środa, września 28, 2011

337. Bo życie baśnią jest...

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jak zwykle przez przypadek. Poszłam do księgarni prawie trzy miesiące temu by nabyć konkretną książkę dla konkretnej osoby i... Inna wpadła w me oko. Nie kupiłam, bo chodziło o konkretną osobę i konkretną książkę a nie o mnie i Inną. Miesiąc temu nie wytrzymałam i kupiłam.

Czytam ją teraz... bardzo, bardzo powoli... Z każdą stroną zyskuję nową perspektywę. Jestem niczym człowiek, który obdarowuje się na nowo dzieciństwem — dobrym dzieciństwem, na które nigdy nie jest za późno. Nigdy nie rozumiałam tych, co twierdzili, że ich dzieciństwo było szczęśliwe — moje takie nie było. Mam to szczęście, że im dalej od dzieciństwa definiowanego młodym wiekiem, tym jest mi lepiej na tym świecie. Wobec tego, zakupem maszynki do cofania czasu nie jestem zainteresowana wcale. Jednak czytanie tej książki czyni mnie gdzieś w środku zwykłym, normalnym dzieckiem i jest to absolutnie przepyszne.

Książka, niestety, ma tylko jedną, ale zasadniczą wadę, że teraz będę musiała pracować nad sobą, by nie wciskać jej wszystkim ukochanym przeze mnie ludziom, co mają małe dzieci, ale co tam, chyba lubię wyzwania...

(...) każde dziecko na swój własny sposób musi w pewnym wieku dać sobie radę z prawdziwą kotłowaniną uczuć.

***

Dyskusja o wartości, jaką mają baśnie dla dzieci, zachęciła pewną matkę do tego, by mimo wahań opowiedzieć synowi taką „krwawą i przerażającą” historię. Wiedziała z rozmów z synkiem, że miewa fantazje o ludziach pożerających lub pożeranych. Opowiedziała mu więc baśń Dżek — zwycięzca olbrzyma. Przy końcu baśni chłopiec zareagował pytaniem: „Nie ma na świecie olbrzymów, prawda?” Zanim matka zdążyła dać dziecku odpowiedź, którą miała na końcu języka — co zniweczyłoby całą wartość, jaką dla chłopca opowieść ta przedstawiała — on sam dokończył: „Ale są dorośli, oni są jak olbrzymy”. W wielce dojrzałym wieku pięciu lat chłopiec zrozumiał, co przekazuje baśń, chcąc dodać dziecku ducha: mimo że dla małego dziecka dorośli są jak olbrzymy, może on dzięki przebiegłości zyskać nad nimi przewagę.
     Przypadek ten ukazuje jedno ze źródeł niechęci do opowiadania baśni, jaką spotyka się u dorosłych: niezbyt miła jest dla nas myśl, że bywamy czasem dla naszych dzieci olbrzymami, mimo iż tak jest w istocie. I niezbyt nam miło, że w odczuciu dzieci łatwo nas okpić czy potraktować jak głupców, oraz że to przekonanie sprawia im przyjemność. Jednak czy opowiadamy dziecku baśnie, czy nie — i tak jesteśmy w jego oczach (jak ukazuje przykład wspomnianego małego chłopca) egoistycznymi olbrzymami, którzy chcą zatrzymać dla siebie wszystkie cudowne rzeczy, będące źródłem mocy. Baśń zapewnia dzieci, że w końcu osiągną one przewagę nad olbrzymami — to jest, że dorosną i wówczas same będą jak olbrzymy, mając tę samą moc co oni. Tak więc baśnie budzą „potężne nadzieje czyniące z nas ludzi”.
     Jednak jeszcze bardziej doniosłe jest to, że kiedy my, rodzice, opowiadamy naszym dzieciom baśnie, zapewniamy je o czymś, co ma dla nich największą wagę, okazujemy bowiem, że akceptujemy fakt, że myśl o zyskaniu przez nie przewagi nad olbrzymami sprawia im przyjemność. (...)

***

Dziecku, które ma o wiele mniejsze poczucie bezpieczeństwa niż człowiek dorosły, potrzebna jest pewność, że snucie przez nie fantazji czy niemożność oparcia się ich wpływowi nie jest jakąś jego ułomnością. Opowiadając dziecku baśnie, rodzice dostarczają mu niezmiernie ważnego świadectwa, że fakt, iż przeżywa ono baśń jako obraz własnych wewnętrznych doświadczeń, uważają za uprawniony i wartościowy, a nawet za coś, co jest w pewien sposób „realne”. To zaś daje dziecku poczucie, że skoro jego doświadczenia wewnętrzne zostały zaakceptowane przez rodziców jako realne i ważne — w konsekwencji ono samo jest realne i ważne. Dziecko takie, gdy dorośnie, będzie miało tego rodzaju przeświadczenie, jakiemu dał wyraz Chesterton, pisząc: „Mojej pierwszej i ostatniej filozofii, w którą wierzę z niezachwianą pewnością, nauczyłem się w pokoju dziecinnym. [...] To, w co wówczas najgłębiej wierzyłem i to, w co najgłębiej wierzę obecnie, nazywa się baśnią.” Filozofia, której Chesterton nauczył się z baśni w dzieciństwie — i której może się z niej nauczyć każde dziecko — powiada, że „życie nie jest tylko przyjemnością, ale rodzajem dziwacznego przywileju”. Jest to pogląd na życie bardzo różny od tego, który przekazują opowieści „jak z życia”, ale w większej mierze zdolny on jest podtrzymywać naszą nieustraszoność, gdy napotykamy życiowe przeciwności.

B. Bettelheim, Cudowne i pożyteczne. O znaczeniach i wartościach baśni,
W.A.B., Warszawa 2010.
(wyróżnienie własne)

To nie był przypadek. To była Dobra Wróżka...

wtorek, września 27, 2011

(335+1). Nareszcie!

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Zaufaj sobie.

Bardzo bym chciał być tego dnia z tobą, ale muszę wymalować mieszkanie.

Zaufaj sobie.

Jesteś dla mnie bardzo ważna, ale naprawdę nie mogę. Wiem, że przekładaliśmy to kilka razy, ale naprawdę nie będę mógł w tym tygodniu.

Zaufaj sobie.

O czym ty mówisz? To nigdy się nie zdarzyło. Wymyślasz!

Zaufaj sobie, gdy w głębi ciebie pojawia się zwątpienie, że chyba to nie jest miłość.

***

Zaufałam. Cisza. Pustka. Nie miotają mi się nadzieje po kuchni z oczami wypełnionymi łzami. A Sadownik na to z ulgą: nareszcie! On w tych kwestiach nie musi ufać, on wie.

***

Grafik zajęć ostatecznie ułożony. Stosik książek do przeczytania uformowany. A ja na to: nareszcie!

poniedziałek, września 26, 2011

335. Po małej, wielkiej śmierci

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Umieramy. Każdego dnia. Każdy z nas. Nie zauważamy tego, bo mamy plany na jutro, na przyszły tydzień, miesiąc, rok. Jednak każdego ranka w niezauważalny sposób jesteśmy ciut inni niż dzień wcześniej wskutek zdarzeń, może również wskutek snów. Umieramy i rodzimy się na nowo, otwierając rano oczy, wyczekując spotkania, uśmiechu, obiadu, uścisku...

Są jednak dni, na które nie czekamy. W owe dni w szczególnie bolesny sposób dociera do nas, że coś w nas zatrzymało się, ustało, umarło. Jakaś część nas bezpowrotnie odeszła zabierając ze sobą nadzieję, złudzenia, pozostawiając po sobie tylko gołe fakty. Możemy sobie tłumaczyć, że może... gdybyśmy postąpili inaczej, gdybyśmy byli delikatniejsi, bardziej wyrozumiali, bardziej wspierający, mówiący więcej, znajdujący się bardziej we właściwym czasie... właśnie wtedy... nie zostawiono by nas, nie pominięto, kochano... ale... to byłoby możliwe tylko wtedy, gdybyśmy byli lepsi niż w owym czasie byliśmy.

Potrzebujemy czasu, dobrych ludzi wokół, co te wszystkie „gdybyśki” z głowy nam wybiją. Potrzebujemy zrozumieć, poczuć, że gdybyśmy wtedy byli lepsi niż byliśmy to... zwyczajnie by nas nie było.

***

Wybebeszyłam szafę... wyrzuciłam wszystko to, czego nie włożyłam w przeciągu roku... wyrzuciłam wszystko to, co nie jest już mną. Pomogło.

Wybebeszyłam bibliotekę... pozbyłam się książek, które są już nie dla mnie. Zrobiło się pusto. Pomogło.

Mam miejsce i czas na nowe.

***

Gdy krzyczę, że boli to znaczy, że boli. Gdy jest mi źle, to znaczy, że jest źle. Gdy czuję, że coś jest całkiem bez sensu, to właśnie takie to jest. „Stanąć za sobą” jak to łatwo powiedzieć... szósty dzień poznaję smak „wiedzenia” co to znaczy. Postanowiłam już nigdy nie zdradzić samej siebie.

Ciekawe. Mam miejsce i czas... na nową wiarę w to co widzę, słyszę, czuję. Możesz się z tym nie zgadzać, uważać, że przesadzam, możesz wszystko, ale ja widzę, słyszę i czuję właśnie tak. Cholera! To jest po prostu fantastyczne! Znów jestem neofitką a Sadownik dzielnym Rycerzem.

wtorek, września 20, 2011

(332+2). Idzie nowe...

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Z przyjemnością, z dreszczykiem, z poruszeniem mającym swe źródło gdzieś w środku mnie... włączyłam dziś wieczorem komputer po piętnastodniowej przerwie.

Z nadzieją, z niecierpliwym oczekiwaniem, z rozpakowanymi świeżutko marzeniami na nowy rok akademicki... włączyłam komputer i przekopałam się przez pracowniczą pocztę z energią zachwytu jakiej nie powstydziłby się żaden neofita.

Ciekawa jestem nowego roku, nowych studentów, nowych przedmiotów, tych wszystkich zmian, o których myślałam, a na które przyszedł teraz właściwy czas. Książek, co rwą się do moich rąk, egzaminów --- tych co przede mną, i tych, co przed Henią. Zmian, których subtelną obecność wyczuwam już z łatwością w jesiennym zapachu wieczoru.

Chyba po to właśnie jest udany urlop, by pokochać na nowo to co się ma, by otworzyć się z ufnością na nowe... chwile, możliwości, trudności, problemy, szanse, marzenia, spełnienia i miłości. Och, tak! Wróciliśmy. Już jestem gotowa! Już, już, już!

(332+1). I po...

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Każdego dnia dwa długie spacery.
Każdego dnia obowiązkowa kawa i gofry.
Z jednym małym wyjątkiem.
Marzyło nam się, by jeden dzień lało bez przerwy. Pogoda jak zwykle spełniała nasze zachciewajki. W ostatni czwartek nie wyściubiliśmy nosa... lało od nocy, przez cały dzień, po kolejną noc. Owego dnia nie byliśmy na długich spacerach, nie było gofrów, spotkań z innymi psami i rozmów z ich właścicielami... było... naście odcinków Chirurgów i widok, który stał się wizytówką okazywanej sobie miłości — jak to dobrze mieć czasem telefon pod ręką, by zapamiętać chwilę piksel po pikselu:

Psy, jak widać, wcale a wcale nie lubią psiej pogody.

niedziela, września 04, 2011

332. Magiczne dwa tygodnie przed nami

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Tak było we wrześniu 2009. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że nie mam marzeń, bo to, co nazywałam marzeniami było zaledwie celami, ale o tym dowiedziałam się w styczniu 2010.

