potrzebuję powiedzieć Ci o smutku
na drugim dnie serca znalezionym.
potrzebuję, bo Cię kocham.
mogę powiedzieć Ci o smutku
na drugim dnie serca znalezionym.
mogę, bo mnie kochasz.
[suplement pikselowy: 20.10.2022]

Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam.
Jak to jest: żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć,
gdy prawie ci wmówiono, że jesteś taką Jabłonią?
Jak to jest kwitnąć przez cały rok? Rozkwitać każdego dnia?
potrzebuję powiedzieć Ci o smutku
na drugim dnie serca znalezionym.
potrzebuję, bo Cię kocham.
mogę powiedzieć Ci o smutku
na drugim dnie serca znalezionym.
mogę, bo mnie kochasz.
[suplement pikselowy: 20.10.2022]

wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Mając życie nasturcjami usłane. Pozbawiona lęku o posiadanie pewnej nieciekawej i finalnie śmiertelnej choroby. Jabłoń mości się na nowo w swoim życiu. Przypomina sobie i relacjonuje Sadownikowi — pewnie nie pierwszy raz — jak to Akuszer powiedział, że byłby mocno zdziwiony, gdyby Drzewko tę chorobę miało, bo profil psychologiczny ma mało pasujący do zidentyfikowanych chorych.
Jabłoń:
Nie jestem bierno-agresywna.
(mimowolna pauza teatralna)
Jestem po prostu agresywna!
Sadownik:
(z przekąsem)
Cóż za samoświadomość!
wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Okazja, by nazwać mnie czule pustakiem minęła bezpowrotnie wraz z badaniem zawartości mej głowy, co przytomnie stwierdził Sadownik jakieś dziesięć dni temu. Zauważył bowiem, że pani zawiadująca piekielną maszyną nie przerwała badania informując pacjentkę i jej Męża o tym, że w głowie nie ma nic do fotografowania.
Gdy przytoczyłam powyższe wnioskowanie Akuszerowi, ten błyskotliwie zapytał:
— A może pani fotografowała tylko krajobraz?
Gdy Sadownik opowiedział o swym odkryciu w pracy, jego współpracownicy wykazali się przysłowiową męską solidarnością i jeden próbował reanimować niepewność:
— A skąd pewność, że to mózg twojej żony. Jedyne, co jest pewne, to jej imię i nazwisko na opisie.
Gdy Nadzwyczajny wczoraj z udawanym smutkiem poinformował nas, że niestety, jest rozczarowany, bo mózg zupełnie normalny, zachwyciło mnie, że choć jedną rzecz mam w życiu w absolutnej, nudnej normie. Żadnego niedomiaru czy nadmiaru — po prostu niebywale uszczęśliwiająca norma.
Najbliżej prawdy był chyba jednak Akuszer. Na kilku zdjęciach zawartość mojej głowy wyglądała jak nasturcje akwarelą malowane.
*
Dziś, wracając do domu w cudownie wiosenny wieczór, pomyślałam z radością o kwitnących nasturcjach w mej głowie... bez mszyc.
wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Od zdjęcia do zdjęcia szłam coraz wolniejszym krokiem. Zrozumiałam, dotknęłam, doświadczyłam poruszenia Duszy, które było udziałem Sadownika w niedzielę. Wystawa.
Dotknęły mnie nie tylko zdjęcia, swą prawdą bez znieczulenia i upiększania podaną, byśmy przypadkiem iluzji happy endu nie ulegli. Po raz pierwszy z łatwością wyłowiłam kontekst, który pozwolił te zdjęcia do życia powołać. Bogactwo i dojrzałość relacji matki i syna. Niebywała bliskość, co pozwala słabość okazać. Nieustraszoność, co pozwala nacisnąć spust migawki. I wzajemne zaufanie do siebie, do chwili, która na ich oczach umykała w przeszłość.
Odchodzenie w kadr ujęte spostrzegawczym podarowało również obraz miłości (Ojca do Matki), co już nie musi konwenansów i polskiego gienderu trzymać się kurczowo — ciepłej, troskliwej, niepoddającej się, nieustającej... męskiej — piękne zdjęcia.

(fot. Grzegorz Banaszak z wystawy czas zatrzymany)
*
A gdy wyszłam, zazdroszcząc Autorowi bliskości z Rodzicielką, odkryłam paradoks:
w relacji z Orzeszkiem czuję się samotna, ale nie opuszczona.
To ważne dla mnie odkrycie. Kojące. A samotność dobra i zdrowa.
granica między życiem i śmiercią
cieniutka,
niepojęta.
na granicy tej miłość
ta, co tworzy życie spełnione,
ta, co zniesie odchodzenie.
na granicy tej seks
ten, co „rozpada” cię na miliony kawałeczków aż do zatracenia,
ten, co unosi cię ku życiu z popiołów uniesienia.
na granicy tej miłość
ta, której szukamy,
ta, która nas znajduje
co dnia.
wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Sadownikowi przypomniało się. Opowiedział o tym, jak zdjęcia modelinek pokazywał w szkole zakolegowanym artystom in spe. Nie od dziś wiadomo, że każdy widzi, co chce. Wyrwało się fachowo artystce in spe pytanie:
— Twoja żona się nie maluje?
— No, nie.
— To widać... czyli każdego dnia budzisz się, żyjesz i idziesz spać z tą samą kobietą.
— No, tak.
Sadownik przekablował Drzewku powyższy dialog, a Jabłoń nijak pojąć nie mogła, o co w zasadzie chodzi z „tą samą kobietą”.
*
Jabłoń:
(dociec chce, czy i ile traci)
Niby co się z innymi kobietami dzieje rano czy wieczorem?
Sadownik:
Nie wiem. Brak mi doświadczenia.
Jesteś moim pierwszym i jedynym kugarem w życiu.
Jabłoń:
Cudnie jest być Twoim kugarem.
wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Lekarstwo z domowej biblioteki wczoraj rano sobie zaaplikowałam. W okienku między zajęciami na książkowo-kawową terapię się udałam. Powoli, literkę po literce zażywałam w leczniczym tempie.
Otwierało się we mnie zamknięte.
Oddech złapany.
Młoda wojowniczka podeszła do lęku, skłoniła się trzykrotnie i zapytała: „Czy udzielisz mi pozwolenia, bym mogła stoczyć z Tobą walkę?”. Lęk odpowiedział: „Dziękuję za szacunek, który nakazuje ci prosić mnie o pozwolenie”. Następnie kobieta spytała: „Jak mogę cię pokonać?”. Lęk odparł: „Moją siłą jest to, że mówię szybko i wciąż zbliżam się do twej twarzy. Wtedy tracisz siły i robisz wszystko, co ci każę. Jeśli jednak nie uczynisz tego, co ci każę, nie będę miał nad tobą władzy. Możesz mnie słuchać i szanować. Możesz nawet pozwolić mi się przekonać. Ale dopóki nie robisz tego, co mówię, jestem bezsilny”. W ten sposób wojowniczka dowiedziała się, jak pokonać lęk.
*
[...] nic nie odchodzi, dopóki nie nauczy nas tego, co mamy wiedzieć. Możemy pędzić na drugi koniec świata z prędkością 200 kilometrów na godzinę, by uciec od problemu, ale on będzie już tam na nas czekał.
*
[…] chwila obecna to newralgiczny punkt naszej własnej czasoprzestrzeni. Sama bardzo krucha, ale obdarzona mocą odbierania nam sił.
*
Ostatecznie wszystko sprowadza się do pytania, jak bardzo pragniemy się rozchmurzyć i rozluźnić. Na ile chcemy być wobec siebie uczciwi.
*
[...] rzeczy, które z przyzwyczajenia traktujemy jako przeszkody, mogą okazać się pożyteczne. Przeszkody te to jedynie sposób, w jaki świat i całe nasze doświadczenie wskazują nam miejsce, w którym utknęliśmy.
*
Wszystko, co dobiega końca, jest zarazem początkiem czegoś innego.
Pema Cziedryn, Kiedy życie nas przerasta,
Wydawnictwo Mudra, Kraków 2001.
(wyróżnienie własne)

życie niezbyt dużo sobie robi z zatrzymanego świata,
pozbawione kultury gna do przodu.
nie sposób nie podnieść kwiatka...
*
Sadownik:
(w wersji rozmarzony student)
I co z tego, że wszyscy zawsze będziecie mieć
więcej liter przed nazwiskiem niż ja...
Jabłoń:
(nadstawiła ucha z zainteresowaniem)
Sadownik:
...bo tylko ja będę artystą z wykształcenia!
Jabłoń:
(z przyjemnością przyjęła
siłę logicznego argumentu)
wyglądam na smutną,
jestem zatrzymana.
w bezruchu ciała, na przekór wszystkiemu,
doświadczam bezczelnego pulsowania życia.
*
pozwolić odejść
chwili,
myśli,
pragnieniu,
uczę się dziś.
czarno-białe portrety,
przepiękne, niektóre.
czarno-białe myśli,
zatrważające, niektóre.
wszystko tylko na chwilę.
Bisquit, Wielki mały człowiek.
Nie tylko tysiące kilometrów stąd, ale również tu zaczął się czas bez.
*
Nie był tylko zwyczajnym profesorem. W drodze ku kompletowi możliwych przed nazwiskiem literek nie zagubił serca i człowieczeństwa.
Wiele razy pozwalałam sobie przymarudzić i prosić Profa, by zwolnił, zadbał o siebie, że życie do życia też służy. Nie ustawał. Żył w biegu. Odszedł. Zbyt nagle. Zbyt szybko.
Wczoraj spadła na nas ta wiadomość.
Odebrała mowę. Zatrzymała w przestrzeni.
Wieczorem na spacerze razem z Sadownikiem wspominaliśmy Profa,
nie mogąc zrozumieć konstruktu, jakim jest czas przeszły dokonany.
Tak wiele mu zawdzięczamy wprost i nie wprost.
Tak trudno uwierzyć w świat bez Jego uśmiechu, dowcipu i serca.
*
Gapię się w te literki i wciąż nie wierzę...

