niedziela, maja 25, 2014

(1041+3). Vivian, niech On tylko wróci!

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Jakbym wyczuła, że Student w piątek będzie tak towarzysko zagoniony, że swej żonie w przypływie nieustającej miłości, zamiast zadzwonić, wyśle wieczorem esemesa z jednym zaledwie słowem „dobranoc”. Ale pamiętał!

Ja też nie próżnowałam. Dobrze się bawiłam. Poszłam na kinową samotnię. Wyszłam z filmu, a gdy Sadownik odmeldowywał się, że już w Krakówku, poinformowałam go, że jest film, na który koniecznie musimy iść razem. O fotografii. O kobiecie.

*

Zrozumiałam w zeszłym tygodniu, że pytanie: „A Ty, czego chcesz?” jest pytaniem, które gdy z należytą atencją potraktowane, jest nie tylko głębokie i śmiertelnie poważne, ale również wyjątkowo intymne. Zadając je dotykamy czegoś kruchego, co właśnie próbuje się przebić do świata i światła. Trzeba być bardzo ostrożnym.

„Chcę tego i tego, ale na tym nie da się zarobić…” jest odpowiedzią, którą słyszę nad podziw często, zbyt często. Tak, rozumiem. Nie da się zarobić dziś. Być może nigdy nie da się na tym zarobić. Ale wciąż jestem bardzo ciekawa, dlaczego jako dorosły człowiek nie możesz robić rzeczy, na których nie będziesz zarabiać. Życie nie składa się tylko z zarabiania, oszczędzania i wydawania pieniędzy. Życie to dużo, dużo więcej.

*

Film. O fotografii. O kobiecie. O pasji. O odpowiedzi na pytanie, którego nie musiała sobie zadawać zbyt często. W każdym razie o innej odpowiedzi.

Zdjęcia Vivian Maier oglądaliśmy na wystawie razem z Sadownikiem tydzień temu. Warto. Ale film warto jeszcze bardziej. Niech no tylko Student wróci.

*

(Vivian Maier, autoportret, źródło)

1043. Ten Autor

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Dawno, dawno temu — chyba w innym mieście, w innej firmie, w innym życiu — zwróciłam uwagę na autora reportażu o kładce na ulicy o mało mi mówiącej wtedy nazwie, o Ostrobramskiej w Warszawie. Potem gdy tylko widziałam jego nazwisko w nagłówku, zacierałam ręce i bez względu na temat wsiąkałam. Jeszcze później wpadłam po uszy po przeczytaniu Białej gorączki. Zmieniłam miasto, firmę, życie. „Zamieszkał” u nas. Ma swoje miejsce na półce z reportażem.

Zamówiłam jego ostatnią książkę 28 stycznia tego roku. W ostatni czwartek dziarsko poszłam ją odebrać, bo przyszła informacja na emila, że książka już na mnie czeka. Zamówienie było pod toną już odebranych, więc pan z działu realizacji zamówień, nie gimnastykując zwoi mózgowych zanadto, stwierdził, że nie ma takiego zamówienia wśród zrealizowanych. W piątek, jako słomiana wdowa po studencie fotografii udałam się z rządkiem cyfr zamówienia starego, ale właśnie szczęśliwie zrealizowanego, o czym donosił znaleziony w usuniętych emil. Pan bronił się jak mógł, że zamówienia ze stycznia nie są realizowane w maju i co ja sobie myślę. Dużo, proszę pana, bardzo dużo — pomyślałam. Mająca po swojej stronie liczby za nic miałam męskie marudzenie. Chwilkę trwało, aż w końcu do pana dotarło to, co próbowałam mu powiedzieć, że ta książka miała premierę w tym tygodniu, nie dało odebrać się jej wcześniej. Grzmiał, pohukiwał pod nosem, gdy brał numer zamówienia, gdy dawał mi książkę, gdy podawał paragon. Niezadowolony był do końca, a ja wręcz przeciwnie. Znów kur mnie opiał — pięknie złożona, piękny papier, zdjęcia i… szyta. Niesamowite, trzecia z rzędu ostatnio.

Książka ma jedną ogromną wadę, jednego dnia zaczynasz, najpóźniej następnego przeglądasz kalendarium wypraw. I po. I myślę intensywnie od wczoraj o pewnym cudnym małżeństwie, czytali tę książkę już czy nie? Szczęśliwcy!

Ten Autor, Ta książka w tym filmiku od 26. sekundy na biurku, a przybliżona dokładniej od 45. sekundy.

     — [...] Ruszamy w góry za trzy tygodnie. Co powinienem robić do wyjazdu? Jak ćwiczyć?
     — Jak ci lekarz czegoś zabrania, to akurat możesz robić. Biegaj może. Ale uważaj, masz już swoje lata.
     — Pięćdziesiąt sześć. Tylko dwa więcej od ciebie. Do tego Krzyś Tarasewicz, też pięćdziesięcioparolatek, i to już są trzy grzyby w barszczu. Nawet z Jackiem Jawieniem i jego trzydziestoma sześcioma wiosnami to ciągle wyprawa staruszków, emerytów. Podołamy?
     — My tak, ale nie wiem, czy tobie starczy sił. Na dużych wysokościach najprostsza nawet czynność to duży problem.
     — Wiem — przyznaję. — I w zimie, i w lecie.
     — Skąd wiesz? — pyta Jacek Berbeka.
     — Z książek.
     — Mówiłeś, że wiesz.
     — Bo czytam książki. Ja większość rzeczy, co wiem, to z książek właśnie, Jacek.
     — Ale w górach najważniejsze jest doświadczenie. Znam ludzi, którzy nie czytają książek i mają świetnie doświadczenie. Na przykład pakistańscy i nepalscy tragarze, szerpowie.
     — Ale w Warszawie żaden nie przejdzie przez ulicę, bo rozjedzie go samochód. W teatrze zgubi się przy szatni.

*

W punktach byłoby łatwo. Ale wszystko, co łatwo przychodzi, nie ma żadnej wartości — powtarzałem przez całe dzieciństwo moim dzieciom, albo — zawsze jest jakieś dalej; to droga jest ważna, a nie jej cel; lepiej pójść donikąd niż byle gdzie; kto kocha, ten się nie lęka; należy nawiązać walkę, a potem się zobaczy; słowa są tym cenniejsze, im rzadziej wymawiane; łatwiej wisieć na haku, niż myśleć; dzwon dzwoni, bo w środku jest pusty; człowiek staje się kimś w starciu z tym, co stawia mu opór; pół prawdy to całe kłamstwo... Miałem tego bez liku, ale moje bachory najbardziej ceniły sobie i używały: równo to wcale nie znaczy sprawiedliwie. Rzecz jasna, nie wiedziały, że autorami tych mądrości nie zawsze był ich tatu (jak mówiły), ale także Napoleon, Maria Dąbrowska, Stalin, Saint Exupéry, Apacze, Żydzi...

Jacek Hugo-Bader, Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2014.

sobota, maja 24, 2014

1042. U czucia bram... piwonie

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Uczucia
u czucia bram
szepczą:
wejdź!

Zaskoczyły i niebieską piwonią zakwitły dziś z rana.
Wokół kropli rosy, która pojawiła się nagle i znikąd.

*

A gdy zachować rosę od zapomnienia pobiegłam, przypomniała mi się historia kilkulatki (nie pamiętam, gdzie o niej czytałam), która narysowała fioletowe drzewo. Pochwalić się swojej pani chciała. Przedszkolanka, niestety, wywód dziecku strzeliła, że przecież nie ma fioletowych drzew. A Młodziutka na to bardzo na serio:
     — Nigdy nie widziała pani fioletowych drzew?
     — Nie.
     — To strasznie pani jest biedna — ze smutkiem stwierdziła dziewczynka.

Dzieci są wielkie w byciu Nauczycielami, prawda?

*

Uwielbiam akwarele za to, że po wyschnięciu jest jeszcze inaczej. Zupełnie inaczej. Można po gorącym dniu przysiąść na łupinie, z której wyłonił się kwiat-świat cały.

piątek, maja 23, 2014

1041. Tańcząc szczęśliwie

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wstaję rano. Student kończy pakować gatki i gratki na plener do Krakowa. Kawkę dopija. Już zaraz go nie będzie. A ja i bez jego wyjazdu jestem mocno zgubiona. Jeszcze do dziś rano nie przepadałam za tym momentem, gdy dociera do mnie, że zagubiłam się w sobie, nawet jeśli wiem, że to tylko na chwilę.

Bo przecież ja najbardziej na świecie uwielbiam się odnajdywać, odkrywać nową stronę. Lubię czuć, że znajduję się w najwłaściwszym dla mnie punkcie czasoprzestrzeni. Ale dziś z rana nie czułam.

Dziś, z przyjemnością wyruszyłam na poszukiwanie najgłębszej części siebie. Nie będzie mi tu szewc bez butów chodził — pogroziła Jabłoni Róża.

Jedna rzecz prowadzi mnie do mojego celu przez moje ciało. To rano.

Inna jedna moja rzecz prowadzi mnie przez pracę nad sobą. Dziś, dzięki tej ostatniej odnalazłam własny sposób na akwarele. Gdy już spotkałam się z tym, co mi dzisiaj we mnie wadziło, plan burzyło, kartkę wodą potraktowałam. Poczułam w sobie siebie i to, co przeszkadzało — bazgroł w odpowiednim na dziś kolorze machnęłam. A potem urzeczona patrzyłam na to, co działo się na moich oczach. Wyłoniła się tancerka, zatracająca się w wirowaniu.

