zatęsknić za nami prawdziwie i mocno. Ma w planie leżeć odłogiem tak długo, aż zacznie nocą jęczeć tęsknie za światłem małej lampki, dotykiem gołych stóp i psich łapek. Może nawet zacznie tak usychać z tęsknoty, że będzie marzyć, by Kudłata nasiusiała na parkiet.

Jutro jedziemy na urlop, trzeci prawdziwy urlop w życiu, bez brania roboty ze sobą. Tylko Stado, plaża, morze i... gofry z bitą śmietaną i borówkami. Do kompletu jedzie z nami ciekawość jak Heniuta zareaguje na bezmiar piasku, wody... i czy przy tym psie da się posiedzieć w leżaczku i poczytać...

Czytam właśnie Terzaniego, a w nim akapit, który przypomniał mi o czasach, gdy jako dziecko pozostawałam w niemym zadziwieniu, że chodząc do koleżanki zanieść jej lekcje poznałam dom, w którym cukierki czekoladowe są, stoją w miseczce na stoliku i nie znikają. To było dla mnie wtedy kompletnie niezrozumiałe, jakby grawitacja na moich oczach przestała działać.

Tiziano: (...) Ja dorastałem właśnie w takim małym światku. Florencja była dla mnie odległym miastem. Jak Ci opowiadałem, jeździliśmy tam raz na jakiś czas w niedziele z rodzicami.
     Folco: Na lody.
     Tiziano: Nie. Jeździłem oglądać bogaczy, którzy jedli lody. To za­pa­mię­ta­łem na całe życie.

Tiziano Terzani, Koniec jest moim początkiem,
Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2010.

Czytam i na dłużej zostaje ze mną świadomość, że jesteśmy bogaczami. Spędzimy razem cały tydzień i będziemy chodzić na gofry… jeśli o mnie chodzi — codziennie!

czwartek, września 02, 2010

63. Prawie kulinarnie

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Jabłoń:
Dzwonię dopiero teraz, bo nie słyszałam, że dzwonisz.
Zamknęłam telefon w lodówce.

Sadownik:
Gdzie???

Jabłoń:
Po spacerze wkładałam do lodówki saszetkę ze smakołykami
i zapomniałam wyjąć z saszetkowej kieszonki telefon.

Sadownik:
(śmiech nie do podrobienia, nie do opisania,
ale prawdziwie mocny jak mało co, w końcu pozwala mówić
)
Oddzwonię.

Sadownik:
(oddzwania)
Chciałem zapytać co u was, ale widzę ze mrozisz relacje.

62. Mieszkanie Cioci Ateny

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Kudłata ma jedną Ciocię. Taką Ciocię co zawsze pyta, pamięta i lubi Henię widzieć. Ciocia Atena --- delikatna, ciepła i zawsze widząca tylko dobrą stronę rzeczy, które dzieją się nie tak jak człowiek zaplanował.

Jakiś czas temu Ciocia Atena zaprosiła całe Stado do siebie. Może nie byłoby powodu wspominać o tej wizycie, ale jak okazało się przed tygodniem, dla Mieszkanka Cioci Ateny była to znamienna wizyta, bo mogło Ono własnymi ścianami zobaczyć i poczuć Sierściucha.

Ani Ciocia Atena, ani Sadownik, ani nawet Jabłoń nie domyślali się, że od tego dnia przytulne Mieszkanko Cioci Ateny miało już tylko jedno marzenie: żyć z własnym sierściuchem.

No i stało się, wczoraj byliśmy całym Stadem w szczęśliwym Mieszkanku, które od tygodnia dzieliło już swoje życie nie tylko z Ciocią Ateną, ale również z przepiękną, malutką, trzykolorową kociczką. Maleństwo nie waży nawet pół kilo i Kudłata przy niej wygląda jak wielki potwór, którego zaproszenie do zabawy przypomina Maleństwu raczej taniec śmierci.

Mieszkanko Cioci Ateny, teraz milion razy szczęśliwsze. To magiczne miejsce, gdzie zawsze łapie mnie sensu odrobinka: by nie śpieszyć się, by pożyć, by po prostu być i cieszyć się ludźmi, z którymi siadam do stołu...

środa, września 01, 2010

(57+4). Foto-suplement Ginesi

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Szczęśliwa zadziwieniem, bo tylu psów w jednym miejscu to nawet Jabłoń nie widziała:


Gonię, gonię do tamtego kolegi i koleżanki, i kolegi, i koleżanki!


Ach! Trudno uwierzyć, że Kudłata też będzie kiedyś duża i będzie miała taką dużą głowę:


Mała jestem, ale zęby do dwójek u góry już stałe i mogę być partnerem w zabawie (a lewej, górnej trójki wciąż brak):


Po szaleństwach na trawie, przed spacerem, Kudłata ma dość, ale niezmiennie uwielbia dzieci:


Kudłata po całej trasie spaceru przy wodopoju, już wie, że jest Ginesią:


*

wtorek, sierpnia 31, 2010

60. Koniec

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Koniec sierpnia już dziś. Koniec delegacji Sadownika już za kilka godzin. Koniec lata z każdą minutą coraz bliżej.

Dręczy mnie filozoficzno-jesienne, chyba ciut dziecinne, pytanie: dlaczego Początki znajomości są fajniejsze od ich Końcówek? Czy dlatego, że niczego na Początku nie oczekujemy? A może dlatego, że spada na nas taka znajomość trochę jak z nieba i traktowana jest jak szczęśliwy traf albo jak początek wiosny ludzko-ludzkiej?

Fajnie było machać ręką odjeżdżającemu tramwajem, gdy wiedziało się, że jutro lub pojutrze spotka się go znów. Nie jest fajnie machać ręką odjeżdżającemu tramwajem, gdy ma się pewność, że ani jutro ani pojutrze już się go nie spotka.

Zimno. Pada. Nie, nie pada, bądźmy poprawni językowo, leje. A więc... od „A” nie należy zaczynać zdania... tylko dodam, że gdy leje nie na żarty i nie pierwszą godzinę, uświadomiłam sobie jeszcze jeden Koniec, który płynnie przeszedł w Początek: w deszczowe dni już nie chodzę po dworze z tęczowym parasolem, chodzę z czarną labradorzycą...