Nie odszedł.
Wybiegł.
Mój Prof.

*
Powraca do mnie i od wczoraj powtarza, jakby wiedział coś więcej:
— Pani Doroto, a może by pani zwolniła odrobinę, zadbała o siebie?
Zalo.
tysiące kilometrów stąd.
grzebie swe marzenia o tym,
co już wydarzyć się nie może.
tajemnica życia dopełniła się.
ruszył nowy czas, ten bez.
Zalo.
wy tam. my tu.
boli mnie odległość.
wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Prawie dwa lata temu na zaprzyjaźnionym blogu w bocznej szpalcie kliknęłam link Po drugiej stronie. Tą drogą dotarłam do bloga Chustki. Sadownik był wtedy na długiej delegacji. Wieczorami przeczytałam od deski do deski, do wzruszeń, do łez, do świadomości, że nic nie trwa wiecznie i śpieszyć się trzeba z każdym uśmiechem, z każdą czułością, z każdym zachwytem.
Czytałam niektóre komentarze. Tak trafiłam do Zorki. Przeczytałam kilka wpisów, ale całości z ekranu czytać nie dałam rady, bo Zorka pisze tak, że trzeba się zatrzymać, zadumać, utrzymać na miejscu poruszone serce i duszę. Z monitora nie dałam rady. Porzuciłam. Gdy niedawno zobaczyłam Zorkownię w księgarni, wiedziałam, że to jest forma, w jakiej chcę czytać te literki.
Jak zwykle tam, gdzie śmierć gości co dnia, miłość zakwita, nie czeka na jutro, bo może go nie być, nie wstydzi się okazać uczuć, nie boi się odsłonić i powiedzieć „jestem”. Tak, to książka o miłości...
Zapuszczając w ziemię korzenie, nie da się iść dalej.
Ja lubię być w drodze.
*
To, co przyjmiemy, wibruje w krwiobiegu, buduje tkanki.
Ludzie historie, obrazy wsiąkają pod powieki.
*
— Milion razy myślałem o śmierci, ale przede mną jeszcze długa droga. Nawet jeśli kiedyś uważałem się za twardziela, to właśnie, paradoksalnie, dzisiaj — tonąc w bezsilności i zależności — jestem nim bardziej niż wtedy. Tyle że nie ma to dla mnie większego znaczenia, Aga. Idę sercem.
*
Niewiele rzeczy da się zaplanować. Niewiele ważnych.
*
— Czasem są takie dni. Trzeba przetrwać, przespać. Ktoś bliski mi powiedział, że rzeczy mają tendencję do układania się. Spróbuj zasnąć, Jadziu.
*
Dotyk to jedyny sposób na bezradność.
*
Skądinąd każdorazowe „podziwiam cię” wprawia mnie w głęboki smutek. W podziwie przecież tak wiele zdziwienia, dziwności, tak wiele egzotyki. Spora też odległość.
*
Ponazywałam rzeczy po imieniu. Powiedziałam, że jest moim przyjacielem.
*
Ostatniego dnia, kiedy widziałam je razem, Agatka sapała cicho udręczona bólem i walką o oddech. Ręka Elżbiety niezmordowanie spoczywała na jej czole, zupełnie tak, jakby córka znów była dziewczynką. Ten gest, dłoń skulona w łódeczkę, zawsze był tarczą chroniącą od złego „Ciii, mama tu jest, ciii...”
Trzeba mieć dużo odwagi, by tak odprowadzać swoje czterdziestoletnie jedyne dziecko. By nie uronić żadnej chwili. By w wątłej, spracowanej łódce przewieźć całe to zbolałe istnienie na drugi brzeg.
Z wiarą lub bez wiary na cokolwiek poza tu i teraz.
Agnieszka Kaluga, Zorkownia,
Znak, Kraków 2014.
(wyróżnienie własne)

plus Zorkownia, ciąg dalszy.
wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Uwielbiam Sadownicze studia. Lubię słuchać o projektach, pomysłach, światłach, technikach, trikach. Zdjęcia oglądać, rozmawiać o nich, uwielbiam. Kocham doświadczać człowieka, którym Sadownik się staje. Uwielbiam dzielić z Nim życie.
Po raz pierwszy razem z Henią zostałyśmy zaproszone do szkolnego studia, by Sadownik mógł na nas poćwiczyć, zanim ruszy z obcymi ludźmi do realizacji semestralnego projektu.
Świateł masa. Sadownik odmieniony. Ja dumna, że mogę patrzeć, jak rośnie. Urzekła mnie sprawność z jaką tu włączył, tam przesunął, dostawił, przestawił, pstryk, pstryk.
I zdybał mnie na czytaniu książki w przerwach, między jedną a drugą zrzutką zdjęć na komputer. I zastygnąć w bezruchu kazał. I pstryk. I polubiłam to zdjęcie. I zapragnęłam je mieć pragnieniem zupełnie nie moim. Bo to przecież nie ja. Nie Jabłoń. Nie Drzewko. Tylko Modelina. A w bocznej szpalcie dwie świeżutkie Modeliny.
*
Jabłoń:
(ogląda zamówione zdjątka)
Spaprane! Poproszę w kolorze.
Sadownik:
Od pięciu lat pracuję nad twoim zmysłem estetycznym,
a ty mówisz mi: w kolorze poproszę... oporna materio!
(z bólem serca portrecik odcedził w kolorze)
Jabłoń:
(przeskakuje od zdjęcia do zdjęcia,
kolor, czerń-biel, kolor, czerń-biel, kolor)
No tak, jednak czarno-białe.

(fot. Sadownik)
wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Pytanie.
Odpowiedź.
Lipiec.
Normalne pytanie.
Nienormalna odpowiedź.
Teoria sześciu uścisków dłoni
ruszyła na ćwiczenia praktyczne.
*
Nic mnie nie dotykało, nie kłuło, nie ciągnęło. Fizycznie żadna krzywda mi się nie działa, ale od ewakuacji po minucie badania powstrzymała mnie tylko myśl o Mężczyznach, którzy — z miłością, troską czy wyrazami sympatii — to piekło mi zafundowali. Jeden postawił mnie pod ścianą, drugi oswajał ze mną mur, trzeciego nawet nie znam.
Jeszcze tylko dziewiętnaście minut... oswoić to bydlę, które mnie pożarło i z przeraźliwym hukiem trawi milimetr po milimetrze... lista przyjemności, którym się oddam, jak mnie technika wypluje na zewnątrz, nie pomogła... wyobrażanie sobie pięknych krajobrazów z mentalną do nich wyprowadzką, nie pomogło... liczenie oddechów, dwadzieścia cztery na minutę... przeliczyłam całe dwie minuty, nie pomogło... zaszkodziło, byłam obłędu zbyt bliska.
W końcu znalazłam antidotum na perystaltykę bydlęcych jelit... zamiast uciekać od huku, co ciałem mym wstrząsał, rytm w dźwiękach odnalazłam... poddałam mu się i melodie w głowie tworzyłam... house, clubbing... wszystko to, czego na co dzień nie trawię, pomogło mi przeżyć pozostałe naście minut i potem kolejne naście.
Wszystko, co miałam w planie na resztę wczorajszego dnia, to była pestka i czysta przyjemność. Ot, zwykłe szczęście życiem zwane.
wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
O dawaniu było. O braniu miało być. Dokładne wytyczne znane dość dobrze.
Literkę ‘b’ miałam tylko odbić. Mały wiosenny porządek w głowie zrobić.
Doświadczenie ostatnich dwóch tygodni za nic miało zaplanowany harmonogram robót. Zrobiło Ono z literką ‘b’ zupełnie co innego. Tylko obróciło. Od dwóch tygodni uczę się przyjmować... pomoc, serce, troskę, czas.
Nie tylko dawać jest wyrazem miłości, ale również przyjąć najczystszą formą miłości być może. Już to wiem. Gdy serce sercu sercem, wypełnia mnie bezgraniczne ciepło. Dzięki temu żyję bardziej i mocniej.
Tak wiele odcieni miłości w sobie teraz mam.
Tak wiele odcieni miłości mam zamiar pielęgnować.
Jabłoń:
(kabluje)
Ars napisał, że jesteśmy fajni.
Sadownik:
Nooo, ja jestem, a ty to nie wiem...
Jabłoń:
???
Sadownik:
...raz jesteś... raz nie jesteś...
...czasem wiesz, kim jesteś... czasem nie...
ty czasem nawet nie wiesz, gdzie jesteś!
wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Ars powiedział:
— Jesteś drobniutka.
Owinęłam te słowa niczym drogi klejnot. A gdy wracaliśmy do domu zapytałam Sadownika:
— Naprawdę jestem drobna?
Zdziwił się, że pytam. Zdziwiłam się, że nigdy wcześniej to do mnie nie dotarło. Ja, ktoś kto zbyt często czuł się słoniem w składzie porcelany; ktoś, kto większość swego życia patrzy na świat z góry; ktoś, kto tylko w Sadowniczych ramionach niezmiennie czuje się drobinką.
Długą drogę przebyły te słowa do mego zrozumienia.
wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
// po-superwizyjna perełka:

usłyszałam. Dzieci, które muszą zabiegać o rodziców realnie czują przykrość, ból i to wcale nie jest związane z tym, że nie chcą dać.
Łza zakręciła mi się w oku niejedna. Ten ból w człowieku pozostaje na długo. W jakimś sensie na zawsze. Ten ból leczy się latami. Może do końca życia. Nie mam pojęcia dlaczego, ale zaakceptowanie tego bólu, pozwala wyjść poza niego, pozwala wzrastać, pozwala żyć własnym życiem. Pozwala odetchnąć i odwrócić twarz do słońca.
Łza zakręciła mi się w oku niejedna. Przecież nie każdy ma tyle szczęścia, by usłyszeć, że ma prawo do odczuwania tego bólu, bez zastępowania go ślepym obowiązkiem przykazania „czcij ojca i matkę swoją”.
Łza zakręciła mi się w oku niejedna. Miłość do rodziców jest wieczna. Niby wiem, ale w środku do końca nigdy nie pojmę, dlaczego tak dużo rodziców ją odrzuca... Spotykam zbyt dużo fantastycznych ludzi, którzy znają ten ból.
wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Od piątku wieczorem kołacze mi się bez ustanku po głowie, że największym szczęściem w mym życiu są Ludzie. Niczym mantrę wymieniam w myślach imię po imieniu. Rozpiera mnie miłość i wdzięczność. Ulewa mi się nie tylko myślami, poczuciem powiększonych komór serca i duszy, ale również czynami. Przyprawiam wszystko uśmiechem i sercem.
*
Jabłoń:
(wrócona z pracy, a świeżutka niczym ranek,
podaje na stół właśnie przygotowany obiad)
Sadownik:
(co równie późno wrócił ze szkoły)
Jesteś wielka!
Jabłoń:
Nie. Tylko zakochana.
(w Sadowniku, w życiu, w ludziach — bez umiaru!)
wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Jabłoń:
(na głos oswaja nieznane)
Rezonans głowy... z kontrastem...
(po chwili zamyślenia)
...o rany, sfotografują mi moje myśli!
(ta perspektywa uczyniła ją nagą w stopniu,
w jakim jeszcze nigdy naga nie była)
Sadownik:
(rechocze)
Nooo! Te kosmate też!
wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Układ nerwowy. Mózg i rdzeń kręgowy — myślałam do wczoraj niczym magazynier podczas remanentu. Mózg, sztuk jeden. Rdzeń kręgowy, sztuk jeden. Mózg — myślałam niczym geolog — warstwy ma. Od prymitywnej, lecz ratującej życie: „zabij lub uciekaj” po koronkową precyzję kory mózgowej, która pozwala filozoficznie zapytać: „po co zabijać, po co uciekać?”. Rdzeń kręgowy — ważne by nie był przerwany. I tyle.
Brzuszek boli? Pan doktor dotknie, przyciśnie delikatnie, ale ze znawstwem i z grubsza już wie. Kaszel męczy okrutny? Pan doktor stetoskop przystawi, jego zimnem serce zatrzyma na chwilę i spokojnie wysłucha narzekań płuc i oskrzeli na pacjenta, co je przyniósł na własnych nogach do gabinetu. A układ nerwowy?
Układ nerwowy. Nie można go wyłożyć na stół. Nie wpycha się nachalnie w ręce specjalisty. Jest niczym król w czapce niewidce. Trzeba go wytropić, subtelnie, delikatnie w kontakt z nim wejść. Niemy, dużo gada tylko w ruchu. Setki drobnych ruchów sygnały wczoraj słało Nadzwyczajnemu Doktorowi. Zegnij, oporuj, wyprostuj, ręce wyciągnij, zamknij oczy i drobny ruch wykonaj, przytrzymaj, chwyć, krok wykonaj, wyszczerz się. Oniemiałam na długie godziny post factum. Dotarło do mnie, że albo przegapiłam odpowiednią lekcję w szkole, albo nie do końca zrozumiałam wagę wykładanego mi dawno temu materiału. Mózg. Rdzeń. No tak, ale bogactwo komórek nerwowych dopiero wczoraj empirycznie dało znać o swoim istnieniu. Mam je wszędzie! Pozwalają doświadczać życia, miłości, ludzi i świata.
Pozostałam w nadzwyczajnym zadziwieniu i zachwycie.
kocham to miasto
kocham swe życie
zakochałam się w tym filmie
dziś w autobusie
(making of Warsaw Halla niesamowite!)
pure passion
pure magic
pure love
wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Dwa dni temu wieczorową porą, gdy przychodnia szykuje się powoli do nocnego odpoczynku, siedziałam jako ostatnia w poczekalni do rodzinnego. Lekarze z innych gabinetów, innych specjalności przekręcali klucze, przechodzili koło mnie, znikali za tymi samymi drzwiami, by po kilku minutach przejść znów obok mnie w przeciwnym kierunku już bez kitla a w kurteczce. Wymięte dniem twarze mieli. Pierwszy przeszedł. Druga przeszła. Ale trzecia idąc po kurtkę poruszyła mnie.
Dotarło do mnie, że nie tylko my pacjenci jesteśmy oszukiwani przez system ubezpieczeń zdrowotnych. Po raz pierwszy dostrzegłam, że lekarze są równie mocno robieni w trąbę. Zobaczyłam kobietę, która marzyła o tym, by pomagać ludziom; która uczyła się naście lat nie po to, by teraz lawirować między systemowymi nakazami. Nie o tym były jej marzenia. Nie o tym marzyło jej serce. Nie chciała zostać żołnierzem w wojnie z systemem czy pacjentem. Nie tak miało być. Odkryłam niewyczerpalne miejsce szacunku do drugiego człowieka, jego rzeczywistości, marzeń i pragnień. Życzyłam tej pani dobrego wieczoru, gdy już wróci do domu...
*
Z uporem maniaka pozostaję w miejscu bezgranicznego szacunku do drugiego człowieka. Dobrze mi w nim. Wychodząc dziś wieczorem z autobusu życzyłam panu kierowcy dobrej nocy...
Heniutka:
(niema, ale wyjątkowo skuteczna z rana)
Sadownik:
(wstaje, by z nią wyjść na dwór)
Jabłoń:
(dość przytomnie zauważa)
Ty nie masz łatwego życia. Co wieczór jedna baba
zaciąga cię do łóżka, a każdego ranka druga cię z niego wyciąga.
Nie mogę zrozumieć, skąd twój entuzjazm w kwestii drugiej suki.
Sadownik:
(z nadzieją)
Bo tę w końcu uda mi się wychować.
Jabłoń:
W sumie... do trzech razy sztuka.
Pozostaję pod wrażeniem nagłego obrotu spraw, który bardzo dużo mnie nauczył i wciąż uczy. Jedną z wielu wisienek na torcie poznania była niedzielna rozmowa, która bardzo sprawnie i szybko doprowadziła mnie do szczęśliwych łez.
Sadownik:
(wrócony wieczorem po całodziennych wojażach,
zmienia nagle temat rozmowy)
A jak okaże się, że nie jesteś zepsuta śmiertelnie,
albo że da się ciebie naprawić…
Jabłoń:
Nooo?
Sadownik:
…to co ty na to, by w przyszłym roku w czerwcu
przywieźć drugą sukę?
wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
— Mamo...
— Przesadzasz.
— Mamo...
— On nie mógł tak powiedzieć.
— Mamo...
— Nie wierzę.
No i przez lata żyła na granicy wiary w to, że przesadza, że nie mógł tak powiedzieć, że nic, nigdy się nie wydarzyło.
*
Miałam skończone trzydzieści sześć lat, gdy dotarło do mnie, że coś mi się nie zgadza. Jedna, druga rysa na ideale wzorowej rodziny. A gdy Sadownik, mając zasiedziane miejsce obserwatora, wiele razy mówił:
— To nie jest normalne.
Broniłam rodzinnie idealnego porządku mówiąc:
— Nie mogli inaczej.
Gdy miałam skończone trzydzieści siedem lat, trzeciej rysy nie wytrzymał ideał. Patrzyłam jak rozlatuje się w pył. A gdy Sadownik mówił w kuluarach:
— To nie jest normalne.
Stwierdzałam:
— Masz rację, to nie jest normalne.
Gdyby mnie jednak wówczas ktoś zapytał, czy nadzieję mam, nie mogłabym zaprzeczyć.
Między jedną książką Casey a drugą, w ostatnią niedzielę wysłuchałam ciekawej rozmowy w radiu. Ponieważ po niemiecku umiem tylko trzy zwroty, ze słuchu zapisałam kalecząc nazwisko kobiety. Poszukałam chwilkę. Zamówiłam. Odebrałam. Nawet nie wiem, kiedy ją pochłonęłam. Przeszło mi przez głowę, że chyba poznaję klucz, według którego wybieram książki. Interesują mnie ludzie i historię ich dróg z punktu A do punktu B, w którym zyskują ogrom świadomości i zrozumienia, do punktu B, w którym odzyskują siłę i opuszczają pozycję ofiary, do punktu B, w którym rozpoczynają już zupełnie inne drogi.
Gdyby mnie dziś ktoś zapytał, czy nadzieję mam. Odpowiedziałabym pytaniem:
— A dlaczego miałabym ją żywić? Nie można cofnąć czasu. Nie można zmienić faktów. Moje życie jest tu. Ona jest tam.
Gdy spoglądam w lustro, widzę dwie twarze: jego i moją. I jeszcze trzecią: mojej matki. Wszyscy troje mamy taki sam podbródek. I podobnie ukształtowany odcinek między nosem a ustami. Rozmiar ciała, rysy twarzy — to wszystko cechy zewnętrzne. Ale jak jego osoba wpłynęła na moje wnętrze? Ile jest we mnie Amona Götha? Jak wiele Amona Götha jest w każdym z nas? Myślę, że wszyscy mamy w sobie jakąś część Amona Götha. Gdybym uwierzyła, że we mnie jest go więcej, myślałabym jak nazista pokładający wiarę w moc krwi.
*
Przez ostatnie miesiące czasem tracę pewność, kim jestem. Jestem Jennifer czy wyłącznie tą Jennifer, która jest wnuczką Amona Götha? Co się liczy w moim życiu?
*
Nie opłakuję dziadka, ale babcię tak. Opłakuję człowieka, którym tak naprawdę nie była.
*
Widzę teraz dość wyraźnie, jaką drogę musiała przejść [...]. To, że nie dopuszcza do siebie wielu kwestii, wydaje się jej odruchem obronnym. [...] Teraz jestem realistką: czuję, że moja matka nie chce nawiązać tak bliskiej relacji, jakiej ja pragnę. [...] Mam teraz czterdzieści lat, ona sześćdziesiąt siedem. Jestem za stara na to, żeby podała mi butelkę z mlekiem i pomogła przy stawianiu pierwszych kroków. Wszystko, co przegapiła, co obie przegapiłyśmy — tego nie można już nadrobić.
Jennifer Teege, Nikola Sellmair,
Amon. Mój dziadek by mnie zastrzelił,
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.