Gdy tylko podarowałam jej kapelusz, zatrzymała się. Spojrzała w prawo, w najbliższą przyszłość. Ruszyłyśmy w nowy dzień.

1040. Halsując szczęśliwie

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wiadomo, co trzeba zrobić. Wiadomo, że ważne, pilne a czas nieubłaganie tyka. Wiadomo, że prowadzące do celu wprost, gdybym tylko chciała i wzięła się za to najpóźniej jakiś czas temu. Dziś dam radę i to, i tamto, odhaczę, odfajkuję, pchnę do przodu. Jeszcze wieczorem taki plan w siódmym rzędzie figur wewnętrznych dzierżyła postać o mocno pracoholicznym rysie. Budzę się, dochodzę do siebie i wiem, że wprost do celu to ja dziś nie dam rady iść. Bardzo bym chciała, ale nic z tego. Mogę się złościć na siebie. Mogę się wściekać. Mogę się oszukiwać, ale nic z tego nie będzie.

Róża nie ma złudzeń, a wręcz towarzyszy jej przekonanie graniczące z pewnością, że powyższe słowa nie dotyczą tylko Jabłoni? Brak jej palców u rąk rzeczywistych i wyimaginowanych, by zliczyć ile razy opisany epizod miał miejsce. Nie odhaczyła, nie odfajkowała, nie raz. Była na siebie zła, choć doświadczenie i przeczucie, przeczucie i doświadczenie podpowiadały, że są cele, do których wprost nie da się dojść. Trzeba pohalsować. Drogi nadłożyć. Czasem po prostu zatrzymać się na poboczu życia.

To wszystko nie takie proste, bo może folgujemy swoim słabościom? Może nie chcemy się zmierzyć z trudnościami? W końcu nikt nas nie skopie tak dobrze jak my sami.

A jednak energię na kopniaki można zużyć bardziej produktywnie. Do takiego wniosku doszłam już po pierwszym rozdziale książki, którą pierwotnie zignorowałam, bo beznadziejna okładka, a którą nabył Tollini. Przeczytał. Przetrawił. Podzielił się ze mną wrażeniami. Kupiłam. Odebrałam. Zachwyciłam się pięknym składem, szyciem, ilustracjami. Przeczytałam. Zaaplikowałam swojemu życiu. Donoszę, że aplikuję co dnia, a zmianę widać od momentu podjęcia decyzji, że to zrobię. Halsuję teraz z ogromną przyjemnością, bez ułudy, że innym udaje się wszystko i zawsze wprost.

Jaką JEDNĄ rzecz mogę zrobić, ale taką, że gdy będzie zrobiona,
wszystko inne stanie się prostsze albo nieistotne?

*

W umiarkowaniu nie ma miejsca na magię — i jest to zasadniczy powód, dla którego powinniśmy go unikać. [...] Zatroszcz się nie tyle o równowagę, co o umiejętne przeciwważenie. [...] Wyjątkowe życie to sztuka nieustannego balansowania.

*

Moim zdaniem ludzie zamożni to tacy, którzy mają wystarczającą ilość pieniędzy, aby nie musieć dodatkowo pracować na sfinansowanie swojego fundamentalnego, życiowego celu.

*

Usłyszałem kiedyś, że aby ochronić jedno „tak”, trzeba tysiąc razy powiedzieć „nie”.

*

Pewnego wieczoru stary Czirokez opowiedział swemu wnukowi o wewnętrznej walce będącej udziałem każdego człowieka. Rzekł: „Chłopcze, w każdym z nas walczą dwa wilki. Jednym jest Strach. Ten wilk uosabia niepokój, troskę, niepewność, wahanie, niezdecydowanie i bezczynność. Drugim jest Wiara. Ten jest wcieleniem spokoju, przekonania, pewności siebie, entuzjazmu, stanowczości, emocji i działania”. Wnuk pomyślał chwilę cicho zapytał: „Który wilk wygrywa?”. „Ten, którego karmisz” — odparł Indianin.

Gary Keller, Jay Papasan, Jedna rzecz. Zaskakujący mechanizm
niezwykłych osiągnięć
, Wydawnictwo Galaktyka, Łódź 2013.
(wyróżnienie własne)

środa, maja 21, 2014

1039. Stopniowanie ważności

(wieczorową porą)
Stado
:
(wróciło z dwupaka: wizyty u weta
i pierwszego letniego spaceru na Cytadeli
)

Jabłoń:
Wziąłeś lekarstwo z samochodu?

Sadownik:
(prezentuje na twarzy zdegustowanie pytaniem)
O sobie mógłbym wcale nie pomyśleć,
o tobie mogłoby mi się zdarzyć zapomnieć,
ale o Suce to ja zawsze pamiętam.

wtorek, maja 20, 2014

(1033+5). Na granicy lat

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Obchody rocznicowe, planowane na sobotę, zostały przełożone. Złapałam grypę i grzecznie leżałam w łóżeczku, mając z tyłu głowy straty, jakie poczynić może w organizmie kugara przechodzone choróbsko. Z niedzieli na poniedziałek, odespawszy ostatni kwartał z hakiem, w środku nocy poczułam się na tyle dobrze, by zrobić sobie herbatę i poczytać. Cisza, która towarzyszy drugiej w nocy, była najwłaściwszym kompanem na kończenie książki poświęconej ostatnim miesiącom życia Susan Sontag.

Choć w tym roku będzie już dziesiąta rocznica Jej śmierci, w moim życiu pozostaje wciąż żywa. Jest Autorytetem, który wspiera tę moją część, która od momentu, gdy nauczyła się mówić, pyta do znudzenia: a dlaczego? a po co? Susan Sontag jest absolutną Mistrzynią w kwestionowaniu wszystkiego tego co oczywiste. Jest moją osobistą Nauczycielką w tym względzie, bo kwestionuje nie po to, by burzyć, lecz by budować zawsze bardziej świadomie.

Gdy pozostawałam sama na relacyjnym placu boju lub gdy umierał mi ktoś bliski, zawsze, wcześniej lub później dopadały mnie wątpliwości i pytania: czy mogłam zrobić coś inaczej, coś więcej a może mniej? Ta książka zatrzymała mnie przy tej kwestii. Teraz już mam pewność, że te pytania są immanentną częścią bycia ocalonym z relacji czy pozostającym przy życiu, bez względu na to, co zrobiliśmy. Warto nie przekreślać faktu, że choć w jednym momencie na pewno staraliśmy się.

Mistrzyni w tej książce, choć pisanej przez syna, jest mocno obecna. Dla mnie najbardziej w stwierdzeniu, że każdy z nas, w każdej chwili w pewnym sensie, na najbardziej podstawowym poziomie, jest w remisji śmierci. Cała Susan Sontag!

[...] those of us who loved her failed her as the living always fail the dying, for we could not actually do the only thing she really wanted, which was to stave off extinction for some time longer, let alone give her what I’m afraid is all too accurately called a new lease on life.

*

[...] she had once exclaimed, the brute fact of mortality meant that on the most basic level all human beings are never more than in remission from death.

David Rieff, Swimming in a Sea of Death,
Simon & Schuster Paperback, New York 2008.

piątek, maja 16, 2014

(1033+4). Pokrewieństwo dusz

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Odłożyłam na bok kwestie społeczne. Nie włączyłam dziś radia. Nie zajrzałam do żadnej gazety. Czytając, kończąc książkę, natknęłam się za to na piękne zdanie, którego botaniczna prawdziwość jest dla mnie prawie niezauważalna:

Jabłoń jest spokrewniona z różą.

Dokładnie szesnaście lat temu Sadownik objął mnie w sposób, w jaki nigdy wcześniej i nigdy potem nie zrobił nikt inny. Sposób, w jaki tylko On mnie obejmuje. Celebrując dziś tamto wspomnienie, czekając na Sadownika, który jutro rano wróci z delegacji, uśmiechnęłam się do idei, że Sadownik wobec przytoczonego zdania jest również Ogrodnikiem, a ja różą... koniecznie herbacianą.

róża herbaciana

czwartek, maja 15, 2014

(1035+1). Mitoman-faszysta Terlikowski

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Dawno, dawno temu, gdy pierwszy raz jechałam samotnie „czysta” kilometrów, przez pierwsze czterdzieści kilometrów płakałam, bo zwyczajnie się bałam.

Dawno, niedawno, gdy pierwszy raz jechałam samotnie na staż, płakałam przez pierwsze dwadzieścia kilometrów ze strachu, z ciekawości, a w końcu z wdzięcz­no­ści, że ja w Niebieskiej Strzale mam przywilej zmieniania własnego życia, dokładnie tak, jak chcę.

Niedawno, gdy trzeci raz jechałam na staż, nie płakałam. Po prostu jechałam. Nudne — pomyślałam.

*

— Można dać się wkręcać — powiedział wczoraj Akuszer — a można zmienić perspektywę.

Synchronicznie, Pan Terlikowski podzielił się swoją mitologiczną perspektywą, którą nie wiedzieć po co, tak bardzo antagonizuje ludzi. Natknęłam się na jego słowa przypadkiem dziś po południu:

wielodzietni dają,
a państwo i bezdzietni z wyboru pasożytują!

Czytałam i podziwiałam swoją reakcję, a w zasadzie jej brak. Wiele lat temu, reakcja byłaby bardzo emocjonalna. Kilka miesięcy temu polemizowałabym. A dziś. Po prostu czytałam. Nudne — pomyślałam.

Tracę temperament czy co?

