piątek, kwietnia 13, 2012

448. Status quo

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

[ranek]
(zapomniała, że mężczyzna to istota, która jak coś robi, to nie gada)
Jabłoń:
(z zakłopotaniem na twarzy do milczącego Sadownika)
Coś się stało?

Sadownik:
Nie.

(po chwili, bo gdy przepuściła owo „nie” przez słoje, to wyszło jej,
że może jednak coś się stało i to złego
)
Jabłoń:
Zły na mnie jesteś?

Sadownik:
Noooo! Mów, mów! To bardzo ciekawe…
Może powinienem być na ciebie zły, tylko nic o tym nie wiem…

Jabłoń:
(o krok od skruchy, gotowa spróchnieć)
Nie jestem od piątej rano na nogach, nie latam wokół ciebie…

Sadownik:
No tak, koszulę prasowałem sam… buty musiałem sobie wyczyścić sam…
i najgorsze… kanapki do pracy też robiłem sobie dzisiaj sam!

Jabłoń:
Ja bym taką żonę rzuciła!

Sadownik:
O, nie! Mylisz słowa. Nie rzucił, tylko wyrzucił.
(po upływie teatralnej pauzy)
Wiesz, co mnie powstrzymuje?
Musiałbym spakować wszystkie książki,
by poszły sobie razem z nią.

Jabłoń:
Czyli zostaję. Super!

czwartek, kwietnia 12, 2012

447. Czasem sam miąższ

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Po książkach gryzdolę. Bo większości nie przeczytam kilka razy, a chcę mieć szybki dostęp do wybranych zdań, akapitów. Ponieważ czasem potrzebuję wrócić do znanego fragmentu, którego sens na ulicy odkryłam na nowo. Bo. Ponieważ. Gryzdolę i już!

Są jednak książki, po których nie mam odwagi gryzdolić. No może troszkę, ale tylko ołóweczkiem i dopiero przy piątej książce tego samego autora, gdy już się odrobinkę „zaprzyjaźnimy” i wiadomo, czego się można po mnie spodziewać. Efekt taki, że dwa ostatnie dni zajęło mi przekopywanie się przez książki Thicha, by znaleźć fragment o soku jabłkowym, by móc go jeszcze raz przeczytać, by móc wrócić do tych kilku akapitów z nową mną, którą bawię się od półtora tygodnia. Z nową mną, której nie chcę stracić.

Akuszer w zeszły poniedziałek zwrócił mą uwagę na Wielkiego Naprawiacza Świata jakiego mam w sobie. Super, ale czasem męcząco. Super, ale zawęża pole widzenia. Super, ale nudno. Bo Wielki Naprawiacz Świata do zeszłego tygodnia miał przez dziesiątki lat bardzo dużo pracy. Niczym Syzyf, naprawiał mnie. Już prawie byłam milutka, słodziutka, aż tu znalazłam się w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwej porze, z niewłaściwymi ludźmi i... buuum.... powiedziałam, co myślałam, wybuchłam, trzasnęłam drzwiami, zwymyślałam. Wielki Naprawiacz Świata załamywał ręce. Tyle pracy! Tyle pracy na marno! Tyle pracy przed nim! Nie odzywał się do mnie przez kilka dni, a gdy miałam już siebie „wybuchniętej” dość, gdy skruszałam, bo kto to słyszał... jak tak można było postąpić... wracał On... i naprawiał. Bym ja, jako jego główny obiekt zmartwień, nigdy już nie wybuchła, nie pieprznęła drzwiami, nie wkurwiła się zbyt. Bym była milutka, słodziutka, dobra i właściwa dwadzieścia cztery na dobę. A społeczne, zgodne życie przybiło Wielkiemu Naprawiaczowi piątkę, że trudu tego się podjął.

A Akuszer na to: ale w ten sposób odcinasz się od części siebie. Od tej, co złości się, gniewa, marudzi, rozpacza, choleruje, wali pięścią w stół. A przecież to też ja. Część prawdy o mnie.

***

Po ulicach chodzę drugi tydzień. Zamyślam się, gdy tylko mam okazję. Wracam w wyobraźni do symbolu akuszerskiej roboty, do filmowego przycisku do papieru. Gładziutkie, kuliste coś. W środku zamek. Piękny. Przepiękny. Gdy przyciskiem potrząsnąć i odstawić na biurko, nawet w środku lata, można podziwiać śnieg opadający na zamek wewnątrz przycisku. Farfocle, które potrafią zachwycić. Potrząsam raz za razem.

Wielki Naprawiacz Świata Mojego nie lubi takich przycisków, bo śnieg powinien leżeć równiutko odgarnięty, nie sprawiać kłopotów. Podobnie jak złość, urazy, rozpacz też powinny leżeć w kątku i nie robić kłopotów; nie wychylać się z ukrycia.

Chodzę po ulicach i w wyobraźni wciąż bawię się przyciskiem, w którym farfocle stają się symbolami złości, rozpaczy, niemocy. Bez nich nie byłabym mną. Gdy przyjdzie złość, zezłoszczę się, wścieknę, zagrzmię, zimną suką będę... bo farfocle z łatwością przeistaczają się w miąższ:

***

(...) mniej więcej po godzinie wrócili [dzieci], żeby poprosić o coś do picia. Wyjąłem ostatnią butelkę soku jabłkowego domowej roboty i nalałem każdemu z nich po pełnej szklance, na końcu podchodząc do Thuy. Ponieważ dostał jej się sok z dna butelki, były w nim drobiny miąższu. Gdy zobaczyła, że jest mętny, nadąsała się i nie chciała pić. (...)
     Pół godziny później, gdy akurat medytowałem w swoim pokoju, usłyszałem wołanie. Thuy chciała sobie nalać szklankę wody, ale nawet stając na paluszkach, nie mogła dosięgnąć kranu. Przypomniałem jej o szklance soku na stole i poprosiłem, żeby wypiła go w pierwszej kolejności. Spojrzała na sok i zobaczyła, że miąższ osiadł na dnie, a sok stał się klarowny i apetyczny. Podeszła do stołu i wzięła szklankę w obie ręce. Wypiwszy połowę, odstawiła szklankę i spytała:
     — Czy to inny sok, wujku mnichu? — tak się zwykle zwracają wietnamskie dzieci do starszych mnichów.
     — Nie — odpowiedziałem. — To ten sam sok, co wcześniej. Posiedział sobie trochę spokojnie i teraz jest przejrzysty i apetyczny.
     Thuy przyjrzała się szklance jeszcze raz i stwierdziła:
     — Jest naprawdę dobry. Czy on medytował tak jak ty, wujku mnichu?
     Roześmiałem się i pogłaskałem ją po główce.
     — Powiedzmy raczej, że to ja, kiedy siedzę, naśladuję sok jabłkowy; to będzie bliższej prawdy.

Thich Nhat Hanh, Słońce moim sercem,
Jacek Santorski & Co, Warszawa 2008.

***

Wielki Naprawiacz Świata dostał wymówienie. Teraz będzie pracował zadaniowo, ale już nie na pełne siedem etatów. Zadaniowo, bo lubię śrubki w sobie czasem naoliwić, podokręcać. Lubię być całkiem miła, fajna, lubiana, apetyczna, ale czasem... jestem sam czysty miąższ! Zamiast wstydu, czuję ulgę i radość. Bo przecież miąższ to też ja.

wtorek, kwietnia 10, 2012

446. PWW

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Skromność.
Samokrytyka.
Sumienność.
Spełnieni?
Sumiennie skromni.
Sumiennie samokrytyczni.
Bo... nie chwal dnia przed zachodem słońca,
Bo... nie chwal człowieka przed jego śmiercią.
I przestań, do jasnej cholery, mówić „bo”, gamoniu!

***

Poczucie własnej wartości. Wynosi się z rodzinnego domu. Nie wyniosłam. Można w dorosłości próbować sztukować, flancować, leczyć. Implant poczucia własnej wartości u mnie nie chciał się przyjąć. Lista stu rzeczy, które udało mi się w życiu zrobić, mogłaby mieć nawet tysiąc pozycji. Każdej z nich po mistrzowsku umiem umniejszyć, bo... każdy może to mieć... wystarczy chcieć... to przecież nic takiego...

Nie mogłam nasiąknąć nawet oparem poczucia własnej wartości. Potrzebowałam właściwych słów, by odkryć nieznane mi poletko, na którym moje prywatne poczucie własnej wartości postanowiło wypuścić nie tylko listek. Sama się sobą zdziwiłam, gdy dotarło do mnie, że co jak co, ale radzę sobie świetnie!

Poczucie wartości to nie podziw ani zachwyt. Poczucie wartości to właśnie wiara w siebie. Nie, że wszystko umiemy i robimy świetnie, lecz że ze wszystkim sobie poradzimy. Nawet, gdyby tym „wszystkim” bywało niekiedy odstąpienie od zamiaru, zmiana planów, akceptacja niepowodzenia, skrucha za popełnioną niegodziwość, naprawienie win lub zwyczajne rozpoczęcie od nowa. Czymkolwiek to „nowe” miałoby być.

E. Woydyłło, Powtórka z matury,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.
(wyróżnienie własne)

Wrócił ten tekst do mnie niczym klamra, gdy w zeszłym tygodniu na zaprzyjaźnionym blogu przeczytałam nieznaną mi, ale podobno starą, brodatą anegdotkę o małej dziewczynce. Przez całe święta opowiastka ta do mnie wracała i wracała wywołując na mej twarzy uśmiech. To chyba ja... To chyba ja... Dopisałam polecaną książkę do majówkowej listy. A małej dziewczynki nie chcę już zgubić. Cytuję za Dudim:

Tischner opowiadał podczas kazania, że Pan Bóg stworzył wszystko, co nas otacza: żaby, zające, jelenie, misie… I tak wymieniał razem z dziećmi różne zwierzęta. A w końcu zapytał: „Które stworzenie udało się Panu Bogu najbardziej?” Miał nadzieję, że powiedzą „Człowiek”. Ale dzieci milczały. I wtedy ze środka kościoła wyszła mała dziewczynka, podeszła do mikrofonu i powiedziała: „To chyba ja”. (…) Tischner ją pochwalił: „Bardzo dobrze powiedziałaś!” Tę odpowiedź przytaczał potem często, ilekroć tłumaczył, jakie znaczenie dla człowieka ma odczuwanie samego siebie jako wartości.

W. Bonowicz, Kapelusz na wodzie. Gawędy o księdzu Tischnerze,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2010.

Nowa, cudna mantra: to chyba ja, to chyba ja. Proszę, weź ją sobie i noś zawsze przy sobie.

***

Przypomniało mi się. Z sobotniej podróży na Dolny Śląsk, słowa z wielkiego plakatu:

It's your life. Just take it!

poniedziałek, kwietnia 09, 2012

(444+1). Wielkanocna Baba

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Na niedzielnym, świątecznym spacerze, koło molocha, góra piachu zachwyciła upasione lasem szczęście Sierściucha:

środa, kwietnia 04, 2012

443. Ogłoszenie drobne po korekcie

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

... święte chwile za pasem...

Ach, to „a”! Zawsze pierwsze, pilne, obowiązkowe, konsekwentne, nieustająco naprawiające świat... zabić czym prędzej! Porzucić w tłoku przedświątecznych kolejek, by poczuć swe błądzące, niepewne, przestraszone, uparte, kochające, nienawidzące lub zezłoszczone, wybaczające, ale i czasem pamiętliwe Jestestwo. Nie zwariować i w pełni podarować sobie:

... święte chwile z psem...

Już niedługo. :)

wtorek, kwietnia 03, 2012

442. Definicja luksusu

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dzisiaj pewien dziennik na pierwszej stronie poinformował obywateli, że w dziale „luksusowe” umieszczają mylnie marki zaledwie popularne, które ze światowym luksusem nie mają nic wspólnego.