Koniec. Właśnie zamknęła się sześćdziesiątka wpisów.

poniedziałek, sierpnia 30, 2010

59. Literkowe zamyślenie

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Są książki, przez które przebiega się szybko i, w zasadzie, poza zaspokojeniem ciekawości jak autor rozłoży karty, pozostaje tylko wrażenie, że niewiele się zyskało. Jakiś czas temu pożyczyłam książkę od Mamy Sadownika. Porwał mnie tytuł. Gdybym nie czytała, podanego na tacy przez Sadownika, Nocnego Patrolu Łukjanienki, to może nawet podobałby mi się pomysł na tę opowieść. Dodatkowo, nie lubię książek, w których bohaterowie marnują czas, a tu, na kartach tej książki, wszyscy w życiowym marazmie i tylko aniołowie starają się wierzyć, ufać i sprostać swoim zadaniom. Oddam tę książkę i w zasadzie mogę o niej zapomnieć, ale... nie do końca. Jest w niej fragment-matrioszka, który zawiera w środku inny fragment, pewnie fikcyjny, który wyjątkowo mi się spodobał i kazał na chwilę zatrzymać się nad tymi słowami (rozmowa aniołów):

     — Jej stosunek do Karela opiera się praktycznie już tylko na przyzwyczajeniu i dobrej woli, ale kilka ogników starej miłości ciągle tli się w jej sercu. Coś wam przeczytam.
     Wyciąga jakąś książkę, otwiera ją i przez chwilę walczy z wiatrem.
     —
Jeżeli rozumiecie jeszcze, jak mogliście kiedyś kogoś kochać, nadal jesteście zakochani. Wygasła miłość jest czymś nie do uwierzenia.

Michal Viewegh, Aniołowie dnia powszedniego,
Prószyński i S-ka, Warszawa 2009.


Jeśli o mnie chodzi, choćby tylko dla tych słów, warto było zajrzeć do tej książki. W wakacje nie trzeba ambitnie się zaczytywać.

Szłam z Kudłatą po parku i myślałam o moich miłościach obleczonych w męskie ciała, przyozdobionych męskimi umysłami. Tak, niektóre z nich są dziś nie do uwierzenia, ale niektóre jak najbardziej. Cudnie jest być wciąż zakochanym...

58. Śmierdzący, wschodzący interes

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Parada paradą a sprzątać trzeba. Oglądam więc wszystkie cuda, które Kudłata dostała w pakiecie startowym, żeby podjąć decyzję, co z nami zamieszka a co opuszcza przytulisko razem ze śmieciami. Proszę, torebusia dla panienki, z serii ekologicznych płóciennych, tylko proporcjonalnie mniejsza. Chusteczki higieniczne dla Jabłoni w normalnym rozmiarze a dla Sadownika... no chyba dla niego, gazeta o psach z marca 2010. Czyżby Sadownik po kryjomu makulaturowy interes założył?

Jest jeszcze coś, kompletnie mi nieznanego. Oglądam więc z lewej na prawą, z góry na dół. Papierowa torebka na psie nieczystości. Zaglądam do środka a tam tekturka z odpowiednio naciętymi liniami by prościutko zgiąć. Pach! Proszę bardzo, szufeleczka. Może troszkę wiotka, ale jest, do zbierania kup, niby.

Patrzę okiem praktyka, właścicielki, która zbiera po swym psie i przestałam się dziwić, że ludzie nie zbierają. Czymś takim może i da się zebrać wytwór psiego przewodu pokarmowego pod warunkiem, że pies przyłoży się i czynność fizjologiczną potraktuje jako zadanie specjalne, w którym sierściuch jak fabryka z kwitami ISO-9001 wyprodukuje klocuszek o właściwych rozmiarach i konsystencji. W każdym innym przypadku, dobre chęci zbierania kup zamienią się w syzyfową robotę.

Ten, kto wpadł na pomysł produkowania torebek na psie odchody albo nigdy nie miał psa, albo nigdy po nim nie sprzątał, ale za to być może, któregoś dnia będzie miał dochodowy interes.

Nie twierdzę, że ludzie nie zbierają, bo torebki do niczego. Zarówno ludzie, jak i opisane torebki potrzebują jeszcze czasu, aby dojrzeć do właściwego kształtu, odpowiednio, mentalnego lub fizycznego. Ciekawe, kto będzie pierwszy, ludzie czy torebki?

My z Kudłatą, póki co, kaganek przykładu niesiemy...

niedziela, sierpnia 29, 2010

57. Guinness zamiast kawy

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 


Miała może osiem lat, gdy włożyła pierwsze okulary na nos i zdziwiła się, że w dobranocce jest tyle detali, których wcześniej nie widziała. WIDZI. Ostatni dobry znak: miała dwanaście lat, gdy idąc do szkoły zapomniała zabrać okularów. WIDZI. Gdy miała siedemnaście, pani okulistka uparła się, aby widziała rządek literek, których normalnie widzący widzieć nie muszą. Głowa bolała od szkieł, dużo spała, ale nosiła, twarda była. Dla niej to był wyrok --- minus pięć. WIDZI. Każda kolejna wizyta u okulisty kończyła się dorzuceniem jednej dioptrii. Wpadła na genialny pomysł: trzeba tam rzadziej chodzić. WIDZI. Będzie dobrze, wzrok leci tylko do osiemnastki, pociesza okulista. WIDZI. Przyszedł dzień, że minus pięć przestało być wyrokiem, było nieosiągalnie dobrym widzeniem. WIDZI. Wokół zdarzają się ludzie, którzy narzekają, że są całkiem ślepi mając minus dwa. Nie zabiera głosu w kwestii wzroku. Za żadne skarby świata nigdy nie przyznałaby się ile ma na nosie. WIDZI. Czas leci, wzrok też. Będzie dobrze, wzrok leci tylko do dwudziestki, pociesza inna okulistka. WIDZI. Niebezpiecznie zbliża się do granicy wszystkich granic, czyli dwucyfrowych minusów. WIDZI. Czas leci, wzrok też. Będzie dobrze, wzrok leci tylko do dwudziestki piątki, słyszy od pani doktor. WIDZI. Ostatnie jednocyfrowe szkła. No wie pani, u 2% ludzi wzrok leci dalej i nie wiadomo dlaczego. Proszę pani, minus 10 to nic przy minus 30 mówi okularnik-lekarz. No tak, o tym nie pomyślała. WIDZI. Wcale nie czuje, że jest dobrze. WIDZI. Ok, czas zmierzyć się z własnym ślepym strachem. Co może stać się najgorszego? Straci wzrok. I co wtedy? Nie będzie mogła wykonywać pracy, którą uwielbia. Coś jeszcze? Przestanie wychodzić z domu, bo jak. I? I stanie się ciężarem dla bliskich. I co wtedy? Cisza. Cholernie długa cisza, łzy, cisza, łzy, cisza. Deszcz łez nie może trwać wiecznie. Nie wiadomo skąd pojawia się przekorna myśl: ... i Sadownik będzie musiał mi kupić psa-przewodnika, czarnego labradora. Jabłoń uśmiecha się w duchu do siebie. WCIĄŻ WIDZI.


To nie jest wymyślone, ta historia jest moją historią. Od czasu tej rozmowy ze sobą minął szmat czasu. Była ona jednak początkiem, kamyczkiem z lawiny dobrych rzeczy, które mnie spotkały. Joleńka swoim sprawnymi rękoma refleksologa zadbała o moje oczy używając swoich cudnych metod. Z Sebciem wykonaliśmy kawał dobrej roboty wykonując POP-owskie ćwiczenie, które otworzyło mi oczy na to, czego zobaczyć nie chciałam. I co? Zmieniłam perspektywę. Szkła kontaktowe dają mi komfort oglądania świata. Na skali dostępnych minusów mam jeszcze spory zapas. Nie mam żadnych oporów z powiedzeniem: stary, minus trzy, masz rację, jesteś ślepy jak kret, ja mam minus jedenaście i dwanaście, w szkłach kontaktowych odpowiednio mniej, i wiesz co, cholernie dobrze widzę, fart, no nie? To dziwne, przestał mi lecieć wzrok.