środa, maja 14, 2014

(1031+4). Mój fundamentalizm

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

czego chcesz?
czego pragniesz?

pytanie kontrolne: po co?

co porusza Twoje Serce?
co karmi Twoją Duszę?
co ożywia Twoje Życie?

W znaczącej większości szkół nie zadają tych fundamentalnych pytań uczniom.
Niewielu ludzi zainteresowanych jest odpowiedziami — swoimi, swoich bliskich, najbliższych i przyjaciół.

Po co komu taka szkoła?
Po co komu tacy bliscy, najbliżsi czy przyjaciele?

*

bezdzietność, dzietność, mity i fakty

wtorek, maja 13, 2014

(1033+1). Obchody rocznicowe rozpoczęte

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Jabłoń i Sadownik:
(połazili po płycie głównej koncertowej hali,
podoświadczali sobie różnych miejsc,
znaleźli najlepsze dla nich i usiedli
)

Jabłoń:
Czas nam szybciej minie jak pogadamy, może o miłości?

Sadownik:
Chcesz milczeć dwie godziny?

Jabłoń:
(zdegustowana)
Noooo wieeesz!

Sadownik:
Więcej, mogliby nas stąd wyrzucić, bo dziś o miłości
to ja tylko mową ciała mogę z tobą pogadać.

*

Są takie marzenia, których
     nie odkryjemy w pojedynkę.

Są takie marzenia, których
     nie zrealizujemy w pojedynkę.

I całe (nasze) szczęście!
Pomyślało mi się wczoraj na koncercie.

*

Synergia. Stosowana. Przez lata.
Peter Gabriel. Tony Levin. Manu Katche. David Rhodes.

Chłonęłam. Podziwiałam. W każdej komórce ciała chciałam zapamiętać.
Synergia. Karmiła mą wiarę w życie i ludzi.

Peter Gabriel, In Your Eyes.

*

Przywilejem było tam być. Ogromnym
przywilejem było tam być z Sadownikiem.

poniedziałek, maja 12, 2014

1033. Rocznicowo

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Jabłoń:
(co dobrą pamięć do dat wielu ma
przed zaśnięciem zameldowała
)
Za dwa lata i trzy dni, licząc od jutra,
nasz związek będzie pełnoletni.
(po chwili)
I wiesz, co z nim wtedy zrobimy?
(teatralna pauza)
Wystawimy go za drzwi!
Niech sam o siebie dba,
w końcu będzie formalnie dorosły.

Sadownik:
Żartujesz, prawda?

Jabłoń:
No pewnie, że żartuję.
On nigdy nie będzie dorosły.
Bez nas zginąłby w mig.

*

Rozpoczynamy tegoroczne obchody rocznicowe.

Sadownik + Jabłoń + On jadą na koncert

Heniutka już się cieszy na wieczór z Ciocią Antenką.

To już dziś.

niedziela, maja 11, 2014

(1017+15). Końcówka Obywatela Raka

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Nie zdążyłam skończyć tej książki przed przyjazdem Bliźniaczej Liczby. Potem wszystko nabrało zastraszającego tempa. Powoli wracam do siebie na różnych frontach. Odgruzowuję się z zaległości. Skończyłam tę doskonałą książkę w piątek, na hamaku, leżąc w nim na chwilę po raz pierwszy od dwóch tygodni.

Szacunek ogromny do Autora mam. Jest w tej książce wiedza, laikom z lekkością pióra przekazana. Ten horror, kryminał, powieść obyczajową, książkę popularno-naukową, wszystko w jednym, napisał nie tylko lekarz, ale Lekarz-Człowiek. Skończyłam i postawiłam koło drugiej. To bardzo ważna para książek w czasach, gdy każdy z nas ma, w Rodzinie, wśród Przyjaciół, wśród najbliższych, osobę, która boryka się z rakiem.

Uwijam się, by zostawić tu ślad po tej ważnej książce, by móc ją zaparkować na półce, by mieć pustą głowę na nowe sny, nowy tydzień, nowy czas.

Odkąd wczesnym latem 2004 roku zacząłem pisać tę książkę, często pytano mnie, jak zamierzam ją zakończyć. Zazwyczaj wykręcałem się od odpowiedzi albo zbywałem rozmówców. „Nie wiem”, mówiłem. Albo: „Nie jestem pewien”. Naprawdę jednak znałem zakończenie, choć brakowało mi odwagi, by to przyznać przed samym sobą. Byłem pewien, że [...]
     Myliłem się.

*

Wyobraźmy sobie teraz, że projektujemy badanie mające określić, czy nasz screening rzeczywiście zwiększył przeżywalność pacjentów. Mamy bliźniaczki jednojajowe, nazwijmy je Nadzieja i Prudencja. Żyją w sąsiednich domach, obu proponuje się udział w badaniu. Nadzieja się zgadza. Prudencja natomiast jest podejrzliwa co do nadwykrywalności lub niedodiagnozowania, które są związane ze screeningiem i rozważnie odmawia.
     Nadzieja i Prudencja nie wiedzą, że w tym samym momencie, w roku 1990, zachorowały na takiego samego raka. Dzięki screeningowi choroba Nadziei wykryta zostaje w 1995. Pacjentka przechodzi operację i chemioterapię. Żyje pięć kolejnych lat, ale rak wraca i w roku 2000, dziesięć lat od zachorowania, kobieta umiera. Prudencja natomiast odkrywa, że ma raka dopiero w 1999, kiedy zauważa guzek w piersi. Poddaje się leczeniu, które nie przynosi większych rezultatów, po czym umiera w tym samym co Nadzieja momencie w roku 2000.
     Na ich wspólnym pogrzebie, gdy żałobnicy mijają dwie identyczne trumny, między lekarzami Nadziei i Prudencji dochodzi do kłótni. Pierwsi twierdzą, że ich pacjentka przeżyła pięć lat — choroba została wykryta w 1995, a Nadzieja zmarła w 2000. Lekarze Prudencji powiadają zaś, że ich pacjentka przeżyła rok — śmierć także nastąpiła w 2000, a diagnozę postawiono w 1999. Wszyscy nie mogą mieć racji: bliźniaczki zmarły z powodu tego samego raka w tym samym momencie. Rozwiązanie tego pozornego paradoksu — określanego mianem błędu przedziału czasowego — jest oczywiste. Wykorzystywanie  p r z e ż y w a l n o ś c i  jako celu badania screeningowego ma wadę, gdyż wczesne wykrycie cofa wskazówki diagnostycznego zegara. Rak Nadziei i rak Prudencji zachowywały się w identyczny sposób. Ale u pierwszej kobiety lekarze wcześniej postawili diagnozę. Z pozoru (i tylko z pozoru) żyła więc dłużej, a badanie screeningowe miało pozytywny wpływ.

Siddhartha Mukherjee, Cesarz wszech chorób. Biografia raka,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.

1031. Wynik pewnej różnicy zdań

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

bycie prezesem jest przywilejem:
Prezes… robi, co uzna za stosowne.

bycie matką jest przywilejem:
Matka… robi, co uzna za stosowne.

Jestem NiePrezesem. Jestem NieMatką.
Nie mam tych przywilejów.

*

Niebycie Prezesem przydarza się tak dużej liczbie ludzi, że z łatwością można wymienić przywileje związane z byciem NiePrezesem. Niebycie Matką przydarza się nielicznej liczbie kobiet i, niestety, z łatwością można wymienić wierzchołek trudności, przez które przyjdzie takim kobietom przejść. Zza tych trudności czasem trudno dostrzec przywileje.

*

uznaję rangę Prezesów,
uznaję (nareszcie) rangę Matek.

Jestem NiePrezesem. Jestem NieMatką. Z wyboru.
Nie mam tych przywilejów.
Ale mam inne. Odkryłam to dziś w nocy.

*

Odkrywam to wciąż. Odkryłam po raz kolejny, gdy dotarło do mnie, że nie dyskutuję z Prezesami, ale z Matkami mi się zdarza. Jakim prawem? — pytają. I… mają rację.

***

Na innym poziomie rzeczywistości.

Jestem Prezesem przedsięwzięcia zwanym „Moim Życiem”.
Jestem Matką dla siebie, dla wielu pomysłów,
              dla wielu ludzkich spraw,
              dla wielu ludzi przez chwilę.

*

Na jeszcze głębszym poziomie rzeczywistości.

Jestem jednocześnie i Prezesem, i NiePrezesem, i Matką, i NieMatką.
Jestem. To jest ogromny przywilej.

wtorek, maja 06, 2014

1030. Proludzka książka

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Jest taka księgarnia. Choć jedna z (pewnie) tysiąca tej sieci to jednak jedyna taka, w której niezmiennie doświadczam zaskoczenia. A to stoi bezczelnie książka i myśli, że jest zapomniana i nikomu niepotrzebna, gdy tymczasem w całej Polsce jest poszukiwana na wagę złota. A to stoi inna, o której istnieniu zielonego pojęcia nie miałam.

Bywamy w tej księgarni bardzo rzadko, bo tylko wtedy, gdy jesteśmy u Orzeszka i Seniora. Byliśmy w niej w ostatni piątek. Nie ma już mojego ulubionego działu, więc gdy włóczyłam się bez celu, wpadła mi w ręce książka… heteroseksualna część mnie nie mogła zrozumieć podczytnika… formy czasowników mi się nie zgadzały… kto kogo kocha do cholery… zdecydowałam się na zakup, gdy na pierwszej stronie tekstu me oczy ujrzały frazę złożoną z mięsaka Kaposiego

To nie jest tylko powieść, bo sporo w niej faktów, od których włos na głowie się jeży. To nie jest powieść o kosmicznie odległym świecie, do którego, mający przywilej bycia heterykami, ludzie zaglądać nie muszą. To powieść o świecie, który współtworzą osoby heteroseksualne, choć dotyczy głównie osób o innej orientacji seksualnej. To powieść o świecie, który razem tworzymy. To powieść o świecie, którego ja współtworzyć nie chcę.