***

Luksus... dla mnie — przedstawicielki kryzysowych dzieci — to wciąż:
...niemożliwie bezkresny regał przeróżnych czekolad, które są, leżą i mogę je po prostu kupić;
...niezrozumiałe poczucie wielkiego bogactwa, gdy jednym przeciągnięciem karty wymieniam wszystkie wyblakłe i umęczone życiem skarpetki na nowych, kolorowych, siedem par;
...banany, które w końcu mi się przejadły;
...żelki, które jeszcze mi się nie przejadły.

***

I nie byłoby wpisu. Nie byłoby zamyślenia, gdyby nie Heniutka, która ułożyła swoją głowę na mej stopie, gdy grzebałam w komputerze. Jej ciepło rozbroiło mnie, a do głowy przyszło tylko jedno słowo: „zaufanie”.

To jest dopiero luksus... być godnym zaufania lub móc zaufać. A Henia na to: Tak, tak, jesteśmy luksusowymi burżujkami!

poniedziałek, kwietnia 02, 2012

441. Subtelne Drzewko w mieście

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jabłoń:
(skończyła zamawiać pierogi)

Kelnerka:
I dwa talerzyki.

Jabłoń:
(ze zdziwieniem na twarzy, jakie dwa [?],
łapie w końcu, o co chodzi)
Talerz jeden, poproszę. To wszystko dla mnie.

środa, marca 28, 2012

440. Napad

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Fachowo. Znienacka. Bez sygnałów ostrzegawczych napadła mnie dzisiaj rano w drzwiach do saloonu. Wdzięczność. Za mój wzrost, co wyzwaniem był nie lada. Za mój pesymizm w zakresie wiary katolickiej, co każe mi nieustannie zadawać sobie pytania i poszukiwać odpowiedzi, zamiast zadowalać się prostymi prawdami polskich purpuratów. Za Bruneta, dla którego i mój wzrost, i pesymizm religijny to było dużo za dużo, by chcieć wędrować ze mną po tych samych drogach, wpadać w te same dołki, utykać w zaułkach tych samych ślepych uliczek, walić głową w te same mury.

Oj, tak! W szczególności za Bruneta! Jeden Pan Bóg wie, gdzie bym dzisiaj była, gdyby powiedział „tak”. Wdzięczna dziś jestem niezmiernie każdej podłej rzeczy, która sprawiła, że me życie znalazło się właśnie tu, właśnie teraz.

Alicja Majewska, To nie sztuka wybudować nowy dom.

poniedziałek, marca 26, 2012

439. Najdumniejsza z wszystkich Mam

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Od wczoraj już nie jestem malutka. Pierś do przodu. Nos do góry. Moje marne sześć stóp i trzy cale zachowują się niczym dwa metry i parę centymetrów, bo…

…ta piękna Panna poniżej zdała wczoraj w terminie „zerowym” swój pierwszy w życiu egzamin. Dostała 137 punktów na możliwych 140.

Od wczoraj ma zawód — jest psem terapeutycznym.

***

Już niedługo świąteczny czas, czyli Czas Najwyższy, by porobić kudłatej Dziewczynce nowe zdjęcia, bo to powyżej, aż wstyd, jest z... Wielkanocy 2011.

piątek, marca 23, 2012

(425+13). Status kudłatego marzenia... w realizacji!

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Bóg rozdaje marzenia po to, żeby wydobyć z ludzi drzemiące w nich talenty. (...) Nazywam to teorią tylnych drzwi. Polega ona na tym, że jeśli ktoś ma jakieś marzenie, na przykład, pragnie zostać kucharzem w Hiltonie, to z całą pewnością ma także potrzebne do tego zdolności.

Przemysław Angerman

***

— Muu! — zawołała. — Jak to świetnie wygląda! Wiesz, co ja bym chciała. Panie Wrono?
— Ja nie, ale ty może wiesz.
— Chciałabym się nauczyć jeździć na rowerze.
Pan Wrona podfrunął do góry, zatrzepotał skrzydłami i zakrakał:
— Niech mnie pióra biją! Jesteś krową, Mamo Mu, K r o w ą! Krowy nie potrafią jeździć na rowerze!
Mama Mu spojrzała na niego przyjaznym wzrokiem.
— No, nie potrafią — powiedziała. — Dlatego chciałabym się nauczyć.
Pan Wrona zatkał uszy.
— Nie, nie! — zawołał. — Jakie nauczyć? Jaki rower? Jak by to wyglądało?!
— Chyba fajnie — odparła Mama Mu.

Jujja Wieslander i Tomas Wieslander,
Mama Mu na rowerze i inne historie,
Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2011.

***

Dwa lata temu zobaczyłam. Tańczył sześćdziesięciolatek. Po trzech minutach przyglądania się wiedziałam, że to, co widzę, chwyta mnie za samo serca dno, trzyma i nie puści. Obiecałam sobie, że po egzaminach znajdę na to czas.

— Niech mnie pióra biją! Kudłate Mamy tak nie potrafią.
— No, nie potrafią — powiedziała Kudłata Mama. — Dlatego chciałabym się nauczyć.

Rower? Jaki rower? Zamiast roweru kupiłam dziś ochraniacze na kolana.

— Nie, nie! Jakie nauczyć? Jak by to wyglądało?!
— Chyba fajnie — odparła Kudłata Mama.

Tim & Neige, A Spoonful of the Jam.

czwartek, marca 22, 2012

437. Świat zadecydował za nas

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

29 maja 2003. Poznań. Przed koncertem kupiliśmy koszulki, by dowiedzieć się, że Poznaniacy są już w Unii Europejskiej, a nawet lepiej, bez żadnego referendum przenieśli się do Francji. To był jedyny koncert Petera Gabriela w Polsce. Koszulki mamy do dziś. Według tych koszulek Poznań wciąż francuski jest. Wytarte. Umęczone życiem. Często wrzucając je do prania wzdychaliśmy, że gdyby tylko... jedziemy na koncert. Rzucamy wszystko i jedziemy!

***

Od dwóch miesięcy próbowaliśmy zorganizować się w kategorii „rzucić wszystko”, by pojechać na koncert Gabriela do Niemiec. Nie mogłam się nadziwić, że im bardziej chcemy, tym bardziej ten wyjazd wydaje się bez sensu. Data ciut kłopotliwa. Powrót w noc po koncercie niemożliwy. Tylko Heniutka nie stanowiła żadnego kłopotu, choć wydawała się najsłabszym ogniwem tego przedsięwzięcia — Jej ukochana Ciocia Antena zgodziła się u nas pomieszkać na czas naszego niebytu. Niefart, niemoc, co to jest? Myślałam sobie: dziwnie dziwne, nigdy tak nie było.

***

Sadownik z uporem maniaka od dwóch miesięcy słucha tylko jednego albumu i marudzi, że na taki koncert to on bardzo chciałby iść... kotły, bębny, smyki, łomot w wersji klasycznej. Myślałam sobie: dziwnie dziwne, nigdy tak nie było.

Jean Michel Jarre, Equinoxe 4.

***

I proszę! Jest!
13 maja 2012. Life Festival Oświęcim
. Jedyny koncert w Polsce z pakietu trasy koncertowej, która obejmuje również koncert, na który usilnie próbowaliśmy się wybrać. Sadownik w stanie „wyjechany” a sprawa nie mogła czekać. Telefon. Mail. Telefon. Potwierdzenie. Od informacji do zamówienia biletów wszystko zajęło Sadownikowi kilka minut.

Jedziemy!
Już nie myślę, że to dziwne. Znów Świat powstrzymał nas ciut w naszych planach, by podarować nam to, czego chcemy, ale w innym miejscu i w innym czasie. Czasem Świat wie lepiej. :)

Jedziecie?

Peter Gabriel, Red Rain.

środa, marca 21, 2012

436. Uwolnić motyla

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Druk RMUA odbierasz. Rzadko, ale zdarza się, że rzucisz okiem na kwoty w odpowiednich rubryczkach uwięzione. Kolumny różne nazwy mają, choć równie dobrze można byłoby zastąpić je jednym imieniem „czarna dziura”. W mediach od przeszło miesiąca króluje ta sama dyskusja dotycząca procesu przepoczwarzania się owej „czarnej dziury” w czarną otchłań czarnej rozpaczy, gdy będziesz już tylko ciężarem dla społeczeństwa. Scyzoryk w kieszeni mi się otwiera. Chcę być bardziej precyzyjna — otwierał się do wczoraj. Dziś przekładałam „ermułki” z wdzięcznością, że mogę to robić.

Od wczoraj myślę, że „ermułka” jest niczym zielona karta, czy paszport wymarzonego kraju. Jest dowodem posiadania przeze mnie pełni praw obywatela bogatego kraju. Nieistotne staje się nawet to, że czasem mogę mieć nie tylko wrażenie, ale pewność, że część moich praw mam na dzień dzisiejszy tylko teoretycznie. Te, które mam i teoretycznie, i praktycznie, to nieskończenie wielki przywilej życia w Polsce właśnie teraz.

Made in China. Czy jest choć jeden dom w tym kraju, który nie posiada żadnej metki z tym napisem? Moja ukochana firma od ubranek dla dzieci i dorosłych również ma ten napis na wszywkach skądinąd pięknych, pomysłowych, dobrych gatunkowo produktów. Nie kupować? Bojkotować? Rozmarzyłam się, by w każdym z domów, w którym znajduje się choć jeden produkt „made in China” znalazła się książka Liao Yiwu jako hołd dla jego odwagi, nadziei, pracy oraz dla bohaterów jego reportaży, jako niemy głos niezgody na sposób traktowania ludzi w Chinach. Wierzę, że każdy przeczytany egzemplarz tej książki jest niczym efekt motyla. Reszta wpisu już tylko na smak...

***

Z wstępu Philipa Gourevitcha:

Liao pisze zatem z odwagą człowieka, który wie, czym jest strata, i się jej boi. Nic tak nie wzbudza jego zainteresowania jak oficjalny zakaz zwracania na coś uwagi, nic tak nie wyostrza mu słuchu jak narzucona odgórnie głuchota, nic tak nie popycha go do tego, żeby coś nam pokazać, jak ślepota, którą usiłują narzucić władze komunistyczne.

Z wprowadzenia Wena Huanga — tłumacza na język angielski:

(...) Ren Bumei, powiedział w wywiadzie udzielonym Radiu Wolna Azja: „Wszystkich ludzi przedstawionych w książce łączy jedno — zostali pozbawieni prawa do mówienia we własnej obronie. Ta książka to zdecydowanie potępienie odebrania im tego prawa o zarazem doskonały portret tych wyjątkowych jednostek”.

*

Z reportażu „Prawicowiec”:

Feng Zhongci: (...) Sekretarz Partii popatrzył na mnie i odezwał się już spokojniej: „No dobrze. W takim razie musisz wybierać albo ta kobieta albo Partia, Powtórzyłem jeszcze raz, bardzo stanowczo: „Kocham ją”.
     Dwa tygodnie później zostałem wyrzucony z Partii i napiętnowany jako prawicowiec i zły element.
     
(...)
Liao Yiwu: Czy kiedykolwiek żałował pan swojej decyzji?
Feng: Nie. Wielu ludzi mnie żałowało, współczuło mi z powodu, jak to nazywali „mojego nieracjonalnego zaślepienia”. Ale ja uważam, że postąpiłem właściwie. Mając do wyboru między Partią i kobietą, wybrałem kobietę. Ludzie powinni stawiać życie osobiste na pierwszym miejscu, nie sądzi pan, młody człowieku? Przyłączyliśmy się do rewolucji komunistycznej, żeby każdy mógł się ożenić z piękną kobietą i założyć rodzinę. Ta podstawowa idea została w czasach Mao całkowicie wypaczona. Mówiło się tylko o abstrakcjach, takich jak Partia czy Lud. Życie osobiste było uważane za coś hańbiącego. Ale ani z Partią, ani z Ludem nie można się ożenić, prawda? Na każdym kroku słyszeliśmy takie bzdury, jak: „Taki-a-taki został wykarmiony przez Partię i Lud”. A czy ktoś widział kiedyś piersi Partii?