Pozostaję szczęściarą. Wciąż widzę a czarna labradorka śpi owinięta wokół moich nóg. Ma i na pewno będzie miała dziś w nocy dobry, głęboki sen. Po raz pierwszy nie tak kolorowy jak dzień, który przeżyła. Kudłata wraz z innymi (w sumie było ich ~600) labradorami pobiła dzisiaj rekord Guinnessa na II Paradzie Labradorów. Tylu psów w życiu nie widziałyśmy w jednym miejscu, o jednej porze. Byłyśmy zachwycone. Zdjęcia z aparatu będzie musiał wyłowić Sadownik, gdy już szczęśliwie wróci do domu.

Szliśmy po kwadracie Świętokrzyska/Nowy Świat/Al. Jerozolimskie/Marszałkowska. Jedyne miejsce, gdzie skutecznie wstrzymywaliśmy ruch, było ciut za startem i ciut przed metą: skrzyżowanie Świętokrzyskiej z Marszałkowską. Pierwsze samochody, które musiały stać podczas przemarszu Parady miały przynajmniej piękny widok na setki psów, ci niemający tyle szczęścia, stojący dalej, ze złości trąbili. Czułam się jak polski górnik, który najechał na Warszawę. Moc była po naszej stronie. Próg na branie czynnego udziału w inicjatywie społecznej pokonany --- znów Kudłata mnie przepchnęła. Sama zyskała przy tym kolejne imię: Ginesia.

Naszym kuponem startowym wsparłyśmy Fundację na Rzecz Osób Niewidomych Labrador, bo nie każdy ma szczęście mieć tylko minus jedenaście/dwanaście...


sobota, sierpnia 28, 2010

56. Kawka w Kafce

 wpis przeniesiony 27.02.2019. 

Sadownik wyjechany. Mała dziewczynka we mnie marudzi: ale dziś jest sobota i wyjściówka się należy! Pogoda marna, więc ogródki przykawiarniane odpadają. Postanowione: zostajemy w domu. Mała dziewczynka we mnie popatrzyła wzrokiem mordercy powtarzając: ale dziś jest sobota i wyjściówka się należy!

Fakt, dzisiaj jest sobota. Jabłoń uzależniona od jednej kawy w tygodniu poza domem, ale żeby ta mała Jabłoneczka wspierała ten, choćby nie wiem jak niewinny, nałóg? Dzieci jak wiadomo okrutne są, nie przyjmują do wiadomości ograniczeń natury technicznej, zbyt duża abstrakcja, lubią proste zasady np. że w sobotę Jabłoń idzie na samotną kawę. Mała dziewczynka tupnęła, usteczka w podkówkę złożyła i dalej zawodzić: ale dziś jest sobota i wyjściówka się należy! Czyż dzieci i psy nie są stworzone do tego, by nauczać dorosłych przechodzić samych siebie, by odważyli się zrobić to, czego wcześniej nie robili, o czym nawet nie śnili? Jabłoń nie miała wyjścia. Trzy kobietki: Kudłata, Jabłoń i Jabłoneczka w pęczek smyczką powiązane poszły w świat na kawę.

Było ćwiczenie na wsiadanie i wysiadanie z autobusów niskopodłogowych. Była kawusia i czytanko dla Jabłoni, gapienie się przez okno dla Jabłonki, woda dla Kudłatej i jak zwykle niespodzianka. Kudłata, gdy Jabłoń zamawiała kawę w Kafce (psy mają wejściówkę przez cały rok), zrobiła pysio szczeniaczka i... dostała smakołyk, który zajął Heni prawie kwadrans. Pani z obsługi chwycona młodą sierścią za serce, przychodziła, gdy tylko miała chwilkę wolnego między jednym a drugim stolikiem do posprzątania, pogłaskać, porozmawiać i... uległa — nie wytrzymała i drugi smakołyk Fideli przyniosła.

Najpiękniejsze było jednak to, że tłum na Przedmieściach Krakowskich, nic o tym nie wiedząc, został wykorzystany jako pomoc dydaktyczna. Zabawa, a raczej ćwiczenie polegało na tym, aby zająć uwagę Kudłatej tak, aby szła przy nodze bez rzucania się ze szczerą psią miłością i swoistym „dzień dobry” na dzieci, rowery, dorosłych. Gdy całą babską trójką szły do Kafki było tak sobie, zbyt podniecające dla Heni widzieć tylu ludzi, ale za to, gdy wracały jedyne, przy czym nie udało się Kudłatej przejść obojętnie to motor. Nie wiadomo po kim Heniuta ma miłość do kółek (rowery, hulajnogi, deskorolki, rolki, samochody), ale pewnym jest, że miłość do motorów ma po Mamie Jabłoni.

Jabłoń ani się spostrzegła i przeszła samą siebie (pewnie to Kudłata przepchnęła ją przez próg), piskliwym głosikiem, przy stadzie ludzi, nie ustawała w chwaleniu Kudłatej: doobry pieseeek, śśśśliiicznie, siuuuuuper, śśśliiiicznie, doooobry pieeeesek, miniemy tego pana, dooobry piesek, udało się, teraz miniemy dziewczyneczkę, uda się, tak jest, śśśśślicznie miśśśsieeeeeńko, dooobry pieseeeek. Pomyśleć, że na pierwszych zajęciach z psiego przedszkola Jabłoń miała z tym problem. Czego jeszcze nauczy się przy Sierściuchu?

piątek, sierpnia 27, 2010

55. Ukryta wada serca wyleczona

 wpis przeniesiony 27.02.2019. 

Neurony lustrzane odkryto w mózgach małp i ludzi. Opatrzono tą nazwą podczas prac nad korą mózgową makaków. Naukowcy stwierdzili, że niektóre obszary mózgu reagują prawie w taki sam sposób, zarówno gdy zwierzę obserwuje jak badacz sięga po jedzenie, jak i wtedy, gdy małpa robi to sama. To tłumaczy nie tylko choleryków wrzeszczących „to pokaż mi, do cholery, jak to zrobić!”, ale też potwierdza w pewien sposób środkową część słów Konfucjusza: „Powiedz a zapomnę, pokaż a zapamiętam, pozwól przeżyć a zrozumiem”.