To tylko i aż powieść o pragnieniu miłości człowieka do człowieka. O przywileju, jakim jest budzenie się i zasypianie przy osobie, którą kochamy. To powieść napisana w magiczny i delikatny sposób, o niespotykanej konstrukcji, która umożliwia mieszanie chwil, nastrojów, wspomnień i faktów. Warta nieprzegapienia. Warta tego, by po przeczytaniu, zatrzymać się i pomyśleć o swoich przywilejach, którymi możemy podzielić się z innymi.

Teraz przebieram nogami, by móc już kupić część drugą i trzecią.

To opowieść o pewnym czasie i o pewnym miejscu.
     To, o czym mówi ta historia, wydarzyło się naprawdę.

     
[...]
     To, o czym mówi ta historia, działo się jednocześnie w wielu innych miejscach, o tym jednak mogą opowiedzieć inni.
     To, o czym mówi ta historia, rozgrywa się także dziś, dzieje się przez cały czas, ale nie jest częścią tej opowieści, chociaż sięga ona aż do teraźniejszości.
     Opowiedzieć to swego rodzaju obowiązek.
     To sposób na to, by uczcić, opłakać i zapamiętać.

     To walka pamięci z zapomnieniem.

*

Chcę w moim życiu móc kochać kogoś, kto pokocha mnie.

*

I wszędzie są ludzie, ludzie, jakich nigdy wcześniej nie widział, ludzie, przed którymi nie musi udawać, że ich zna — w przeciwieństwie do gównianego Koppom, gdzie wszyscy znali wszystkich, ale nikt nie znał go naprawdę.

*

Skąd mielibyśmy wiedzieć, że dzieje się coś ostatecznego? Coś, czego nie da się zrobić inaczej. Coś, co wyznacza nową ścieżkę, z której nie da się już zawrócić.
     Jak wtedy, gdy pojawia się miłość.
     Lub kiedy dochodzi do zarażenia.
     Najczęściej jest się całkowicie zajętym szukaniem drogi do miejsca, do którego, jak nam się wydaje, zmierzamy.
     
[...]
     Tak to już jest, gdy człowiek próbuje gdzieś trafić. Błądzi.

*

Kluby gejowskie były więc odpowiedzią na pragnienie bycia sobą również wtedy, gdy inni na nas patrzą.
     Poprzez ograniczenie grona do osób o takich samych upodobaniach osiągano poczucie normalności.
     Takie coś może być śmiertelnie groźne, ale może być też niezbędne do życia. Każdy człowiek potrzebuje przynajmniej raz na jakiś czas poczuć się normalny.

*

Nie trzeba rozumieć, by bezgranicznie kochać.

*

[...] Benjamin śmieje się i odpowiada, że nie można tęsknić za czymś, czego się nigdy nie miało — i z jakiegoś powodu wszyscy wokół stołu zgadzają się z tą argumentacją, chociaż jest oczywiste, że to nieprawda.
     Jest oczywiste, że można tęsknić za czymś, czego się nigdy nie miało, za kimś, kogo się nie spotkało, lub za czymś, czego się nigdy nie poznało.
     Możesz tęsknić za własnym życiem, widząc, że przemknęło obok ciebie.

Jonas Gardell, Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek. [Część] 1. Miłość,
przeł. Katarzyna Tubylewicz, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2014.
(wyróżnienie własne)

zdjęcie Jonas Gardell

(fot. źródło)

poniedziałek, maja 05, 2014

1029. Rodzina pochodzenia

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

obecność demonów przeszłości wyczuwalna.
w milczeniu wibrują cienie zdarzeń niechlubnych.
przepaść mentalna, na której krawędzi pion utrzymujesz.

ale głęboko i jeszcze głębiej pod tym wszystkim... miłość.
chyba ona sprawia, że jeszcze raz decydujesz się w to wejść.

jeszcze co nie będzie trwało wiecznie.
bo chyba i miłość ma granice.

(1018+10). Autoportret

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Dwa tygodnie temu — bez dwóch dni — świat przyspieszył. Gromadziłam doświadczenia. Kumulowałam wrażenia. Powoli wysypują się ze mnie. Wróciłam do pierwszego...

Dwa tygodnie temu — bez dwóch dni — w nerwie przyleci, nie przyleci, przyleci trafiła się pewna chwilowa, cudna anomalia. Z samego rana pojechałyśmy z Heniutką do psiego lekarza, by w uszy suce zajrzał. Tramwaj jeden. Tramwaj drugi. Pasy. Światła. I Suka, po zimie z wyprostowanymi zwojami mózgowymi. I ja, nie do poznania przez samą siebie — łagodność na mnie spłynęła i zgoda na to, co jest. Nie to, żebym tego stanu, choć chwilowo, nie doświadczała nigdy, ale dzięki Heniutce poczułam to głębiej niż kiedykolwiek wcześniej. Każdą wolną chwilę w tej medycznej podróży wykorzystałyśmy na naukę i zabawę. Gdy od Wetki wracałyśmy, między jednym a drugim tramwajem, między jednymi a drugimi pasami i światłami, zagapiłam się na jedne z moich ulubionych kwiatów, wyjęłam telefon, focię strzeliłam.

Nie dwa tygodnie temu — bez dwóch dni — ale dziś, wyłowiłam tę focię, patrzę i myślę sobie, że przy okazji, poza wspomnieniem, poza doświadczeniem niebywałej łagodności, poza poznaniem drogi, którą do tego stanu można dojść, mam jeszcze fajny autoportret Jabłoni.

niedziela, maja 04, 2014

1027. Buszująca w zbożu

wczoraj, cyk.

     wróciliśmy z majówki.
     wyłowiłam z telefonu.
     jesteśmy ledwo żywi, ale już udomowieni.

dziś, Heniutka skończyła 4 lata.

czwartek, maja 01, 2014

(1021+5). Na pniu

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

We wtorek Ekwadorczyk podzielił się swoim doświadczeniem, o tym, że przyjazd do Warszawy nigdy nie byłby możliwy, gdyby nie stypendium, o które poprosił. Swą opowieścią zatrzymał moje wnętrze i uświadomił mi tym samym, jak wielką sztuką jest umiejętność proszenia. Nie jest słabością, jak wielu myśli, jest przejawem rangi psychologicznej i/lub duchowej.

Gdy podzieliłam się swoim zatrzymaniem i uznaniem z Bliźniaczą Liczbą, Ta sprzedała mi hiszpańskie powiedzenie, które kupiłam na pniu.

*

Nie mam.
Nie mam szans mieć.
Nie mam możliwości.
Nie mam zasobów.

Nie. Już to [rozwiązanie] mam [w palecie mi dostępnych].

Mam marzenie.
Mam wiarę.
Mam odwagę, by szukać.
Mam odwagę, by poprosić.

Nie”.Już to mam [bez proszenia].
Więc, proszę [o inne rozwiązania].

I... dostaję.
Zadziwiające, że zawsze dostaję więcej.

*

Mój pierwszy w życiu WorldWork skończył się dziś. We mnie wciąż trwa, trawi się i pracuje. To dla mnie ogromny przywilej.

wtorek, kwietnia 29, 2014

1025. Skurzała

Co wieczór spełnia się marzenie, które jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się mało realne. Marzenie, by w trójkę przy jednym stole siedzieć...

Jabłoń:
(zameldowała o swoim zadziwieniu,
że Bliźniacza Liczba wraca do domu jak człowiek,
a nie baluje do nie wiadomo której
)

Sadownik:
Będzie trzeba nakablować Bliźniaczemu Mężowi,
że Bliźniacza Liczba skurzała.

Jabłoń:
Skór-zała? S-kurz-ała?

Sadownik:
S-kur-zała. Taka się z niej kura domowa zrobiła!

Bliźniacza Liczba, Sadownik i Jabłoń:
(ryknęli śmiechem)

poniedziałek, kwietnia 28, 2014

1024. Komplementy (po nastu latach wciąż świeże)

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Jabłoń:
Wiesz, K. powiedziała, że w tym wyglądam cudnie.

Sadownik:
A jak ja ci od zawsze mówię to samo, to mi nie wierzysz.

Jabłoń:
Nie jesteś wiarygodny, bo mnie kochasz.
Masz zniekształconą optykę.

Sadownik:
A czy ja ci kiedykolwiek powiedziałem:
pomimo wszystko i tak mi się podobasz?

Jabłoń:
No nie.
(po chwili)
No to mnie przekonałeś.

(w tej samej rozmowie, po jakimś czasie, po zmianie tematu)

Sadownik:
Co oni tracą?

Jabłoń:
Jak to co? Tracą czas!
W moim wieku czas jest najcenniejszy.

Sadownik:
Dziękuję, że tracisz go ze mną.

Jabłoń:
Z przyjemnością i miłością,
pamiętaj!

(1022+1). Tribute to Lawrence Anthony

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Amy wspomniała o Lawrence’ie Anthony à propos pola. Zapisałam. Wyszperałam. Wielokrotnie zachwyciłam się aż do łez wielokrotnych. Pozostawiam tu, by nie zgubić, by w razie czego mieć klucz, szybki dostęp, do źródla swojego najgłębszego człowieczeństwa.

piosenka: Labi Siffre, Something Inside So Strong.