*

Z reportażu „Emerytowany urzędnik państwowy”:

Zheng Dajun: (...) Na przykład Przewodniczący Mao powiedział, że wróble zjadają zboże i dlatego należy je wytępić. Wkrótce rozpoczęła się ogólnonarodowa kampania i wszyscy łapali wróble. Po dwóch latach niemal całkowicie wytępiono w Chinach te ptaki. Nie mieliśmy pojęcia, że zabicie wróbli zachwieje delikatną równowagą przyrody. Wróble zjadały ziarna zbóż, ale też owady, które po wyginięciu wróbli rozpleniły się i w wielu rejonach spowodowały klęski.

*

Z reportażu „Były właściciel ziemski”

Liao Yiwu: Nie wiedziałem, że po tylu latach, kiedy prześladowano pana jako „złego właściciela ziemskiego”, jest pan wciąż całkiem uparty.
Zhou Mingyue: A owszem. Najbardziej ze wszystkiego nie lubię, jak ktoś mną manipuluje. Kiedy przyjeżdżają do mnie wnuki, boją się tu mieszkać ze względu na pchły. Mam koty. Uwielbiają bawić się na moim łóżku i ze mną spać. Jestem stary i ciągle marznę. Wieczorami dzięki kotom jest mi ciepło. Zawsze z nimi rozmawiam, opowiadam im takie rzeczy, które interesowałyby ludzi mojego pokolenia. Nigdy nic nie wiadomo, koty mogą być wcieleniami ludzi, którzy zmarli.

Liao Yiwu, Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe.
Chiny z perspektywy nizin społecznych
,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2011.

wtorek, marca 20, 2012

435. Mężczyzna świadomy zbyt

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

(przed rankiem, ale po świcie)
Jabłoń
:
(w trybie lekko teatralnego żebrania)
Pójdziesz z Heńką na dwór?

Sadownik:
(droczy się)
Ja? Masz psa, to masz obowiązki!

Jabłoń:
No… ja mam psa, więc mam obowiązki…
ty masz żonę, więc... masz obowiązki?

Sadownik:
O nie, nie, moja droga!
Wypraszam sobie! Ja nie mam żony!
Ja jestem w związku z moją żoną a to zupełnie co innego.

sobota, marca 17, 2012

434. Znów z książki wyskoczyły kolejne dwie

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Najbardziej upiornym przedmiotem na filologii angielskiej była dla mnie literatura. Co zajęcia udowadniał mi, że na studiowanie jestem już mocno za stara. Zgięłam kark, wyryłam co autor i prowadzące przedmiot miały na myśli. Zdałam, ale nienawidziłam i pań, i przedmiotu. Kochałam za to gramatykę opisową i translatorykę, których nienawidziła reszta mojej studenckiej braci. Kochałam, bo przedmioty te były nasączone hektolitrami logiki i matematycznego wręcz piękna.

Kończyłam wczoraj książkę, w której przetłumaczono jeden z wierszy Emily Dickinson. Czytałam i miałam pewność, że przetłumaczono go ciut niechlujnie i niekonsekwetnie. Sięgnęłam po oryginał tego małego cacka. Potem wyszukałam życiorys poetki. I stało się... Uwierciłam dziurę w brzuchu Sadownika, by wygrał dwie aukcje i zakupił mi tłumaczenia Barańczaka dwustu wierszu Dickinson. Nabył. Dzięki temu będę miała po dwa nieba w każdej z dwóch nabytych książek, i to z Emily, i to z Barańczakiem. W rozwoju nieco opóźniona, literaturę i poezję kocham powoli, po swojemu i w swoim tempie. Zakułam, zdałam, zapomniałam, a teraz odkrywam je dla siebie i tylko dla siebie.

Wiersz, od którego wszystko się rozpętało, brzmi tak:

A word is dead
When it is said,
Some say.

I say it just
Begins to live
That day
.*
Emily Dickinson (1830–1886)

Teraz już tylko mam nadzieję, że będę miała dość szczęścia, by w zamówionych książkach odnaleźć tłumaczenie tego wiersza wykonane przez mistrza Barańczaka.

______________
* tłumaczenie Anny Wojtaszczyk (ciut podrasowane):

Słowo umiera,
Gdy je wypowiesz,
Tak powiadają.

A ja powiadam:
Dopiero wtedy
Żyć zaczyna.


piątek, marca 16, 2012

433. Zwierzęta idą do nieba i już!

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jadąc do pracy dzieliłam przestrzeń wnętrza tramwaju z grupą pięciolatków. Starałam się czytać książkę, ale jednocześnie delektowałam się atmosferą jaka towarzyszyła rozkrzyczanej grupie przedszkolaków... bezkresna ciekawość, ogromna energia, wielkie poruszenie. Zerwałam podczas tej przejażdżki dwa kwiatki.

Kwiatek Pierwszy. Przyszedł moment, gdy ołóweczkiem na marginesie w książce, by nie zgubić, zapisałam wypowiedź jednego dziecka, które powiedziało do drugiego: nie lubię cię dla dobra społecznego. Uśmiałam się, by za chwilę zrobiło mi się całkiem smutno.

Kwiatek Drugi. W pewnej chwili, pewien chłopiec --- tu kończy się bajka a zaczyna się życie --- zapytał panią wychowawczynię, czy zwierzęta idą do nieba. Pani bez najmniejszego wahania odpowiedziała: nie. Zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie był to przegapiony moment, w którym może kształtować się podmiotowe traktowanie zwierząt? Gdy teraz o tym piszę, pluję sobie w brodę, że nie zszargałam autorytetu przedszkolanki, wtrącając się i mówiąc, że zwierzęta, a na pewno psy, koty i konie idą do nieba. Bo czy ktoś jest w stanie kochać ludzi bardziej niż psy, koty i konie pomimo naszej ogromnej niedoskonałości w stosunku do nich?

***

Pozostałam z marzeniem. Kiedyś, gdy będziecie mieli dzieci w wieku przedszkolnym, gdy w tym kraju będzie jedno dziecko na sześć miejsc w przedszkolu, proszę, upewnijcie się, że personel wierzy w to, że zwierzęta idą do nieba. Zróbcie to dla dobra społecznego.

czwartek, marca 15, 2012

(431+1). Czuły, piśmienny Jaskiniowiec

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dotykanie słów, przyglądanie się im. Przebieranie, wybieranie, układanie. Słowa pozwalają bawić się sobą. Chce Pan dowód? Proszę bardzo… czyż nie jest pięknym, że napisane ciut wcześniej zdanie --- to pochylone, by nie było wątpliwości, o które słowa chodzi --- ma dwa różne znaczenia? I co z tego? To przerost formy nad treścią --- oznajmił Pan JaWiemLepiej.

***

Łapię oddech obcując z kształtem słów. Cieszy mnie ich wielowymiarowa, utkana sprytnie wieloznaczność. Przebieram, wybieram, układam, przestawiam, dodaję, wyrzucam i jakby znikąd nagle… pojawia się wzór, melodia, rytm, wspomnienie. Słowa zaczynają tworzyć akapity, zaczynają żyć własnym życiem. Już nie należą do mnie. A kogo to obchodzi? To przerost formy nad treścią --- powtórzył Pan JaWiemLepiej.

Mnie obchodzi. Dla mnie ma znaczenie. Ten blog pisany jest z egoizmu. Panie JaWiemLepiej, w tym blogu treścią czasem są trzy kropki i pauza. No właśnie! To przerost formy nad treścią --- Pan JaWiemLepiej... wie to najlepiej.

***

Wszystkie organizmy żywe mają taką samą treść, czyli skład pierwiastkowy. Różnią się formą. Nie nazwałabym słonia przerostem formy nad treścią.

*

Wątpliwości. Wolę je mieć, niż trwać na posterunku wiedzenia najlepiej.

***

Zmasakrował mnie wczoraj człowiek... słowem. Wiedział najlepiej.

środa, marca 14, 2012

(428+3). Precz z jaskiniowcami!

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Każde „po” ma swoje „po”. Nareszcie! Odkopałam się z wszystkich rzeczy, które miałam w planie zrobić, gdy tylko będę już „po egzaminach”. Dzięki temu jestem dziś w wersji „po-po”. Jednocześnie jestem też ciut wczorajsza, by nie powiedzieć nieświeża, ponieważ pozostaję pod wrażeniem spotkania z Puchatym, który jeszcze kilka dni temu miał konkretne imię, konkretne nazwisko, konkretną brodę, konkretne ciało oraz był i jest ojcem mego Drugiego Życia w tym życiu.

W niedzielę wieczorkiem piliśmy kawę opijając moje egzaminy i nasze wspólne POP-owskie życie, które rozpoczęło piąty rok. Puchaty Przyjaciel podarował mi dużo ciepłych słów, które na nowej ścieżce życia pozwalają nabrać odwagi, by zrobić kolejny krok. Grzeję się przy tych słowach do dziś.

***

Przypadkiem... oczywiście, że przypadkiem... wyjęłam z półki książkę, na którą przyszedł właściwy czas a tam słowa Marka Twaina, który pięknie ujął to, co jest aktualnie moim doświadczeniem: „Potrafię dwa miesiące przeżyć na jednym porządnym komplemencie”.

***

Znów przypadkiem... zaczęłam się zastanawiać... Dlaczego tyle narzekamy? Dlaczego marudzimy? Dlaczego wiecznie szukamy dziury w całym? Dlaczego nigdy nie jesteśmy dość dobrzy? I dlaczego nie przywiązujemy równie dużej wagi do zauważania dobra, które przytrafia nam się co dnia?

Doszłam do roboczego wniosku, że to zwykły, skostniały atawizm. Dobro nie zabija, więc nie trzeba mu poświęcać uwagi, by przetrwać. Niedokładność, niefrasobliwość czy lekceważenie praw pór roku zabijało ludzi w epoce jaskiniowej. Od tego czasu minęło sporo czasu. Sporo się też zmieniło. Wydaje się, że zmieniły nam się również priorytety, bo dziś, w tak bogatym kraju jak nasz, większości obywateli nie chodzi o przetrwanie tylko o dobre, sensowne życie. Pomijając szczególne miejsca (np. salę operacyjną), w zwykłym dniu żywota naszego, nie stracimy życia, gdy zamiast dokładać innym i sobie wyolbrzymiając błąd, nietakt czy niewybaczalny gest, skupimy się na pozytywie — na przykład, może i nie udało się, ale miałam odwagę spróbować i zrobię to jeszcze raz. Od myśli do myśli, od tezy do tezy, aż do wniosku — obietnicy danej sobie.

Koniec!
Od dziś nie chcę być już jaskiniowcem!
Będę polować na dobre rzeczy w sobie, w ludziach, którzy wokół mnie.
O!
Taki mam diabelski plan!

czwartek, marca 08, 2012

430. Piękno Przypadku

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Weekendy w tym semestrze są wyjątkowo krótkie. Jednodniowe i w środę. Wracaliśmy wczoraj wieczorem ze wsi i znów coś w środku mnie zanuciło znaną piosenkę, której refren do znudzenia pojawia się tutaj co kilka bądź kilkadziesiąt wpisów: kocham przypadki!