Z pewnym przymrużeniem oka, możemy z Sadownikiem potwierdzić, że Kudłata, choć nie jest człowiekiem a małpą tylko bywa, również posiada na stałe takie neurony. Skąd to wiemy? Po sposobie w jaki układa się po kryjomu na naszym łóżku, tylko tam gdzie jest już równiutko zaścielone, nie lubi dotykać resztek ludzkich nocy. Robi to skubana w taki sposób, że w całym przytulisku zalega cisza, jakaś taka bardzo dziwna, która piórkiem drażni uszy tak długo, aż w najdalszym końcu mieszkania poczuję, że dzieje się „coś”. Nauczona doświadczeniem wiem o co chodzi. Zaczynam poszukiwania, ot tak, jakbym po prostu przechodziła idąc po kubek, książkę czy szukając pióra. Jest! Trafiony, zatopiony być nie może. Z bardzo nędznie małym poczuciem grzechu leży na naszym łóżku. Wygląda słodko, rozkosznie i obłędnie. W przytulisku nie ma wątpliwości, pies śpi u siebie, na parkiecie, na chodniku, na dywanie — pies nie śpi w naszym łóżku! No, ale wygląda tak słodko, rozkosznie i bosko, że ów brak wątpliwości, gdzie pies spać powinien miał malutki maminy cień, że może na chwilę, dopóki nie urośnie, bo.. przecież jest tak słodka, rozkoszna i boska...

Dało się Sadownikowi słowo, że łóżko będzie miejscem wolnym od sierści i zapachu psiej duszy? Dało. Więc do wczoraj włącznie, z leciutkim, ukrywanym przed Sadownikiem, bólem serca, złapawszy Kudłatą na czynie zakazanym, choć naprawdę wyglądała słodko, rozkosznie i bosko, z udawaną obojętnością, by nie zareagować wesołością, kładłam się na podłodze, by jej lustrzane neurony zobaczyły, że na podłodze również cudnie jest. Na co jak na co, ale na zabawowo-wścibskie neurony Heniuty zawsze można liczyć i to właśnie ich podrażnianie skutkuje zawsze tym, że chorobliwie ciekawski Sierściuch schodzi, zagląda mi w twarz swoimi zainteresowanymi wszystkim oczkami. Wtedy już nie jestem w stanie powstrzymać śmiechu. Daję Królewnie smakołyk i zaczynamy zabawę, bo podłoga świetna jest.

Ból serca minął mi bezpowrotnie dziś. W Wawince wcale nie pada. W Wawince leje jak z cebra. Poszłyśmy rano na bazarek, potem do osiedlowego sklepu warzywnego. Wróciłyśmy mokrutkie od stóp do głów. Całą drogę powrotną cieszył mnie deszcz, ale jeszcze bardziej cieszyłam się na ciepły prysznic, gorącą herbatkę, śniadanko przy książce. Popełniłam jednak jeden mały błąd — gdy wpadłyśmy do domu, upewniłam się, że pies ma wodę a potem już myśląc tylko o sobie udałam się pod prysznic. Dopiero będąc porządnie namydloną przemknęło mi przez myśl pytanie „a gdzie Henia?”. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać, wystarczyło wyjść z łazienki. Kudłata w pełnym psim rynsztunku leżała... na łóżku. Dużo mnie kosztowało, by nie wrzasnąć na Bestię, by udając, że nie widzę kundla, rozpocząć procedurę ściągania psa na ziemię.

Właśnie w ten sposób mokra sunia wyleczyła mnie z kardiologicznej przypadłości miękkiego serca w kwestii psa na łóżku. Nie ma mowy, bez względu na pogodę! Nie ma żadnej dyskusji na ten temat, choć Kudłata wciąż wygląda tak słodko, rozkosznie i bosko...

czwartek, sierpnia 26, 2010

54. Czego chcą Rodzice dla swoich Dzieci?

 wpis przeniesiony 27.02.2019. 

Wczoraj, późne popołudnie. Kudłata umęczona środkami komunikacji miejskiej, śpi i nawet nie ma już siły na sny, podczas których łapy biegają. Zbliża się godzina P, czyli wyjazdu na zajęcia psiego przedszkola.

Jabłoń:
(w powietrze, ale do Kudłatej, patrząc na Sadownika)
No, jak chce się być baletnicą, to trzeba iść ćwiczyć.

Sadownik:
(z przekąsem)
To chyba Mama chce mieć baletnicę.

Jabłoń:
Upsss…

Tu mogłabym uzasadnić dlaczego chcę, aby Kudłata była wyszkolonym psem: bo, ponieważ i jeszcze dlatego że. Argumenty są tak logiczne, że aż nudne, więc nie będę ich przytaczać. W tym dialogu zabiło mnie jednak echo relacji rodzic-dziecko w wersji człowiek-człowiek, gdzie naturalnym wydaje się pragnienie rodzica, by dziecku było jak najlepiej. Kudłata, cóż, będzie psią „baletnicą”, jeśli tylko starczy nam sił w pracowaniu nad sobą w relacji pies-człowiek, ale przez chwilę zamyśliłam się nad rodzicami, którzy choć chcieli jak najlepiej, zapomnieli zapytać swoje dziecko, czego ono chce. Potem przez dłuuuuuuuuższą chwiiiiiiiilę dumałam o dzieciach, poznanych przeze mnie w wersji dorosłej, które nie doskoczyły, by spełnić oczekiwania swoich rodziców. Walczą z cieniami...

53. Transport nieprzyjazny kobietom

 wpis przeniesiony 27.02.2019. 

Pisałam już o lekko poszerzonej świadomości dotyczącej pojazdów niskopodłogowych. Wczoraj zdobyłam w tym zakresie dodatkowe doświadczenie i nadprogramowo doznałam szoku poznawczego.

Po pierwsze, okazało się, że nie ma kompletnie żadnego znaczenia fakt, że autobus jest niskopodłogowy, gdy kierowca zatrzymuje go pół metra od krawężnika — pojazd staje się wtedy pojazdem wysokopodłogowym, rozkosznie niedostępnym stawianym w trudzie krokom. Trzeba mieć przynajmniej małego psa lub wózek, aby dostrzec, że pół metra robi kolosalną różnicę. Do takiego wniosku doszłyśmy wczoraj z Kudłatą, gdy chciałyśmy poćwiczyć przemieszczanie się komunikacją miejską po raz pierwszy.

Wspomniany szok poznawczy trzyma mnie w niemiłym zadziwieniu aż do dziś. Zaplanowałyśmy sobie z Kudłatą drugie ćwiczenie — wycieczkę na Uczelnię, by odebrać protokół na przyszłotygodniowy egzamin. Łuuuuppp w ten nieświadomy łeb! Okazało się, że aby z dzielnicy sąsiadującej ze Śródmieściem dostać się do centrum, przy beznadziejnym założeniu, że chce się jechać konkretnym numerem tramwaju — widzimisię, jakby tramwaj sam w sobie nie wystarczał — to należy liczyć się z tym, że pojazdy niskopodłogowe pojawiają się na przystankach, w najlepszym przypadku, raz na dwie godziny. Europo, gdzie jesteś? Tak mnie to oburzyło, że dzisiaj z rana, w ramach odreagowania, policzyłam ile tramwajów pojawiających się na „moim” przystanku (w kierunku Centrum) jest niskopodłogowych. Nie miałam już wygórowanych ambicji, niech będzie jakikolwiek numer, byle jechał w ścisłe centrum, przystanek, dwa lub trzy z Kudłatą doczłapiemy. Okazało się, że w godzinach 6—22 na „moim” przystanku można wsiąść w 367 tramwajów, z czego tylko 25 jest niskopodłogowych, czyli jakieś 6,8%. Śmiech przez łzy.