You can deny me
You can decide to turn your face away
No matter, because there's....

Something inside so strong

(1019+3). Miłość wiecznie żywa

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

To nie tylko twoja czy moja decyzja. To nie tylko nasza decyzja. Jesteśmy pod wpływem czegoś większego. Pola, które, niczym pole magnetyczne, zwraca nas ku sobie lub przeciwko. Możemy się rozstać, możemy odejść, ale pole pozostaje. Miłość trwa.

Po polsku. Przefiltrowane przeze mnie. Rezonujące we mnie wciąż. Tak właśnie brzmią słowa Arniego z warsztatu, który skończył się w piątek.

Ogromnie wdzięczna jestem za nie i za to, że już wiem, dlaczego czasem łapię się na najczystszej formie miłości, która nie wiedzieć czemu, przeze mnie przepływa i mknie ku osobom, które w mym życiu minione, odległe dziś tak bardzo. Nie wiedziałam do tej pory, dlaczego tak się działo. Teraz już rozumiem, że bezwiednie właziłam na chwilę w pole relacji minionych, odległych. W te różne pola teraz mogę wchodzić świadomie.

*

There were troubles, but we tried. It means:
there’s still love, but we won’t talk about it.
[...]
Sometimes we are dedicated to love someone,
but not to live with them.

Arnold Mindell

*

Amy & Arny Mindell, Warszawa 2014
(fot. Eva Kamila)

1021. Panu Perfekcjonizmowi już dziękuję

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Mój pierwszy WorldWork zaczął się wczoraj. Prawie 500 osób z 40 krajów. To robi wrażenie na dzień dobry. Każda kolejna godzina tego szczególnego spotkania robi jeszcze większe wrażenie.

*

Amy Mindell zacytowała wczoraj słowa Williama Faulknera:

The past is never past. It’s not even past.

*

II Wojna Światowa. Oprawcy. Ofiary. Myślisz, minęło? Myślisz, nie dotyczy mnie? Myślisz, czas ruszyć w przyszłość? Nie sposób oddać słowami tego, co wczoraj miało miejsce. Tego, co poruszyło nas na wiele, wiele godzin.

*

Zobaczyłam w sobie Hitlera. Zobaczyłam w sobie Ofiarę nazisty. Zobaczyłam, jak dobrze we mnie ma się zinternalizowana opresja. Dziś, figura Hitlera to…  p e r f e k c j o n i z m. Nie jest więc prawdą, że minęło… to wciąż trwa. Czas na zmianę.

Proces grupowy 1. dnia WorldWorku, Warszawa 2014
(fot. Okonon Udo)

sobota, kwietnia 26, 2014

1020. Cztery ładne cycki

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Liczby Dwie. Zsynchronizowały zegarki. Spotkały się w dopasowanym sklepie. Przymierzyły. Wybrały. Zakupiły. Ich dotychczasowe doświadczenie spowodowało, że Żadnej z nich nie drgnęło nawet oko, gdy okazało się, że noszą dokładnie ten sam rozmiar. Wyszły.

Na ulicy Jedna powiedziała Drugiej:
     — Miałam ci już kiedyś powiedzieć, że masz ładne piersi.
Mile zaskoczona Druga dziękuje, a w tym czasie przebiegają jej przed oczami lata udręki i niepewności piersiowej. Dziękuje jeszcze raz.

Pierwsza dodała z radością w głosie:
     — I proszę, miałam kupić nowy stanik, a wyszłam ze sklepu z ładnymi cyckami.

Szczęście dzielone na dwa smakuje jak mnożone razy nieskończoność.

1019. Wyimki, A. Mindell, Warsaw 2014

be realistic, one day you will surely
die... be realistic, maybe not...
I don’t know... but [Arny whispers] I know.”

*

*

Life happens to you,

follow it!

*

Amy & Arny Mindell
(fot. Eva Kamila)

środa, kwietnia 23, 2014

1018. Bliźniacza Liczba

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Przyleci?

     — Jak ja chcę, aby przyjechała...
     — Ja też.
     Rano nie miało znaczenia, o czym rozmawialiśmy i tak w końcu wracał jedyny temat na dziś:
     — Chcemy jechać dzisiaj na lotnisko?
     — Bardzo chcemy. Zobaczysz, przyleci. — Upewniał, wiedzący nie wiadomo skąd, Sadownik.

Leci...

Oddech wstrzymany. Kciuki zaciśnięte. Zaklinanie losu. Wszystko było.
Liczby. Dwanaście dni temu minęły dwa lata, jak pojawiła się najpierw w moim, a potem w Sadowniczym i Heniutkowym świecie. Patrzę więc na Kudłatą, przez którą więzi ciałem się stały, i na głos mówię:
     — Dziękuję.
A Heniutka na to:
     — A chrupeczek gdzie?

Przyleci!

Dziś wieczorem będziemy świętować nie tylko to, że przyleciała, choć oczywistym to wcale nie było. Nie tylko to, że od jutra, przez tydzień, soczewka świata psychologii procesu będzie skupiona w Warszawie, co oczywiste było od kilku lat.

Będziemy świętować, że Ona, że My, że tu, że za parę godzin przy jednym stole.
Szczęście nieoczywiste!

wtorek, kwietnia 22, 2014

(1016+1). Obywatel Rak

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Pod pozorem braku czerwonej papryki. Z nadzieją, że wszyscy polscy katolicy z koszyczkami w świątyniach wielu. W Wielką Sobotę, po powrocie ze stokrotek, popędziliśmy na ostatni zakup spożywczy. Zaskoczyła nas niebywale duża, jak na katolicki kraj, liczba ludzi w przybytku konsumpcjonizmu. Sadownik zarządził małą świąteczną wizytę w domu książek wszelkich. Nie trzeba było mnie namawiać.

Wiedziałam, że wyszła w zeszłym roku. Miałam w planie kupić, ale wciąż odkładałam zakup. No i stanęła przede mną osobiście, na regale, na wysokości moich oczu. Gruba, co wiedziałam. Na święta jak znalazł, pomyślałam. Gdy Sadownik zapłacił za nabyte książki, jeszcze w księgarni, zerwałam folię, upewniłam się, że czcionka i skład piękny. Dałam się mile zaskoczyć, że szyta, nie klejona. A potem rozpłynęłam się w zachwycie, czytając na jednej z pierwszych stron słowa Susan Sontag zaczerpnięte z jej książki Choroba jako metafora, którego tłumaczenie nie ukazało się jeszcze w polskim przekładzie:

Choroba jest nocną półkulą życia, naszym bardziej uciążliwym obywatelstwem. Od dnia narodzin każdy z nas posiada bowiem jakby dwa paszporty — przynależny zarówno do świata zdrowych, jak i do świata chorych. I choć wszyscy wolimy się przyznawać tylko do lepszego z tych światów, prędzej czy później, chociażby na krótko, musimy uznać również nasz związek i z tym drugim.

Książka nie zmieści się do damskiej torebki. Nie jest poręczna. Jest ciężka, ale i absolutnie fantastyczna. Zostało mi już niestety tylko dwieście stron. Zaczęłam czytać wolniej, a nie pochłaniać. Delektuję się. Piszę już dziś, bo może nie macie książki na majówkę. Jest warta grzechu, czasu i uwagi.

W 1828 roku berliński uczony Friedrich Wöhler wywołał w nauce metafizyczną burzę, podgrzewając cyjanian amonu, zwykłą sól organiczną, i uzyskując w ten sposób mocznik, substancję produkowaną przez nerki. Eksperyment Wöhlera, na pozór trywialny, miał daleko idące skutki. Mocznik jest substancją „naturalną”, uzyskano go zaś z soli nieorganicznej. Fakt, że substancję wytwarzaną przez organizm żywy można tak łatwo otrzymać w probówce, groził obaleniem dotychczasowej koncepcji organizmów: przez całe wieki wierzono, że chemia organizmów żywych przesycona jest jakimiś właściwościami mistycznymi, esencją witalną, której nie da się odtworzyć w laboratorium. Teoria ta nosiła miano witalizmu. Eksperyment Wöhlera obalił witalizm. Udowodnił, że substancje organiczne i nieorganiczne są zamienne. Biologia to chemia: nawet ludzkie ciało to być może zaledwie worek intensywnie reagujących ze sobą substancji — taka zlewka, która ma dodatkowo ręce, nogi, oczy, mózg i duszę.

Siddhartha Mukherjee, Cesarz wszech chorób. Biografia raka,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.

poniedziałek, kwietnia 21, 2014

1016. Wielkanocna Bab(k)a

To był zdecydowanie najpiękniejszy wielkanocny czas w moim życiu. A zaczął się niewinnie w sobotni ranek polem mokotowskim pełnym stokrotek.

(fot. Sadownik)

*

I trwał w zachwycie niedzielnego, świątecznego popołudnia.

(fot. Altówka)

(fot. Altówka)

*

Rozmarzyłam się. Za rok chcę tak samo.

piątek, kwietnia 18, 2014

1015. Wielki Tydzień

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

W poniedziałek wieczorem, gdy wrócił do domu, nachyliłam się nad Jego nagim ramieniem. Wciągnęłam w nozdrza zapach Jego skóry. Szczęście wypełniło mnie po brzegi.

W Wielki Czwartek wracałam późno z pracy. W ciemności, między blokami, tanecznym krokiem zmierzałam do domu. Szczęście mnie rozpierało.