Jechaliśmy po polskich drogach krajowych. Przypadkiem wyładowało się urządzonko. Przypadkiem też zapomniało się Stadu wziąć ładowarkę. Zupełnie przez przypadek, sto kilometrów przed domem włączyli radio. Całkowitym zrządzeniem losu z radia sączyła się audycja o książkach. Jedno zdanie i wczorajszy przypadek zamienił się w dzisiejszą pełną premedytację. Andrés Neuman w wywiadzie powiedział:

Piękno kryje się w sposobie patrzenia.

Po tych słowach wiedziałam jaki będzie ciąg dalszy. Nie było dziś mocnych. Nie pamiętam, abym miała takiego smaka na powieść. Już nie przez przypadek, nabyłam drukowane papierem powleczone. Kilkadziesiąt stron za mną. Autor nie jest teoretykiem piękna. Jest fantastycznie delikatnym praktykiem. Gdybyście więc, oczywiście przypadkiem, nie mogli zdecydować się co wziąć do ręki, to...

poniedziałek, marca 05, 2012

429. Światełko

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Choć jest już widno, gdy rano z Heniutką wychodzimy na dwór, dwa mieszkania w lewo od naszych okien, na parapecie obcego okna pali się lampka. Zawsze. Codziennie. Niezmiennik rozpoczynającego się dnia. Gdy wracamy z szybkiego spaceru, będąc już na ostatniej prostej do klatki, me oczy automatycznie wędrują ku wspomnianemu oknu. Jest. Światełko. Niczym rytuał. Źródło spokoju. Nie znam osoby, która tam mieszka. Nie wiem nawet jak wygląda. Pewna jestem tylko tego, że nie ma psa, bo gdyby miała, za nami byłyby już setki rozmów o naszych czworonogach.

Dziś. Znajomy blask w nieznajomym oknie. Poczułam się bardzo bezpiecznie z tym, że od wczoraj nie stało się nic złego, co zgasiłoby światełko na parapecie. Życzyłam w myślach tej Osobie dobrego dnia…

Zaczynamy kolejny dzień, kolejny tydzień. Niech będzie dobry!

***

Co zostaje po ludziach, gdy odchodzą? Pustka? Cisza? Nieznośny „brak”?

Wie Pani czego najbardziej mi brak? Tych chwil podczas naszych spotkań, gdy powoli, majestatycznie, zanim sięgnął po zapalniczkę… obracał w palcach papierosa...

***

Rozrzucone skarpetki przestały być bałaganem. Stały się bezgłośnie wyśpiewanym błogosławieństwem Życia, co „żyje się” i ma się dobrze.

piątek, marca 02, 2012

(425+3). Dębowego Duetu Piękna Połowa... się czyta

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

W procesie uczenia się, rycia czy zakuwania pewien poziom deprywacji sensorycznej jest absolutnie niezbędny. Jak mantrę powtarzałam przez prawie dwa miesiące: to… tak, koniecznie, na pewno, ale po egzaminach. W odstawkę poszły spotkania międzyludzkie, książki i obsługa domu. Ponieważ już jest „po” nadrabiam we wszystkich kategoriach. Niektóre „nadróbki” potrafią mnie bardzo mile zaskoczyć. Otóż, szłam powolutku na spotkanie, dysponowałam ekstra kwadransem i zaszłam do małej księgarenki, w której wielokrotnie czekały na mnie książki, których nigdzie już kupić się nie dało. Wchodzę, wodzę oczami po grzbietach książek w mym ulubionym dziale i oczom nie wierzę. Uchowała się specjalnie dla mnie książka, o której, gdy była dostępna, nic nie wiedziałam. Płacąc okazało się, że ta książka wcale a wcale nie uchowała się specjalnie dla mnie. Mam najzwyczajniejsze szczęście wynikające z faktu, że wydawnictwo postanowiło wznowić brakujące tytuły Ewy Woydyłło. Znów odłożyłam wszystko na bok i połykam kolejne strony. Dębowy Duet (322) mieszka w mej bibliotece na jednej półce. To jednak mało. Jadąc dziś do pracy tramwajem uśmiałam się jak norka, bo spotkałam ten Duet razem na jednej stronie książki:

Konstytucjonalista i prawnik Wiktor Osiatyński pisze: „W relacjach z ludźmi powinniśmy zdobyć się na ryzyko nie tylko domagania się praw nam należnych, lecz także proszenie innych o to, czego sami moglibyśmy oczekiwać. Zwracanie się z prośbą pociąga za sobą ryzyko, że nie zostanie ona spełniona, a wtedy proszący może poczuć się odrzucony i jego poczucie wartości narażone będzie na szwank. Sposobem na zmniejszenie tego ryzyka jest pozwolenie drugiej osobie, aby powiedziała «nie». Na przykład, prosząc o przysługę, można zaznaczyć: «Nie czuj się zobowiązany, nie przyjmę odmowy osobiście». Ważne jest, by oddzielić prośbę i potencjalną odmowę od własnego poczucia wartości. Gdy ktoś prosi mnie o pożyczenie pióra, a ja odmówię, nie oznacza to negatywnej oceny tej osoby ani jej wartości. Jest oznaką dotyczącą mojej osoby i wartości mego pióra dla mnie. Moją odmowę należałoby rozumieć jako oznajmienie, że potrzebuję tego pióra lub jestem do niego przywiązany i nie chcę się z nim rozstawać. Dotyczy to wszystkich innych próśb, w tym również takich jak zwrócenie się o pomoc, uczucie lub intymną bliskość.
     Świat idealny byłby wspaniały, gdyż relacje między ludźmi byłyby oparte na miłości, przyjaźni i innych dobrych uczuciach. W świecie rzeczywistym przyjaźń często bywa zerwana, miłość zdradzona, dobre uczucia nadużyte. Dlatego właśnie potrzebujemy instrumentów obrony siebie w sytuacjach, gdy dobrych uczuć zabraknie lub nas zawiodą”.
     Z tej samej książki przytoczę jeszcze jeden z jej końcowych fragmentów, ponieważ napisałabym w tym miejscu dokładnie to samo, gdyby wcześniej nie napisał tego profesor nauczających o prawach człowieka. Oto jego przesłanie zawarte w Liście do studenta: „Wchodź w osobiste relacje z nadzieją i ufnością, lecz również z ostrożnością. Nie wyrzekaj się swych praw zbyt pochopnie. Lecz gdy nawiążesz z kimś osobistą więź, zapomnij o swych prawach — jakkolwiek nie zrzekając się ich całkowicie. Twe relacje z ludźmi będą bogatsze, jeżeli będą opierać się na przyjaźni, miłości, empatii, gotowości do dawania i wybaczania. Gdybyś jednak został przez kogoś zdradzony lub wykorzystany, nie wahaj się odzyskać swych praw. Jesteś wolną istotą, a nie niewolnikiem rodziny czy znajomych”.

E. Woydyłło, Poprawka z matury,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.



czwartek, marca 01, 2012

427. Dzień „starego” Jubilata i nowiutkiej „Nobilitantki”

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jak nazywa się związek w którym kobieta jest starsza od mężczyzny? Antykwariat.
Ona, antyk. On, wariat.

Dziś, po dwudziestej trzeciej Sadownik urodzi się znów. Skończy n2 lat. Tym samym licząc po anglosasku, Jabłoń wciąż zachowa młodość, a tylko Sadownik będzie o rok starszy. Przez trzy miesiące i dziewięć dni Sadownik jest mniejszym gówniarzem niż przez pozostałą część kalendarzowego roku, gdy nawet w tym systemie różnica wieku między Dwunożnymi wynosi ½·n.

(przy śniadanku)
Jabłoń
:
(cieszy się jak dziecko, że Sadownik przez sam fakt
dożycia do dwudziestej trzeciej z hakiem, postarzeje się o cały rok
)
Staruszku, to już dziś!

Sadownik:
Z czego tak się cieszysz?

Jabłoń:
No wiesz, będziemy bliżej społecznego „standardu”.

Sadownik:
(filozoficznie o różnicy wieku sadowniczo-drzewkowego Duetu licząc rocznikiem)
To powinna być dla ciebie nobilitacja.

Jabłoń:
???

Sadownik:
No wiesz, babka musi być fajna, skoro ma młodszego faceta.

Jabłoń:
Noooo! Muszę być fajna!

wtorek, lutego 28, 2012

426. Samoistna reedukacja

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Najlepsze kasztany są na placu Pigalle...
Najlepsze zabawki dla psa są... w Ikei.

Powoli, powoli... Uściślijmy. Pewnie nie dla każdego psa, ale dla labradora z pewnością.

Szybko przez przeszłość... z wychowaniem pierwszego psa jest jak z budowaniem pierwszego domu... dużo błędów. Tak się cieszyliśmy, że Henia aportuje, że nie zwróciliśmy uwagi, że rzuca nam badyla pod nogi zamiast podać do ręki.

Szybciej przez psie gusta... podejrzewałam już, że Henrietta wyparła się swoich labradorskich genów. Miała pokaźną kolekcję piłek mniej lub bardziej twardych, mniej lub bardziej gumowych. Pobiec raz i przynieść, proszę bardzo. Drugi, od biedy. Trzeci, niech Ci będzie. Czwarty... a sama sobie leć skoro rzuciłaś! --- mówiła nieporuszona sylwetka kundla, co właśnie wziął się mocno za węszenie, by zgubić własny słuch i wzrok.

Długo... trwało nim się poddałam. No cóż, takiego mam labka, co za piłką ganiać nie chce. I trudno. Pogodziłam się. Psia Indywidualistka. Po Mamusi? Po Tatusiu?

W mgnieniu oka... Kudłata wyprowadziła mnie z błędu. Kupiliśmy w Ikei dwie szmaciane, nieduże piłki, raczej ku radości Jabłonki, choć z przekonaniem wciskała Sadownikowi, że to przecież dla Heniutki. Kupiliśmy, bo w ładnych kolorach były: zielona w jasnozielone prążki, czerwona w różowe groszki.

Efekt... Samoistna reedukacja... Od tygodnia Henia mnie zaskakuje. Sama nauczyła się przynosić szmacianą piłkę i wciskać człowiekowi w rękę. Jak ludzka sierota nie złapie to pies cierpliwie podnosi z podłogi i znów wciska. Nie wierzyłam, że to się utrzyma dłużej niż zapach nowości zabawek, ale wciąż trwa. Sprawdziłyśmy, czy na dworze pies aportujący też poprawnie działa... Działa!

***

Chciała baba psa ślicznie aportującego. Ma! Siada człowiek dowolny na kanapie i w mgnieniu oka ma w zestawie, do swej usadzonej mniej lub bardziej wygodnie sylwetki psa, z piłką pod ręką. Rzucaj, rzucaj! Nie ustawaj! Prawdziwa labradorzyca obudziła się w Heniutce! Czy ktoś powiedział: uważaj na marzenia, bo mogą się spełnić? ;)

niedziela, lutego 26, 2012

425. Kudłata Reaktywacja

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Piątek. Ostatni POPowski egzamin. Do przodu.
Stałam się studentką szkolenia dyplomowego.

Nieprzytomna
oszołomiona
do dziś
trochę
pozostałam.

Do rzeczywistości
przywracało
odrobinkę
Heniutkowe szkolenie
wczoraj i dziś.

***

Leżąc w hamaku słucham świeżutko w piątek zakupionego Cohena i nie mam pojęcia skąd we mnie całkiem nowiutka ciekawość i radość, że już jutro poznam nowych studentów, z którymi będę pracować w zbliżającym się nieuchronnie z każdą godziną letnim semestrze.

Uśmiecham się na myśl, że wracam również Tu i w ulubione przeze mnie blogowe miejsca Innych. Mam nadzieję, że jeszcze ktoś tutaj zajrzy...