Gdy już pojawiło się pierwsze, kudłate Marzenie, było nim tylko kilka miesięcy. Potem zamieniło się w namacalne oczekiwanie, bezsenne noce, gdy mała kudłata kulka pojawiła się w domu, pierwsze porzygane wizyty u weterynarza i pogryzione dłonie. Po drodze pojawił się blog. Wrzesień 2010 był pierwszą próbą pokazania Kudłatej morza. Bała się go, zbyt duże. Piasek natomiast ukochała, ganiając ziarnka, które postanowiły przemieścić się z miejsca na miejsce. Była malutka, choć nam się wydawała już całkiem duża.

Ciekawe jak będzie w tym roku? W tym samym miejscu, u tych samych gospodarzy, na tych samych plażach. Tylko my bogatsi o cały, cudowny rok z Heniutą. Jeszcze nie wiadomo...

Jutro wyruszam. Najpierw na warsztat, by troszkę potęsknić za Sadownikiem i Henią, a potem już kompletnym Stadem na urlop... jak się dzisiaj doliczyliśmy... czwarty w naszym życiu.

wtorek, sierpnia 30, 2011

330. Bezdzietna pokochała sklep dla dzieci

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Co Bezdzietna robi w sklepie z ubrankami dla dzieci, jeśli nie „obkupuje” cudzych dzieci? Powiedziałabym, że jest pijana i zaraz ją wyprosi obsługa sklepu. To teoria. Praktyka, jak zwykle, troszkę się z nią mija.

Bezdzietna w sklepie z ubrankami dla dzieci kupuje... ubranka dla Dwunożnych. Uwiedziona opowieścią Frendki o gatunku bawełny, z jakiej w tym sklepie zrobione są produkty, wpadła jak śliwka w kompot. Frendkę wyściskała za pokazanie ziemi nieznanej. Przy kasie złożyła reklamację, że dział dla Dużych jest zdecydowanie za mały.

Bezdzietna w sklepie z ubrankami dla dzieci poprawia... PR członków Stada, co sierści nie mają, bo Stado od dziś to będą czasem dwa Anioły plus czarna Dorzyca.

(zdjęcie koszulki wzięte z działu dla Dużych witryny endo)

329. Moje życie — mój RPG

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Od mniej więcej dwóch tygodni męczy mnie pewne spostrzeżenie. Im bardziej mu się przyglądam chcąc sprawdzić jego sensowność, tym bardziej, w całkiem podejrzany sposób, staje się ono prawdziwsze.

Życie zaczęło mi do złudzenia przypominać grę typu RPG (role-playing game [gra fabularna z nieocenionym wkładem wyobraźni graczy-postaci]) z tą małą modyfikacją, że w życiu każdy człowiek ma do dyspozycji kilka kart, z których każda reprezentuje inną rolę. W życiu jestem w zależności od okoliczności obywatelem, pracownikiem, marzycielem, kochanicą wielu zachwytów, podatnikiem... właścicielką psa, studentką.

Rzecz wydała mi się warta odnotowania, bo dodaje do standardu pewien bonus. Standard, to fakt, że z każdą rolą społeczną łączą się metki zaleceń, które dają ułudę, że jak już wreszcie to zrobimy, to poczujemy się jak ludzie: „trzeba jeszcze zrobić to”, „koniecznie należy poprawić tamto”, „owo musi się zmienić natychmiast”. W obrębie standardu --- my, w naszych rolach --- nigdy nie jesteśmy zbyt dobrzy, zawsze jest coś, na co powinniśmy zwrócić uwagę i skorygować, koniecznie skorygować.

Gdy zobaczyłam każde ludzkie życie jako rozgrywkę RPG, uświadomiłam sobie bonus każdej z kart, które mam w ręku. Tym bonusem jest moc i sprawczość na stałe związana z określoną rolą, o których zwykle zapominam będąc skupioną na metkach zaleceń, które niczym druk umieszczony na jaskrawym papierze przyklejonym do przecenionego produktu, informują mnie o spadku mojej aktualnej wartości.

A tu proszę, bonus! Bo jako obywatel mam moc wyrażenia swego głosu w wyborach. Jako pracownik mam szczęście spotykać fajnych ludzi i mam możliwość kształtowania zajęć, które prowadzę. Jako marzyciel wypuszczam się w mentalną podróż do miejsc i doświadczeń, których chciałabym dotknąć swoim istnieniem. Jako kochanica wielu zachwytów mam moc zauważania i cieszenia się pięknem, które często, gęsto bywa zwykle choć troszkę zamaskowane. Jako właścicielka psa i studentka mam nieograniczoną możliwość poznawania tych wszystkich rzeczy, sytuacji, mądrości, których istnienia nawet nie podejrzewałam. No, mam cholera MOC!

Gdy dziś myślałam o karcie „pomoc domowa”, już nie widziałam siat, kolejek i myślenia o tym, co ma być dzisiaj na obiad. Widziałam moc człowieka, który może bez niczyjej pomocy pójść i robić zakupy, wkładać produkty do koszyka, płacić, wnosić je do domu. Z tą świadomością zwykłe zakupy stały się pierwszym dniem Międzynarodowego Stulecia Mocy. A jak do tego dodam moc innych ról, w końcu w ręku wiele mam kart, to... strach się bać, ile mogę. A jak z Twoją MOCĄ podczas Pierwszego Dnia Stulecia Mocy?

niedziela, sierpnia 28, 2011

(324+4). Dziecko potraktuj jak psa! _______Wychowawczy_bal_przebierańców

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dlaczego nie opłaca się karać? Bo jedyny przekaz kary brzmi: „tak nie wolno”. To trochę mało, bo nie wiadomo jak jest dobrze. Bilans zysków i strat wykazuje tylko obecność ludzkiego, niezadowolonego władcy i psiego frustrata.

Nagradzać! Za małe --- potem większe, bardziej złożone --- „kroki”, które podejmuje uczący się pies. A może to tylko złudny zysk? W żadnym razie, nie dosyć, że pies już wie jak należy, to zyskuje pewność siebie, chętnie się uczy bardziej złożonych rzeczy i pozostaje szczęśliwym psem.

Ile dorosłych dzieci wolałoby kiedyś tam --- zamiast wychowania biciem, karaniem, miłością warunkową i poniżaniem --- być potraktowanym w sposób, w jaki obecnie układa się psy? Ja wolałabym.

***

Dziś, gdy tygodniowy kurs podstaw dogoterapii dopełnił się, z zachwytem zamyśliłam się, że przez ten cały tydzień wszystkie uczestniczące w szkoleniu Psy obdarowywały Nas (wszystkich ludzkich uczestników) bezwarunkową miłością i akceptacją fundując nam niczym nieprzerwane zajęcia typu AAT (Animal Assisted Therapy [terapia z udziałem zwierząt]).

Nasze psy w nas wierzą! Teraz nasza kolej! W pięknych ludzko-psich duetach czeka nas jeszcze dużo pracy. Jak to dobrze, że my z Kudłatą kochamy się uczyć. :)

sobota, sierpnia 27, 2011

327. Filozofia wyboru, miłość i... czas

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dziś, przewidywany od kilku dni upał nareszcie stał się faktem. Roznegliżowane ciała zaludniły ulice. Dwunożne oddały parę szmatek do pralni mijając po drodze całe sfory lasek, lachonów i ciach płci każdej, w parach i pojedynczo.

Gdy już w końcu spocząwszy na knajpianych fotelach, opiekunowie Heni zamówili obiad, co za dobrych parę chwil miał w planie zmaterializować się na ich stole, Jabłoń oddała się całkiem niechcący zamyśleniu i usłyszała rechocik historii osobistej... pokochał ją za zawartość jej głowy, serca i duszy... a może serca, duszy i głowy... tyle, że... było to naście lat temu i tej panny już nie ma...

Jabłoń:
Jak to jest, zakochać się w jednej, a żyć z zupełnie inną?
Bo wiesz, ja już nie jestem tą, którą byłam, gdy się poznaliśmy.

Sadownik:
No wiesz, pech lub fart,
bo ja też nie jestem tym, kim byłem. :)

(325+1). Konsekwencje moich Miłości

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jabłoń:
(obwieściła już, że na planowany we wrześniu urlop
ma w planie kupić Heni tunel do wspólnych zabaw i jedną łamigłówkę
)

Sadownik:
To jak Henia dostanie... i tunel, i łamigłówkę, to ja chcę... obiektyw!

Jabłoń:
(przytkana z wrażenia
reprezentuje ideał milczącej żony
)

Sadownik:
(po chwili uzasadnia)
Pies jest ważny, ale ja jestem ważniejszy,
to i chciejstwa mogę mieć większe.

Jabłoń:
(pod wrażeniem logiczności Sadowniczego wywodu
wciąż milczy)

Sadownik:
Ciesz się, bo mogłem chcieć mac-a.

Jabłoń:
Cieszę się, cieszę! :)

(324+1). Czego się nauczyłam od wtorku do dziś (II)

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Gdy zapisałam Henię na kurs, pękałam w szwach ze szczęścia. Sadownik śmiał się, że tak naprawdę to cieszę się na to, że znów będę miała możliwość czegoś się nauczyć, a nie, że Kudłatą uszczęśliwię.

Mylił się Sadownik, oj, bardzo się mylił.

***

Sierściuch został obdarowany składaną plastikową skrzynką z LerułaMerlę za całe 8 zł. Jest to skrzynka magiczna, bo wrzuca się do niej kulki zrobione z papieru a potem trzy śmierdzące smaczki i... Henia bawi się w psiego detektywa. Czy muszę pisać, że to zabawa w zachwyconego, przejętego, sumiennego detektywa?

*

Zostałam oświecona w kategorii psich zabawek i wczoraj po zajęciach pobiegłam kupić Heni Kong. Zabawka (niby bałwanek) — wypełniona czymkolwiek, co jest maziowate, jadalne i pachnące --- jest źródłem psiego relaksu najwyższych lotów polegającego na gryzieniu, lizaniu, podrzucania, przenoszeniu, łapaniu w łapy, by zabawka z łapek nie uciekła. Heniuta, dzięki tej zabawce, z łatwością ląduje w psim raju pozostając wciąż przy życiu.

*

Dostała się Heni również miękka, szmaciana piłka, gdy zobaczyłam jak dzisiaj podkrada jednemu z psów jego własność i... tonie w zachwycie.

*

Odkryto przede mną świat łamigłówek dla psów. Teraz czuję się jak rasowy ojciec siedmioletniego chłopca, który kupił i kolejkę, i zdalnie sterowany helikopter, by... samemu się pobawić. Rodzicielstwo ma wiele uroków. Henia na to, że psiejstwo też!

*

Jutro czeka nas wisienka na torcie, będzie metodyka szkolenia psów, nie tylko w teorii.

poniedziałek, sierpnia 22, 2011

324. Czego się dzisiaj nauczyłam (I)

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Od dziś, przed siedem dni, razem z Henią bierzemy udział w szkoleniu. Miło jest dowiedzieć się, że nie zmarnowało się dobrego szczeniaka. Z podsumowania testu praktycznego i opinii zoopsychologa:

Widać silną więź pomiędzy psem i właścicielką. Do ludzi nastawiona jest bardzo pozytywnie, zainteresowana i poszukuje kontaktu.
Hexe ma zadatki na dobrego psa terapeutycznego. Charakteryzuje się wszystkimi cechami pożądanymi u psów terapeutycznych.