(źródło fot.)
wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Wieczorową porą leżałam w hamaku. Czytałam książkę. Heniutka, zaopatrzona w kudłatą, damską intuicję, usiadła naprzeciwko mnie, zamarła w bezruchu na dłuższą chwilę i z powagą uporczywie patrzyła mi w twarz z miną, którą sugerowałaby, że przejrzała moją korespondencję i wszystko już wie. Zatrzymałam się w patrzeniu na jej piękny, mądry pysk. Nie wiedzieć skąd przyszła mi oczywista oczywistość do głowy — obiecałam suce, że ją przeżyję!
Psu nie obiecuje się byle czego.
Danej psu obietnicy nie można złamać.
Kudłata miłość zobowiązuje.
wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Pierwszą kupiłam przez przypadek. Drugą kupiłam na cito, bo była dostępna w księgarni od ręki. Trzecią zamówiłam przed drugą i czekałam na realizację zamówienia. By nie czekać na czwartą, zamówiłam ją, gdy byłam w połowie drugiej. Piątej, aktualnie ostatniej z dostępnych na polskim rynku, nie zamówiłam, nie kupiłam, na dziś nie mam w planie czytać.
Te książki pozwoliły mi dopełnić żałobę po rodzinie, jakiej nie miałam; po głębokiej, serdecznej relacji matka-córka, która nie była mi dana. Te książki pozwoliły mi na pewność, że brak, który boleśnie odczuwałam w rodzinie, z której pochodzę, nie jest brakiem wyimaginowanym. Są rzeczy, które mnie nie spotkały i już. Przestały mnie prześladować pytania: kiedy dziecko osiąga ten wiek, że jego potrzeby przestają być ważne dla rodziców? dlaczego tak łatwo jest dbać o potrzeby fizjologiczne dziecka, a tak trudno o potrzeby emocjonalne? dlaczego łatwiej czasem nie zauważać tych drugich? dlaczego tak łatwo jest zacząć stosować przemoc psychiczną i nazywać ten proceder wychowywaniem?
Parafrazując wybrane cytaty. Dziękuję Bogu za to, co mam teraz. Nic się nie zmieniło, wciąż jestem łasa ciepłych słów, czasu poświęconego na rozmowę o miłości, przyjaźni, trudnościach; łasa czułych gestów, ulubionych słodyczy, przeganiania z ważnymi dla mnie Ludźmi strachów i obaw. Dziękuję za Ludzi, których spotykam na swej drodze... Dziękuję za Ludzi, którzy wybaczają mi, że tak długo zwlekam z prośbą o pomoc, zatrzaskując się w tak bardzo nieaktualnym już przekonaniu, że jestem jedyną, której na mnie zależy.
Odłożyłam wiele spraw na bok, by zdążyć jeszcze dziś napisać te słowa, by zamknąć ten miesiąc, by zamknąć kolejny obrót wokół rozdziału, jakim jest dla mnie rodzina pochodzenia, by nie wchodzić z tym w jutro, które stanowi początek kolejnego roku życia Sadownika, człowieka, któremu zawdzięczam niezdziczenie, by jutro już tylko świętować urodziny wciąż młodego i ukochanego Motocyklisty. Dziś odkładam te książki na półkę. Zamykam miesiąc. Zamykam rozdział. Zupełnie przez przypadek zamykam również kolejną dziesiątkę wpisów.
Życie to jedna wielka loteria. Kto ustala warunki, w jakich rodzi się dziecko? Czyją odgórną decyzją te biedne dzieci, które znalazły tymczasowe schronienie w naszej rodzinie, trafiły do takiego piekła?
Wyszłam do ogrodu i wzięłam roześmianego Leviego na ręce. Nie znałam odpowiedzi na te pytania. I całując wnuka, pomyślałam, że nigdy ich nie poznam. W duchu podziękowałam tylko Bogu za to, co sama mam.
*
Tego najbardziej mu [Justinowi] życzyłam: szczęścia. Tego życzyłam każdemu dziecku, które do nas trafiało, a święta nastroiły mnie pod tym względem wyjątkowo optymistycznie. Może te wszystkie drobiazgi, jakie staraliśmy się dla nich robić, wyglądały niepozornie, ale nabierałam coraz większego przekonania, że to właśnie one liczą się najbardziej: drobiazgi, z których nie zawsze zdawaliśmy sobie sprawę, gdy dzieci mieszkały z nami. Ciepłe słowo, czas poświęcony na rozmowę, czuły gest, ulubione ciasto, przegonione strachy, zrozumienie obaw: dla dzieciaków kochanych i otaczanych troską to norma, co jednak wcale nie umniejszało wagi tego typu rzeczy.
Casey Watson, Mali więźniowie,
Wydawnictwo Amber, Warszawa 2013.
***
Gdy kładliśmy się spać, opowiedziałam o moich odczuciach Mike’owi:
— Dziwne — dodałam. — Że za każdym razem, kiedy pojawia się to uczucie, to już wiem.
— Co wiesz?
— Że właśnie wszystko się kończy.
Mike zamyślił się na chwilę.
— No to chyba dobrze — powiedział w końcu. — To znaczy, że robota została wykonana.
*
[...] bezbolesne rozstania były efektem braku miłości w życiu, ale czasem też jedyną rzeczą, która pozwalała dzieciom zostać przy zdrowych zmysłach.
Casey Watson, Mała opiekunka mamusi,
Wydawnictwo Amber, Warszawa 2014.
***
Objęłam go [Justina] mocniej. Ile razy ktoś tulił to dziecko w jego życiu? Czy dałoby się to policzyć na palcach jednej ręki? I jaki wpływ musiało to mieć na niego?
Casey Watson, Chłopiec, którego nikt nie kochał,
Wydawnictwo Amber, Warszawa 2012.