Leonard Cohen, Going Home.

sobota, lutego 18, 2012

424. Brzuszne nierównouprawnienie

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Heniutka wpada do weterynarza jak kujon do higienistki. Sama, nieproszona, wskakuje na wagę. Zdziwiło się Drzewko, bo tyle jeszcze Sunix nie ważyła. Dwa kilo więcej niż zawsze. Jabłoń sprawę Sadownikowi raportuje z niezmalałym nawet na jotę zadziwieniem, podejrzliwie przeprowadzając po raz n-ty procedurę sprawdzania Heńkowego kształtu.

Jabłoń:
(patrzy na Sierściucha, co kształtem nijak nie zdradza przybrania na wadze)
Może ona nauczyła się wciągać brzuch?

Sadownik:
Wiesz, to mózg jej spuchł od psich nauk.

Jabłoń:
Ale dwa kilo?

______________
♀ Ile kobiet zachodniego świata nigdy w życiu tego nie robiło?
♂ Czyżby dla mężczyzn wciąganie brzucha to absurd, abstrakcja lub inne „ale o co chodzi”?

423. Esemesowy kontakt Indiańskich Mam

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Tak. Wczoraj. Dwa egzaminy. Do przodu!
Ale przedwczoraj miotałam się nieprzytomnie pomiędzy zagadnieniami egzaminacyjnymi. Świat miał mnie dość.

***

Przedwczoraj Mama Wielki Brzuch (przyszła Mama dwóch chłopców), by rozładować ciężką atmosferę, przysłała Kudłatej Mamie na pocieszenie dowcip:

Czym różni się psychotyk od neurotyka? Psychotyk myśli, że 2+2=5. Neurotyk wie, że 2+2=4, ale strasznie go to wkurwia.

Zadziałało! Matka matkę zrozumie zawsze! Popłakałam się ze śmiechu a zaraz potem rozluźniłam zamyślając się nad hipotetycznym charakterem naszego świata, gdyby kryteria diagnostyczne były układem równań, koniecznie różniczkowych...

czwartek, lutego 09, 2012

422. Zniesiony zakaz palenia

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Vermeer
Dopóki ta kobieta z Rijksmuseum
w namalowanej ciszy i skupieniu
mleko z dzbanka do miski
dzień po dniu przelewa,
nie zasługuje Świat
na koniec świata.

W. Szymborska,
z tomiku Tutaj/Here,
Znak, Kraków 2009.

***

Może i Świat nie skończył się dziś, ale z pewnością się zatrzymał. Uśmiecham się na myśl, że Niebo to jedyne miejsce publiczne, w którym od śmierci Szymborskiej zniesiono już na zawsze zakaz palenia.

***

421. Byle jak? Mowy nie ma!

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Nie rób swojemu ciału niczego byle jak
Zanotowałam w środku nocy.
Kto mi zesłał ten sen?
Po co obdarował mnie tym zdaniem
co kategoryczne, poplątane, ale i uwodzące ciut?

***

No więc, byle jak, czyli jak? Na łapu capu śniadanie jeść. Prysznic szybko brać planując gorączkowo cały dzień. Kręgosłupowe ćwiczenia ciach, mach, zrobione, odhaczyć. Szybko tu, prędko tam, biegusiem przez dzień aż po zmierzch. Wytchnienie tylko przy Kudłatej łapać, bo Ta czuła na nastroje, zniecierpliwienie i pośpiech --- ściemy, że wszystko super nie łyknie. No i grzech największy, zaniedbania: z byle kim o byle czym prawić.

Wstałam dziś z postanowieniem poprawy, w końcu Bogu Radości Wszelkich, co taki sen zsyła nie można odmówić. Śniadanie powolutku zjadłam. Z planu dnia wykreśliłam 70 % absolutnych „musisz-mieć-zrobione”. Z sennym wsparciem uczę się nie robić swemu ciału byle jak, więc omijam również myśli w sople lodu zamienione, że nie dam rady, nie zdążę, nie starczy. W słońcu na kanapie wygrzewałam się późnym przedpołudniem, bo przecież jakoś będzie, dam radę, postaram się zdążyć, starczy czasu.

Dam z siebie wszystko, ale zgodnie z senną wskazówką, nie będę wypruwać sobie flaków.

środa, lutego 08, 2012

(419+1). Hazardzistka

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Orzeszki nerkowca, fistaszki, rodzynki. Innymi słowy, mieszanka studencka. Wiadomo gdzie kupić, wiadomo jak smakuje, wiadomo co z tym robić.

Wczoraj po raz pierwszy przygotowałam psią mieszankę studencką. Nazwę i skład zapożyczyłam od Asi, która asystowała w niedzielę na szkoleniu psów. Serek, świeża bułka, parówka. Pokrojone, pomieszane i... pies chodzi jak żyletka!

Prostota tego przedsięwzięcia mnie zastrzeliła. Nauka nabrała posmaku loteryjki, bo przecież nie wiadomo, czy się teraz bułeczki kawałek dostanie, czy serka... Ach, jak wczoraj Heniuta pięknie ćwiczyła! Zuch a nie pies! Hazard... kto by pomyślał, że Heniutka ma do niego ciągoty. Hazard... a na tapecie... uzależnienia. Ach, ten przypadek!

poniedziałek, lutego 06, 2012

419. Szaleństw cała lista

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Depresja... kryteria diagnostyczne... jedno, drugie, trzecie... mam! Mam od zawsze! Ledwo żyję i zastanawiam się jak dożyć do egzaminów.

Zaburzenie dwubiegunowe... czwarte, piąte... mam! Mania, mania, mania... proszę bardzo, jest we mnie, średnio raz w tygodniu.

Schizofrenia... kryteria... spłycenie afektu mnie dopadło wczoraj. Świat oddzielił się szklaną ścianą. Nieprzyjemnie było. Wszystkie zaburzenia mam jak na zawołanie, gdy tylko obryję dokładniej jednostkę chorobową.

Zaciekawiło mnie, jakie objawy przy nauce ma mężczyzna uczący się do egzaminów z ginekologicznej specjalizacji? Przecież nie może mieć zapalenia jajników, prawda?

***

Wczoraj studiowała Henia. Pani od szkolenia psów podsumowała psychikę labradorów: świat mnie kocha, jestem boski! Patrzę na Henię dziś i... cóż... nawet jeśli tak myśli, w to wierzy i jest o tym przekonana, to nie jest to narcystyczne zaburzenie osobowości. Dziewczynka ma rację lub odpowiedni zestaw przekonań.

***

Spotkałam dziś w tramwaju amstafa o imieniu Marley. Nie umiałam nie podejść, nie zaczepić właścicielki, psa lub psa i właścicielki. Pani przemiła. Pies obłędnie serdeczny. Na dzień dobry zachwycił się zapachem Heniutki, co go na rękawiczkach zawsze mam. Moja miłość do amstafów niebezpiecznie rośnie, im więcej spotykam egzemplarzy tej rasy. Sadownik, poinformowany o tym fakcie stwierdził tylko: nie słyszałem tego.

Radości Marleya długo nie zapomnę. Po raz pierwszy w życiu spotkałam psa niewidomego... od urodzenia. Bez depresji, dwubiegunówki, bez zaburzeń osobowości i schizofrenii. Zdrowy pies, choć ze schroniskową przeszłością, to z szczęśliwą teraźniejszością, wszystko widzi w różowych kolorach. Wspomnienie o nim pozostało na dnie serca. Amstafkę mieć... szmer serca słyszę... Amstafkę... mieć... A Sadownik na to powiedziałby z pewnością: kochanie, zostaw na razie w spokoju zaburzenia kardiologiczne. No tak, ma rację Chłop. Póki co, pójdę na korepetycje z psiego optymizmu do Heniutki i będę ryć dalej. W ramach szmeru pojawiła się optymistycznie szalona myśl, że może jednak Henię należałoby zapytać, czy chciałaby mieć siostrzyczkę... ;) Nie wiem dlaczego, ale myślę, że znam odpowiedź.

sobota, lutego 04, 2012

418. Międzygatunkowe dziedziczenie wredoty

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jabłoń:
(wczoraj, późnym wieczorem pochyla się nad ułożoną już do snu
na swoim legowisku Heniutką, która wygląda jak najsłodszy pies świata,
co nigdy kłopotów nie sprawia
)
Małpeczko, ty moja kochana...

Sadownik:
(przedrzeźnia)
Małpeczko, małpeczko...
(dodaje już na serio)
Wredna małpa!

(by po chwili podzielić się myślą logiczną całkiem)
Sadownik:
Zastanawiam się, czy ona ma to po mamusi...

piątek, lutego 03, 2012

417. Ten Drugi Czas

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Po kryzysie wieku średniego co napadł na mnie cztery lata temu, dopadła mnie dziś świadomość, że pierwszy okres mego życia domyka się, a drugi subtelnie i konsekwentnie rozsiada się obok mnie.

Kiedy zatrzymuje się dla ciebie czas? Czy wtedy, gdy się kochasz, czy gdy bawisz się z dziećmi, czy gdy przemawiasz na zebraniu, patrzysz na wybitne dzieło sztuki albo sam je tworzysz? Gdzie czujesz się naprawdę jak w domu --- na polu golfowym, czytając w swoim gabinecie, sadząc rośliny w ogródku, słuchając koncertu rockowego, czy może podając herbatę w schronisku dla bezdomnych?
Nie są to błahe pytania. Musisz je sobie zadać i uważnie wysłuchać odpowiedzi, mają one bowiem kluczowe znaczenie dla zmiany, która właśnie dokonuje się w twoim życiu, dla przejścia z jednego okresu w drugi.
Uważam, że w życiu człowieka są tylko dwa ważne okresy: okres ekspansji i okres wycofywania się. (...)
Przypuszczam, że przeciętny czytelnik tej książki jest w wieku 30–45 lat. A zatem, czytelniku, wkraczasz właśnie „w szczytowy okres swoich możliwości”. Znajdujesz się mniej więcej w połowie swej drogi życiowej. Jest to czas, w którym kończy się pierwszy a zaczyna drugi okres.
W tym drugim okresie twoje życie będzie określał nie tyle świat zewnętrzny, ile pewna rzeczywistość wewnętrzna, którą tworzą fakty i doświadczenia zbierane przez cały okres poprzedni. Twoje zadania w okresie wycofywania się koncentrują się wokół tego, czego nauczyłeś się i dowiedziałeś w okresie ekspansji. Odkryłeś wtedy pewne czynności, przedmioty i osoby, które polubiłeś i pokochałeś, które nie są środkami osiągnięcia żadnych celów, lecz celami samymi w sobie. Kiedy poznawałeś je i domyślałeś się, jakie mają znaczenie, prawdopodobnie odkładałeś na później bliższe zajęcie się nimi. Ostatnio ich zew stał się silniejszy. Wchodząc w drugi ważny okres swego życia, nie możesz dłużej odkładać prób ich osiągnięcia. Musisz zmienić swoje życie, aby dostosować je do tego, czym --- jak odkryłeś --- w istocie jesteś.

M. E. P. Seligman, Co możesz zmienić, a czego nie możesz,
Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 2010.

Drugi czas. To nie tylko czas, gdy już wiem kim jestem, czego chcę, o czym marzę, czego pragnę, jak mam zamiar przeżyć resztę życia, co jest dla mnie ważne a co funta kłaków warte. To również czas, gdy żegnam się z ludźmi na zawsze, na wieczne „kiedyś tam”, na wiarę, że może pewnego dnia.

Od tygodni zatrzymuje mnie piosenka z niemojej epoki, na którą jak zwykle przez przypadek wpadłam.

Adele, Someone Like You.