W Wielki Piątek synchroniczność mnie dopadła. Znalazła mnie piosenka o szczęściu. Szczęściem jest móc ją zostawić tutaj.

Dziś,
szczęście to
momenty nanizane na
żyłkę uważności.

Pharrell Williams, Happy.

czwartek, kwietnia 17, 2014

1014. Na marginesie

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Są rzeczy, których nie muszę mieć, ponieważ nie mam dzieci — mówią jedni.
Są rzeczy, których nie potrzebuję, ponieważ mam męża — twierdzą drudzy.

Od czasu do czasu zatrzymuję się przy tych, mających społeczny wymiar, kwestiach. Wciąż pozostaję w niemym zadziwieniu, przyglądając się oczywistości tych rzekomych prawd. Sądów, które niezmiennie próbują deprecjonować lub odebrać mi moje niezbywalne prawa człowieka.

środa, kwietnia 16, 2014

1013. W drodze ku sobie

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wracałam wczoraj do siebie. Na przerwie kawowej gapiłam się w okno od samej ziemi. Gdy w końcu pojawił się oddech głęboki, miarowy, pełen wdzięczności za me życie, wiedziałam, że jestem u siebie, z sobą i nie tylko ku własnej uciesze.

Na krawędzi mego świata powitała mnie świeżutko odebrana Susan Sontag. Czytałam z premedytacją wolno, robiąc przystanki na przemyślenia i zachwyt, ale i tak nie wiedzieć kiedy, dotarłam do ostatniej strony. Dziś, pozostając pod wrażeniem książki, z półki zdjęłam album Annie Leibovitz (A Photographer’s Life), by spotkać znów Susan, wrócić do zapamiętanych przeze mnie fotografii, które Jej zostały zrobione. Okazało się, że jest ich w albumie o wiele, wiele więcej. Złożyłam na ręce Sadownika wniosek, by Annie i Susan mieszkały obok siebie. Wniosek przeszedł.

Trzeba tworzyć sobie własną przestrzeń — taką, w której jest spokój i dużo książek.

*

Jedną z najstarszych krucjat, które prowadzę, jest ta przeciwko rozróżnieniu myślenia i czucia — uważam je za podstawę wszystkich antyintelektualnych poglądów. Serce i rozum, myślenie i odczuwanie, fantazja i sąd... [...] Mam wrażenie, że myśl to forma odczuwania, a odczuwanie — myślenia.

*

Warto też dodać, że większość naszych przekonań o tym, co możemy robić w danym wieku i co wiek oznacza, jest całkowicie arbitralnych — równie arbitralnych jak stereotypy płciowe. Sądzę, że przeciwstawienie młodego staremu i męskiego kobiecemu to dwa stereotypy, które więżą ludzi bodaj w największym stopniu. Wartości kojarzone z młodością oraz męskością uznaje się za ludzkie normy, wszystko pozostałe zaś jest mniej ważne bądź gorsze.

*

Kiedy byłam w Indiach, zapytałam Indirę Gandhi — z góry świetnie znając odpowiedź — czy fakt, że głową kraju jest kobieta, każe ludziom zmienić swój stosunek do kobiet i na przykład uznać je za bardziej kompetentne. Odparła: „To, że jestem premierką, nic nie oznacza. Tylko tyle, że jestem wyjątkiem”. Na tej zasadzie fakt, że we Francji żyła kobieta-rycerz, nie oznacza, że wszystkie kobiety będą tu jak Joanna d’Arc — a jedynie, że co jakiś czas na świat przychodzi odmieniec.

*

Żadna z inteligentnych, niezależnych, aktywnych, pełnych pasji kobiet, jakie znam, nie chciała być w dzieciństwie chłopcem. Dziewczynka żałuje, że nie urodziła się chłopcem, bo mogłaby wchodzić na drzewa, zostać marynarzem... i ma inne tego typu fantazje. Jako bardzo mała dziewczynka regularnie słyszysz, że różnych rzeczy nie wolno robić, i bolejesz, że nie masz płci, która pozwala na większą swobodę.
     Większość chłopców nie chce być dziewczynkami, bo mniej więcej od szesnastego miesiąca życia rozumieją, że być chłopcem jest l e p i e j. Dzieci chcą być aktywne, a do aktywności — brudzenia ubrań, dzikich zabaw — zachęca się chłopców. W dziewczętach takie odruchy się tłumi.

*

[J.C.] Napisałaś: „przeżycie, dzięki któremu człowiek uświadamia sobie nowe uczucia, zawsze zalicza się do najważniejszych, jakich może doświadczyć”.

Susan Sontag w rozmowie z Jonathanem Cottem, Myśl to forma odczuwania,
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2014.
(wyróżnienie własne)

zdjęcie Susan Sontag

(fot. źródło)

wtorek, kwietnia 15, 2014

(1011+1). Nie i już!

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Bez empatii. Wściekła. Wkurzona. Jednostronna. Jak ja siebie takiej nie lubię. Wąsko myśląca. W amoku dyskursu jedynego. Niesprawiedliwa. Ale cóż, bywam też taka. Choć całą sobą uważam czas takiego istnienia za czas utracony.

Oczywistym wczoraj było, że rodzice siedmiorga dzieci powinni oddać pieniądze fiskusowi, ponieważ ich korzystanie z ulgi na dzieci społeczeństwu, jak widać, żadnego dobra nie przyniosło, a wręcz przeciwnie, wymierną finansową stratę. W zasadzie rodzice całej dziewiątki powinni mieć sprawę za nieumyślne spowodowanie śmierci.

Wyprztykałam się wczoraj (na głos) z wszystkich radykalnych pomysłów, poglądów i perspektyw, w swej jednostronności godnych tylko partii małych ludzi, by na końcu tego poruszenia odkryć, dlaczego ta historia tak mnie dotyka.

Na końcu jest… niezgoda. Niezgoda na to, by takie rzeczy się działy. Zawalili rodzice, zawaliła szkoła, zawaliły media. Zawalili ci wszyscy, co nazywają siebie „dorosłymi”. Zawalili ci, co granic dzieciom nie umieli stawiać. Zawalili ci, co mieli być konsekwentni. Dzieci powinny wiedzieć, że grawitacja to nie wytwór z kreskówek, że fizyka to nie tylko przedmiot w szkole, że choć dla młodych ludzi śmierć jest abstrakcją, to pięciu żyć młodzi ludzie nie mają, że «konsekwencja» to nie nic nieznaczący termin, że w życiu po game over człowiek nie wstaje, nie otrzepuje się i nie idzie dalej, tylko pakują go do worka. Te dzieci powinny się tego wszystkiego dowiedzieć od Dorosłych, których przez ostatnie dziesięć lat nie widywały zbyt często, choć pewnie pojawiło się sporo pełnoletnich. Wściekłość, furia i wkurw ustąpiły… mojej niezgodzie na taki świat.

Nie zgadzam się! I dlatego wczoraj wieczorem wyrzuciłam z hukiem studenta z zajęć. Ma wiedzieć, że reguły gry są wymyślone dla jego bezpieczeństwa i dobra, a nie dla mojego widzimisię. Koniec i kropka.

poniedziałek, kwietnia 14, 2014

1011. Konsekwencja liczb

9 osób w wieku
13–17 lat w nominalnie
5-osobowym aucie,

dobór naturalny?

*

Radio z rana informowało, pewnie nie pierwszy raz, o tragedii… Mam error. Empatia nie włącza mi się wcale. Jeśli to jest tragedia, to Smoleńsk, który był łaskaw w zeszłym tygodniu mieć za nic mój dzień pracy, był zamachem na pewno. Zioberko się we mnie uruchamia: te dzieci nikogo już nie zabiją…

sobota, kwietnia 12, 2014

1010. Podwójne szczęście mając

__________________________ [prywatnie]
Szczęściem jest,
myślałam do dziś,
kochać i być kochaną.

__________________________ [zawodowo]
Szczęściem jest,
myślę od dziś,
spotkać ludzi, którzy zobaczą tkwiący w nas potencjał.

1009. Zamykamy tydzień, zamkniemy kraj?

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Jakieś dwa tygodnie temu pan minister finansów był łaskaw podzielić się z opinią publiczną pomysłem, by odebrać małżeństwom bezdzietnym możliwość wspólnego rozliczania się. Od dwóch tygodni porusza mnie ta kwestia niebywale.

Po pierwsze, myślę o tych parach, które na rzęsach, również finansowych, bezskutecznie stawały, by dziecko mieć. Ważnym nie jest, co osobiście o tym myślę, lecz to, że nie tylko los im pokazał figę, teraz zrobi to fiskus, a jeśli, nie daj Boże, wzięli kredyt na owe rzęsy, tym gorzej dla nich — narodowy katolicki Bóg ukarał i miał rację.

Po drugie, dużo ważniejsze dla mnie, dotyka mnie niefrasobliwość z jaką państwo, zamiast budować społeczeństwo obywatelskie, odbierać ma zamiar ludziom prawo do wspólnego gospodarowania finansami. Boli mnie, że pan minister nie jest łaskaw zauważyć, że każda relacja dwojga ludzi, którzy w danym roku podatkowym prowadzili wspólne gospodarstwo domowe, powinna mieć możliwość skorzystania ze wspólnego rozliczania. Na dłuższą metę, zamiast dwóch obywateli, społeczeństwu bardziej opłacają się dwuosobowe rodziny bez względu na konfigurację (bez obligatoryjnego nadęcia katolicko-demograficznego), ponieważ kochający się w nich ludzie dbają o siebie nawzajem, pomagają sobie, a tym samym zwalniają państwo z dodatkowego obowiązku w razie trudności. Nie chcę żyć w kraju, w którym nie ceni się relacji między ludźmi. Te prawdziwe i trwałe są bezcenne. To jest rzeczywisty fundament społeczeństwa, o którym marzymy.