Jabłoń:
(nienormalnie uradowana,
jakby nie chodziło o doktora medycyny)
To za tydzień i jeden dzień idę do doktora Brunnètte...
Sadownik:
Nie idziesz, tylko jedziesz.
Nie jedziesz, tylko jesteś wieziona.
Nie masz wyjścia, musisz być grzeczna!
wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Nek, jak go znam, moje rozterki, szybko i z sobie właściwym wdziękiem, spuentowałby terapeutycznie:
— Właśnie tu masz w głowie ERROR, koleżanko!
Postanowiłam przyjrzeć się sprawie z bliska. Nie myślę, nie uważam, nie wierzę. Po prostu wiem z doświadczenia, że dając dostajesz. Nie, gdy dajesz, bo trzeba, należy, wypada. Ale gdy dajesz prawdziwie, z serca, z głębi siebie, to zawsze również bierzesz. Doświadczam tego, gdy robię prezenty, gdy kupuję niespodziankowe drobiazgi, gdy planuję coś z myślą o drugim człowieku. Nauczyłam się tego również w hospicjum, mając niezmiennie wrażenie, że dostaję więcej niż daję.
Skoro dawać i brać to awers i rewers tej samej monety,
a z dawania wynika branie,
to ciekawe, czy coś wynika z brania? — pomyślało mi się.
Uściślijmy, nie chodzi o branie sobie wszystkiego, bez oglądania się na innych, z wykorzystaniem do cna ludzi, którzy coś nam od siebie dają. Chodzi o następujący proces. Dojść do miejsca, w którym nie stajemy przeciwko sobie, mówiąc:
— Przecież nic się nie dzieje, będzie dobrze, wszystko jest ok.
Dojść do miejsca, w którym pozwolimy sobie na słabość. Pozwolić, by z tej słabości zrodziła się siła, która pozwoli nam poprosić o pomoc. Prawdziwe, z serca, z głębi siebie, proszenie ma również aspekt dawania. Obdarowujemy zaufaniem, uznaniem, doceniamy osobę, do której zwracamy się z naszą szczerą potrzebą. A gdy otrzymamy pomoc, również mamy szansę dać, bowiem dziękując prawdziwie, z serca, z głębi siebie, mamy okazję z szacunkiem i wdzięcznością odnieść się do siły, którą ktoś ma i której użył, by nam pomóc.
BINGO!
wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
podarować. obdarować. dawać. lubię. umiem podzielić się, tym co mam. robię to z ogromną przyjemnością. uwielbiam czuć radość związaną z dawaniem. prawda jest taka, że gdy daję, w rzeczywistości czuję, że dostaję.
zostać obdarowanym. dostać. wziąć. to sztuka dla mnie trudna. akrobacja cyrkowa na dużej wysokości, gdy otrzymuję — według mnie — tak zaskakująco dużo. uwielbiam czuć wdzięczność, ale wciąż nie opuszcza mnie wrażenie, że dostaję zbyt dużo. czuję się zakłopotana, że dla mnie, że tyle, jakim prawem? zatrzymuję się w produkcji znaków zapytania. pozostaję wdzięczna, że dla mnie i aż tyle.
wygląda na to, że jeszcze długo będę uczyć się brać. zacznę od odwrócenia w głowie literki ‘b’ na właściwą stronę.
Strach wypowiedziany kurczy się znacząco.
Strach wypowiedziany i obżartowany staje się tylko sygnałem. Do ogarnięcia.
*
Sadownik:
(westchnął znacząco nad ucieleśnieniem kobiecej logiki)
Jabłoń:
(usłyszała ten paralingwistyczny komunikat)
Co? Chcesz mi powiedzieć, że może
zamiast neurologa to ja psychiatry potrzebuję?
Sadownik:
Na psychiatrę za późno... egzorcysty trzeba!
wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)

*
w piątek odkryłam najcudniejsze lekarstwo na sklerozę tego typu. należy całym Stadem wsiąść w Bawarkę i ruszyć do Altówek. felinoterapii oddać się. zmasowanej dogoterapii poddać się. i czekać... pijąc herbatę z przyjaciółmi nie byle jakimi. czekać, aż rozum, pragnienia i serce wrócą na swoje najwłaściwsze miejsca. to się nazywa fart!
pion złapany. priorytety uporządkowane. psi sezon rozpoczęty. to się nazywa wiosna!

wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Trzymając mocno za kaptur dziecięcej kurtki, potrząsała chłopcem:
— Coś ty zrobił? Mów prawdę!
— Nienawidzę cię! — wykrzyknął.
Uderzyła go.
Dziecko we mnie, co znaleźć chce kogoś, kto powinien pójść i zabić sukę, nie zdążyło się uruchomić. Do głosu doszedł logik, co nie poradził sobie, z tym czego był świadkiem. Do zrozumienia chcąc dojść jak najszybciej, rozebrał scenę na składniki pierwsze.
Chciała prawdę? Chciała. Powiedział prawdę? Powiedział. W momencie udzielania odpowiedzi naprawdę jej nienawidził i wcale mu się nie dziwię — logik nie był pozbawiony empatii. Więc za co został uderzony? Za bycie prawdomównym! Wywnioskował.
Filozof we mnie ze spokojem skonstatował logiczny wywód: uważaj, gdy ktoś raczy cię słowami mów prawdę. On chce prawdy, ale w zasadzie tylko tej jej składowej, której oczekuje, z którą będzie umiał sobie poradzić, tej która pasuje jakoś do wyznawanej aktualnie filozofii życiowej. Dumny ze swojego odkrycia dodał:
— Taki już jest, póki co, ten świat!
wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Historia bierze swój początek w ostatni czwartek, w przeddzień święta miłości. Wyszłyśmy z Heniutką na spacerek z planem na mini ćwiczenia, by rozruszać psi intelekt. Gdy kończyłyśmy wspólną zabawę, w kontraście do naszego zadowolenia, dało się słyszeć dziecięcy płacz. Odwróciłam głowę...
Idzie matka. Dwa metry za nią płaczący pięcio–sześcioletni chłopiec. Matka przyśpiesza. Chłopiec zanosi się płaczem, a na każdym wydechu krzyczy: nie chce tam iść! Matka przyśpiesza. Dziecko zatrzymuje się i coraz głośniej krzyczy. Matka odwraca się i ze złością krzyczy: to wracaj do domu!
Ugotowało się Drzewko przy tej scenie. Jak zwykle w reakcji najchętniej utłukłoby sukę. Jabłoń od dawna wie, że jakikolwiek odcień przemocy psychicznej w stosunku do dzieci odpala w Drzewku dziecko opuszczone psychicznie, porzucone emocjonalnie i pozostawione samo sobie. To dziecko wciąż szuka dorosłego, co mądry, odpowiedzialny i kochający jest.
*
W piątek, w święto miłości wracał Sadownik z Jabłonią z małego, wspólnego świętowania. Drzewko nie dało się długo prosić, gdy Sadownik zaproponował walentynkowe kupowanie po jednej książce na łeb. Wracając do domu, weszli do pobliskiej księgarni. Nieznany układ regałów. Drzewko dało radę i odnalazło regał z reportażem. Ten ma. Tamten ma. Ten czytała. Tamten zna. Wpadła jej w rękę dziwna książka, co chyba przypadkiem się do tego działu zawieruszyła. Przeczytała podczytnik i po chwili postanowiła zabrać ją do domu.
*
W sobotę rano przy kawce Drzewko obrzydzenie do siebie poczuło. Rany boskie, pijana szczęściem i miłością była czy co, że wybrała książkową wersję Super Faktu? O zgrozo! Jak można było taką serię w ogóle wymyślić! Żerować na dziecięcym nieszczęściu!
*
Zajrzałam do środka. Po trzydziestu stronach byłam już zakochana w Autorce, narratorce opowieści, żywej kobiecie, która pracuje z trudnymi dziećmi, wierzy zawsze i wszędzie, bez względu na okoliczności, że dzieci „złymi” się nie rodzą. Dziecko we mnie opuszczone psychicznie, porzucone emocjonalnie i pozostawione samo sobie odnalazło w końcu dorosłą, co mądra, odpowiedzialna i kochająca jest, choćby nie wiem co. Historia czwartkowa znalazła swój mały finał, gdy kupiłam kolejną książkę tej Autorki, zamawiając trzecią. Dodałam Autorkę do panteonu moich Matek. Świadomość, że są tacy Ludzie jak Casey i Mike dobrze mi robi.
[...] niezależnie od tego, jakie wrażenie ktoś na tobie robi, czasem naprawdę lepiej niczego nie zakładać z góry — a przynajmniej jeśli nie ma się ochoty zmieniać swoich poglądów o sto osiemdziesiąt stopni.
*
Czy Spencer doświadczył kiedykolwiek prostej, dziecięcej przyjemności, by czegoś pragnąć i wiedzieć, że jest na świecie ktoś, kto naprawdę chce ci to dać?
*
Same łzy to jednak za mało. By naprawić krzywdy, trzeba dużo więcej.
Casey Watson, Mamusiu, tatusiu, za co mnie tak nienawidzicie?
Wydawnictwo Amber, Warszawa 2013.