Zła byłam i troszkę jeszcze jestem jak o tym myślę, bo Kudłata na razie to tylko marne 15,4 kg, jednak za chwilę nie będę mogła własnymi rączkami wtaszczyć jej do tramwaju. Można spokojnie skomentować: chciała pani pieska, ma pani pieska, co wyobraźni nie starczyło? Czy ten sam komentarz należy się kobietom, które postanowiły oddać się miejskiemu safari i pojechać gdzieś (też mi widzimisię!) z wózkiem wypełnionym jednostką stanowiącą przyszłość narodu. Takiej to należy jeszcze powiedzieć, że skoro z tym wózkiem zachciało jej się wyjść z domu to na pewno ma czas i może sobie dwie—trzy godzinki poczekać, jeśli jest tak wybredna, że chce tramwaju o konkretnym numerze. Na mężczyznę swego życia umiała czekać, to i na tramwaj poczeka! Kobiety do czekania są stworzone.

Transport miejski jest rodzaju męskiego. Czy właśnie dlatego tak trudno mu zrozumieć kobiety? Transporcie, może byłoby Ci łatwiej wygrzebać zza brudnych hamulców szczyptę empatii, gdy zostaniesz poinformowany, że wśród osób mających problemy z aparatem ruchu połowa to mężczyźni.

52. Moja Kobieta i psie kupy

 wpis przeniesiony 27.02.2019. 

Stara, umęczona życiem, niejedno widziała. Blizny w wielu miejscach ciała — niemi świadkowie gwałtów – nie dają zapomnieć o traumatycznych przeżyciach. Kobieta z przeszłością, po przejściach, za, w i przed zakrętem, ale jednocześnie Kobieta wciąż pragnąca, by ktoś o nią zadbał i pokochał miłością bezwarunkową. Tymczasem Ona nie ma szczęścia do mężczyzn, bo lgną do niej jak ćmy do światła ci, co rządzić im się chce.

Opinię zaszarganą ma od lat. Mnóstwo ludzi nie ma o niej dobrego zdania a jeszcze więcej Jej szczerze nienawidzi choć gros z nich nigdy jej nie poznało, ba, nawet nie widziało. Mówi się, że jest bezguściem, bezgraniczną brzydotą a Ona po cichu marzy by dostrzeżono jej piękno. Rzadko się o tym wspomina, ale ona wciąż wierzy w ludzi i zawsze gotowa jest dać im jeszcze jedną szansę. Nie jest jednak łatwo kochać silną, wielką kobietę, bo taka Już Ona jest, i wielka, i silna, i władcza. Gorzej, Ta Kobieta potrzebuje miłości wielu.

Dla mnie, Wawinko, jesteś piękna. Lubię czuć tętno Twego życia. Gdy dwanaście lat temu jechałam na spotkanie z Tobą, w pociągu, powtarzałam sobie do znudzenia „będę spotykać tylko dobrych ludzi”, bo bałam się okrutnie Ciebie i twej wielkości. Ty, milcząca i ufna, podsuwałaś mi więc pod nos tylko dobrych ludzi w mieście pieniędzy, a jeśli już trafił się człowiek niewłaściwy, szybko okazywało się, że jest on na najwłaściwszym miejscu i pełni tylko rolę pionka. Nie ustaję w zadziwieniu i wciąż jestem pod wrażeniem tego, co będąc w Twoich objęciach mogę zrobić. Jesteś Stolicą, ale dla mnie pozostajesz Kobietą i nie umiem na Ciebie patrzeć inaczej. Tak, tak, Wawinko, zbieram kupy po swoim psie, bo w nich jest Ci zupełnie nie do twarzy.

wtorek, sierpnia 24, 2010

51. Ładna, czyli jaka?

 wpis przeniesiony 27.02.2019. 

Przed chwilą pani w radio powiedziała: ładna pogoda tylko na zachodzie Polski, w pozostałych częściach kraju przelotne deszcze i burze. Nijak zgodzić się z tym nie mogę a Kudłata gotowa protestować we śnie, bo dziś pogoda jest magiczna i Kudłata jest nią zachwycona.

Powiedziało się A i część Ą, czas wyartykułować ogonek od Ą. Wczorajsze psie przedszkole skończyło się obłędną dla moich oczu socjalizacją psów. Pięć labradorów, z czego tylko dwa to szczeniaki. E tam, labradory, najpiękniejszych było pięć psich ogonów poruszających się w sposób, który natychmiast zdradza rasę. Zostaliśmy nauczeni jak używając psiego języka doprowadzić psa do pionu (czyli uspokoić), gdy zaczyna nadmiernie szaleć. Bardzo sprytna i skuteczna metoda.

Zachwyt widokiem pięciu psich dusz, które ustalają między sobą reguły gry, wracanie do domu z Kudłatą, która ze zmęczenia padła na podłodze samochodu --- wszystko to spowodowało, że nie oglądając się na pustą lodówkę Sadownik został zwolniony z dowozu żywności ze sklepów, do których psom wstęp jest wzbroniony.

Dziś rano stanęłam nie tylko przed potrzebą wyartykułowania Ą, ale również przed „ęęęęęęę co dziś będzie na obiad?”. Decyzja zapadła, ogonek od Ą dorysował się zgrabnie sam: idziemy na bazarek, będzie okazja by poćwiczyć Kudłate chodzenie przy nodze.

Znów spotkało mnie zadziwienie, Henia jak nowa, chodzi tak pięknie, że nie przypomina naszego wczorajszego psa. Na bazarku, stojąc w drzwiach sklepiku mięsnego, zakupiłyśmy co trzeba i ku memu zdziwieniu Młoda na swoją część wołowiny dostała... rabat, bo pani stwierdziła, że to piękny i grzeczny pies. Kupiłyśmy jeszcze troszkę warzyw, psie chrupasie i… zapowiedź września, czyli dwa bukiety czerwonych astrów. Psica była cały czas tak grzeczna, że miałam wrażenie powtórki ze spokojnych sierpniowo-wrześniowych dni zeszłego roku, gdy pies nawet nam się nie śnił, ot, zwykłe, nieśpieszne wracanie do domu po łowach.

W środku zakupów złapała nas ulewa. Wracałyśmy do domu mokre, z kroplami padającego wciąż deszczu na twarzach. Można by powiedzieć, że prognoza sprawdziła się w całej rozciągłości, bo mieszkamy w jednej z pozostałych części kraju, tyle że Kudłatą i mnie ta pogoda zachwyciła. Jest chłodniej, ale wciąż ciepło. Jest ładnie a nawet pięknie, bo pojawiły się fantastyczne, głębokie kałuże, które Henia metodycznie centymetr po centymetrze zwiedza, by na koniec jako kolekcjonerka mokrych światów usiąść w najgłębszym miejscu każdej z nich.