Zakręty na drogach damsko-męskich... pamiętam już tylko przez mgłę, bo sadownicze ramiona i czas skutecznie opatrzyły i zagoiły największe zranienia, by na ich gruncie mogło szczęście zakwitnąć. A jednak. Trzyma mnie ta piosenka niczym warszawski mróz. Melodia? Klimat? Bemole? Skrywana niepewność i udawana pewność? Co mnie trzyma, do diaska? Słucham tej piosenki raz za razem, ulegam magii, i choć jej słowa są w mym życiu pieśnią przebrzmiałą to klimat tej piosenki... sprawia, że mam, już wiem! Dociera do mnie, że rozumiem, że czuję podobnie, że jestem od jakiegoś czasu na wielu zakrętach ludzko-ludzkich na początku tego swojego Drugiego Czasu. „Oni” wybrali swoje życia, stanęli za wartościami, które wykluczyły moją obecność. Odeszli. Drugi Czas, jakby bardziej bezcenny, nie będzie rozdrapywania ran.

Coż, uśmiecham się z odrobiną POP-owskiej świadomości --- jestem taka sama jak „Oni” --- też wybrałam swoje życie i stoję w stuporze za określonymi wartościami. Słucham tej piosenki... dziś po raz nasty... i wiem, że z kilkorgiem osób potrzebuję pożegnać się... również, a może przede wszystkim, w sobie, by móc ruszyć dalej... No, to Adele, jedziemy, jeszcze raz!

środa, lutego 01, 2012

(414+2). Temperaturowy szał

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jeszcze w zeszłym tygodniu napisałabym poniedziałek, wtorek, środa, ale dziś bardziej znaczącym jest zamiast dni tygodnia użyć temperatur, które nam organizowały dzień w poniedziałek, wtorek i środę. Kto da więcej?

–10°C
Drzwi semestru zamknięte.
Cztery tygodnie, by zatęsknić za studentami.

–15°C
Sadownika Dusza wyje o spacer, ale jego oskrzela mają jeszcze przykaz odgórny w ciepełku życiem się cieszyć.

–20°C
W przytuliskowym saloonie na kanapie leży duży kocur. Na kocim ciele spoczywa miękko cudowne słońce grzejąc zwierzęce, stare kości. Patrzę na to i myślę sobie: bajka! Kocur przekłada prawą łapką kolejne strony książki. Mogę się spokojnie uczyć, bo do końca przedłużonego L4 zostały mu jeszcze dwa tomy po czterysta stron z hakiem każdy.

czwartek, stycznia 26, 2012

(411+4). Wow! O rany! Boskie! Om!

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Every cloud has a silver lining mawiają Brytole.
My mówimy, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło lub
utrzymując styl meteorologiczny: po każdej burzy wychodzi słońce.

Nie mogło być inaczej z chorowaniem.

Dziś.
Wieczór.
Na podwórku –5°C.
Henrietta szczęśliwa po spacerze.
Jabłoń przymarźnięta z lekka.
Sadownik spionizowany.
I... napój...
...Bogów!

Podarowany przez Ommeczkę.

***

No, nie może utknąć w komentarzach. Trafia do działu S.O.S. ten cudowny przepis:

Napój Bogów Zdrowiejących

Korzeń imbiru na długość kciuka
wrzucić do garnka z dwoma litrami wody,
zagotować,
pobulgotać 20 minut,
dorzucić cytrynę całą, wyszorowaną i pokawałkowaną,
wyłączyć ogień,
niech się parzy.
Psa wyprowadzić lub lekturze miłej się oddać.
Pić z wielką łyżką miodu, na ciepło
i błogosławić ten cudny Świat psów lub książek,
i westchnąć Ommmmm śānti śānti śānti
na część Ommeczki, która przepis nam podarowała.

414. Instrukcja obsługi Istota

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Męski Istot zwany Sadownikiem wziął pierwsze w swym życiu L4. Ja, przeciwnie, drugi dzień w epizodzie ozdrowieńczej manii --- latam, biegam, załatwiam, ogarniam nieogarnione, niemożliwe odhaczam jako wykonane.

Dziś, mini-stop z Hannah na kawce zrobiłam. Zatrzymałam się i to nie z powodu temperatury. Wyjęłam przygotowane dla Hannah książki. Jedną z nich otworzyłam na chybił-trafił, by wrócić do niej na chwilę, odnaleźć jej klimat zanim na jakiś czas zamieszka w Hannahowym domu.

I, proszę, zaznaczony dawno ołóweczkiem fragment czytam. Zjawisko synchroniczności podziwiam. Uświadomiłam sobie bowiem, że w tym tygodniu chorego, męskiego Istota uczyłam się kochać.

Intuicyjnym brajlem instrukcja nakreślona w powietrzu wisiała. Uczyłam się trochę na ślepo, trochę bez wyczucia, w przyspieszonym trybie. Sadownik świeżą miłością kochany, żywszy już ciut, więc chyba nie idzie mi tak źle, nawet jeśli dukam i wolno literki z instrukcji składam w pełne zrozumienia zdania. Jak to mówią, człowiek uczy się całe życie...

Wspólne życie wymaga nieustannego słuchania komunikatów o pogodzie pochodzących z serca drugiej osoby. Często jestem głuchy i niezręczny. Ranię niechcący bliźnich. Jak tego uniknąć? Pewnego dnia montuję szafkę według instrukcji technicznych producenta, Patrzę na złożony mebel i nagle uświadamiam sobie: „Jaki ja jestem głupi!”. Człowiek jest przecież jak mebel: ma swój sposób użycia, różniący się w zależności od modelu. Żeby żyć z kimś w harmonii, trzeba mieć odwagę poprosić o jego sposób użycia i mieć odwagę dać mu swój własny.
Bardzo zadowolony ze swego odkrycia, poddaję je dwutygodniowej próbie. Spotykam się ze wszystkimi znajomymi i mówię im: „Jeżeli nieumiejętnie cię kocham, powiedz mi o tym, abym mógł to zmienić. A jeżeli kocham cię tak jak trzeba, też mi to powiedz, żebym mógł tak trzymać. Nie za sześć miesięcy, ale powiedz mi od razu, żebym nie tracił czasu!”.
Miłość jest jak katalog wysyłkowy.

Tim Guénard, Silniejszy od nienawiści,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2009.

wtorek, stycznia 24, 2012

413. Wyłaniając się zza trójwymiarowej mgły ___w_kolorze_kaszlu

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Statystyki różnej maści głoszą, że kobiety mają problemy z 3D.

Unoszę się wręcz teatralnie za każdym razem, gdy jakiś mężczyzna przy mnie zaczyna śpiewkę tego typu o różnicach międzygatunkowych. Nie cierpię na braki w tej kategorii, wypraszam sobie!

Mszczę się, kiedy tylko mogę, przypominając, że natura (rodzaju żeńskiego) odegrała się na mężczyznach za to ich swoiste, wielowiekowe zadufanie w sobie i obwieszczam, że mężczyźni w przeciwieństwie do kobiet --- które odróżniają cienie, półcienie różnych kolorów --- operują maksymalnie szesnastoma kolorami (więcej przecież nie da się zakodować na czterech bitach). Zwykle w tym miejscu kończymy dyskusję o wyższości świąt Bożego Narodzenia i właściwej pozycji społecznej kobiet.

Poszłam dalej i... z pewnością encyklopedii stwierdziłam, że mężczyźni rozpoznają co najwyżej cztery kolory, z czego dwa to ładny i brzydki.

Statystyki nie kłamią. Wyjątek od kolorowej reguły trafił mi się tylko raz w życiu. Zmaterializował się w postaci studenta, który jak sam powiedział, użył pięknego, mleczno-brzoskwiniowego koloru. Zatkało mnie wtedy na długo, bo zawsze wydawało mi się, że dla mężczyzn śliwka to owoc a nie kolor, nie wspominając o brzoskwiniach.

niedziela, stycznia 22, 2012

(411+1). O kobietach z sierścią i bez

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Sadownik:
(ugotowany do temperatury 39,2˚C
podniósł się w łóżku i głaszcze Henię
)
Jakaś ty dzisiaj, Heniu, zimna!
Zawsze jesteś taka cieplutka.

Jabłoń:
(parafrazuje słynną wypowiedź
z jeszcze bardziej słynnego polskiego filmu
)
Bo to zimna suka!

(mija kilka minut)

Sadownik:
(nie może się nadziwić, że Jabłoń ma tak zimne ręce)

Jabłoń:
(jest pewna, że w tej właśnie chwili ręce ma ciepłe)
Świat dla Ciebie jest teraz chłodny, zimny wręcz...

Sadownik:
(może bez zdrowia, ale z poczuciem humoru na pokładzie)
Ty to jesteś... oziębła!

_____________________
‡ Zależnie od rasy temperatura ciała psa wynosi od 37,5°C do 38,5°C.

piątek, stycznia 20, 2012

411. Subiektywna odmiana czasownika „chychrać”

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Chychr, chychr... Chychram ja. Chychrasz Ty. Inaczej...
Chychr, chychr... chychra on --- Sadownik, chychra ona --- Jabłoń.

Chychr, chychr... chychrania chronologia. Drzewne migdałki, potem Sadownicza, bezimienna choroba z rosyjskim akcentem zdiagnozowana, co chychranie zapoczątkowała, Heniowe zapalone ucho, co chychrania musi słuchać. I teraz drugie koło zataczamy.
Chychr, chychr... chychramy my sobie od trzech dni na potęgę, chychrania Wam nie życząc ani trochę.

Chychr, chychr... kto ma mniejszą gorączkę, idzie z psem.

Chychr, chychr... nie ma mowy o L4. Bojowe zadanie to wykończyć studencki semestr zanim on wykończy Jabłoń. Zakończyć pracujący, Sadowniczy tydzień, bo spóźnił się Sadownik ciut i jako ostatni żywy z Działu na posterunku trwa utrzymując przy życiu sens.

Chychr, chychr... ale za to wieczory mamy magiczne. Smaczne kanapeczki razem w łóżku jemy, budyń w środku nocy gotujemy. Filozofia, ekonomia, polityka, wszystkie za i przeciw, intelektualne dysputy... wszystko to na bok odstawione. Oddajemy się prostej chęci przeżycia.
Chychr, chychr... cieszymy się jak dzieci, że choć smak z nami pozostał niepochorowany. Żyjemy pomiędzy jednym a drugim chychr... chychr.

wtorek, stycznia 17, 2012

(205+205). Oczy pełne nieszczęścia, ale i bezkresnej nadziei

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jak co dzień kliknęłam w Pustą Miskę. Znalazłam trzy minuty czasu i zastygłam wśród łez na kwadrans nie mogąc się poruszyć i nie wiedząc jak mam własnemu psu spojrzeć w oczy.

Wiem, że są kraje, w których konsumuje się bociany. Wiem, że są kraje, gdzie jada się psy i koty. Co zrobić, gdy żyje się w kraju, w którym ludzka głupota materializuje się w postaci psiego nieszczęścia i wielkiej, nieodwzajemnionej miłości? Z przykrością stwierdzam, że wciąż żyję w dzikim kraju...

Podobno człowiek to brzmi dumnie. Dziś nie jestem tego pewna.

A Henia na to: czy myślałaś już o 1%? Już nie muszę myśleć. W zeszłym roku Henia wybrała ludzi, w tym postanowiła podzielić się swoim rajem z krakowskimi zwierzętami...

409. Słowa śniegiem przykryte... odkopano

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Mówił, że przyjdzie. Obiecał, że się pojawi. Jak tylko… gdy tylko… przecież ona zrozumie, że… no, właściwy moment… odpowiednia chwila potrzebna… komplikacje się zdarzyły…
Pan Niewłaściwy. Gdy zjawił się, nikt już na niego nie czekał.
Wróć!
Mówił, że przyjdzie. Obiecał, że się pojawi. Jak tylko… gdy tylko… przecież ona zrozumie, że… no, właściwy moment… odpowiednia chwila potrzebna… komplikacje się zdarzyły…
Pan Śnieg. Gdy zjawił się, radości nie było końca.

piątek, stycznia 13, 2012

408. Wielkie, zaskakująco małe miasto

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Największe miasto w Polsce. Kocham je, ot tak, po prostu. Mylę się. Wcale nie po prostu. Ono podarowało mi życie --- takie bardzo moje. Mieścina ta jest dla mnie również wzorem niebywałej zdolności godzenia przeciwności. Dwa miliony ludzi? Cztery miliony poglądów? Pewne jest być może tylko to, że jest to miasto niebywale szybko chodzących ludzi.