Czeka nas jeszcze dużo pracy, ale Hospicjum na pewno ucieszy wiadomość o czworonożnej wolontariuszce, gdy przyjdzie Jej czas, by nieść to, co tylko psy umieją dać ludziom, w tak bezpośredni, magiczny sposób. Bóg wiedział co robi, gdy tworzył psy. Bóg wiedział co robi, gdy na mej drodze postawił Panią Halinę, co za wszystkimi psami swego życia tęskniła pod koniec swoich dni. A może Bóg wcale nie wie co robi?

***

Jabłoń:
(uradowana wszystkim tym, czego się dzisiaj dowiedziała)
Czy wiesz, że jak pies węszy coś bardzo intensywnie, to nic nie słyszy.

Sadownik:
Czyli co, Heńka zachowuje się jak mężczyzna, choć suka?

Jabłoń:
Ano.

***

Horyzont poszerzony: dowiedziałam się, żę dobrze jest dać od czasu do czasu psu ugotowane jajko... w skorupce. Jest i zabawa, i jedzenie. Jak tylko wróciłam do domu, sprawdziłam. Turlane jajko po parkiecie ma fantastyczny dźwięk. Zabawę Kudłata miała przednią. Po jakimś czasie żadnych szczątków jajka nie zlokalizowałam, tylko jeszcze bardziej szczęśliwego psa. I o to chodzi, właśnie o to chodzi!

_______________________
‡ Co nareszcie tłumaczy, dlaczego czasem Heniuta nie reaguje.
† Mężczyzna jako urządzenie jednowątkowe zwykle pozbawione kobiecej zdolności do jednoczesnego bujania wózka, gotowania obiadu, rozmowy przez telefon, malowania pazurów i planowania jutrzejszego dnia.

niedziela, sierpnia 21, 2011

323. Globus... Orzeszkowa wiecznie żywa

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Przyszedł czas. U jednych to suwane w ciszy talerze. U innych trzaskające drzwi. Szarpnęło i w Przytulisku zmianą. Bolesna świadomość, że coś zmienić się musi od zaraz, natychmiast, bezwzględnie, bo dalej już nie da rady w ten sposób. Brzmi dziwnie, bo jeszcze dwa dni temu dawało się bez żadnego problemu, a teraz już nie, i koniec, i basta, dość! Burza przyszła, powaliła piorunami argumentów, grzmotnęła propozycjami nie do odrzucenia i poszła. W zjonizowanym powietrzu naszej relacji śmiejemy się z siebie wśród obeschniętych łez:

Jabłoń:
W końcu, skoro Zenka przechodzi kryzys małżeński,
to dlaczego ja miałabym mieć lepiej?

Sadownik:
Zenka ma bardzo bogatego męża i w związku z tym
może sobie przechodzić kryzys małżeński,
my się tylko kłócimy.

To już przynajmniej wiem, czym z definicji różni się kłótnia od kryzysu małżeńskiego. Tylko po co mi ta wiedza?

piątek, sierpnia 19, 2011

322. Sadowniczka Osiatyńskiego

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Książki Dębu-Osiatyńskiego w kwestii alkoholowej przeczytane mam od deski do deski (289, 295). Z wieloma zaznaczeniami — do których lubię wracać — zajmują właściwe miejsce na półce moich wartościowych książek. Gdy kilka dni temu, świętując z Sadownikiem powrót do domu, zaszliśmy do księgarni, niby niegroźna wizyta zamieniła się w zakup niekontrolowany, bo wpadło mi w ręce i to, i owo. Gdy zobaczyłam Autorkę i tytuł, wiedziałam, że bez tej książki nie mogę wrócić do domu. Zdziwiło mnie wydawnictwo, ale teraz, gdy jestem już pod koniec tej pozycji książkowej, wcale a wcale nie dziwi mnie, że literki Dębowej Sadowniczki wziął pod swoje skrzydła Kraków.

Jest w tej książce wiele miejsc, które opatrzyłam papierkiem-zakładką. 12 Kroków zawsze mnie fascynowało, choć ich sformułowanie i wynikające z niego niezrozumienie mogło zapalać w głowie ostrzegawcze żółte światło — z niezrozumieniem na szczęście można sobie poradzić. Mól książkowy we mnie podniósł wzrok znad książki i zapytał retorycznie: jak wyglądałaby Polska, gdyby 10 przykazań wymienić na 12 Kroków? To nie Mól, to Niepoprawny Marzyciel!

Pewien dostojnik kościelny i religioznawca poprosił kiedyś niepijącego AAowca, by objaśnił mu sens programu Anonimowych Alkoholików. Ten przeczytał na głos Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji, a następnie opowiedział, jak przyczyniły się one do jego długoletniej trzeźwości. Dostojnik wysłuchał i rzekł:Ależ wy mówicie dokładnie to samo co my! – To prawda — odrzekł alkoholik — tylko nasz program pomaga nie pić, a wasz nie”.

***

     — Wiesz, co mi pomogło uwierzyć w Siłę Większą niż ja sama? — zwierzyła mi się. — Że coś takiego jak złapana guma, pełnia księżyca lub trzęsienie ziemi pozostaną zawsze poza moją kontrolą.
     Ja również w Hazelden zrozumiałam wiele rzeczy. Jeff Bronowski, pastor episkopalny, który w „Lilly Hall” jest doradcą duchowym, pracując z grupą nad Drugim i Trzecim Krokiem, wyjaśnił w najprostszy możliwie sposób, na czym polega różnica pomiędzy religią a duchowością.Religia to jest doktryna, dogmat i teologia; duchowość to jest miłość, troskliwość i wsparcie”.

E. Woydyłło, Rak duszy, O alkoholizmie
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011.

środa, sierpnia 17, 2011

(319+2). Podano psa w trawie niecytrynowej... Pycha!

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Ludzie na grzyby. Kudłata do raju.
Wszystko to zorganizowane w jednym miejscu na Dzikim Zachodzie.

Heniuta uwielbia trawy. Im wyższe, tym lepsze.

Niczym dziecko Indygo pomiędzy załatwianiem swoich leśnych spraw podbiegała po kolei do każdego z nas (czworo ludzi), by upewnić się węchem, że wszystko jest ok, a potem znów truchtogalopikiem jak szalona leciała dalej, do krzaczków, których jeszcze nie wąchała, do gałęzi, które aż piszczały, by je przeniosła na inne miejsce. Niczym pies pasterski miała na nas wszystkich oko podczas całej tej wycieczki --- psie, pełne miłości i oddania oko.

wtorek, sierpnia 16, 2011

(319+1). Nierównouprawnienie

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jabłoń:
(pozbawiona rozsądku wraca z kuchni
z piątym kawałkiem cieplej drożdżówki
)
No, nie mogę się opanować.

Mama Sadownika:
No i dobrze.
Ja, jak mam chęć coś zjeść, to jem.

Tata Sadownika:
(z uśmieszkiem, że niby nie mówi o swojej Małżonce):
A ja, jak mam chęć, to Ona krzyczy.

319. Doszyta

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dwa dni na Dzikim Zachodzie. Patriarchalizm. Seniorka rodu, której wszystko wolno. Niewidzialne sznurki połączeń między członkami Rodziny. Temu nie wolno pół kroku do przodu. Tamten nie może się obrócić. Wiadomo: „nie wypada”, albo „co ludzie powiedzą”. Sadownik od dzieciństwa doskonale porusza się w tych strukturach. Ja przez trzynaście lat, pomimo starań, uwagi i troski nie raz i nie drugi wyrżnęłam sięgając szczęką bruku. Czasem się nie starałam, czasem ów bruk mi tak dołożył, że protestowałam na wiele różnych sposobów. W końcu ja jestem do nich tylko przyszyta.

Aż przyszedł weekend, taki jak ten, co właśnie minął, gdy nagle wśród tych sznurków zależności wszelakich poruszam się bez skrępowania. Ten ma to. Tamten nie znosi, gdy mu tak lub inaczej. Proszę bardzo, już mi to wcale nie przeszkadza. Przesunę się, odsunę, zaniemówię, wyjdę, pójdę, nie pójdę, ale zawsze patrzę.

Gdy siedząc w spokoju obserwowałam tę maszynę genów, krwi i wzajemnych zależności, nagle zobaczyłam, że przypomina mi ona budowlę budowaną na raty. Najpierw pokoik z kuchnią. Potem długi korytarz wzdłuż którego po dziesiątkach lat dobudowano pomarańczarnię, stajnię i trzy sypialnie. Po następnych kilkudziesięciu latach jako kolejne piętra nie zważając specjalnie na trendy w budownictwie dostawiono kolejne pokoiki, służbówki, apartamenty, winiarnie, komórki, stryszki w podziemiu, świątynie. Wszystko to dziś stanowi architektoniczną wieżę Babel dla kogoś, kto jak ja doszyty został do Rodziny. W każdym pomieszczeniu inny władca, wystrój, ustrój, obowiązujące zasady i lista rzeczy, które zdarzyć się muszą lub w żadnym razie nie mogą. Nikt nie wie, ile jest komnat, salonów, kominków, metrów posadzki, ilu strażników w ochronie, smoków i sal, do których można tylko wejść, by nigdy nie móc się z nich wydostać. Nie ma żadnej ewidencji. Żadnych planów zagospodarowania przestrzennego. Tylko korytarze i sznurki made in Ariadna’s Country.

Obijałam się o niewidoczne ściany, sprzęty całymi latami, aż nagle w ten weekend zobaczyłam, że to wszystko jest najzwyczajniej w świecie zaczarowane. To, co widzisz na wierzchu, nie jest tym, czym się wydaje. Wiele sprzętów i sal pojawia się w magiczny sposób natychmiast, gdy w jednym miejscu spotykają się określone osoby. Coś, co normalnie pełni rolę balkonu, w ułamku sekundy zamieniło się na moich oczach w cichy pokój do rozmów ze ścianami pokrytymi kwiecistym atłasem, gdzie przy niewidocznym stoliczku kawowym Matka ze swoim dorosłym Synem rozmawiała zniżonym głosem. Wiedziałam, że jeśli wejdę tam, gdy tych dwoje tam jest, wszystko zniknie i znów będzie to tylko zwykły balkon, co w pamięci swej skrywa lata osiemdziesiąte. Nie wchodzę. Tylko patrzę.

W końcu widzę i cieszę się ogromnie, że nauczyłam się już w tym miejscu być. Nie wściekać się, że nie ogarniam architektury rodzinnej budowli rytuałów, przekonań, nakazów i zakazów. Nie potrzebuję niczego kompleksowo ogarniać. Gadam ze strażnikami komnat, sal i schowków jak nie wiem co zrobić. Najczęściej jednak po prostu jestem. To wystarcza. Jestem. Doszyta, ale szczęśliwa. W tajemnicy dokarmiam czasem rodzinnego Smoka, o którego istnieniu Rodzina woli milczeć.

piątek, sierpnia 12, 2011

318. W kostiumie wilka jest... do twarzy!

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dwie panie. Dwoje dzieci w porównywalnym wieku. Chłopiec i dziewczynka w twórczy sposób zajmują się sobą bawiąc się pobliskim śmietnikiem. Panie w tym czasie oddają się przyjemności picia kawy przy ogródkowym stoliku. Śmietnikowa zabawa produkuje fantastyczny, dziki okrzyk radości młodziutkich ciałek. Jedna z pań natychmiast poczuła się w obowiązku udzielić kulturowo-społecznej lekcji latoroślom:
     — Kochanie, dziewczynki się tak nie zachowują. Bądź grzeczna!
Chłopcu nie zwrócono uwagi.

***

Ciekawe, dlaczego na widok tej sceny coś się we mnie zagotowało? Musiało nieźle bulgotać, bo rzecz miała miejsce trzy, cztery lata na ulicy Długiej w Gdańsku w środku wakacji. Nagle, historia wróciła, wyciągnięta zręcznie z kieszonek niepamięci mózgowego magika.