nie tylko
boli,
gdy odkrywasz, że
nie ma dla ciebie miejsca
w czyimś życiu.
a klepsydra w ruch wprawia ziarenka czasu
z nieustającą wiarą w ciebie i twoje życie.
.
.
.
nie tylko
zadziwia,
gdy w końcu odkrywasz, że
brak już miejsca dla tej osoby
w twoim życiu.
czy właśnie o tym mówi porzekadło:
czas leczy rany?
wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Proste przyjemności...
...jak odwzajemniona miłość
kwestia Beverly’ego Westona
z filmu Sierpień w hrabstwie Osage.
*
Nie tylko dziś. Nie tylko jutro. Nie tylko przez nadchodzące 365 dni...
*
Jeden z zachodnich uczniów zapytał kiedyś Mipama Rinpocze, ojca Karmapy:
— Co to jest miłość?
Rinpocze odparł natychmiast, podając buddyjską definicję miłości:
— Miłość to silne życzenie, by każdy był szczęśliwy.
wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
(w filmie, który ogląda Sadownik)
Bohater:
Czy to znaczy, że wszystko zależy tylko ode mnie?
Trener bohatera:
Zawsze zależało tylko od ciebie.
Jabłoń:
(od jakiejś chwili leży koło Sadownika, odwraca się w jego stronę)
Czy to znaczy, że wszystko zależy tylko od nas?
Sadownik:
(po chwili namysłu)
Oboje jesteśmy już na tyle dorośli,
że wiemy, że nie wszystko zależy tylko od nas.
Jabłoń:
Mów za siebie Stary Człowieku, ja uważam, że
wszystko zależy tylko od nas!
(tą metodą zakrzywiła się czasoprzestrzeń
i Sadownik okazał się dużo, dużo starszy od Jabłoni)
Sadownik:
Gufniaro!
wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Na przystanku. Spojrzała. Zobaczyła świeżą matkę, która robiła fantastyczne, uśmiechnięte miny do zawartości wózka.
Na przystanku. Zauważyłam, że utkwiła w matce wzrok.
— O co chodzi? — Zapytałam.
Na przystanku. Nie odrywając wzroku, udzieliła mi wyczerpującej odpowiedzi:
— Widzisz? Tylko popatrz, ona jest twórcza, stworzyła odrębny świat, inną rzeczywistość, jest otwarta i doświadcza pełni życia.
Tramwaj ruszył. Zapytałam:
— Co przeszkadza Ci być twórczą, bardziej twórczą, najbardziej twórczą w swoim życiu? Co przeszkadza Ci otworzyć się na to, co niesie Twoje życie? Tylko nie mów mi, że potrzebujesz do tego rekwizytu.
Tramwaj jechał. Uśmiechnęła się do mnie. Uśmiechem, który uwielbiam.
*
Major Lazer, Get Free.
wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Rodzina pochodzenia. Role niczym karty rozdane. Matka. Ojciec. Przymiotniki dopisze życie. Najstarsze dziecko. Najmłodsze. Może jeszcze środkowe. Najukochańsza córka. Syn-nieudacznik. Niewdzięczna latorośl. Życiowo nieprzystosowany. Nie umiejąca się ogarnąć. Idealista. Realistka. Duma Rodziny. Wstyd w członka rodziny obleczony. Niepowtarzalna dynamika łatwych do przewidzenia konfliktów.
*
Obejrzeliśmy wczoraj, w doborowym towarzystwie, Sierpień w hrabstwie Osage. Spodziewałam się, że tym filmem dotknę się do żywego, że bardzo źle się skończy i będę do siebie dochodzić przez kilka dni. Prognoza nie sprawdziła się wcale. Rewelacyjny film o ludziach, którzy utknęli w rodzinnych rolach. O dramatach, które łączą się nierozerwalnie z każdym utknięciem, choćby w najbardziej lukratywnej z ról. O braku rzeczywistego kontaktu człowieka z człowiekiem. Finalnie, o kroku poza zaklęty krąg oskarżeń, oczekiwań, pretensji. O kroku we własne życie robionym. O kroku, na który nigdy nie jest za późno. Wyszłam z kina z myślą: jak dobrze, że poza rodziną, jest świat.
*
Kim jesteś tu, gdzie jesteś?
Kim się stajesz, gdy jesteś z nimi?
Za kogo oni mają ciebie?
Za kogo ty masz ich?
Jak wyglądałyby wasze spotkania, gdybyście na chwilę uznali, że wszystko, co o sobie wiecie, jest już mocno przedawnione, nieaktualne, nieprawdziwe?
Brzmi jak potencjalnie nowe otwarcie...
wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Na Mysią 3 zawsze idę bez przygotowania. Nie wiem kto. Nie wiem co. Idę i daję się uwieść. Potem wracam do domu i węszę. A gdy wywęszyłam, że z pierwszego wykształcenia jest architektem, pomysł na wiele jego zdjęć stał się niebywale zrozumiały.
Zdjęcia zaskakujące barwą, kompozycją, a to przecież... życie. Wspaniałe życie!
fot. Kacper Kowalski.
Poszliśmy na tę wystawę z Sadownikiem na otwarcie jednego z nielicznych weekendów w roku, które mamy w całości tylko i wyłącznie dla siebie. Uwielbiam z tym gościem randkować.
wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
— jedź! — zarzuciłam wewnętrzny dialog. — no więc, gdyby to powracające coraz rzadziej „niemogęctwo iścia” miało czymś być, to co?
— to trzeba by było iść do neurologa.
— i co najgorszego mogłoby u niego się stać?
— mógłby powiedzieć, że to SM.
— no a jeśli okazałoby się, że to SM?
— to nie zostałoby mi tak dużo życia, jak myślę.
— a gdybyś nie miała do dyspozycji tak dużo życia, jak myślisz?
— to ani chwili nie marnowałabym na smucenie się i martwienie tym, że ktoś mnie nie chce, taką jaką jestem.
— a gdybyś nie marnowała czasu, to co byś robiła?
— cieszyłabym się każdym dniem jak szalona.
— co ty na to, byśmy zaczęły wykonywać tę listy działań od końca?
*
każdego dnia rano, jeśli mamy szczęście się obudzić, mamy do dyspozycji nowy, świeżością pachnący dzień. każdego dnia rano mamy również do dyspozycji pewne zasoby: może trochę niezagospodarowanego czasu, może jakiś bliski człowiek, może jakieś małe pragnienie. czemu nie wykorzystać tego wszystkiego? w końcu, nigdy nie mamy przed sobą tak dużo życia, jak myślimy.
wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Zwykle. Czytam. Zaznaczam. Kończę. Zamyślam się. Wybieram. Przepisuję wybrane z wybranych. W chronologii czytanych umieszczam. Odkładam. Biorę następną.
Nie „tą razą”. Nauczona doświadczeniem, że funkcjonalność księgarni internetowych jest uboga, postanowiłam raz w miesiącu osobiście przeglądać dział Nowości czy Zapowiedzi, żeby nie przegapić Ulubionych.
„Tą razą”. Przejrzałam. Ucieszyłam się. Zamówiłam. Odebrałam. Skończyłam czytać dwa tygodnie temu. Zamyśliłam się na bardzo, bardzo długo. Może zbyt długo, by wspominać o tej książce na blogu.
Tyle że to książka ważna, uczciwa, prawdziwa. Znów bardzo ludzka. Znów z delikatnością utkana. Piszę więc na wypadek, gdyby komukolwiek, kto normalnie miałby chęć, przytrafiło się przegapić ją w natłoku nowości.
Co najbardziej może zadziwić w „wariacie”? Logika do bólu stosowana i niebywała konsekwencja. Żaden „normalny” nie ma pojęcia ani o logice, ani o konsekwencji.
Dopiero teraz czuję, że mogę tę książkę zaparkować na półce.
Nadal siedzieliśmy nad pustymi kartkami, ale zrobiło nam się lżej. Szeregowy Mazur powiedział, że może namalować dinozaura, zawsze umiał. Od dziecka bardzo dobrze rysował dinozaury, reszty zadania nie rozumie. Jeżeli ma je wykonać, ktoś będzie mu to musiał wytłumaczyć. Kiedyś już coś takiego było, takie zajęcia inne niż zwykle, kazali mu odegrać krasnoludka, i już się nawet bał, że to się teraz powtórzy. Możliwe, że chodzi o to samo.
— Kazali nam odgrywać krasnoludki, żebyśmy nauczyli się mówić, co czujemy, głąbie. Chcą nas nauczyć, jak żyć poza wojskiem. Nie mam pojęcia, jak się żyje w prawdziwym świecie. Jakbym miał trzy lata, a nie trzydzieści trzy. Mój syn radzi sobie lepiej niż ja.
— Nie mamy pojęcia o tym, czuby. Rysujmy te pierdolone smoki, może to coś da. W ogóle nie rozumiem, o co chodzi mojej żonie, nie możemy się dogadać. Próbowałem już wszystkiego. Czytam, kurwa, poradnik małżeński.
— Narysuję, a Blondyna mnie spyta, co czułem, kiedy to rysowałem, wiem, że spyta. Po to każe nam to robić.
Nie wiem, kto pierwszy sięgnął po pędzelek. Saper powiedział, że jak mamy malować, to malujmy, jest zadanie do wykonania. Nie kombinować, tylko brać się do roboty, Biały dodał: „Kurwa, kurwa, kurwa”.
*
Tam są radości i łzy, w świecie poza wojskiem. A my tylko zadanie do wykonania i zadanie do wykonania. Mówią: zdobywaj, to zdobywam, nie zastanawiam się, co czuję. Wracamy do domu i nadal chcemy mieć tylko zadanie do wykonania: żeby nie czuć i nie wyrażać uczuć, tylko odwalać kolejne zadania. A to tak nie działa w cywilu. Tam są radość i łzy, a ja się tego boję. Żeby się tam sprawdzić, trzeba umieć co innego niż w wojsku, teraz przynajmniej to rozumiem. Trzeba umieć płakać. W ogóle nie umiem płakać...
*
Odejście pani Stasi zmieniało wszystko, stawiało nas w obliczu zagrożenia, o którym nawet nie wiedzieliśmy. To znaczy, że możemy przebyć terapię i nic w sobie nie zmienić? Ale my bez tej zmiany, jakiejkolwiek zmiany, nie mogliśmy dalej żyć...
Grażyna Jagielska, Anioły jedzą trzy razy dziennie. 147 dni
w psychiatryku, Wydawnictwo Znak, Kraków 2014.

wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Są ludzie, którzy żądają, choć niby Cię proszą.
Są ludzie, którzy poniżają, choć właśnie Cię przepraszają.
Są ludzie...
Trafiło się i mnie, niczym ślepej kurze ziarno. Dziś. Wyjęłam ze skrzynki kopertę. Otworzyłam. Wyjęłam kartkę i przeczytałam poniższe słowa:
byś znalazła to, czego z takim uporem szukasz i by cena, którą za to płacisz, nie okazała się zbyt wysoka.
Po otarciu łez, mogę śmiało dodać:
Są ludzie, którzy grożą, choć składają Ci życzenia imieninowe.
*
— Kto płacze? — Zapytałam siebie.
— Dziecko, które chciałoby mieć akceptujących, może odrobinę wspierających rodziców.
— Dziecinko — otarłam łzy. — Damy radę, tyle że to ja będę twoim wspierającym Rodzicem.
poczekaj,
zatrzymaj się,
obserwuj.
coś przyjdzie,
pojawi się,
wyłoni się z tła,
zadziwi Cię,
bogactwo swe odsłoni.
na pewno!
*
I chyba właśnie za to najbardziej kocham psychologię procesu.
wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Sadownik:
(dzwoni)
Maila odbierze! Przeczyta i oddzwoni do mnie.
Jabłoń:
(zagląda, czyta, ręce załamuje, oddzwania)
Sadownik:
(z przymrużonym okiem)
Widzisz, widzisz! Ty sobie to przemyśl.
Zamiast się uczyć, szkolić, na superwizję latać,
to Ty po prostu powinnaś zacząć chodzić do kościoła!
*
Głupich nie sieją, sami się rodzą. Głupi są w każdej grupie zawodowej. Talię głupich kart można by wydać. Dama Kier, Pawłowicz. Król Trefl, x. Oko. Dama Pik odnalazła się dziś. Z takiej talii nic dobrego nie wywróżymy na przyszłość. „Narodu”, co Cię opętało?
Będę do znudzenia powtarzać:
p s y c h o t e r a p i a w tym kraju to d o b r o l u k s u s o w e.
Nie ma co rzucać pereł przed wieprze.
Psy szczekają. Karawana idzie dalej.
*
Z drugiej strony, może to dobry moment, by raz na zawsze nauczyć się odróżniać zawody psychiatry, psychologa i psychoterapeuty? Choć można łączyć te zawody, dobrze jest trafić na terapię do człowieka, który ma psychoterapeutyczne przygotowanie. Powtarzam do znudzenia.
wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Poznaliśmy się na lotnisku w Londynie wiele lat temu. Weszłam do księgarenki i kupiłam książkę na podróż. Kilka godzin do odprawy. Dwugodzinne opóźnienie lotu. To wszystko było nic, bo siedziałam w lotniskowej hali, czytałam i płakałam okrutnie. Od tej pory nie przepuszczam żadnej książki tego Autora. Wspomniana, od której zaczęłam, wciąż pozostaje moją ulubioną, ale w pozostałych też umiem znaleźć coś.
[Morrie said] “Death ends a life, not a relationship.”
Mitch Albom, Tuesdays with Morrie. An Old Man, a Young Man,
and Life’s Greatest Lesson, Time Warner Book Group UK, London 2005.
*
Tą „razą” wszystko zaczęło się od tego, że obiecałam sobie nie kupić żadnej książki do końca lutego. Nie wchodzę do księgarni. Nie odpalam właściwych książkom stron. Daję radę. Moją czujność usypia epizod wejścia do księgarni z Sadownikiem po jego czasopisma. Wchodzę. Silna. Zwarta. Bez nałogowego ssania. Wiem, że dam radę wyjść. Ale nie dałam, ponieważ zobaczyłam nowy tytuł Autora.
Sprawy w zasadzie by nie było, gdyby nie to, że w efekcie tego wydarzenia od dwóch tygodni zastanawiam się nad charakterem polskiego czytelnictwa. Czy rynek księgarski przypomina inne wschodzące polskie rynki, czyli złapać klienta, mamić, wcisnąć jedną, drugą, złupić i zapomnieć o nim? Czy czytamy po łepkach, jedną książkę tego autora, dwa myślowe ruchy browna, zupełnie inna książka, znów przypadek, jeszcze inna? W każdej książkowej witrynie pod opisem książki wyświetla się lista w stylu „klienci, których interesował ten produkt, oglądali też”. I pozostaję w zadziwieniu, że skoro zamawiam książki przez internet, a to oznacza, że cała moja historia choroby czytania jest na wyciągnięcie ręki, nie mam możliwości zaznaczenia magicznego kwadracika pt. „na przyszłość informuj mnie o nowych książkach tego autora, tej autorki”. Jak to jest możliwe, że marketigowcy nie wpadli na ten, idiotycznie prosty, pomysł. Nie czytają, czy co?
Dzięki Sadownikowi udało się nie zgubić świeżynki. Tej, moim zdaniem, nie warto czytać w oryginale, więc nie żałuję, że tego sądnego dnia, była tylko do wyboru po polsku, ale jako baśń, przypowieść, forma zatrzymania się przy rzeczach dla nas ważnych jest... dobra.
Dor potrząsnął głową.
— Mylisz się. Jestem nic nie znaczącym człowiekiem, wyrzutkiem.
— Człowiek rzadko zna swoją własną moc — odpowiedział starzec.
*
Raz obudzone pragnienie już nie ustanie.
*
Dor przebiegł myślą wszystko, co rozumiał na temat czasu...
Co było w nim stałe?
Ruch! Tak jest. Czas łączył się zawsze z ruchem. Zachodzące słońce. Kapiąca woda. Wahadła. Strumień piasku w klepsydrze.
*
[...] chwilę albo się łapie, albo pozwala jej się minąć.
Mitch Albom, Zaklinacz czasu,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2014.
(wyróżnienie własne)

wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Coaching metodą psychologii zorientowanej na proces jest „niebezpieczny” w równie dużym stopniu co giender. Drzewko przekonuje się o tym na własnej skórze, ponieważ szkoleniowo, raz w miesiącu, jest osobą coachowaną. I?
I uznało, że koniec z włosami do pasa. Długość nie przeszkadza, ale gumka do włosów już bardzo. A do celu, który sobie obrało po prostu ma się nijak, jeśli nie w poprzek. I?
I dwa tygodnie temu na eFce (Sadownik przyznał się, że Ryjownik działa mu na nerwy) notkę zostawiło, że poszukuje Fryzjera-mężczyzny z Fantazją, która zaakceptuje Fakt, że tylko grzebień wchodzi w rachubę, żadnego układania włosów co rano nie będzie. I?
I osiołkowi, a w zasadzie oślicy, w żłobie dano... cztery dobre namiary. I?
I przyszedł wtorek. I wiedziała, że to właśnie dziś chce mieć obcięte włosy. I?
I... pierwszy fryzjer już nie pracował tam, gdzie pracował do tej pory. I?
Drugi fryzjer miał być w pracy w środę i piątek, ale w te dni Jabłoń ma przecież napięte, inne plany. I?
Jabłoń jakoś dziwnie uradowana, że pierwszego i drugiego nie ma. I?
I dzwoni do trzeciego. Odbiera kobieta. Konsterna. Udało się jednak paniom ustalić, że o fryzjera-mężczyznę chodzi i że On może, ale jest tylko jedna dostępna tego dnia godzina, 14.30. Drzewko wzięło termin w podskokach. I?
I poleciało. I nie żałuje. I jest zachwycone. I tylko grzebień. I?
I Panu Fryzjerowi, gdy zapytał, co robią, Drzewko opowiedziało szaradę: dla Sadownika jak najdłuższe, a Jabłoni wszystko jedno, byle bez gumki i żeby na głowie był lekki bałagan. I rzecze On, po tym jak obrócił fotel z drzewną zawartością w swoją stronę:
— Wiem, że to głupio zabrzmi, ale proszę rozsunąć nogi i głowa między nogi.
I pooooooszło! Różnie, piętnaście-dwadzieścia centymetrów piór na podłogę. I?
I nigdy w życiu Drzewko nie było tak zachwycone swoimi włosami.
(I? F z Fantazją)
Sadownik:
(wraca ze spożywczego polowania)
Jabłoń:
(już od drzwi informuje)
Jestem ofiarą kuchenną.
Sadownik:
(znający swoją żonę jak mało kto,
ekstrapoluje swe doświadczenie)
Co znowu zrobiłaś?
Jabłoń:
Wyjmowałam mleko kokosowe z puszki i mnie poraniła.
(po chwili, oglądając głębokość ran)
I tak się zastanawiam...
czy blacha puszki mogła mieć na sobie bakterie...
Sadownik:
(z powagą podniesioną do kwadratu)
Na pewno. Ja bym na twoim miejscu pojechał
na zastrzyk przeciw tężcowi, koniecznie w brzuch.
Jabłoń:
Jeśli bakteria była, to zdechła ze śmiechu,
jak usłyszała, co i jak mówisz.
(W tym czasie kasza jaglana z jabłkami i mlekiem kokosowym,
jakby nigdy nic, dochodziła do siebie w piekarniku)
wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
dlaczego nie?
pytam.
bo jestem za stara…
bo nie wiadomo, czy się uda…
bo wolałabym uniknąć ryzyka porażki…
bo inni zrobili to już przede mną i nie mam szans ich dogonić…
bo czy to w ogóle ma jakąś wartość dla innych?
słyszę.
mam problem z wymyśleniem innych argumentów,
równie ogólnych a dość precyzyjnie odbierających
chęć do zrobienia czegoś nowego.
z argumentami tymi trudno polemizować. jesteś w określonym wieku. nigdy nie ma pewności, że się uda. małe porażki są gwarantowane. inni robili to przed tobą. Szanse na to, że będą za tym szalały kraje, kontynenty i cały świat być może są jeszcze mniejsze niż prawdopodobieństwo wygrania w totolotka jednym zakładem. ale, ale…
gdyby wszystkie te „dorosłe” pytania (poza pierwszym) zadać miało sobie dziecko, zanim podejmie decyzję o nauce chodzenia, szybko doszłoby do następujących wniosków. sprawa na dzień dobry wygląda beznadziejnie, biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenie. przewróciło się i przewróci jeszcze nie raz. co gorsza miliony ludzi przed nim opanowały tę sztukę i umówmy się, choć kogoś zachwyci pierwszy pewnie postawiony krok, to dla całkiem obcych ludzi pozostanie to zupełnie bez znaczenia, czy obywatel chodzi czy nie. a jednak podejmuje trud.
pytam.
dlaczego więc nie zacząć robić tego,
co w najgorszym razie tylko nam przyniesie radość?
mam problem ze zrozumieniem,
dlaczego nie?
wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Zachłanność. Osiągnąć najpierw. Myśleć, że da się zachować bez zmian wszystko co dobre z przeszłości. A potem życzyć sobie więcej i więcej, czegoś innego, nowego, mając z tyłu głowy, że trzeba bezwzględnie utrzymać to dobre, co już się zdobyło. Czyż to nie mentalne kajdany gwarantujące pozorne bezpieczeństwo i władzę nad życiem?
Antyzachłanność. A przecież nie jest możliwe, by napić się białej herbaty z naczynia wypełnionego po brzegi kawą latte bez uprzedniego pozbycia się z niego kawy. Przynajmniej przez ułamek sekundy filiżanka będzie pusta. Strata znanego. Strach. Może dlatego zmiana jest, no cóż, tylko dla odważnych?
Puścić świat, który stworzyło się wczoraj.
Rozejrzeć się w dzisiaj.
Nie odkładać na jutro.
Pomyślało się.
wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Naście lat temu Jabłoń zapytała Sadownika:
— Umiesz wektory własne i wartości własne?
— Tak. — Odpowiedział.
Niewinna wymiana zdań skończyła się awanturą, gdy wieczorem Jabłoń z kartką papieru w zębach usiadła koło Sadownika, powiedziała:
— No to dawaj, wytłumacz mi. — I usłyszała, jak Sadownik ze zdziwieniem obwieścił:
— Teraz? Przecież muszę do jakiejś książki zajrzeć.
Jabłoń czuła się oszukana, bo przecież gdy mówi komuś, że wie, to naprawdę wie. Możesz ją obudzić w środku nocy i wyłoży, opowie, wytłumaczy. Z przykładami. Więc jak ten Sadownik tak mógł? — myślała sobie wtedy.
*
Dużo czasu upłynęło od tamtego wieczora. Drzewko stało się zupełnie innym drzewkiem, ale wciąż lubiącym wiedzieć. Jabłoń wie dużo. Czasem za dużo. Często zbyt dużo. Uwięzione do tej pory w wiedzeniu Drzewko odkryło stan niewiedzenia, zanurzyło się w nim i zachwyciło się możliwościami, które daje.
Wiedza otwiera przed nami wiele drzwi.
Niewiedza otwiera przed nami całe przestrzenie możliwości.
Czy mówią o tym w szkole? Czy doceniają ten stan?