Wielkie miasto. Gwarantuje specyficzny rodzaj anonimowości. Gdy się zamyślę, zwolnię kroku, dociera do mnie, że współdzielę je z ludźmi, których kiedyś znałam lub kochałam --- przywiało nas tu całkiem asynchronicznie. Tak się jednak składa, że stolica wygładzając nasze blizny prowadzi nas po swoich ścieżkach w taki sposób, że nie ma szans, byśmy się przez przypadek spotkali, prozaicznie wpadli na siebie na skrzyżowaniu ulic. Jeśli zaświta nam w głowach pomysł, by wspólnie usiąść i napić się kawy, wymaga to decyzji, skomunikowania się, regulacji zegarków, synchronizacji luk w kalendarzach i przy dobrych wiatrach, udaje nam się znaleźć w tym samym miejscu czasoprzestrzeni, w tym samym celu. Wielkie miasto takie już jest, można by powiedzieć.

Malutkie miasto. Ja w nim zaledwie dodatkiem do Osoby Publicznej. Dowiedziałam się o tym wczoraj. Otóż, jest pierogarnia, którą z Hannah jakieś dwa lata temu odkryłyśmy. Niedaleko palmy, co wciąż niepokryta śniegiem. Owa pierogarnia, odkurzona przeze mnie w grudniu, jest aktualnie moim nałogiem. Zimno, głodno, do domu daleko... pierogarnia. Głodno, godzinka wolnego... pierogarnia. Smaka na coś mam i dziurę czasową... pierogarnia. Przytrafiło się i wczoraj, po zajęciach a przed Akuszerką. Choć było mało czasu, wpadłam na małe co-nieco. Jak zwykle pycha. Dopiwszy herbatę sprawnie biorę się do uregulowania rachunku, bo zegarek zaczyna mnie poganiać. Płacę a kelnerka, która rozpoznaje mnie już dość dobrze jako ruchomy element wystroju wnętrza mówi:
--- Słyszałam, że ma pani pięknego psa.
Przeleciałam w myślach wszystkie fiszki miejsc, w które chodzę z Henią. Kawiarnia, kawiarnia, apteka, kawiarnia, wet, kawiarnia... Pierogarni nie ma na liście.
--- Tak mam pięknego psa, a właściwie sunię --- uśmiecham się z nieskrywaną dumą bycia Heniutkową Mamą, ale też z mej twarzy nie znika zdziwienie. Kelnerka dokarmia mą ciekawość:
--- Koleżanka mieszka niedaleko pani i powiedziała mi, że pani pies jest naprawdę wyjątkowy.
Złapała mnie za serce. Dostała napiwek ode mnie i od Heni. Malutkie miasto, należałoby powiedzieć.

Wielkie, malutkie miasto. Z nieopisaną przyjemnością pozostaję osobą anonimową, ale zachowam w tyle głowy myśl, że prowadzam się cztery razy dziennie w towarzystwie kudłatej Osoby Publicznej, o której niedaleko palmy czasem się mówi.

Wyglądajcie czarnej Labradorzycy! Jeśli cudna, to my! ;)

wtorek, stycznia 10, 2012

(406+1). Dziki lokator B.

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Każde szkolenie psów to, jak już kiedyś pisałam, w rzeczywistości szkolenie ludzi. Szlifowanie ludzkiej cierpliwości w brylant. Polerowanie wiary, że damy radę zbudować właściwą relację z psem. Nie miałam pojęcia, że to konkretne szkolenie zamieni się również w tak drastyczną tresurę Dwunożnych, z której owoców nasze Matki byłyby dumne, bo zakres nauki z dzieciństwa głębokiego zaczerpnięty.

Zaczęło się niewinnie. Gdy ledwo żywe wróciłyśmy z Henią ze szkolenia w niedzielę, obie z trudem poznałyśmy dom. Błysk. Żadnych pomieszkujących wszędzie książek. Żadnych ubrań, które nie mogą się zdecydować, czy idą do szafy, na dwór a może nadal będą wypoczywać na krześle, fotelu, kanapie. Nawet zabawki Kudłatej miały nagłe zebranie w jednym miejscu. Błysk, jakby groziło nam, że za pięć minut wpadnie sanepid i ochoczo zlikwiduje ten szalony kram. Widząc niebywały porządek, upewniłam się, że nie kroi się żadna nagła wizyta naszych rodzicieli. Zbyt idealny ten Błysk jak na nas. Przez całe dzieciństwo naszym Matkom nie udał się choćby tydzień, gdy dziś już dorosłe Dwunożne, miały cały czas porządek w swoich pokojach i sprzątały zaraz po zakończeniu każdej większej czynności. Dziecko, które miało taką własność wydawało mi się zawsze bohaterem ze zbyt przyzwoitej, nudnej, upierdliwie moralizatorskiej bajki.

Potem było już mniej niewinnie. Żal mi się zrobiło tego Błysku, co być może, jak doświadczenie podpowiadało, wpadł do nas tylko na chwilę, bo źle mu się z nami mieszka. Może da się go oswoić? --- Pomyślałam. Wydana została dyrektywa, że każde z Dwunożnych sprząta po skończonej aktywności, nie rzuca rzeczy jak leci, tylko odkłada na miejsce. Już nie ma to tu, to tam i Sadowniku, czy nie widziałeś tego, czy owego? Jest Błysk.

Przyszłam dziś do domu. Intelektualnie pomęczyłam dziecięcy mózg. Czapka, szalik, szal, rękawiczki na półkę. Kurtka, polar na haczyk. Plecak tu, buciki równiutko tam. Dumna byłam z siebie niczym matka dobrze wytresowanej siedmiolatki.

Niewinna. Mniej niewinna. Całkiem winna, donoszę, że Błysk wciąż u nas mieszka --- choć nie wiem, czy da radę jeszcze długo, w końcu niedopasowanie charakterów nie jest li tylko prawniczym sloganem rozwodowym.

Szkolimy się permanentnie całym Stadem ze współistnienia z ludźmi, psami i rzeczami. To już nie jest tylko psia sprawa. Prawda, że nudny ten wpis? Bo taki jest Błysk --- nudny, ale pożądany.

poniedziałek, stycznia 09, 2012

(328+78). Ucz się, ucz! (stopień II)

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Bo Nauka to potęgi klucz. Mawiano, gdy byłam mała.

Od czwartku nerwowo oglądałam termometr. W piątek patrzyłam już optymistycznie w niedaleką przyszłość. W sobotę, opatulona, poszłam na zajęcia teoretyczne. W niedzielę już razem z Kudłatą ruszyłyśmy na zajęcia praktyczne. Tak rozpoczęłyśmy z Heniutką psie, dogoterapetyczne szkolenie. Teraz przez miesiąc mamy co ćwiczyć, zanim dostaniemy następną pracę domową.

Noszenie klucza potęgi ma poważne skutki uboczne w postaci zmęczonego psa, co Dwunożnych wprawia w zachwyt, bo przecież nie ma nic piękniejszego jak zmęczony, pracujący pies:

Czy słowa są jeszcze potrzebne, by opisać psa studiującego w trybie zaocznym? No może, mały zuuumik na piękny, odwrócony psi pysk:

piątek, stycznia 06, 2012

(403+2). Wielowymiarowość lekarskiego strajku

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jeden strajk a jak ożywia dyskusję przy śniadaniu Tego, co wszystkie obowiązki psio-domowe przejął, i Tej, co chciałaby już móc wydostać się pod gołe niebo wprost. Całe Państwo rozbieraliśmy na kawałki między jednym talerzem a drugim. Machaliśmy rękoma. Dzieliliśmy się spostrzeżeniami. Jak zwykle sprawa okazała się nie być jednowymiarową.

***

Wymiar ról. Lekarz i Pacjent. Nie ma wątpliwości kto jest kim. Nigdy nie byłam lekarzem więc w kategorii odczłowieczonych ról jako Pacjent, który spełnił wszystkie wymogi, uważam, że mi się należy. Rumun jest. Jest. A jak się Lekarzowi nie podoba pracowanie w przychodni, która podpisała kontrakt z NFZ, niech się tam nie zatrudnia. Na tej płaszczyźnie możemy się tylko pozabijać.

Wymiar Ofiar Państwowego Systemu. Ofiarą bez dyskusji jest Pacjent, który w najlepszym razie latał od apteki do apteki. Ciekawiło mnie jednak, czy może jednak nie ma czegoś w tym lekarskim uporze, co czyni również Ofiarę z Lekarza. Wczoraj, wysłuchując kolejnej radiowej dyskusji --- chory w łóżku ma czas --- dotarł do mnie argument, który bardzo rzadko podnoszony jest w mediach. Sprawę wyjaśnił spokojnie pewien mądry lekarz z doświadczeniem, również życiowym. No więc, w skrócie wygląda to tak. W tych całych rozpiskach, co refundowane i w jakim stopniu, jest sprytna tabelka, w której może się zdarzyć coś takiego. Mamy lek A, który refundowany jest w ramach leczenia choroby X. Mamy również lek B, który refundowany jest w ramach leczenia choroby Y. Tak mówi dokument o mocy wzniecenia strajku. Tyle, że praktyka lekarska jest taka, że często lek A podaje się w przypadku choroby Y, bo daje lepsze wyniki. I co? No i zaczyna się historia. Lekarz, stosując najlepszą swą wiedzę, przepisuje pacjentowi lek A na chorobę Y. Urzędas (rola, nie człowiek) z NFZ naczytał się o tych ze skarbówki, przychodzi dwa dni przed upływem pięciu lat i mówi Lekarzowi, że według rozpiski powinien zastosować lek B, bo chory przyniósł mu schorzenie Y. Kto jak kto, ale urzędas wie najlepiej. Różnica w refundacji 2 zł... plus odsetki... razem będzie... osiem tysięcy. Nasz hipotetyczny Lekarz nie leczył jednego pacjenta z choroby Y, nie mówiąc o innych chorobach. Czy to mi czegoś nie przypomina? Przypomina!
Ilu po tym kraju chodzi ludzi, co kupili sobie mieszkanie na rynku wtórnym za pieniądze, których nawet na oczy nie widzieli, bo bank je wyłożył. Wszystko formalnie, przez agencję, żadnego układu obywatel-obywatel, który jak wiadomo z założenia jest układem oszukującym. Pięć lat, bez kilku dni, wzywa skarbówka i urzędas (wciąż w roli) stwierdza, że to mieszkanie nie mogło być kupione za tyle. Nikogo nie obchodzi, że było kupione właśnie za taką kwotę. On ma tabelkę, z której wynika, że w tej dzielnicy, taki metraż to kosztował w tamtych czasach tyle. Różnica, odsetki, siedemdziesiąt tysięcy proszę dopłacić. Nie dyskutować.