Rośniemy, dojrzewamy a to jedno nie podlega transformacjom: bądź grzeczna, bo nie wypada, bo urazisz innych, bo trzeba dbać o rodzinę.

Kwestionuję od wczoraj tę nędzną, wiekową tradycję. A wypada zaprzeczyć sobie? A stanąć przeciwko sobie to jest ok? Dbać ślepo o tych, którzy nie widzą powodu, by dbać o ciebie?

Odkryłam przylądek niegrzeczności. Nie zatokę ugrzecznionej niegrzeczności: nie mogę, nie dam rady; zobaczę, co da się zrobić; zastanowię się; bardzo bym chciała, ale...

Wybrzeże prawdziwej niegrzeczności może wprawić w osłupienie swym bezkresem i bezpretensjonalną siłą wyrazu: nie, nie chcę.

Czy byłam grzeczna lub starałam się być grzeczna, bo wypada, należy, trzeba? W żadnym razie. Byłam grzeczna, bo bycie niegrzeczną było trudniejsze, wymagałoby wzięcia odpowiedzialności za wybór, którego się dokonało. Dotarło to do mnie, gdy uświadomiłam sobie, że nie zrobiłam czegoś, nie dlatego, by w pokręcony sposób zaprotestować; nie po to, by w środku sierpnia na złość nieżyjącym babciom odmrozić sobie uszy. Nie zrobiłam, bo... nie chciałam!

Podrabiany mundurek studentki Wyższej Szkoły Bycia Matką Teresą odwiesiłam na kołek. Już jest całkiem niepotrzebny. Nie, nie chcę. Nie, dziękuję. O dziwo, mając świadomość tego, że potencjalnie stracę kilkoro ludzi zyskałam... dużo czasu. Przyszedł czas na kostium wilka. Na widok tej szmatki Życie we mnie zabulgotało niekłamanym zachwytem i dziecięcą radością.

czwartek, sierpnia 11, 2011

317. Historia wielu drzwi

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Drzwi, na których progu nadzieja przesiaduje godzinami.
Drzwi, co pamięć mają wspaniałą.
Drzwi, które miłość co dnia otwiera.
Drzwi, którym się zdaje, że wiedzą, czym jest wieczność.
Drzwi, co tylko czekają na twój zachwyt i moje spojrzenie.
Drzwi do Ciebie, do mnie, do naszych światów.
     — Nie wiedziałam, że istnieją, więc skąd Pan wiedział, że ma do nich klucz?
     — Wytrychem, Paniusiu, wytrychem…
     — No to wydrychem!

środa, sierpnia 10, 2011

(315+1). Formularz zgłoszeniowy na... ruinę

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Czy jest coś, co możesz i lubisz jeść?
Czy jest coś, co lubisz jeść i Cię na to stać?
Czy jest coś, co lubisz jeść i umiesz to zrobić?
Czy jest ktoś, kto lubi zjeść z Tobą to, co ugotujesz?
Czy jest ktoś, kto czasem dla Ciebie gotuje?
Czy jest ktoś, komu lubisz robić niespodzianki?
Czy jest w Twoim życiu ktoś, kogo kochasz?
Czy jest w Twoim życiu ktoś, kogo kochasz i kto kocha Ciebie?
Czy jest ktoś, kto umie rozśmieszyć Cię do łez?
Czy chociaż raz dziennie uśmiecha się do Ciebie jakiś obcy człowiek na ulicy?
Czy masz miejsce, w którym czujesz się u siebie?
Czy masz ulubione drzewo, ścieżkę, park?
Czy masz chociaż jedno marzenie, które rozpala Cię i ożywia od środka?
Czy możesz o własnych siłach pójść tam, gdzie chcesz?

     — Im więcej odpowiedzi „tak” na powyższe „czy...”, tym mniejszą jesteś ruiną — powiedziała poważnie Henia z dumą kompetentnego poborcy podatku katastralnego rozlaną na swym psim pysku.

***

Ma rację Psia Cholera. Do końca życia się nie wypłacę. :) A ustawowe odsetki od nieświadomości posiadanego bogactwa? I... wspaniały znaczek skarbowy... nie kupić, nie oglądać, ale posłuchać i pozwolić ponieść się własnym nogom:

Dmitrij Szostakowicz, Jazz Suite n°2, Valse n°2.

*

[suplement 5.01.2023]

Dmitrij Szostakowicz, II suita na orkiestrę jazzową, Walc II,
Royal Concertgebouw Orchestra,
White Raven’s Favorites Playlist 2022, #5.

*

[suplement 16.08.2023]

Dmitrij Szostakowicz, II suita na orkiestrę jazzową, Walc II,
Richard Galliano (akordeon).
White Raven’s Liked List

*

[suplement 27.07.2024]

Dmitrij Szostakowicz, II suita na orkiestrę jazzową, Walc II,
Russian State Symphony Orchestra, Dmitry Yablonsky (dyrygent),
White Raven’s Favorites Playlist 2022, #99.

poniedziałek, sierpnia 08, 2011

315. I po mostach...

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

300 km nadziei i miłego oczekiwania, że już za chwilę.

Mama kocha mnie jedzeniem. Ojciec milczeniem. Piramidalnie budowane nieporozumienie. Po 30 godzinach najedzona po kokardki i nafutrowana ciszą odmówiłam kontynuacji rodzinnego spotkania.

300 km w odwrotnym kierunku. Szukałam samej siebie. Znalazłam. Jestem ruiną. :(

314. Psy ludziom a ludzie?

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

W tym tygodniu, wskutek zaniżonego spożycia cukru włączyłam na luz. Wszystkie zawodowe i studenckie książki poszły precz. Ze stosiku nieprzeczytanych wydobyłam dwie, o historiach ludzi, na których drodze stanął pies, który... co zrobił? To, co robią małe dzieci... odmienił ludzkie życie nie do poznania.

Czytając te książki chciałam upewnić się, że szaleństwo mego zachwytu nad Henią nie zamienia się w patologię nieświadomej siebie kobitki przed czterdziestką. Może to głupie, ale w ogromny spokój wprawia mnie znalezienie choćby jednego człowieka na Ziemi, który w kwestii, która mnie nurtuje... ma tak jak ja. To mi zwyczajnie wystarcza — pewność, że to nie fatamorgana, że ścieżką, na której właśnie stoję, już ktoś szedł lub właśnie ku mnie idzie, bo znajduje się na wyciągnięcie dłoni.

***

Pierwszą książkę kupiłam w zeszłym roku, trochę w rozpędzie, jeszcze gdy Heni nie było z nami, choć była już na świecie. Wówczas pustoszyłam półki z książkami Wydawnictwa Galaktyka, które ma na swoim koncie wiele dobrych psich pozycji książkowych.

Przeczytałam ją dopiero w tym tygodniu. Czytałam w tramwaju, autobusie, kawiarni, niezmiennie płacząc co kilka stron. Gdy dotarłam do ostatniej strony, wiedziałam, że rozgrzeszenie z miłości do Heńki mam w kieszeni. :) To książka o Oficerze, który w Faludży znajduje... pięciotygodniowego szczeniaka.

Gdy przez całe życie zawodowe ocierasz się o przemoc, psy pomagają ci pamiętać o tym, że nadal jesteś człowiekiem.

*

Głównie jednak widzę twarze ludzi, którzy narażali życie, próbując ocalić Lavę. Oni mnie zajmują najbardziej. Myślę, że wszyscy pozwoliliśmy, żeby ten mały, wyliniały i zapchlony zbieg wdarł się w nasze serca. Jakby miłość była złowrogim zarazkiem, którego celem jest szerzenie infekcji. Teraz więc, gdy już wszyscy jesteśmy dotknięci zarazą, gdy już wszystko zmierza ku końcowi, gdy wszystkie drogi ucieczki są na dobre zamknięte, czuję, że to wina tych, którzy pozwolili mi wierzyć, że Lava wydostanie się z Iraku żywy.
     Ale może ten mały gówniarz już nie żyje. Albo ludziom nie udało się go wyprowadzić i teraz psiak błąka się po ulicach Bagdadu, zdziwiony, że wszyscy się gdzieś rozpierzchli. Jeżeli Lavie się nie udało, to modlę się, żeby znalazł kogoś gdzieś w Bagdadzie, kto chociaż przez kolejny dzień utrzyma go przy życiu.
     A oto ostatnia część mojego wyznania: pragnę, żeby Lava przeżył. Nawet jeśli wszystko toczy się źle, zawsze lepiej pozostać przy życiu. Pragnę wiedzieć, że oddycha, goni pyłki kurzu, a we śnie ściga wyimaginowanych wrogów. Pragnę, żeby żył, bo wtedy ciągle jest nadzieja, że uda mu się przyjechać do Kalifornii i stać się amerykańskim psem, który biega po plaży i goni listonosza, a nie obcych ludzi z bronią. Najbardziej na świecie pragnę tego, żeby żył.

J. Kopelman, M. Roth, Misja SZCZENIAK, Pozdrowienia z Bagdadu
Wydawnictwo GALAKTYKA, Łódź 2007.

Poszukałam i... znalazłam. Gdy dotarłam do 3 minuty i 57 sekundy filmu pomyślałam: to tak jak pod naszą górką, codziennie o 21.00: Koko, Joga, Harry, Mimi, Dżako, Colina i Henia a czasem jeszcze na dokładkę Bobik i Lula. My, właściciele, tworzymy małą osiedlową, psią społeczność; gdy znikamy na kilka dni uprzedzamy, mamy do siebie numery telefonów, a nasze psy mogą przespać wszystko, ale nie magiczną dwudziestą pierwszą.

***

Drugą książkę kupiłam, bo... bohaterem jest labrador i chłopiec, który ma ADHD. O ADHD tylko czytałam kilka lat temu. Czytać to jedno, doświadczyć obecności człowieka, który to ma, to zupełnie coś innego. Pierwszego studenta z tą przypadłością w pełnym rozkwicie miałam na zajęciach dwa lata temu. Oniemiałam z wrażenia i przerażenia. Moje zajęcia nie były jego wymarzonymi, za dużo detali, zbyt duża koncentracja wymagana na starcie. Więc, kupiłam tę książkę, bo choć owego człowieka już tylko mijam na korytarzu, chciałam dotknąć choćby intelektem i przez chwilę świata chłopca, który doświadcza ADHD na sobie. Znów były łzy wzruszenia i... zrozumienia, bo wiem, jak to jest czuć się innym, choć nie mam ADHD.

Dla takiego odludka jak ja to było wyzwanie. Nie miałem przyjaciół, którzy chcieliby spędzać ze mną czas i ryzykować dla mnie, gdyby trzeba było walczyć. Przywykłem do tego, że mam przeciwko sobie cały świat. Nie wiedziałem, czy jestem gotów otworzyć się na kogoś. Nawet na psa.

*

(...) Po kilku minutach Aero miał już obróżkę i smycz, jak Pan Bóg przykazał. I mówię wam, wyglądał super. Podniósł na mnie wzrok i mrugnął z aprobatą, jakby mówiąc: „Gratulacje, chłopie”. Dobra, nie mrugnął. Ale od czego wyobraźnia? Zrobiliśmy to — i teraz oficjalnie byliśmy partnerami.
     — Zuch chłopak! — powiedziała z uznaniem Nina.
     Nie wiedziałem, czy mówi o mnie, czy o Aero, ale na wszelki wypadek wziąłem pochwałę do siebie. Pochwyciłem ją radośnie i nie zamierzałem puścić.
     Wtedy trenerka cisnęła garść psich smakołyków, na które Aero łapczywie się rzucił, i muszę przyznać, że mnie też korciło spróbować.
     I wówczas, w jednej chwili, zrozumiałem sens pierwszej udzielonej mi lekcji: liczą się tylko pozytywne wzmocnienia. Na groźbach daleko nie zajedziesz: ani z ludźmi, ani z psami.