Alternatywny tytuł wpisu:
945. Tribute to Sadownik
[suplement pikselowy: 8.04.2021]

wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Wpadła mi sama w ręce. Zatrzymała swoim tytułem: Tam gdzie dzieci są luksusem. Pomyślałam: Polska? Większość zjawisk, choć na mniejszą skalę, dotyczy również naszego kraju. W wielu miejscach książki odetchnęłam, dowiadując się, że to nie moja bezdzietna, skrzywiona percepcja świata, lecz szaleństwo czasów, w których przyszło nam żyć, które ktoś mądry zauważył.
Pamiętam moje niesłabnące zadziwienie, gdy w szkole na języku polskim omawiano tło społeczne epok. Co myślano? Jak postrzegano świat? Jakie były normy? Zawsze przy takich okazjach nie mogłam uwierzyć, że ludzie dali się wmanewrować w takie czy inne szaleństwo. A tu, proszę, żyję w równie porąbanych czasach. Myśl ta krępuje mnie bezradnością, ponieważ tak naprawdę niewiele mogę. Jednak z drugiej strony, mogę wszystko w sobie i w świecie wokół mnie. Nikt nigdy mnie tego prawa nie pozbawi i mam zamiar z niego korzystać zawsze i wszędzie, bo jeśli nie ja, to kto? Jeśli nie Ty, to kto?
Dla wszystkich chińskich dzieci, na każdym etapie ich życia, pieniądze, bardziej niż kiedykolwiek, pozostają narzędziem walki o lepszy byt. Dzięki nim mogą prawie wszystko: chodzić do najlepszych szkół, leczyć się w najlepszych lecznicach, kształcić się na uniwersytecie, znaleźć mieszkanie, ożenić się. A bez tego sezamu pole możliwości znacznie się zawęża: nie mogą pójść do szkoły ani się leczyć, ani znaleźć dachu nad głową, ani nawet mieć nadzieję na założenie rodziny. Chińskie społeczeństwo w dobie reform jest bezlitosne dla swoich dzieci. Zdrowie, możliwość uczenia się, prawo do wypowiedzi, poszanowanie praw, mieszkanie, małżeństwo… wszystko się kupuje, wszystko się konsumuje; nic nie płynie ze źródła, nic nie należy się prawnie.
*
W społeczeństwie chińskim pojawienie się pierwszego dziecka stanowi kluczowy etap egzystencji: zgodnie z filozofią konfucjańską reprodukcja traktowana jest nadal jako „naturalny obowiązek”, tak więc kobieta bez męża i dziecka uchodzi za „niepełną i niespełnioną”. Jeśli w kilka miesięcy po zawarciu małżeństwa nie zachodzi w ciążę, obgaduje się ją, że jest chora lub „za stara” albo że jej mąż jest „za słaby”. Tak samo jak w przeszłości jednym z największych nieszczęść była bezpłodność (lub rodzenie się tylko dziewczynek) traktowana kiedyś jako dolegliwość wyłącznie kobieca.
*
Dziś, podobnie jak i dawniej, preferowanie synów wynika z racjonalnej kalkulacji kosztów i korzyści, których można oczekiwać po dziecku w zależności od jego płci. Według powszechnej opinii syn jest obdarzony kompetencjami i rolami, z którymi córka nie może rywalizować. Na przykład zapewnia kontynuację linii ojcowskiej i potwierdza społeczny status rodziny. W późniejszym okresie córka zostanie oddana rodzicom swego męża, syn natomiast będzie niezawodną podporą dla swoich starych rodziców. Reformy ekonomiczne i społeczna liberalizacja, która była ich wynikiem, tylko wzmocniły tę wizję — tym bardziej jeśli jest jedynakiem. Rodzice wiążą z nim wielkie nadzieje: widzą jego przyszłość jedynie w kontekście powodzenia — tak zawodowego, jak i społecznego. Do tego stopnia, że gdy na wsi dochodzi do konfliktu na tle finansowym lub związanego z kwestiami własnościowymi, stroną, która wygrywa, jest ta, co ma syna, podczas gdy druga słyszy: „Dlaczego nadal domagasz się uznania swoich praw, ty, który nawet nie masz syna, by przedłużyć linię rodową?”.
Isabell Attané, Tam gdzie dzieci są luksusem.
Chiny wobec katastrofy demograficznej,
Wydawnictwo Studio Emka, Warszawa 2012.
(wyróżnienie własne)

wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Są ludzie, z którymi bardzo chciałabym spotkać się na przecięciu naszych, tak bardzo różnych, światów. Gdy dociera do mnie, że będzie to trudne, bo światy należą do bardziej równoległych niż myślałam, robi się smutno. Dotykam mało prawdopodobnego, graniczącego z niemożliwym. Zatrzymuję się w sobie. Oswajam żałobę, która bez pytania przysiada się do mnie. Patrzy mi głęboko w oczy i mówi:
— Ale żyjesz i zawsze masz jakiś wybór, nie zapominaj o tym.
Troszkę trwało, zanim przypomniałam sobie, że zawsze mam wybór.
Wybrałam swoje, to najbardziej moje, Życie.
wpis przeniesiony 9.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Jako smarkacz, z poziomu podwórkowej huśtawki, dokonałam dziecięcej obserwacji: nie warto kończyć szkoły podstawowej i iść do liceum, ponieważ wszyscy, którzy to robią, znikają! Znikają z podwórka. Wówczas moje życie towarzyskie i sens życia społecznego w całości znajdowały się na podwórku. I proszę, zauważyłam wtedy, znów kilkoro fajnych ludzi zniknęło. To znaczy, widywało się ich, ale już nigdy nie przesiadywali na huśtawkach. Wówczas nikt nie wspomniał, że oni nie zniknęli, tylko zrobili krok ku nowemu światu, pozostawiając stary świat.
Historia ta przypomniała mi się dziś, gdy dotarło do mnie, że Życie jest Okazją, by doświadczyć niesamowitych uczuć i chwil, bez względu na rekwizyty i okoliczności, jakimi przyłożył nam los. Ktoś mógłby powiedzieć, że wiele razy znikamy, rezygnujemy, poddajemy się, ale tylko nieliczni (wtajemniczeni, idący razem z nami) wiedzą, że zmieniamy światy, pozostawiając za sobą stary, by iść w kierunku nowego, tego wymarzonego.
Życie jest niesamowitą Okazją! Obyśmy ją wykorzystali do cna.