Wymiar osobisty. Gdy minęła temperatura, gdy X i Y przechodzą powoli do historii, gdy przypominam sobie swój strach, czy skarbówka przyjdzie nas poinformować, że mieszkania w takiej cenie nie mogliśmy żadną miarą kupić, choć jak wół kupiliśmy, to Ja-człowiek dostrzegam w Lekarzu człowieka. Gdyby spojrzał mi w oczy. Gdybym zobaczyła w nim człowieka. Gdyby powiedział, że bój jest o cały alfabet i technikę ratowania ludzkiego zdrowia, to za te leki zapłaciłabym i 200%. Bo to jest już wtedy zupełnie inna historia, w której ja i Lekarz to dwoje ludzi, z których jeden potrzebował pomocy, a drugi jej udzielił.

czwartek, stycznia 05, 2012

(403+1). Uznałam wagę swoich 10 gramów

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dwa dni plackiem w łóżku. Niebieskie ściany sypialni i, gdy brak Sadownika w domu, Henia wisząca nade mną od czasu do czasu z pytaniem wypisanym na pysku: już? czy już się wyspałaś. Heniu ja nie śpię, ja ledwo żyję. Nowe doświadczenie mnie przez to chorowanie dopadło, bo gdy Sadownik jest w domu, to staję się niczym w europejskim społeczeństwie kobieta w okolicach sześćdziesiątki --- całkiem przezroczysta. Sierściuch nawet okiem na mnie nie rzuci, bo nie pełnię żadnej użytecznej roli, nie wyprowadzam, nie karmię, nie bawię się. Sadownik staje się Kimś i Kudłata chodzi za nim krok w krok. A ja? Ja nie żyję.

Dwa dni plackiem w łóżku. Deprywacja sensoryczna jak nic --- pomyślałam dzisiaj z rana. Ale nie! Komentarze pod ostatnim wpisem dostarczyły mi surowca do przemyśleń. I doszłam do wniosku, że to było też tak:

Obrażony siedmiolatek w skórze trzydziestolatka nie może zrozumieć, że za piątkę, którą dostał w szkolę nie będę się nim zachwycać i nie kupię mu hulajnogi na benzynę. Dwunastoletnia dziewczynka w ciele prawie czterdziestoletniej kobiety wytresowana i wyrównana już wielokrotnie przez świat reguł, zasad i obowiązków nie może zrozumieć dlaczego ten w białym fartuchu ma w dupie prawo, które go obowiązuje, a jej przecież należy się jak psu micha.

Gdy jestem przy zdrowych zmysłach balansujących w temperaturze 36,6, wiem, że najważniejsze rzeczy związane z moim zdrowiem --- oliwienie aparatu ruchu i ginekologiczny przegląd techniczny --- to moja prywatna sprawa. Chucham, dmucham, wszystkiego pilnuję i... płacę. Nawet nie myślę, że mogłoby być inaczej. Więc skąd w mej głowie powstała myśl, że mi się coś należy? Przecież doskonale wiem, że państwo, w którym żyje to wciąż wielka prowizorka.

Wywód logiczny szedł tak. Skoro płacę tysiące całe i wielokrotne w ciągu roku, to wymyśliłam sobie, że raz na trzy lata mogłabym skorzystać z „darmowego wizyta”. Logiczne, ale i pozwalające na wyciągnięcie jeszcze jednego, ciut zaskakującego, wniosku, że traktuję swoje migdałki jako coś mniej istotnego niż przyrząd do przemieszczania się lub do kochania.

Przeprosiłam migdałki. Nawet jeśli ważą tylko 10 gramów, to ważne są bardzo, bo przez ich niemoc, o zgrozo, nie całowałam się z Sadownikiem od 72 godzin. Przez to wszystko zapomniałam jak cudownie jest być Boginią...

środa, stycznia 04, 2012

403. 10 gramów z wizytą u półboga

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Migdał. Ile waży ludzki migdał? I czy jeśli ktoś w pracy notorycznie używa lewej półkuli, to jego lewy migdał jest większy od prawego? Nie wiem. Ludzki, lewy migdał, powiedzmy, że 10 g.

46 godzin temu 10 gramów mojego ciała za nic miało sobie demokratyczne określanie planu dnia i nocy. Pełna dyktatura, w której pozostałe, prawie 68 kg ciała nie miało nic do gadania. Gardło. Stwierdziłam dwa dni temu wieczorem. Na myśl o lekarzu gotowa byłam na wszystkie domowe sposoby --- woda z solą w dużym kubku w towarzystwie teatralnych jęków nieszczęśliwości całkowitej pod czujnym okiem Sadownika, który pilnował by łyk za łykiem, woda trafiała do jamy ustnej.

Wczoraj rano Sadownik wychodząc do pracy pogroził, że nie mam co wracać do domu bez rumuna (druk RMUA). Przed wyjściem do pracy zanotowałam już tylko fakt, że mam gorączkę. Moi studenci mają chyba o mnie bardzo ciekawe zdanie, którego może nawet bym się nie powstydziła, bo na widok mych zwłok, gdy już na „dzień dobry” odpowiedziałam wszystkim, że „wcale niedobry”, ktoś odważył się by empatycznie stwierdzić, że musiałam nieźle zaszaleć w Sylwestra. Nie uwierzyli, że nie zaszalałam.

Tymczasem po wigilijnych doświadczeniach nie mogę patrzeć na nic co ma choćby 3% alkoholu. Nie szalałam i tym bardziej czułam się oszukana przez choróbsko co za nic sobie miało mnie, moją pracę, moje obowiązki, moje przyjemności, moje życie!

Wróciłam do domu. Wrócił Sadownik. Rozejrzał się w gąszczu grafików przychodni, co przyjąć mnie musi nie za dwa tygodnie lub za miesiąc, ale już. Rumuna do kieszeni kazał schować. Wywlókł do samochodu i powiózł na spotkanie z półbogiem.

Moment. Zanim półbóg w całej okazałości został mi podarowany na chwilę, była pani w rejestracji co nijak nie mogła się zdecydować, czy bawić się w strasznego potwora, który ubliża pacjentom (np. od kłamców), czy może bawić się w dobrego potwora, który dobrze radzi, by na następny raz wziąć i to, i tamto, by z darmowej wizyty skorzystać. Może i byłam trup, ale szlag mnie trafiał co chwilę na ten „darmowy wizyt”. Jaki darmowy, do cholery, pełne tysiące rocznie płacę na tę „darmochę”, czy chcę czy nie chcę. Im więcej pracuję, tym więcej płacę, choć logika podpowiada, że im więcej pracuję, tym mniej choruję. Trup, ale skoro się pieni to jeszcze całkiem zdrowy, może nawet zbyt zdrowy, by ten „darmowy wizyt” otrzymać. Tak minęła mi szczęśliwa godzinka na korytarzu. Lepsza godzinka niż dwa tygodnie, pocieszałam się co chwilę, gdy ból zaczynał wędrować do lewego ucha.

W końcu jest. Półbóg w okolicach trzydziestki. Z komunikacji z pacjentem dwója. Może i uczył się anatomii, i wiedział, że to migdał daje mi popalić, wielkie dzięki dla półboga, ale nie był w stanie zlokalizować moich oczu. Gdy mówił do mnie, szukał ich na suficie, gdzieś poza mną, z lewej, z prawej. Nasze oczy nie spotkały się ani razu. Pal sześć, nieważne, choć lekko wkurzające. Tu! Tu jestem! Chciało mi się krzyknąć, gdy zaczynała mi się włączać prawa półkula.

Recepta. I co? Zdziwiona? Ano, zdziwiona. Recepta z pieczątką „refundacja do decyzji NFZ”. Z diagnozą byłam już ciut bardziej sobą, więc zapytałam dlaczego wypisuje mi taką receptę? On, zdziwiony, że śmiem pytać. Półbóg nieprzyzwyczajony, by pacjent czegoś chciał i wątpił. W końcu ja mam go nosić na rękach, że taki ciężki zawód wybrał i takie beznadziejne życie wieść musi. Bo co ja, może podstawówkę mam, a może nie, gdy on taki wyuczony. Półbóg rzekł: strajk i popłynęła z jego ust pieśń o poświęceniu. Poinformowałam go, że łamie prawo, bo świeżutką RMUA-łkę mogę mu pokazać, że w nosie mam jego poświęcenie, jeśli może skończyć się tym, że z temperaturą 38,5 stopnia będę latać od apteki do apteki. Wie pan, powiedziałam, lepiej byłoby, gdyby pan został grabarzem.

Znam kilku cudownych lekarzy, ale gdy myślę o lekarzach jako o grupie społecznej, która nie chce uświadomić sobie jak wielką władzę ma, jak bezbronnym jest każdy pacjent, który z założenia ma tylko jedno życie, to nóż mi się w kieszeni otwiera a prawa półkula zaczyna szaleć i kląć mi się zaczyna chcieć. Z powodu 10 gramów moje 68 kg nieprzerwanej wiary w ludzi też się pochorowało. Cóż, potrzebuję poczekać, wyzdrowieć... trzymać się z daleka od półbogów...

poniedziałek, stycznia 02, 2012

(399+3). Bądźcie wolni!

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dawno, dawno temu słuchaliśmy Trójki. Potem, na szczęście dziś już można powiedzieć, że też dawno, powiał polityczny wiatr i nie dało się tego programu słuchać. Znaleźliśmy nowe radio. Niestety bez zasięgu ogólnopolskiego, więc podróżowanie do dnia dzisiejszego oznacza gościnne próbowanie innych radiostacji. Bardzo mile zaskoczyła nas Trójka w naszej ostatniej podróży. Jacek Hugo-Bader cudownie czytał swoje Dzienniki kołymskie. Początkiem i końcem podróżowania były dwie audycje z tego samego cyklu, pt. Godzina prawdy. Fragmenty wciąż chodzą mi po głowie. A ponieważ moda i niemoda w tym roku szczególna na składanie noworocznych obietnic, przyrzeczeń i życzeń. Czas i na mnie.

***

Po rosyjsku się mówi: здравствуйте,
u was się mówi: witam serdecznie, dzień dobry,
u nas się mówi _______ (tłum.) przyjdź wolny.

U Was się mówi: do widzenia,
po rosyjsku: до свидания,
u nas się mówi: ________ idź wolny.

U Was składają życzenia: najlepsze życzenia, wszystkiego dobrego, powodzenia,
u Rosjan tak samo: _________, cчастья,
a u nas się mówi: ________ bądź wolny.

Godzina prawdy, III Program PR, (od 32min:05sek)
Rozmowa z Maliką Abdoulvakhabovą

***

Przyjdź wolny. Idź wolny. Bądź wolny. Siadaj, gdy chcesz usiąść. Wychodź, gdy chcesz wyjść. Uśmiechaj się, ale tylko wtedy, gdy naprawdę tego chcesz. Zadzwoń, gdy chcesz porozmawiać. Spotkaj się. I pomyśl, jak będzie pięknie, jeśli On, Ona, Oni przysiądą się, bo chcą. Wyjdą razem z Tobą. Uśmiechną się. Zadzwonią. Wypiją kawę. I pomyślą, jak to pięknie, że jesteś Ty, właśnie Ty. Cudownie bezbłędnie domknięte, idealne koło.

No więc, w ramach rosnących możliwości i jednocześnie kurczących się lat, postanawiam kroczyć po kwadraturze szczęśliwego koła z mantrą na ustach: przyjdź wolny, idź wolny, bądź wolny! Nie chcę Was innych.

niedziela, stycznia 01, 2012

(399+2). O nierówności płci... subiektywnie, po męsku, zbyt...

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Sadownik:
(skończył robić herbatę
i z dumą poinformował o tym fakcie
)
Prącie!

Jabłoń:
(szczęśliwa, że sypia już we własnej sypialni
symuluje przygłuchą, ale niepozbawioną temperamentu
)
Prącie?

Sadownik:
(udaje oburzonego)
Bo dla Ciebie to ja jestem tylko 3×P.

Jabłoń:
Protokół PPP?

Sadownik:
PPP, czyli Prącie, Portfel, Pomóż!

Jabłoń:
To ja już nie chcę, byś pomógł mi otworzyć ten słoik.
(nie było bigosu, co ze świąt od Mamusi przywieziony, była jajecznica)

_________________
Proszę == Prosię == Prącie; fonetyczna zabawa Dwunożnych.