*

     — Eileen, miała trzydzieści dwa lata, gdy stwierdzono u niej zespół sztywności uogólnionej, co w skrócie oznacza, że wszystkie jej mięśnie odmówiły posłuszeństwa. Przez dwadzieścia lat prawie nie mogła się poruszać — poinformowała nas Nina. — Teraz mieszka sama z jednym z naszych psów o imieniu Żeglarz. To czarująca kobieta, więc na pewno będzie interesująco.
     
(...)
     Pod wieczór usiedliśmy w trójkę, żeby pogadać o tym, czego się nauczyliśmy. Nadal mnie ciekawiło, jak Eileen dawała sobie radę bez psa.
     — To co właściwie zmienił Żeglarz w pani życiu? — zapytałem, patrząc na jej rozpromienioną twarz w oprawie krótkich srebrzystych włosów i złotych kolczyków połyskujących w świetle lampy.
     — On dał mi życie, Liam — powiedziała i w jej głosie usłyszałem smutek.
     Pokiwałem głową z miną mędrca, po czym zapytałem, gdzie jest toaleta.
(...)
     Gdy tylko zamknąłem za sobą drzwi ubikacji, pociekły mi łzy. Tak, najprawdziwsze łzy. To był przełom, coś absolutnie nowego dla chłopaka, który nie wiedział, co to empatia i emocje. Eileen odnalazła moje serce.
     Siedziałem tam, płacząc i obiecując sobie w duchu, że czegokolwiek dokonam z Aero, będzie to darem dla tej niezwykłej kobiety.

Liam Creed, Szczeniak, Jak labrador ocalił chłopca z ADHD,
Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2011.
(wyróżnienie własne)

Nie znalazłam filmu, który był tworzony podczas szkolenia psów, w którym brał udział Liam (wraz z czwórką innych „trudnych” dzieci), ale znalazłam Eileen, Żeglarza i Canine Partners...

piątek, sierpnia 05, 2011

(312+1). Pies nigdy, przenigdy nie_jest_debilem! ______(sprostowanie)

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Tknęło mnie wczoraj. To nie Henia jest debilką, tylko ja... „Skucha” polegała na tym, że na zajęciach psiego przedszkola było: wybierzcie sobie gest, który będzie oznaczał warowanie. Wybrałam, zupełnie inaczej niż ma to w zwyczaju populacja szkolących psy. Wówczas nie miałam pojęcia, że to może być tak ważne. Nie wpadłabym na fakt, że mój pies wcale nie z powodu posiadania ludzkich przywar, cwaności i zdolności do wiecznego przeliczania zysków, ale z frustracji w najczystszej formie, z bezsilności od czasu do czasu kręci głową i... choć bardzo się stara, nie wie o co mi tak naprawdę chodzi.

Przypomniało mi się, że w książce, w której czytałam o szkoleniu border collie na pasterza olśnieniem było, że kłopotem dla psa są... źle postawione stopy, których kierunek kłócił się z treścią wydawanej przez człowieka komendy. Wolno, bo wolno, ale pomyślałam, że może cały psi świat ma rację i... sprawdziłam. Okazało się, że tylko i wyłącznie zmiana gestu na „międzynarodową” wersję odmieniła Kudłatą. Henia już nie musi „kalkulować”... w końcu bezbłędnie wie o co mi chodzi! Skończyły się kłopoty. Taki piękny prezent — odrobinę zrozumienia — podarowała mi wczoraj Heniutka w dniu, w którym skończyła dokładnie 15 miesięcy. Odwdzięczyć się mogłam tylko kiepsko opakowaną kosteczką świadomości, że kocham tego psa jak żadnego innego.

W praniu przećwiczyłam czytany miesiąc temu akapit:

Dlaczego, przynajmniej niektórzy z nas kochają psy? Dlaczego pokochałem Brenina? Chciałbym myśleć — i tu znów muszę uciec do metafory — że docierają one do najgłębszych pokładów dawno zapomnianej części naszej duszy. Tu właśnie mieszka nasze dawne ja — część nas, która była tam, zanim staliśmy się małpami człekokształtnymi. Tu właśnie jest wilk, którym kiedyś byliśmy. Ten wilk rozumie, że do szczęścia nie dąży się poprzez kalkulacje. Rozumie, że żadna prawdziwa relacja nie może się opierać na kontrakcie. Na pierwszym miejscu jest lojalność. I jest to coś, co należy szanować, choćby się waliło i paliło. Kalkulacje i umowy zawsze pojawiają się później — kiedy do wilczej dołącza małpia część naszej duszy.

M. Rowlands, Filozof i wilk. Czego może nas nauczyć dzikość
o miłości, śmierci i szczęściu
, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011.

czwartek, sierpnia 04, 2011

312. Cwana psia... Debilka

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

W Przytulisku nie ma zmiłowania, śmieje się Sadownik... uczyć się trzeba! Nie ma wymówki, że bliżej nam do emerytury niż do zerówki. Taka karma!

Wypełnialiśmy testy osobowości naszej Heniutki, bo i ona idzie do „szkoły” pod koniec sierpnia. W kategorii „lękliwość” dwie ankiety wypełnione niezależnie przez Jabłoń i Sadownika stwierdziły zgodnie, że Kudłata zdobyła minimalną liczbę punktów, czyli 10 — nie chce się bać cholera. Maksa według Jabłoni, lub prawie maksa według Sadownika Heńka zdobyła w kategorii „towarzyskość”. Jedno z pytań w tej puli zwróciło naszą uwagę na to, że Sierściuch za wszelką cenę szuka kontaktu fizycznego z nami. Fakt! Stwierdziliśmy to niezależnie analizując heńkowe wieczne łażenie za nami i pokładanie się na stopach. Nie byłoby o czym wspominać, gdyby nie kategoria „inteligencja/zdolność uczenia”, gdzie oceniliśmy naszego pupila jako... średniorozgarniętego. Mądry i pojętny pies, ale jak wół z naszych odpowiedzi wynika, że w sumie to raptem 3+. Z jednej strony, może to my sami wystawiamy sobie laurkę tych, co cierpliwość czasem do kundla tracą. Z drugiej strony, stwierdziłam, że być może uruchomiło się w nas niezaprzeczalne i nie do wymazania bycie nauczycielskimi dziećmi. W końcu jak ktoś nie chwyta w lot i za pierwszym razem to... jest debilem. Henia czasami jest wyjątkową debilką. Widać gołym okiem, że wie o co chodzi, ale ona sama nie widzi powodu, dla którego miałaby zrobić to, o co jest proszona. W sumie, w wielkoduszności swego psiego serca wybaczy nam i 3+, bo to przecież całkiem niezła nota, gdy jest się psem nauczycielskich dzieci. Taka karma!

311. Szukając początku

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Obcy nie tylko wylądował przewracając, kiepsko ułożony bez niego, świat do góry nogami. Początki porządkowania świata były ekscytujące. Szybkim krokiem wmaszerowała pod nasz dach sokowirówka i Sadownik odkrył przede mną pyszny świat soków warzywnych. Nie, jakiś tam sok marchewkowy, który znam z dzieciństwa, lecz płynna kombinacja tego, co da się wycisnąć z marchwi, selera, buraka i jabłek. Zrobiło to na mnie piorunujące wrażenie. Tak duże, że punkt dnia pod tytułem „sok” jest dla mnie punktem obowiązkowym. Mistrz ceremonii podaje naprzemiennie w dni nieparzyste soki warzywne, w dni parzyste owocowe. Ja w tym procederze pełnię tylko rolę cerbera pytając niezmiennie „o której dziś będzie sok?”.

Obcy nie tylko wylądował, ale przywiózł w plecaku ziarenko groźnej ideologii, co żądna ofiar była od maleńkości. Z doby na dobę wyrastała z niej groźna roślina, która niepostrzeżenie rozsiadła się na kanapie, fotelach i wszystkich krzesłach przy dużym stole. Trzej królowie (Mąka, Sól i Cukier) dostali w związku z tym wypowiedzenie. Aby choć trochę rozumieć trudy zmiany nawyków żywieniowych Sadownika zaczęłam od malutkiego kroku decyzyjnego, który dla mojego pijawkowego organizmu wcale nie jest taki mały. Czwarty dzień nie słodzę. W odstawkę poszła automatycznie czarna herbata, której bez cukru wypić nie daję rady. Półki w kuchni zaczęły uginać się od herbatek owocowych.

Przewód pokarmowy i jego życiowe potrzeby zajmowały nas nieprzerwanie do wtorku włącznie, aż się w końcu w tym wszystkim zgubiłam odkrywając, że choć kibicuję czynnie terminowi „jakość życia” to im bardziej świadomie dbam o siebie w ten nowy, zdrowy sposób, tym bardziej nie chce mi się żyć.

By odnaleźć początek udałam się na koniec, który z powodu posiadania Heńki bardzo zaniedbaliśmy. Zamknęłam Sierściucha w jej klatce i pomaszerowałam na cmentarz wojskowy. Szłam tam od miesiąca, by zapalić Maciejowi Zembatemu światełko. Minęłam bramę. Zwolniłam. Puściłam myśli bez smyczy i kagańca — jeśli znalazłyby cukier to trudno, niech się pasą. Zdziwiłam się, że cmentarz — który był dla mnie jeszcze niedawno (chwilę przed Heńki przybyciem) tak duży, nieogarnialny wręcz — teraz, przez fakt robienia dłuższych spacerów z Heniutą, okazał się... całkiem malutki. Me myśli były niepocieszone, bo nie miały nawet gdzie nabrać rozpędu. Na szczęście udało się znaleźć początek, wrócić do domu i zadać sakramentalne pytanie „o której dziś będzie sok?”.

***

Przewrotność losu... Rok temu, ze słowami Alleluja pędziliśmy na pierwsze wspólne Stadne wyjście na kawę. A przedwczoraj lampkę Panu Maciejowi stawiałam... Jego tłumaczenia, Dziadek Jacek towarzyszyły mi całe liceum, niczym kukułka w zegarze odmierzająca tygodnie pozostałe do uzyskania statusu studentki. Dziadek Jacek... uśmiechnęłam się na myśl o nim... gdyby tylko mógł, na pewno słoiczek „dźemu” by na grobie postawił... Wciąż jestem studentką, a Pana Macieja już nie ma...

Maciej Zembaty, Alleluja.

Stara, pogięta, niebieska książeczka wciąż ze mną jest, a w niej zaznaczenie, które ma więcej niż dwadzieścia lat:

Znienawidziłem wszystkie miejsca
Wszystkie twarze i zajęcia
Ktoś zapytał czego chcę
Pragnąłem by ktoś objął mnie

tłum. Maciej Zembaty (Cohen, 1966)

Pan Maciej wciąż w tej książeczce jest!

sobota, lipca 30, 2011

310. Obcy wylądował

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jabłoń:
(do odmienionego fizycznie, 13 kilo lżejszego Sadownika,
który by robić jeszcze bardziej piorunujące wrażenie na kobietach
zgolił brodę i poszedł dziś do fryzjera
)
Wyglądasz jak obcy facet, a nie jak mój mąż.

Sadownik:
(z uśmiechem i przekorą)
To co, mam wracać skąd przyjechałem?