W szkoleniu psa dzięki dzisiejszemu dniu, jesteśmy z Kudłatą przy literze Ć jak ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Henia twierdzi, że to łatwa litera — C z zacinającą kroplą deszczu u góry.

Pani z radia pomyliła się, u nas jest bardzo ładna pogoda. Z drugiej strony, nie pomyliła się wcale, bo u nas nie ma dziś ładnej pogody, jest fantastyczna pogoda!

50. Regres jako element postępu

 wpis przeniesiony 27.02.2019. 

W naszym przytulisku na drzwiach wisi magnesik z tekstem „droga do sukcesu jest zawsze w budowie”. Dodajmy do tego zasadę Pareto — 80% projektu wykonasz wykorzystując 20% potrzebnych zasobów a pozostałe 20% projektu wygeneruje z siebie 80% problemów — i jest o czym dumać. Dziś w nocy myślałam o jednym i drugim. Doszłam do następującego wniosku: jeśli wszystko idzie jak po maśle to albo jesteś szczęśliwcem, który wciąż jest w fazie realizowania 80% projektu, albo to nie jest Twoja Droga i w błogostanie zmierzasz do urwiska.

Trudności szlifują diament pomysłu i mają moc zmieniania nas. Chyba Kudłata postanowiła z nas zrobić brylanty. Jak głosi książka Heniutka weszła wszystkimi czterema łapkami w wiek młodzieńczy, dokładnie dziś kończy 16 tydzień życia. Czyżby chciała mnie zaskoczyć — taki mały przedsmak tego, co przed nami? Do tej pory znałam tylko z opowieści Sadownika, że ciągnie na smyczy bez wytchnienia. Tak dobrze dawało mi się rady Sadownikowi. Och, zbyt dobrze! Przyszedł więc czas i na mnie. Wczoraj delikatna, uśmiechnięta, zawsze grzeczna Kudłata nie mogła spokojnie przejść na smyczy trzech metrów. Zdarzały się nam (Jabłoń-smycz-Kudłata) takie rzeczy, ale nigdy naście razy pod rząd. Zdziwiłam się.

Byliśmy wczoraj na zajęciach psiego przedszkola i… Kudłata zapomniała kombinacji komend waruj/zostań i nie miała ochoty sobie ich przypominać. Postanowiła być jednostką niezależną. Zdziwiłam się jeszcze bardziej. Szybko wytłumaczyłam sobie, że to wieś zrobiła z niej taką obrzydliwie samodzielną pannicę, cofając nas w drodze do sukcesu o kilka kroków. Pomyślałam, że do strat materialnych pobytu na wsi — trzy skrzynki turków i doniczka z begoniami, Mama Jabłoni to święta kobieta — należy dodać straty niematerialne, których rozmiarów być może nie znamy jeszcze w pełni. Odetchnęłam, dobrze jest znaleźć winnego, nawet jeśli pachnie trawą, sadem, brakiem asfaltu i nie ma ludzkiej twarzy.

Dziś rano uznałam jednak, że w nauce wszystkiego co wartościowe zawsze dopadają człowieka momenty zwątpienia czy zniechęcenia. Takie chwile, gdy chce się po prostu rzucić wszystko w cholerę. Dlaczego Kudłata miałaby być w tej materii 200% aniołem bez skazy? Ludzki czynnik w Kudłatej, kto by pomyślał. Jestem w stanie zadziwienia.

Nie pozostało nam więc nic innego jak wytrwać, bo ewidentnie jesteśmy na Właściwej Drodze :).

49. Demotywacja

 wpis przeniesiony 27.02.2019. 

Wczoraj. Jabłoni zachciało się kluch z sosem pomidorowym. Sos zrobiony, kluchy zakręcone w garnku czekają na Sadownika, który zawsze wrzuca je do wody, bo Jabłoń nie wierzy, że mogłaby się tego nauczyć. Sadownik wraca z pracy, tworzy zgrabne kluchy zdecydowanym ruchem dłoni uzbrojonej w łyżkę. Jabłoń, jak zwykle, nie może uwierzyć, że z tego ciasta naprawdę będą dobre kluchy. W końcu siadają do stołu.

Jabłoń:
Tak mi się chciało tych kluch.

Sadownik:
Czy to jest sprawiedliwe? Wróciłem z pracy, zrobiłem kluchy,
usiadłem przy stole i… żadnego smakołyka.

poniedziałek, sierpnia 23, 2010

48. Madame Fe!

 wpis przeniesiony 27.02.2019. 

Nauczeni zeszłotygodniowym doświadczeniem do listy komend, po których wykonaniu Kudłata dostaje zawsze smakołyk, dodaliśmy komendę fe, czyli wypluj co masz w pysku i przyjdź do pan(a/i). Gdy weekend na wsi był w rozkwicie zauważyłam, że Kudłata traktuje komendę fe, dokładnie tak samo jak przywoływanie jej po imieniu — w sumie efekt ten sam: zawsze smakołyk. Dobrze kombinuje Dziewczę, bo obie te komendy stanowią naszą swoistą listę bezpieczeństwa. Docelowo, chcemy, aby były zawsze wykonywane przez Kudłatą na 330% (proszę wybaczyć, studenci dopiero myślą o przygotowywaniu się do poprawek).

Tym samym, wskutek wspólnego życia z Kudłatą, do listy wszystkich jej imion: Henia, Fidela, Heniuta dołączyliśmy z automatu Madame Fe.

Do listy zakupów dołączył zaś kaganiec, jesteśmy bezsilni jeśli chodzi o naturę Fideliny i ludzką przypadłość rzucania różnych rzeczy na ziemię. Dopiero mając psa dostrzegłam, że ludzie wyrzucają pety w niedalekie okolice ławek, na których siedzą, rzucają resztki jedzenia, gdzie popadnie. Krzewy ostrzegają swoją wielkością, ludzka głupota jest transparentna. Z owocami różnych krzaków dałabym radę, z pomysłami ludzi już nie bardzo. Dziś w parku wyrwałam Kudłatej z pyska kość. Co można byłoby założyć ludziom by dojrzeli do używania śmietników?

47. Środek lata: Horror w futerku

 wpis przeniesiony 27.02.2019. 

17 sierpnia 2010 roku to nie tylko data ostatniego, jak do tej pory, wpisu.

17 sierpnia 2010 roku to również dokładnie miesiąc przed ćwierćwieczem Braciaka — co ten czas robi z ludźmi, ale nie o tym miało być.

17 sierpnia 2010 roku to dzień, w którym Henia skończyła 15 tygodni, ale Mama o tym w czambuł zapomniała. Dzień, który miał dwie odsłony cudną i mroczną.