Myślę więc sobie, panie ministrze, zrób to, a po raz pierwszy w życiu zacznę na serio rozważać kroki, by w tym kraju nie płacić podatków wcale, bo powoli przestaje to być kraj dla ludzi.

***

Alex bardzo, bardzo dawno temu poleciła mi jedną z książek Jodi Picoult. Wówczas była wyprzedana. Po skończonej, a przed otrzymaniem zamówionej-poleconej, w zeszłą niedzielę pobiegłam do księgarni. Długo się nie zastanawiałam nad wyborem. We wtorek wieczorem przed północą było po książce i po łzach, które dzięki niej uroniłam. Doskonała! Historia przez kilka osób opowiadana, z innych perspektyw, z innych systemów wartości. Za to Autorkę cenię ogromnie. Również za niemały wkład, by zgłębić temat w realu, by głupot nie napisać. Perspektywa mężczyzny biorącego udział w procedurach in vitro bezcenna. Niczym w soczewce skupione wszystkie te kwestie, o których w tym kraju tak trudno rozmawiać. Piękna i mądra książka. Tyle że katotaliby, mohery, durnogłowe „polityki” i homofoby nigdy do niej nie zajrzą. Były bokser, co aspiruje do bycia durnogłowym, też nie zajrzy.

[...] Po pierwsze, homoseksualizm to nie styl życia, bo taka się urodziłam. Po drugie, pociąg do kobiet to nie mój wybór. Czuję go i już. Czy pan z wyboru ma pociąg do kobiet? Kiedy to się stało, w okresie dojrzewania? Po skończeniu liceum? Na rozmowie kwalifikacyjnej na studia? Nie. Homoseksualizm, podobnie jak heteroseksualizm, to nie wybór. I wiem to, bo kto na litość boską chciałby zostać gejem? Po cóż miałabym skazywać się na taki kierat, wyzwiska i znęcanie fizyczne, które przeszłam? Czy gdybym mogła wybrać, chciałabym, żeby tacy jak pan wytykali mnie palcami? Dlaczego miałabym dobrowolnie wybrać styl życia, jak pan to nazwał, w którym mam wiecznie pod górkę? Nie do wiary, że tak oświecony człowiek jak pan, który zjeździł pół świata, może być tak krótkowzroczny.

*

Karano mnie, ponieważ byłam sobą, a to, co chciałam powiedzieć — czego nigdy nie powiedziałam, aż gardło bolało mnie od milczenia — to „Co ja dla was znaczę?” i „Czemu nie zajmiecie się sobą?”.

*

Widok mężczyzn trzymających broń to norma,
w przeciwieństwie do mężczyzn trzymających się za ręce.

*

Wierzę, że taka przyszłam na świat, tak jak inni rodzą się hetero. Ale wierzę też, że zakochujemy się w CZŁOWIEKU, i płeć nie ma tu większego znaczenia. Często stawiam sobie pytanie, co zrobiłabym, gdyby miłość mojego życia okazała się mężczyzną. Bardziej pociąga nas to „kim” czy może „czym” jest druga osoba?
     Sama nie wiem. Wiem za to, że osiągnęłam w życiu etap, gdy liczy się „na zawsze”, a nie „teraz”.
     Wiem, że pierwsza osoba, którą całowałam, liczy się mniej niż ostatnia.

*

Nie znamy ludzi tak, jak nam się wydaje — łącznie z samymi sobą. Nie wierzę, że człowiek budzi się rano i stwierdza, że jest homo. Ale wierzę, że budzi się rano i stwierdza, że nie może bez kogoś żyć.

Jodi Picoult, Tam gdzie ty,
Prószyński i S-ka, Warszawa 2012.
(wyróżnienie własne)

niedziela, kwietnia 06, 2014

1006. Realne potyczki z fikcją

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Powieści czytać nie umiem. Zanim bohaterzy znajdą we mnie swe miejsca, nim zacznę odróżniać jednego od drugiego, nim kogoś polubię, pokocham, mija wiele stron. Często porzucam uwięziony w kartkach książki świat nie doczekawszy osobistego przywiązania do niego.

Powieści czytać nie umiem. Pierwszego dnia pięćdziesiąt stron, drugiego dwadzieścia, trzeciego, czwartego zero, piątego nic nie pamiętam. Sama się sobie dziwię, że w ogóle próbuję okiełznać fikcję.

Powieści czytać nie umiem. Jednak czasem mam chęć lub potrzebę odmóżdżyć się odrobinkę. Zaraz po stażu chwyciłam książkę, co tegorocznym prezentem imieninowym jest i czekała na mnie od lutego. Było klasycznie, pięćdziesiąt stron, dwadzieścia, zero, zero, dwadzieścia, zero zanim zaskoczyłam, by potem sto pięćdziesiąt i trzysta zgryźć. O dylematach, o nieoczywistościach czytać uwielbiam.

Po krótkim dialogu, który, niezaznaczony żadną karteczką, pozostał tylko w mej uśmiechniętej pamięci:
     — Co ty we mnie widzisz?
     — Swoją przyszłość.
rozpłynęłam się, by zaraz potem roześmiać się, że ta krótka wymiana zdań pasuje jak ulał do rozmowy z Sadownikiem sprzed prawie szesnastu lat. Gdy go zapytałam:
     — Co chcesz robić w życiu?
     — Chcę być szczęśliwy. — Odpowiedział zdecydowanie.
Wtedy uznałam to za wymijającą odpowiedź, a dziś widzę, że wiedział, co mówi i dzień za dniem z uporem maniaka realizuje swój plan. Jak dobrze, że ja w tym planie też się znalazłam. Sadowniku — myślę sobie — chapeau bas!

Nie wiem, co najtrudniej nam ścierpieć w śmierci. Może jednostronną komunikację, niemożność zapytania ukochanej osoby, czy ją bolało, czy teraz jest szczęśliwa tam, gdzie jest... jeśli gdzieś jest w ogóle. W śmierci nie kropka jest najgorsza, tylko znak zapytania.

*

     — Ksiądz odpowiedział: „Zrobił coś strasznego. Nie zasługuje na twoją miłość. Ale zasługuje, żebyś mu wybaczyła, inaczej będzie rósł jak chwast w twoim sercu, aż je zagłuszy. I ty będziesz cierpiała, nie on”. [...]
     Odwraca się w moją stronę.
     — Nie wiem, co ci zrobił ten człowiek i nie jestem pewna, czy chcę wiedzieć. Ale nie wybaczasz za kogoś innego, tylko za siebie. Mówisz tym samym: „Nie masz nade mną władzy. Nie uwięzisz mnie w przeszłości. Zasługuję na przyszłość”.

Jodi Picoult, To co zostało,
Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.

1005. Kochaj i nie ustawaj!

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Miłość to nie kontrola.” Nietypowa, bo werbalna, pozostałość po śnie. Zwykle bowiem budzę się tylko w oparach atmosfery czy klimatu snu i jadę na nich przez wiele dni…

Miłość to nie kontrola.” Zawyrokowała Postać ze snu na chwilę przed moim przebudzeniem. Wielkimi wydały mi się te słowa w środku nocy, choć teraz tak banalnie i nieskładnie brzmią. Przypomniały mi i ożywiły prawdę, którą w sobie od zawsze mam…

     Nie rób tego, czego nie potrafisz pokochać — powtarzam do znudzenia studentom.
     — Rób to, co kochasz. To jedyny sposób na szczęśliwe życie — słyszą niezmiennie i wciąż.

Kontrola. Tak. Semestry. Zaliczenia. Egzaminy. Wytyczne. Potrzebne. Na początku drogi. Właściwy kierunek i tempo pozwalają utrzymać. A potem. Już tylko miłość…

Miłość. Tak. Tylko ona wie, gdzie i jak postawić stopę, by zrobić kolejny krok. No i jadę od rana na energii tego snu, bo dzięki niej z łatwością widzę mój następny krok…

sobota, kwietnia 05, 2014

1004. Siuprajsik

Bez planu. Bez oczekiwań. Bez ciśnienia. Byłam dziś wolna. Więc bardzo wolno żyłam. Tylko dla siebie. I dla Sadownika. Wyciągnął mnie na kawę, ciacho, pogaduchy i czytanie. Dałam się zaskoczyć sztuce na ścianach kawiarenki na placu Wilsona. Uwagę przykuł tekst. Zachwycił.

Lech Bator, Jeleń siedzący, 2013.

it's not who you are
that holds you back.
it's who you think
you're not.

(tekst na powyższym dziele)

czwartek, kwietnia 03, 2014

1003. Nie daj się zwieść rekwizytom

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Gdy słyszę kobietę, która zaczyna:
     — My, matki, już tak mamy, że...
wiem, że to nie jest o matkach, tylko o martyrologii, o ukrytym pragnieniu, by być nie tylko w roli matki; o braku odwagi, o braku decyzji, o ofierze niepotrzebnie składanej na społecznym ołtarzu; nie o wychowaniu dzieci, lecz o chowaniu się za własne pociechy. To jest o wszystkim, tylko nie o byciu matką.