Jabłoń:
(z miłosnym obłędem w oczach)
Nie, tylko pierwszy raz w życiu mam ochotę na Obcego...

piątek, lipca 29, 2011

309. Kur domowy, sztuk raz

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Pakuję pośpiesznie tęsknotę w paczuszki, kuferki i pudła. Dość! Pragmatyzmu tableteczki połknąć czas. W rytmie parytetu, w rolę Kura Domowego się wbijam. Pranko. Podłogi. Psiej sierści mówię do rychłego zobaczenia. Lodówkę napełniam. Dwa komplety naczyń doprowadzam do nieskazitelnej czystości. Pudełko po pizzy usuwam w cień śmietnikowego życia, bo embargo na białą mąkę wraca razem z Sadowniczą Duszą. Czego jego oczy nie zobaczą, tego jego żołądkowi nie będzie żal. Książki w zgrabne rządki układam i klnę tego kura, co je przytargał sztuka po sztuce moimi rękoma. Koniecznie, płyty do pudełek chowam litanię do świętych zasad Sadownika odmawiając. Jedno jednak zostawiam sobie na sam koniec. Słomiane wdowieństwo otrząsnę z siebie dopiero, gdy Sadownika w drzwiach zobaczę.

Gdzie my nie pójdziemy... Czego to my nie będziemy robić... Długa lista.

Szeptać. Rozmawiać. Opowiadać. Kawę razem pić. Czytać niby osobno, ale z wewnętrznym przymusem natychmiastowego spełnienia „no, muszę ci to przeczytać, słuchaj”. Śmiać się będziemy razem. Tulić. Wpadać na siebie, niby zupełnie przypadkiem. Za rękę ciągnąć. Dłoń w dłoń wpychać na spacerach. Synchronicznie myć zęby. Na łyżeczkę znów zasypiać...

Niesamowite, dotarło do mnie właśnie, że nasza definicja raju usłana jest czasownikami.

308. Blogowa „parafilia”

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Ramówka w naszym ulubionym radio zmieniła się jakiś czas temu wprowadzając w niedzielę rano program „Polityka kulturalna”. Bywa różnie. Był taki jeden, co „błyszczał” intelektem co chwilę. Był ostatnio „na jakimś filmie” i czytał dzieciom „oj, jest taka seria...” „o takiej dziewczynce”. Super! Ręce opadają do ziemi.

Tydzień później był dużo bystrzejszy, choć z nie najlepszą przeszłością i kiepskim PR. Przynajmniej o miłości do mebli ciekawie opowiadał. Podczas tej audycji dowiedziałam się, że pisał bloga, ale przestał, gdy odkrył, że uprawia ekshibicjonizm. No tak, gołego tego pana, to ja oglądać bym nie chciała pod żadnym pozorem. Zastanawiał mnie jednak podany przez niego powód wydania blogowej komendy „stop”.

Co jest złego w tym, aby na chwilę pochylić się nad swoim życiem, własnym sposobem pojmowania świata? Ucieszyć się, zdziwić, zezłościć? Dlaczego dobrze jest czytać wielkich poetów i pisarzy, a źle jest podzielić się sobą? Zobaczyć, że inni mają podobnie? Poczuć się jednym z wielu ziarenek ludzkiego piasku. Megaekshibicjonizm! Nie, raczej pył historii, bo tych chwil już nie ma. Taką byłam, tą drogą szłam. Tak. Tylko tyle. A jeśli choć jedna osoba, co na swojej drodze jest, uśmiechnie się od tych literek, to... cudownie! Jak napisał Boris Cyrulnik, co flirtował ze mną swoją okładką cały zeszły tydzień, aż drania kupiłam i połknęłam w jeden wieczór:

Możemy używać słów, by nabrać uczuciowego dystansu, by spojrzeć na siebie z zewnątrz, pod warunkiem że skierujemy te słowa do drugiej osoby, by ułatwić sobie oddalenie.

B. Cyrulnik, Rozmowy o miłości na skraju przepaści,
Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2011.

Dlaczego więc nie dzielić się słowem pisanym i czytanym na wielu blogach, by ułatwić sobie i innym zbawienne oddalenie? Dlaczego nie?

***

Jeśli mówienie jest słabością, to nie chcę siły:

(...) Każdy, kto przeżył kawałek życia, wie, że szept „kocham cię”, szept do zatracenia, upaja przede wszystkim tego, kto miłość wyznaje, rozkosz i satysfakcję zaś sprawia osobie kochanej tylko wtedy, kiedy wyznania takiego wyczekuje. Uświadomienie sobie tego powoduje, że tyle osób tłamsi swoje uczucie w milczeniu. Wiele opowiadań Hamsuna to dramaty niedomówień, niemożności wyznania uczuć, jak na powściągliwych Skandynawów przystało. Po latach zdarza się, że ludzie, mocno już przywiędli, zaabsorbowani codzienną gonitwą i troskami, dowiadują się, że się w sobie nawzajem kochali, nawet tego nie podejrzewając. „Czemuś mi nie powiedziała!” — wybucha rozżalony siwy pan. „Bałam się” — pada odpowiedź wciąż jeszcze drżącej pani. Wypijają do dna swoje kawy i rozchodzą się, każde do swoich spraw, ale z jakimś osadem żalu do życia.

J. Hen, Nowolipie, Najpiękniejsze lata,
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011.

czwartek, lipca 28, 2011

307. Bo miłość jest na kilogramy!

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

W końcu zrozumiałam swój stary strach, że może, skoro nie pozwalam Sadownikowi na różne rzeczy, na które pozwalałam wcześniej komuś innemu, to na pewno nie kocham Sadownika wystarczająco mocno. Wydało się dzisiaj, że niestety, już nigdy nie będę Go kochać równie mocno jak On mnie. Sprawiedliwości nie ma na świecie! Nie zmienią tego nawet trzy warujące na półce książki, które Mu kupiłam, ze świeżutką Marininą na czele. Już Ona będzie umiała przytulić na kilka godzin pokrzywdzoną Sadowniczą Duszę...

Sadownik
(przez telefon):
Kocham Cię mniej.

Jabłoń:
Jak to?

Sadownik:
Normalnie. Kocham Cię całym sobą,
tyle, że na kilogramy jest mnie coraz mniej.

Z frontu tęsknot wszelakich: Sadownik już... za 30 godzin w Przytulisku.

306. Skomentować czy nie?

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Są takie blogowe miejsca, gdzie nie mam odwagi zbyt dużej, by machnąć komentarz, bo wpis wyjątkowo intymny i nie chcę zaburzać jego piękna. Z drugiej strony, chciałabym, aby ten ktoś lub ktosia wiedzieli, że uwielbiam ich pisanie, wrażliwość, bycie. Wstawić komentarz czy nie?

Jest taki Jeden (*Z), unikalny całkiem w swej istocie, co mnie wczoraj, nie wiedząc nic o tym, rozbroił i posiekał na kawałeczki swoim słowem pisanym. Tłucze w klawiaturę nieregularnie. Czasem trzyma rytm dni, częściej nie, więc nawyku zaglądania do niego nie mogę sobie wyrobić, ale jak już tam zajrzę to atmosfera wokół mnie się zmienia. *Z w ostatnim swym wpisie płynnie przeszedł od zwykłego siedzenia na tarasie do niezwykłego stóp przedzielenia warstwą materii i... przez te swoje literki wraz z moją tęsknotą za Sadownikiem w cieniutkie plasterki mnie pokroił, bym była bardziej świadoma, że już mi się marzy taka zwykła codzienność, co niezwykła jest całkiem.

Pomyślałam, zemszczę się! ;) Na stopy odpowiem historią pewnych dłoni, co spisywana była w 2005. Zwłaszcza, że dzisiaj nic, tylko wszędzie widzę ludzi co albo objęci, albo za ręce się trzymają. Ja też tak chcę!

***

Pewnego dnia na zgliszczach cudzych marzeń
mężczyzna niepewnie podał dłoń kobiecie.
Czy On się wtedy czuł mężczyzną?
Czy Ona czuła się kobietą?

Dłoń drugiej dłoni szepnęła: pozostań w mym życiu.
W cieple tych splecionych rąk ukryta była niewypowiedziana słowami obietnica:
będę Cię kochać, wspierać, ochraniać.
I poszły w świat dwie splecione dłonie nie mówiąc nic swoim właścicielom
o tym, co uzgodniły.

Pewnego dnia wiele lat potem wśród własnych już marzeń
nagi mężczyzna w swych dłoniach zamknął dłonie nagiej kobiety.
On był już wtedy mężczyzną.
Ona właśnie stawała się na jego oczach kobietą.

Dłonie dłoniom, oczy oczom szeptały: akceptuję i uwielbiam twoją seksualność.
W uścisku splecionych rąk i cieple oczu kobieta odczytała czuły telegram:
lataj Kochanie, me dłonie przytrzymają Cię
byś mogła bezpiecznie wrócić do mnie z przestworzy.
Tylko cztery dłonie wiedziały, że od nich zależy wszystko!

Morał: Noś zimą rękawiczki, bo to początek historii...
(5.05.2005)

***

Zażalenia w sprawie tego wpisu proszę kierować do *Z.

________________
‡ Kiedy rodzi się kobieta? Jeszcze w brzuszku mamy, gdy na USG lekarz płećkę upoluje? A może wtedy, gdy położna w kwitach odnotuje „córka”? Może zapada klamka kobiecości, gdy dziewczynka przypieczętuje swą obecność na świecie pierwszą kroplą krwi menstruacyjnej? Gdy się zakocha? Gdy pocałuje? A może, gdy straci dziewictwo, zyskując nową perspektywę istnienia? Może trzeba matką, teściową lub babcią zostać? Zapach opuszczonego gniazda poczuć? Judith Butler też nie ma w tej kwestii pewności. Może trzeba, na własne potrzeby, swoją definicję zbudować? Jakoś tkwi we mnie przekonanie, że każda z nas wie, kiedy dla niej owo wydarzenie miało miejsce. Dla mnie była to chwila, gdy po raz pierwszy mogłam się w pełni zatracić i zapomnieć siebie...

środa, lipca 27, 2011

305. Zatrzymaj się, bo... Świat kocha Cię!

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Mignęła mi dzisiaj na skrzyżowaniu przed oczyma piękna, czteroletnia dziewczyneczka. Ułamki sekundy potem, w mej głowie zderzyły się kulki i przyszło mi do głowy...

Tak łatwo dorosłym ludziom kochać małe dzieci. Są małe, bezbronne i... tak niebywale słodkie w swej niewinności, ciekawości — oddychające, w najczystszej formie, Piękno. Aby dziecko prawidłowo się rozwijało potrzebne jest, by kochał je cały Świat. Ta miłość pozwala zaspokajać dziecięce potrzeby fizyczne i emocjonalne. Cały Świat najpierw jest Mamą, potem jeszcze Tatą, Babcią, Dziadkiem, Ciociami, Wujkami. Z każdym kilogramem wagi i centymetrem wzrostu definicja Świata się rozszerza, przedszkole, rówieśnicy, szkoła, studia, praca. Potrzeba bycia kochanym przez cały Świat wydaje się ewoluować do niby skromniejszych rozmiarów potrzeby akceptacji, uznania, przez tych co wokół nas. To moment, gdy wielu pada ofiarą oczekiwań zewnętrznego Świata, to ma być takie, a tamto owakie. Nie idzie jednak uszczęśliwić całego, rozrośniętego Świata, z tylu istnień złożonego.