17 sierpnia 2010 roku (odsłona cudna): Jabłoń z Heniutą postanowiły, że czas na nowe! Wymyślony i zaplanowany przez Sadownika przerzut dziewczyn na wieś zbliżał się wielkimi krokami. Są rzeczy, bez których nigdzie nie można się udać i w związku z tym należało uzupełnić zapasy smakołyków do nagradzania psa i tabletkę na odrobaczanie, bo już czas. Dziewczyny postanowiły być dzielne i zaszaleć. Zaczęły po śniadanku od kupna biletu całodziennego. Weszły do sklepiku-kiosku, Henia wykonała bez zarzutu komendę waruj i… wytrwała! Zadziwiło to Jabłoń. Publiczność kolejkowa była wyjątkowa w obdarowywaniu pochwałami jaki to mądry piesek, choć jeszcze taki młodziutki. Potem poszły na przystanek tramwajowy i… okazało się, że tramwaje niskopodłogowe to wciąż rarytas a nie standard, czy choćby 50% standardu. Wsiadły w piąty, który raczył zawitać na przystanku. Weszły do pojazdu, Kudłata wykonała komendę siad bez zbędnego powtarzania. Jabłoń pozostała w wewnętrznym niemym szoku, choć na zewnątrz podjęła teatralną grę Kudłatej, gotowa zaświadczyć o tym, że przecież oczywistym jest, że Henia zawsze taka rozumna, grzeczna, posłuszna, mądra, nic, tylko cud, miód i orzeszki obleczone w sierść. Wyszło szydło z worka, Kudłata uwielbia mieć publikę! Najzabawniejsze dla Jabłoni było to, że choć jechały tylko jeden przystanek to jakaś pani wyrwała się, że ona bardzo chętnie ustąpi Jabłoni miejsca. Jeden tramwaj, jeden Sierściuch z jednym otwieraczem ludzkich serc i nagle wagon pełen obcych sobie ludzi rozwodzi się nad pięknem i mądrością małego czworonoga. Ludzie ludźmi — piękne! Przystanek przejechały w mgnieniu oka. Heniuta w zachwycie, triumfalnie opuściła pojazd transportu miejskiego, postawiwszy łapki na chodniku natychmiast odwróciła głowę ku Jabłoni z oczami mówiącymi: smakołyk poproszę, ładnie było, prawda? Potem, był kolejny popis, bo grzeczna dziewczynka umiała się nawet przyzwoicie zachować w sklepie zoologicznym, aż pani powiedziała, że tak grzecznego psa nigdy u siebie w sklepie nie widziała. U Weta też było zachwycająco, ale to dlatego, że Henia pamięta: tam dają smakowite różności, gdy już porobią różne niezrozumiałe dla psa dziwności. Waga jako mechanizm jednak Henię ciut wystraszyła. Maleństwo przestało być maleństwem: 14,4kg. Smakołyk, powiedziała Henia, gdy zeszła z wagi. Był i smakołyk.

17 sierpnia 2010 roku (odsłona mroczna): Nic nie zapowiadało strachu i kiepskiego doświadczania życia a może Henia przewrotnie postanowiła: czas na nowe, trzeba ich przestraszyć? Było to tak: dziewczyny wróciły w oparach dumy i kropelkach upału tu i ówdzie. Każda zajęła się sobą. Przyszła pora psiego obiadu i… Kudłata, jak nie labrador, odmówiła współpracy z miską. Jabłoń pomyślała, że może za dużo smakołyków wydała. Za dwie godziny było już jednak wiadomo, że cała sytuacja nie ma nic wspólnego ze smakołykami, za to ma wiele wspólnego z naturą labradorów, którą Dwunożni Stada znali tylko z książek — labki uwielbiają bawienie się w zachwycającego się wszystkim śmieciarza. Kudłata z godziny na godzinę zamieniała się w rurę, z której każdego końca lało się na potęgę imitując miejską awarię wod-kan — beznadziejna psia zabawa. Haft angielski, gobelinowy, krzyżykowy, richelieu, jaki się tylko chciało. Sprzątając, wśród niepowtarzalnych wzorów, Jabłoń dostrzegła dziwny, nienaruszony owoc krzewu, którego nie znała, ale wiedziała, że jego owoce jadalne być nie muszą. Powoli do Jabłoni docierało, że Kudłata coś na podwórku złapała i po raz pierwszy w swym życiu zatruła się potwornie. Henia tymczasem nie rozumiała nic, patrzyła smutnie i przepraszająco na rozwolnienie-wodę, którego nie była w stanie donieść na dwór. Serce kroiło się w pół od patrzenia na tę tragedię gastrologiczną. Gdy Sadownik wrócił z pracy, Dwunożne naradziły się co dalej. Jabłoń z duszą na ramieniu pojechała do Pacjentki. Sadownik spakował psa w torbę i pojechał do Weta. Kroplówka, lekarstwa, coś osłonowego, węgiel, pięć, sześć zastrzyków, to już Jabłoń zna tylko z opowieści. Gdy wróciła, po dwudziestej pierwszej, w domu zastała tylko strapionego Sadownika i psią, śpiącą skórkę. Kudłata nie podnosiła głowy, nie używała ogona. Widok okropny, żałosny i smutny. Wyjazd na wieś wisiał na psim włosku. Na szczęście, dzień 17 sierpnia nie trwał wiecznie i 18 sierpnia o trzeciej nad ranem Kudłata podniosła głowę, uśmiechnęła się i z zapałem wypiła wodę, na którą jeszcze kilka godzin wcześniej nie mogła nawet patrzeć. Ogon w swej cudownej funkcjonalności wrócił do Stada około szóstej rano, a o dziewiątej Kudłata z zachwytem zjadła małą porcję psiego jedzenia z żółtkiem na smak (Dwunożni chcieli Heni przychylić nieba) a zaraz potem nauczyła się sama wskakiwać do samochodu, Stado było w drodze na wieś, szczęśliwe jak nigdy dotąd.

wtorek, sierpnia 17, 2010

46. Psie przedszkole

 wpis przeniesiony 27.02.2019. 

Gdy pierwszy raz usłyszałam termin „psie przedszkole” pomyślałam, że to tęsknota ludzi bezdzietnych za odrobiną posmaku obowiązków dzietnej rodziny. Zwyczajnie się skrzywiłam, bo dla mnie albo chce się mieć dzieci i je się ma (tak czy inaczej) albo nie chce się mieć dzieci i dyskusja na ten temat jest skończona — żadnych półśrodków i wyrobów dzieciopodobnych. Traktowanie psa jako członka rodziny TAK, traktowanie psa jak dziecko z wszystkimi należącymi się dziecku przywilejami NIE. Nie ma zgody na spanie z dużym psem w łóżku, nie ma zgody na psa, który robi co chce.

Psie przedszkole jest mało szczęśliwym terminem, który nie oddaje powagi pracy, która w trakcie zajęć ma miejsce, bo psie przedszkole to w rzeczywistości wielka szkoła dla właścicieli czworonogów. Uczelnia, gdzie ludzie studiują jednocześnie na kierunkach: Cierpliwość oraz Świadomość Własnego Ciała. Kolokwia co zajęcia, właściciele czasem je oblewają, psy — nigdy.