Kiedyś wypowiedzi tego typu doprowadzały mnie do szału, bo niby co, że niematki mają przywilej niedoświadczania określonych trzema kropkami trudności? Dziś, gdy padają w mojej obecności, wiem, że będąc w pełni obecną i czującą istotą, jestem matką bardziej niż wypowiadająca kolejne fonemy kobieta. Umiem zatrzymać się, zobaczyć i zrozumieć te trudności. Doświadczyłam ich w końcu nie raz, podobnie jak każdy człowiek. Różni nas tylko to, że ja je z uporem maniaka studiuję, szukając w nich ziarenek nowego.

środa, kwietnia 02, 2014

1002. Niematerialne dowody istnienia

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wczoraj minęła trzecia rocznica Jej śmierci. Dopełniają się trzy lata od czasu, gdy wiem, że odeszła. Dziś szukałam Jej poczucia humoru w otrzymanych od Niej mailach. Adres wciąż mam.

Za dwa dni będą trzy tygodnie, jak Prof wybiegł z życia. W komórce wciąż mam do Niego numer telefonu.

Ona nie napisze,
On nie zadzwoni,
choć cofam,
     siedząc przy stole,
Czas.

Daniel Hope, I giorni (Ludovico Einaudi).

wtorek, kwietnia 01, 2014

(1000+1). Miłość na ulicy

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Hamowałam. Przy kawie. W przerwie między zajęciami. Gapiłam się w okno. Zatrzymana w czasie i przestrzeni. Za szybą ludzie pędzący ku swemu przeznaczeniu. Zagapiłam się raz, drugi. I przestałam widzieć ludzi. Zobaczyłam człowieka, który z pewnością kogoś kocha. A potem drugiego z miłością w sercu i trzeciego, i kolejnego… Zobaczyłam lepszy świat, choć w sumie nie stało się nic, ja piłam kawę, ludzie pędzili do swoich spraw.

*

Zadziwienia. Chwilowe. Ulotne. Niekoniecznie do rozumienia. Przygwożdżone bezwzględną stałością kształtów liter. Nudy. Małe samotnie. Tu. Też. Na tym blogu.

*

Z samego rana przy śniadaniu Studentowi z egzaminacyjnej książki wyczytałam ukradkiem kilka zachwycających literek. Mogę mądrzyć się i zachwycać, bo to nie ja będę zdawać ze zrozumienia tego dzieła.

Pewnego dnia, dawno temu, wziąłem do ręki fotografię najmłodszego brata Napoleona, Hieronima (1852). Zdziwiony powiedziałem sobie: „Patrzę na oczy, które widziały Cesarza”. To zdziwienie nie minęło do dzisiaj. Czasem mówiłem komuś o tym zdziwieniu, ale ponieważ nikt nie zdawał się podzielać ani nawet rozumieć (życie składa się z takich małych samotności), o wszystkim zapomniałem.

Roland Barthes, Światło obrazu. Uwagi o fotografii,
Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2008.
(wyróżnienie własne)

1000.

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Rozmowa. Nie jedna. Ta, która się nie odbyła. Lub. W pół słowa przerwana. Niedokończona. Ranić potrafi długo po tym, gdy wybrzmi do końca każde niewypowiedziane słowo. Właśnie z powodu takich rozmów powstało wiele wpisów. Na tym blogu.

Rozmowa. Trudna. Może nawet beznadziejna. Co strach ją rozpocząć. Przynosząca odważnym śmiałkom niespodziewaną ulgę i niebywały początek radości i niewysłowionego szczęścia. Właśnie takie rozmowy stanowiły tło wielu wpisów. Na tym blogu.

Rozmowa. Trwa. Dobiegliśmy do tysiąca. I co teraz? Na tym blogu.

sobota, marca 29, 2014

999. Wstęp do rozmowy

potrzebuję powiedzieć Ci o smutku
       na drugim dnie serca znalezionym.
potrzebuję, bo Cię kocham.

mogę powiedzieć Ci o smutku
       na drugim dnie serca znalezionym.
mogę, bo mnie kochasz.

[suplement pikselowy: 20.10.2022]

998. Po i... Przed

kiedy przestajesz wiedzieć, co zrobić, to nie koniec, to początek

*

nie
       co dalej?
lecz
       co teraz?

*

Teraz. W piątkowy ranek uchwycone.

niedziela, marca 23, 2014

(996+1). Wstęp do cudnego wieczoru

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Mając życie nasturcjami usłane. Pozbawiona lęku o posiadanie pewnej nieciekawej i finalnie śmiertelnej choroby. Jabłoń mości się na nowo w swoim życiu. Przypomina sobie i relacjonuje Sadownikowi — pewnie nie pierwszy raz — jak to Akuszer powiedział, że byłby mocno zdziwiony, gdyby Drzewko tę chorobę miało, bo profil psychologiczny ma mało pasujący do zidentyfikowanych chorych.

Jabłoń:
Nie jestem bierno-agresywna.
(mimowolna pauza teatralna)
Jestem po prostu agresywna!

Sadownik:
(z przekąsem)
Cóż za samoświadomość!

sobota, marca 22, 2014

(996=984+12). Nasturcje

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Okazja, by nazwać mnie czule pustakiem minęła bezpowrotnie wraz z badaniem zawartości mej głowy, co przytomnie stwierdził Sadownik jakieś dziesięć dni temu. Zauważył bowiem, że pani zawiadująca piekielną maszyną nie przerwała badania informując pacjentkę i jej Męża o tym, że w głowie nie ma nic do fotografowania.

Gdy przytoczyłam powyższe wnioskowanie Akuszerowi, ten błyskotliwie zapytał:
     — A może pani fotografowała tylko krajobraz?

Gdy Sadownik opowiedział o swym odkryciu w pracy, jego współpracownicy wykazali się przysłowiową męską solidarnością i jeden próbował reanimować niepewność:
     — A skąd pewność, że to mózg twojej żony. Jedyne, co jest pewne, to jej imię i nazwisko na opisie.

Gdy Nadzwyczajny wczoraj z udawanym smutkiem poinformował nas, że niestety, jest rozczarowany, bo mózg zupełnie normalny, zachwyciło mnie, że choć jedną rzecz mam w życiu w absolutnej, nudnej normie. Żadnego niedomiaru czy nadmiaru — po prostu niebywale uszczęśliwiająca norma.

Najbliżej prawdy był chyba jednak Akuszer. Na kilku zdjęciach zawartość mojej głowy wyglądała jak nasturcje akwarelą malowane.

*

Dziś, wracając do domu w cudownie wiosenny wieczór, pomyślałam z radością o kwitnących nasturcjach w mej głowie... bez mszyc.

czwartek, marca 20, 2014

995. ...

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Od zdjęcia do zdjęcia szłam coraz wolniejszym krokiem. Zrozumiałam, dotknęłam, doświadczyłam poruszenia Duszy, które było udziałem Sadownika w niedzielę. Wystawa.

Dotknęły mnie nie tylko zdjęcia, swą prawdą bez znieczulenia i upiększania podaną, byśmy przypadkiem iluzji happy endu nie ulegli. Po raz pierwszy z łatwością wyłowiłam kontekst, który pozwolił te zdjęcia do życia powołać. Bogactwo i dojrzałość relacji matki i syna. Niebywała bliskość, co pozwala słabość okazać. Nieustraszoność, co pozwala nacisnąć spust migawki. I wzajemne zaufanie do siebie, do chwili, która na ich oczach umykała w przeszłość.

Odchodzenie w kadr ujęte spostrzegawczym podarowało również obraz miłości (Ojca do Matki), co już nie musi konwenansów i polskiego gienderu trzymać się kurczowo — ciepłej, troskliwej, niepoddającej się, nieustającej... męskiej — piękne zdjęcia.

Grzegorz Banaszak czas zatrzymany
(fot. Grzegorz Banaszak z wystawy czas zatrzymany)

*

A gdy wyszłam, zazdroszcząc Autorowi bliskości z Rodzicielką, odkryłam paradoks:

w relacji z Orzeszkiem czuję się samotna, ale nie opuszczona.

To ważne dla mnie odkrycie. Kojące. A samotność dobra i zdrowa.

994. Z frontu

granica między życiem i śmiercią
       cieniutka,
niepojęta.

na granicy tej miłość
       ta, co tworzy życie spełnione,
       ta, co zniesie odchodzenie.

na granicy tej seks
       ten, co „rozpada” cię na miliony kawałeczków aż do zatracenia,
       ten, co unosi cię ku życiu z popiołów uniesienia.

na granicy tej miłość
       ta, której szukamy,
       ta, która nas znajduje
co dnia.

(985+8). No, nie. No, tak. Czyli jak?

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Sadownikowi przypomniało się. Opowiedział o tym, jak zdjęcia modelinek pokazywał w szkole zakolegowanym artystom in spe. Nie od dziś wiadomo, że każdy widzi, co chce. Wyrwało się fachowo artystce in spe pytanie:
— Twoja żona się nie maluje?
— No, nie.
— To widać... czyli każdego dnia budzisz się, żyjesz i idziesz spać z tą samą kobietą.
— No, tak.

Sadownik przekablował Drzewku powyższy dialog, a Jabłoń nijak pojąć nie mogła, o co w zasadzie chodzi z „tą samą kobietą”.

*

Jabłoń:
(dociec chce, czy i ile traci)
Niby co się z innymi kobietami dzieje rano czy wieczorem?

Sadownik:
Nie wiem. Brak mi doświadczenia.
Jesteś moim pierwszym i jedynym kugarem w życiu.

Jabłoń:
Cudnie jest być Twoim kugarem.