Pomimo słusznego rozmiaru i dorosłości niekwestionowanej, bezczelnie pozostaję przy potrzebie kochania. Tak, pragnę by kochał mnie cały Świat! Nie widzę niczego złego, by właśnie tego chcieć, po to sięgać i cieszyć się tym od rana do wieczora i przez całą noc. Zamierzam radość w sercu hołubić podczas każdego oddechu, bo mam szczęście i kocha mnie cały Świat! Brzmi jak bluźnierstwo, czy megalomania? A może zbyt mało chcę od Życia? Dla mnie to bardzo dużo, gwiazdka z nieba, spełnienie mojego najskrytszego marzenia, bo Światem całym, co kocha mnie, jest... Sadownik!

Nie ma naciągania w stwierdzeniu, że każdy człowiek ze swym wewnętrznym bogactwem jest całym, skomplikowanym światem. Jedyne dla mnie novum to świadomość, co dziś na skrzyżowaniu mnie dopadła. Każdy z nas, jak ta czteroletnia dziewczynka, potrzebuje miłości całego Świata... niejednego... :)

A jak jest Tobie teraz, ze świadomością, że jest w Twym życiu przynajmniej Jeden Świat, co kocha Cię bezgranicznie?

304. Psia renegatka

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Lało. Zaczęło nad ranem i lało bez przerwy. Heńka po raz pierwszy nie obudziła mnie rano. O ósmej to ja otworzyłam oko i zarządziłam szybkie wyjście na załatwianie potrzeb fizjologicznych. Stanął Sierściuch zaskoczony pod daszkiem przed klatką. Stanął jak wryty, jakby nie mógł sobie przypomnieć jakiej jest rasy. Wieczna radość ze wszystkiego ustąpiła zdumieniu, że może tak lać. No, Heniu, biegusiem! Stałam i patrzyłam na odmienionego psa. Dwa metry bez entuzjazmu zrobiła, potem ciut szybszym, nerwowym krokiem poszukała miejsca, dość dobrego na stałe produkty psiej przemiany materii. Już. Produkt posprzątany do kosza niosłam, gdy zobaczyłam widok całkowicie mi do tej pory nieznany. Henia zdegustowana pod drzwiami do klatki stała. Nie było siły, która by ją na spacer wyciągnęła. Kto by pomyślał, że jeśli chodzi o deszcz, to i Heni cierpliwość ma swoje granice. Czy Pani Pogoda mogłaby to uwzględnić? A może Henia mentalnie się postarzała podczas Sadowniczej nieobecności?

wtorek, lipca 26, 2011

303. Słodkie konsekwencje karty win

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Bo nie wierzyłam, że można mnie kochać, tak po prostu, za mój śmiech, łzy i poczucie humoru. Bo nie wierzyłam, że można mnie kochać z bagażem moich upartych pragnień, strachów i wątpliwości. Bo nie wierzyłam, że wypada dzielić się z drugim człowiekiem swoimi marzeniami, ograniczeniami i bólem. Bo nie wierzyłam, że mogę być ważna dla kogoś. Bo nie wierzyłam, że ktoś mógłby mnie pokochać. Bo... bo... bo... Moja wina, moja bardzo wielka wina. Brak wiary był największą winą, za którą płaciłam niezłą cenę, dorzucając przyzwoity napiwek.

Aż przyszedł dzień, co obdarował mnie odwagą, by zrezygnować z tego, do czego byłam ze strachu przywiązana. Jak szczenię rzuciłam się w wir „nie to nie!”.

W roku, w którym kończyłam 25 lat w prezencie od Życia otrzymałam Szansę na stanie się Jabłonią, bo spotkałam Człowieka, co też nie przypuszczał, że stanie się najwspanialszym Sadownikiem Światów Wielu.

***

Są ludzie, co twierdzą, że do szczęśliwego związku potrzeba dwóch połówek pomarańczy, jabłka, lub po prostu dwoje „właściwych” ludzi. My z Sadownikiem wiele razy już ustaliliśmy, że Dwoje Ludzi to za mało, musi się to wszystko dziać we Właściwym Czasie. Gdybyśmy się spotkali kilka lat wcześniej, pewnie byśmy przeszli obok siebie nie zauważając ani Potencjalnego Sadownika, ani Potencjalnej Jabłoni.

***

Ciekawe, czy teraz Syrriuszowi będą zgadzać się rachunki? :)

***

Odnotować należy, że Jabłoń i Henia mają znów więcej szczęścia niż rozumku, bo Sadownik będzie w domu już za 76 godzin.

Aristotle hit the bottle
and Plato loved the blow
he said one plus one plus one is fun
and left a note for Michelangelo

Gordon Haskell, All in the Scheme of Things.

niedziela, lipca 24, 2011

302. Nasze psie, zapadane wakacje w mieście

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Od poniedziałku do soboty, zawsze o 17.15, Heńkę można było znaleźć modlącą się do drzwi wejściowych do Przytuliska. Każdy ruch na klatce powodował ruch sierściuchowej głowy i nadzieję, jaką tylko psy potrafią mieć: idzie! Nie przyszedł ani razu.

Wyjechał. Wywiózł swoje ciało, by w zaciszu głodu dotknąć zdrowego życia. Dostałam pod opiekę i Jabłoń, i Heńkę. O jedną i o drugą przyobiecałam dbać. Poniżej tłumaczenie z niewerbalnego psiego wyrazu twarzy na werbalny polski:

***

     — Kiedy wróci?
     — Jeszcze sześć dni.
     — A ile to sześć?
     — Podziel liczbę posiłków, co cię czekają od poniedziałku do soboty, przez dwa i to co dostaniesz w wyniku to będzie dokładnie sześć.
     — To malutko.
     — Malutko? To przedsmak wieczności!
     — Czyli co, suszona wątroba, serce, płucka i żwacze to przedsmaki wieczności?
     — Nie, Heniu, suszone to i owo to psie przysmaki.
     — Ich też dostaję malutko. Czyli co, Sadownik będzie jutro?
     — Będzie za „malutko
, ale niestety nie jutro.

***

     — Miałaś dbać?
     — A nie dbam?
     — Nie dbasz.
     — Jak to? Karmię? Karmię! Wyprowadzam? Wyprowadzam! Rano, szybkie wyjście przed śniadaniem na poranne potrzeby fizjologiczne. W ciągu dnia, spacer do parku. Po południu wizyta w lesie a wieczorem idziemy pod górkę. Mało?
     — Nie dbasz. Tylko jesz, śpisz i czytasz. Czy ty wiesz, że grozi ci deprywacja sensoryczna?
     — Co Twoim zdaniem powinnam robić, by uniknąć deprywacji sensorycznej zanim Sadownik wróci i przewróci dom do góry nogami?
     — Iść na spacer, potem do lasu, wracając pod górkę i znów do lasu, bo grzyby mogły już wyrosnąć, wiesz? I jeszcze przed obiadem na króciutki spacerek byśmy sobie skoczyły, co ty na to?
     — To wiesz, poczytam sobie jeszcze troszkę zanim pójdziemy po górkę, by móc zamknąć kolejny dzień...


sobota, lipca 23, 2011

301. Kampania informacyjna

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Po raz pierwszy Minister Finansów rozbawił mnie do łez. Wczoraj rano w porannej audycji Jacka Żakowskiego opowiedział „przypowieść” o tym, jak Salomon pomógł Motylowi w jego małżeńskich problemach:

Motyl poszedł po radę do króla Salomona, bo miał nie lada kłopot. Przyznał się, że Motylica go strasznie dominuje i on musi robić wszystko, co ona każe. Król zapytał:
     — Dlaczego?
     — Bo ona mówi, że jak tupnie nóżką, to świat się skończy — odpowiedział Motyl.
     Król Salomon udzielił Motylowi rady. Ten, zadowolony, po powrocie do domu, kiedy tylko Motylica znowu kazała mu coś zrobić, odpowiedział jej:
     — Tupaj, tupaj!

Minister mitygował się po skończeniu, że aby przypowieść była na czasie, należałoby zamienić rolami Motyla i Motylicę. Nie ma tu Minister racji. Kobiety w przemocy psychicznej są lepsze od mężczyzn a o próbie wprowadzenia parytetu w tej dziedzinie, póki co, nie słyszałam.

Można jednak na tę przypowieść spojrzeć z innego końca sali. Motylica, tylko i wyłącznie, informuje Motyla, co się stanie, gdy podda się rodzącej się w nim chęci niesubordynacji: świat naprawdę się skończy! To nie groźba, to tylko Święta Prawda, bo świat, w którym Motyl robi wszystko według jej widzimisię legnie w gruzach, gdy tylko On raz się postawi. Więc, niech się postawi! Znam jednego Motyla i czasem marzę, że się postawi, ale On chyba jeszcze nie dojrzał, by pójść do króla Salomona... Tupaj, tupaj!

czwartek, lipca 21, 2011

(298+2). Miłość szczęśliwa jest... ciekawa

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

     — Jak myślisz, czy gdybym tamtego dnia była w innym miejscu, gdybyś mnie nie spotkał, gdyby nie wydarzyło się między nami owych pięć lat, czy wówczas miałbyś zupełnie inne życie od tego, które masz teraz?
     Zamyślił się na chwilę, jakby przeglądał kartotekę swoich dni, związków i niepodjętych decyzji, a potem ze spokojem odpowiedział:
     — Nie sądzę, by było inaczej.
     Zapadła cisza. Po chwili zapytała:
     — Może ty chcesz mnie o coś spytać?
     — Nie.

***

Przyszło mi do głowy, że miłość jest ciekawa... tego świata, co w drugim człowieku drzemie, zakwita, staje się i przemienia z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z roku na rok.

Przyszło do głowy, a zaraz potem olśniło mnie, że to chyba jeden z tajemnych składników tego, co między Jabłonią i Sadownikiem. Jedno ciekawe Drugiego. Drugie ciekawe Pierwszego. Nieustannie. Czternasty rok.

środa, lipca 20, 2011

299. Mit i konsumpcjonizm

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Bogowie, chyba o fakturę, urządzają sobie awanturę.
Bo w głowie się nie mieści, że jest jakiś „Ludź”, co zamówił tyle burz na cito, czyli już.

***

Piętro niżej, z kubkiem herbaty z ziarnkami kardamonu, z ciepłą Heńką na stopach, obserwuję przez okno krokodyle łzy Bogini, deszczem zwane. Ciekawe, za co Bóg nie chciał zapłacić? Skąd ta wiara, że Sadownik na pewno by zapłacił...

wtorek, lipca 19, 2011

298. Złodziejki czas minął

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Chrześcijański, współczesny psychoanalityk — jaki piękny oksymoron, pomyślałam radośnie kilka miesięcy temu. Książeczka cieniutka. Ciekawość spora. Usprawiedliwienie w postaci egzaminów stało jak wół i głosowało „za”. Nabyłam. Jesienią, gdy ją czytałam, pomyślałam z nostalgią... szkoda, że nie trafiłam na tę książkę, gdy miałam dwadzieścia parę lat.

Zamiast nadal czuć się wstrząśniętym, trzeba zacząć przyglądać się pozytywnym stronom nowej sytuacji. Można pomyśleć o tym, czego się nauczyliśmy, o nabytym większym stopniu dojrzałości. Jednak to, co ja najusilniej radzę i co osobiście praktykuję, to odebranie tego wszystkiego, co dało się ukochanej osobie, pracy, określonej sytuacji. Trzeba pomyśleć o uczuciu, miłości, troskach, oczekiwaniach, nadziejach, jakimi otaczało się ukochaną osobę i przywłaszczyć je sobie. Przywrócić je gdzieś w głąb nas samych z dumą, że potrafiliśmy kochać. Ostrzegam, że jest to ważny punkt, ponieważ kiedy miałem mniej doświadczenia, zakończywszy jakąś przyjaźń, zawsze myślałem o tym, co dałem, i o tym, co utraciłem, że to już nigdy nie wróci. Odczuwałem pustkę, jak gdyby okradziono mnie z mojej miłości, umiejętności, z moich czułych zachowań. Myliłem się. To nie ta osoba mi je zabrała, ale to ja wszystko jej oddałem, pozostając w ten sposób pusty i zniszczony. Uwiedziony i porzucony. Odkąd po zakończeniu jakiejś historii odbieram to wszystko, co psychicznie dałem, czuję się jeszcze bardziej bogaty, jeszcze bardziej dojrzały niż wtedy, gdy zaczynałem.