Najgorsze w psim przedszkolu jest to, że sposób kształcenia właściciela przypomina kształcenie ucznia szkoły muzycznej. Poza zorganizowanymi zajęciami, każdego dnia, kilka razy dziennie, do psychicznego bólu dwunożnego końca smyczy: siad, waruj, zostań, idziemy, stój, waruj, zostań, do mnie, siad, waruj… Można oczywiście nie ćwiczyć, ale na zajęciach wyjdzie jak szydło z worka, że się palcem u ręki nie ruszyło.
Dobre jest to, że człowiek sobie uświadamia, że to nie „ludź” ma problemy z psem, tylko pies ma problemy z dwunożnym, ponieważ ten ostatni swoim ciałem generuje tyle przyruchów, że sierściuch może jedynie usiąść i cierpliwie poczekać, aż pan(i) przestanie wydawać sprzeczne komendy i w końcu zdecyduje się, czego tak naprawdę chce.
Najlepsze, że zawsze przychodzi taki moment, gdy pies zrobi dokładnie to, o co został poproszony, gdy przestaje się to tylko przytrafiać i staje się faktem w większości wypadków po wydaniu określonej komendy. Wówczas to właściciel jest niewyobrażalnie szczęśliwy i ogromnie dumny ze swojego czworonożnego podopiecznego. Może być, że prawda jest jednak zupełnie innato pies jest dumny, że w końcu właściciel zaskoczył...

Wczoraj byliśmy na trzecich przedszkolnych zajęciach Kudłatej — My uczymy się anielskiej, psiej cierpliwości jaką Ona ma do nas zawsze. Ciekawe, czy jest z nas choć w połowie tak dumna jak my jesteśmy dumni z niej?

sobota, sierpnia 14, 2010

45. Miłość warunkowa

 wpis przeniesiony 27.02.2019. 

Życie samo wpisy dzierga. Rzecz miała miejsce wczoraj o dwudziestej trzeciej z groszkiem.

(Dwunożne hulają po wikipedii
oglądając zdjęcia i wybiórczo czytając charakterystyki psów różnych ras.
Kudłata ma radochę, że nie musi iść spać
.)

Jabłoń:
Kocham Cię za to, że lubisz psy.

Sadownik:
A lubię?

Jabłoń:
(ze zdziwieniem)
Jak to?

Sadownik:
Nigdy nie jadłem psa.

Ten wpis mógłby mieć alternatywny tytuł: 45. Przez żołądek do serca?

piątek, sierpnia 13, 2010

(43+1). Z poziomu wczorajszej trawy

 wpis przeniesiony 27.02.2019. 

Indianie wierzą, że każda fotografia zabiera człowiekowi część duszy. Choć w oczach Kudłatej odbija się i mądrość, i dobroć, i smutek dziejów całego Świata-NieŚwiata to jednak zdjęcie zrobić sobie da, krygując się przy tym na tyle, na ile wymaga od niej tego jej kobieca dusza. Oczywiście, skóry nie sprzedaje tanio, nie rozumie fotograficznych poleceń: głowę lekko w prawo, zabierz ogon, nie ruszaj się. Często jest tak szybka, że niestety, najlepsze zdjęcia pozostały tylko w pamięci Sadownika lub Jabłoni trzymających aparat w dłoniach.

Henia już nie ma pysia maleńkiego pieska. Kiedy nastąpiła zmiana? Nie mam pojęcia, ale uświadomiłam sobie, że i ta obecna buzia małej, zadziornej dziewczynki przeminie. Trzeba było się śpieszyć, a czarne nie fotografuje się łatwo.

Sadownik ubłagany, włożył rękę do aparatu i wycedził romantyczne zdjęcie paszportowe Fidelinki. Za miesiąc pewnie nie uwierzę, że miała tak małą mordkę, że była taka słodka, że każdy patyczek i szyszka cieszyły ją przeogromnie. Kawałek psiej, młodej duszy ukradziony i zaklęty w ramy prostokątu. Właśnie taka była wczoraj Kudłata. Dziś stara się przeżyć upał.

czwartek, sierpnia 12, 2010

43. Zdradzić?

 wpis przeniesiony 27.02.2019. 

Zdradzić i funtem psich kłaków usprawiedliwić:


Dotyk

Nie był z niego żaden lord. Nie był nawet pierworodnym synem lekarzy od trzech pokoleń. Dłonie też chyba miał mało smukłe --- ot, wielkie bochny chleba a za paznokciami grudki ziemi. Za to pachniał życiem prawdziwym a nie wielko­miejską plastikową namiastką szczęścia. Pociągał swym spokojem i oczy­wistością sensu własnego istnienia. Pożądała go Matylda w skrytości od lat. On udając obojętność, kusił i czekał. Pewny swego uroku wiedział, że na kobietę wystarczy poczekać.

Przyszedł więc dzień, gdy małżeńska przysięga poszła w końcu na bok. Smycz nakazów moralnych i kaganiec norm społecznych nie utrzymały w ryzach pożądania Matyldy. Co tam — pomyślała — raz się żyje. Nie miała czasu zastanowić się nad konsekwencjami. Pragnęła teraźniejszości, w której czuje go każdym milimetrem swojego ciała.

Delikatnie, by go nie spłoszyć, wolno ułożyła się blisko jego ramienia. Ani drgnął, więc nabrawszy odwagi, nie ukrywała już, że chce być jeszcze bliżej. Bez cienia zażenowania legła na nim i nie dbając o grawi­ta­cję, przydusiła go siedem­dziesięciokilowym pożądaniem. Nie wyglądał na zdziwionego, przecież czekał na nią tyle lat. Nie tracił czasu na zbędne słowa. Bezszelestnie gładził jej skórę. Matylda miała uczucie, że oddała się praprapraprawnukowi hinduskiego boga o kilku parach rąk, które jednocześnie pieściły jej ramiona, uda, dłonie i twarz.

Gdy kępki jego gęstego, zadbanego owłosienia masowały jej kark, Matylda pożałowała, że nie starczyło jej odwagi, aby położyć się nago na... tym trawniku. (10.08.2008)


 
Stare, ale pamięć o tym tekście ożyła wskutek precedensu który, gdyby mnie ktoś zapytał o siódmej rano, czy będzie miał miejsce, to kazałabym mu się puknąć w głowę. Kobieta jednak zmienną jest i właśnie dziś, w środku osiedla wielkiego miasta... czołgałam się w trawie. Po fakcie uznałam to za przywilej, bo nie wypada tego robić ot, tak sobie, bo człowiek ma fanaberię i ochotę na spotkanie z Matką Ziemią, ale jak ma się psa, zwłaszcza szczeniaka, to wszystko jest w najlepszym porządku. Wytarzałyśmy się z Henią obie, bawiąc się przy tym wyśmienicie. Wszystkiego źródłem była moja chęć, by zrobić kilka zdjęć Fidelince zanim stanie się Fidelą. Korciło mnie też, by zobaczyć świat z poziomu jej oczu. W trawie, o dziwo, w ogóle nie ma problemów. To teraz rozumiem, czemu ona się ciągle uśmiecha…