V. Albisetti, Tęsknota serca,
Wydawnictwo JEDNOŚĆ, Kielce 2010.
(wyróżnienie własne)

***

On i ja. Ja i On. Jego obecność uciszała moje lęki. Lęki, które dopiero po kilku latach od rozstania byłam w stanie nazwać i oswoić.

Mama Onego pisała do niego: Zastanów się, czy cię na lepszą nie stać.
W innym liście dodała: Jest brzydka, rodzinka zwariowana.
Gdy było już wiadomo, że się rozstaniemy, ukradłam mu te listy. Nie byłam najlepsza. Nie byłam ani ładna, ani piękna. Nie przeszkadzało mi to jednak karmić swej dumy błędami ortograficznymi, składniowymi i stylistycznymi rozsianymi po tych dwóch listach Mamy Onego.

Przyszedł Sadownik. Zobaczył we mnie coś, czego nikt nie widział. Uparł się. Został. Poczekał. Zapomniałam o listach, co mą dumę leczyły. Nowe życie i nowe marzenia zaczęłam śnić.

***

Pod koniec czerwca odbył się ostatni warsztat z cyklu „Polityka relacji”. Było o rozstaniach i o tym, że często albo tylko czasem po miłościach, gdzieś w ciemnościach piwnic, w magicznej skrzyneczce jest... zdjęcie, pukiel włosów, muszelka. Potrzeba sporej siły, by umieć się z tym rozstać. Definitywnie skończyć to, co w świecie rzeczywistym jest już tylko wspomnieniem.

I masz! Przypomniało mi się, że w pewnym albumie ze zdjęciami, pod jedno z ostatnich wetknięte są Onego zdjęcia. Gdy w końcu złapałam chwilę wolnego, wyjęłam z zamiarem spalenia. Nie dałam rady, bo wśród zdjęć było jedno, zrobione w czasie, gdy Onego nie znałam. Słodki, niewinny, niepewny, miał może osiemnaście lat, wszystko było przed nim. Napisałam do Onego. Chciał je z powrotem. Dziś, razem z ukradzionymi listami, je oddałam.

On beze mnie. Ja bez niego. Plus dwie kawy. Dwa cudowne życia. W czasie, gdy Mama Onego pisała niezgrabne zdania, żadne z Nas Dwojga nie wiedziało, nie przeczuwało nawet, że tak piękne czasy są przed nami. Dziękować! Dziękować! Z dumą, że potrafimy kochać!

poniedziałek, lipca 18, 2011

297. Doktorat z... masła!

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Sprawa jeszcze kilkanaście lat temu wydawała się prosta. Człowiek szedł do sklepu kupował masło i jedyna decyzja, jaką musiał podjąć podczas tego zakupu, dotyczyła masełkowego ubranka: „pazłotko” masła ekstra czy papier pergaminopodobny masła śmietankowego. Potem, jak wszyscy wiemy, przyszedł czas, gdy wmawiano nam, że margaryna jest dużo zdrowsza od masła. Gdy już każdy zadbał o swoje zdrowie zgodnie z własnym zestawem przekonań, pojawił się produkt na który zahaczało się lenistwo lub skleroza wybranych obywateli, czyniąc ich życie znośniejszym, bo masła z dodatkiem olei roślinnych nie utwardzi nawet najbardziej rozszalała w poglądach na mrożenie lodówka. Efekt był taki, że przy kupnie masła Dwunożne Stada nie tylko prezentowały przywiązanie do marki (taki, a nie inny rysuneczek), ale również musiały wykazać się cierpliwością i umiejętnością czytania, by wśród małych literek wyszukać zbawienne 82 % tłuszczu.

Wczoraj dotarło do mnie, że parafrazując znane powiedzenie o tym jak „pieniądze na ulicy leżą”, doktorat leży pod... regałem z masłem. Nie wystarczy już pamiętać obrazka z opakowania, nie wystarczą już nieprzytomnie poszukiwane procenty zawartości tłuszczu, teraz jeszcze trzeba patrzeć na wagę. Dieta cud po cichutku sprawiła, że kostka masła waży aż... 170 g. Ten etap odchudzania „standardu” poślizgu do chleba zdziwił mnie mniej, niż przeprowadzane wcześniej odchudzanie z 250 g na 200 g. I nic dziwnego, uzasadnia mój wewnętrzny matematyk, pierwsze skuteczne odchudzanie dotyczyło 20 procent, a drugie już tylko 15 %.

W zasadzie nie byłoby powodu, by wspominać o procesie myślowym, który musi towarzyszyć kupowaniu masła, jeśli ma się uparte i niepodlegające zmianie poglądy. Sami jesteśmy sobie winni. Wydawać by się mogło, że problem kończy się, gdy masło ląduje w koszyku. Nic z tych rzeczy!

Dotarło do mnie, że ten maślany doktorat może być nie tylko z ekonomii, psychologii zakupów czy ergonomii opakowań, ale... może być również z kulinarnej archeologii. Mam przepisy, w których jak wół stoi: kostka masła. Ale która? No i masz, uśmiecha się we mnie szyderca, co już się cieszy, że podczas wyruszania w nową podróż kulinarną almanachem będzie stopka redakcyjna książki, by wiedzieć, ile wówczas wynosił wzorzec kostki masła. Może dzięki temu wzrośnie poziom czytelnictwa? A juści!

piątek, lipca 15, 2011

296. Kulinarna meteopatia

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Burza za burzą nie przynosiła oczekiwanego chłodu. Deszcz za deszczem. Słońce na jednodniowy wypad za miasto się udało. Identycznie było dwa tygodnie temu. Wtedy to miał miejsce nic nieznaczący incydent. Jabłoń zagroziła, że po raz pierwszy w życiu będzie robić pierogi. Przepis na ciasto od Rodzicielki przez telefon zdobyła. Farsz do pierogów, co ją dwa lata temu urzekły w pewnej polskiej wsi, w pamięci rozebrała na najmniejsze części składowe. Kupiła wszystko co trzeba. Sadownik próbował i odwodził Drzewko od tego głupiego pomysłu stania przy garach proponując wyjście na miasto. Wtedy to samą Jabłoń zdziwiły wypowiadane przez nią w kierunku Sadownika słowa, gdy już dotarli do domu i siaty rozpakowali: „to wiesz, pójdę się zrelaksować lepieniem pierogów”. Incydent, dziś okazał się przypadłością w rozkwicie. Wstała rano Jabłoń i wiedziała, że dzisiejsza pogoda nie wróży nic poza spełnieniem nieodpartej chęci, by zrobić pierogi z podwójnej porcji ciasta...

Jabłoń:
(dumna i blada*)
To obiad na jutro już mamy! :)

Sadownik:
(ma w oczach głód mięsożercy co z własnej woli udał się na miesięczną, jarską dietę)
Obiad obiadem, ale co będzie do jedzenia?
(po chwili, z rozmarzeniem w głosie)
something to eat... maybe meat!?**

___________________________
* bo na pierwsze danie wydała, po raz pierwszy robione, pierogi z kurkami,
* bo na drugie danie wydała pierogi z twarożkiem i malinami --- klon incydentalnego przedskoczka sprzed dwóch tygodni,
* bo jeszcze dała radę na jutro machnąć łazanki z kapustą i... nie musi jutro myśleć. Amen.

** może kęs... jakichś mięs!? (tłum. à la St. Barańczak)

czwartek, lipca 14, 2011

295. Wiktor Osiatyński inżynierem honoris causa

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Oś czasu... Magiczne „zero” oddzielające to, co było, od tego co będzie. Być w zerze, nie nadymać się zbyt mocno, nie traktować siebie zbyt serio, cieszyć się chwilą, zanurzyć się w niej bez pamięci, kochać bezgranicznie — być tu i teraz! Jak łatwo się o tym myśli, a nawet pisze, prawda?

„Tu i teraz” z modlitwy przemienia się w fakt z mego życia, gdy zaczyna przepełniać mnie uczucie wdzięczności za chwilę, która właśnie trwa. „Tu i teraz” ciałem się staje w ułamku sekundy, który ma w zwyczaju anonsować swą obecność łzą wzruszenia, że ja... że tu... że teraz... Uwielbiam te chwile, gdy czas w dziwny sposób staje się konstruktem czysto abstrakcyjnym. A potem? Cóż, niezmiennie trwam w poszukiwaniach tego znanego już tak dobrze uczucia. Nie sposób nie tęsknić za nim całym swoim istnieniem.

Trwam od tygodnia w przestrzeni bez słów. Tu i teraz urzeczona, oczarowana... Zatrzymała mnie w tym stanie ostatnia książka „alkoholowego” Osiatyńskiego. Gdybym tylko mogła, przyznałabym Mu tytuł inżyniera honoris causa za niebywale precyzyjną procedurę określania miejsca na osi czasu, które człowiekiem właśnie zawładnęło, by pomóc mu sprawnie wrócić do „tu i teraz”, bez niepotrzebnej szamotaniny i autoagresji:

Brak akceptacji i dążenie do kontroli leżą u podstaw dwóch dolegliwych uczuć — złości i niepokoju. Złość wiąże się z frustracją, z niezgodą na to, co się już stało. Dziecko chciało cukierka, którego nie dostało, toteż tupie nóżką. Dorosły chciał, by inni przyznali mu rację, a oni tego nie zrobili, więc wpada w złość. Akceptacja pozwala pogodzić się z frustracją, zastanowić się, czy to, czego chciałem, rzeczywiście było mi niezbędne. Pomaga uznać, że istnieje różnica między tym, czego chcemy, a tym czego potrzebujemy, i że nie wszystkie frustracje są złe. Niepokój dotyczy przyszłości, rodzi się z braku kontroli nad tym, co dopiero może się stać. Nie mamy pewności, czy ktoś bądź coś nie pokrzyżuje naszych planów. Czy będziemy zdrowi? Czy nie stracimy pracy? Czy będziemy mieli bezpieczną starość?
     Lekarstwem na złość jest akceptacja, a na niepokój ufność. Ufność nie przychodzi automatycznie, trzeba ją wypracować. W tym celu warto powrócić do drugiej części pierwszego kroku, gdy przypominaliśmy sobie, których z naszych zamierzeń nie zdołaliśmy zrealizować. Teraz należy pomyśleć, czy rzeczywiście prowadziło to do tragedii. A może dziś żałowalibyśmy, gdyby wówczas powiodły się nasze plany? Wielu ludzi, którzy dotąd użalali się nad sobą, podczas pracy nad trzecim krokiem uświadamia sobie, że być może jakaś siła większa od nich samych kierowała ich życiem we właściwym kierunku, i to często wbrew ich woli oraz zamierzeniom. Widzą, że niespełniona pierwsza miłość była skazana na klęskę, a druga okazała się trwała i owocna. Że pierwotny wybór studiów wcale nie odpowiadał ich wewnętrznym pragnieniom, a niedoszły wyjazd na stypendium uniemożliwiłby im awans i karierę na miejscu. Uświadomienie sobie takich zdarzeń z przeszłości pozwala z większą ufnością patrzeć w przyszłość.

W. Osiatyński, Alkoholizm I GRZECH I CHOROBA, I...,
Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2007.