poniedziałek, marca 05, 2012

429. Światełko

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Choć jest już widno, gdy rano z Heniutką wychodzimy na dwór, dwa mieszkania w lewo od naszych okien, na parapecie obcego okna pali się lampka. Zawsze. Codziennie. Niezmiennik rozpoczynającego się dnia. Gdy wracamy z szybkiego spaceru, będąc już na ostatniej prostej do klatki, me oczy automatycznie wędrują ku wspomnianemu oknu. Jest. Światełko. Niczym rytuał. Źródło spokoju. Nie znam osoby, która tam mieszka. Nie wiem nawet jak wygląda. Pewna jestem tylko tego, że nie ma psa, bo gdyby miała, za nami byłyby już setki rozmów o naszych czworonogach.

Dziś. Znajomy blask w nieznajomym oknie. Poczułam się bardzo bezpiecznie z tym, że od wczoraj nie stało się nic złego, co zgasiłoby światełko na parapecie. Życzyłam w myślach tej Osobie dobrego dnia…

Zaczynamy kolejny dzień, kolejny tydzień. Niech będzie dobry!

***

Co zostaje po ludziach, gdy odchodzą? Pustka? Cisza? Nieznośny „brak”?

Wie Pani czego najbardziej mi brak? Tych chwil podczas naszych spotkań, gdy powoli, majestatycznie, zanim sięgnął po zapalniczkę… obracał w palcach papierosa...

***

Rozrzucone skarpetki przestały być bałaganem. Stały się bezgłośnie wyśpiewanym błogosławieństwem Życia, co „żyje się” i ma się dobrze.

piątek, marca 02, 2012

(425+3). Dębowego Duetu Piękna Połowa... się czyta

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

W procesie uczenia się, rycia czy zakuwania pewien poziom deprywacji sensorycznej jest absolutnie niezbędny. Jak mantrę powtarzałam przez prawie dwa miesiące: to… tak, koniecznie, na pewno, ale po egzaminach. W odstawkę poszły spotkania międzyludzkie, książki i obsługa domu. Ponieważ już jest „po” nadrabiam we wszystkich kategoriach. Niektóre „nadróbki” potrafią mnie bardzo mile zaskoczyć. Otóż, szłam powolutku na spotkanie, dysponowałam ekstra kwadransem i zaszłam do małej księgarenki, w której wielokrotnie czekały na mnie książki, których nigdzie już kupić się nie dało. Wchodzę, wodzę oczami po grzbietach książek w mym ulubionym dziale i oczom nie wierzę. Uchowała się specjalnie dla mnie książka, o której, gdy była dostępna, nic nie wiedziałam. Płacąc okazało się, że ta książka wcale a wcale nie uchowała się specjalnie dla mnie. Mam najzwyczajniejsze szczęście wynikające z faktu, że wydawnictwo postanowiło wznowić brakujące tytuły Ewy Woydyłło. Znów odłożyłam wszystko na bok i połykam kolejne strony. Dębowy Duet (322) mieszka w mej bibliotece na jednej półce. To jednak mało. Jadąc dziś do pracy tramwajem uśmiałam się jak norka, bo spotkałam ten Duet razem na jednej stronie książki:

Konstytucjonalista i prawnik Wiktor Osiatyński pisze: „W relacjach z ludźmi powinniśmy zdobyć się na ryzyko nie tylko domagania się praw nam należnych, lecz także proszenie innych o to, czego sami moglibyśmy oczekiwać. Zwracanie się z prośbą pociąga za sobą ryzyko, że nie zostanie ona spełniona, a wtedy proszący może poczuć się odrzucony i jego poczucie wartości narażone będzie na szwank. Sposobem na zmniejszenie tego ryzyka jest pozwolenie drugiej osobie, aby powiedziała «nie». Na przykład, prosząc o przysługę, można zaznaczyć: «Nie czuj się zobowiązany, nie przyjmę odmowy osobiście». Ważne jest, by oddzielić prośbę i potencjalną odmowę od własnego poczucia wartości. Gdy ktoś prosi mnie o pożyczenie pióra, a ja odmówię, nie oznacza to negatywnej oceny tej osoby ani jej wartości. Jest oznaką dotyczącą mojej osoby i wartości mego pióra dla mnie. Moją odmowę należałoby rozumieć jako oznajmienie, że potrzebuję tego pióra lub jestem do niego przywiązany i nie chcę się z nim rozstawać. Dotyczy to wszystkich innych próśb, w tym również takich jak zwrócenie się o pomoc, uczucie lub intymną bliskość.
     Świat idealny byłby wspaniały, gdyż relacje między ludźmi byłyby oparte na miłości, przyjaźni i innych dobrych uczuciach. W świecie rzeczywistym przyjaźń często bywa zerwana, miłość zdradzona, dobre uczucia nadużyte. Dlatego właśnie potrzebujemy instrumentów obrony siebie w sytuacjach, gdy dobrych uczuć zabraknie lub nas zawiodą”.
     Z tej samej książki przytoczę jeszcze jeden z jej końcowych fragmentów, ponieważ napisałabym w tym miejscu dokładnie to samo, gdyby wcześniej nie napisał tego profesor nauczających o prawach człowieka. Oto jego przesłanie zawarte w Liście do studenta: „Wchodź w osobiste relacje z nadzieją i ufnością, lecz również z ostrożnością. Nie wyrzekaj się swych praw zbyt pochopnie. Lecz gdy nawiążesz z kimś osobistą więź, zapomnij o swych prawach — jakkolwiek nie zrzekając się ich całkowicie. Twe relacje z ludźmi będą bogatsze, jeżeli będą opierać się na przyjaźni, miłości, empatii, gotowości do dawania i wybaczania. Gdybyś jednak został przez kogoś zdradzony lub wykorzystany, nie wahaj się odzyskać swych praw. Jesteś wolną istotą, a nie niewolnikiem rodziny czy znajomych”.

E. Woydyłło, Poprawka z matury,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.



czwartek, marca 01, 2012

427. Dzień „starego” Jubilata i nowiutkiej „Nobilitantki”

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jak nazywa się związek w którym kobieta jest starsza od mężczyzny? Antykwariat.
Ona, antyk. On, wariat.

Dziś, po dwudziestej trzeciej Sadownik urodzi się znów. Skończy n2 lat. Tym samym licząc po anglosasku, Jabłoń wciąż zachowa młodość, a tylko Sadownik będzie o rok starszy. Przez trzy miesiące i dziewięć dni Sadownik jest mniejszym gówniarzem niż przez pozostałą część kalendarzowego roku, gdy nawet w tym systemie różnica wieku między Dwunożnymi wynosi ½·n.

(przy śniadanku)
Jabłoń
:
(cieszy się jak dziecko, że Sadownik przez sam fakt
dożycia do dwudziestej trzeciej z hakiem, postarzeje się o cały rok
)
Staruszku, to już dziś!

Sadownik:
Z czego tak się cieszysz?

Jabłoń:
No wiesz, będziemy bliżej społecznego „standardu”.

Sadownik:
(filozoficznie o różnicy wieku sadowniczo-drzewkowego Duetu licząc rocznikiem)
To powinna być dla ciebie nobilitacja.

Jabłoń:
???

Sadownik:
No wiesz, babka musi być fajna, skoro ma młodszego faceta.

Jabłoń:
Noooo! Muszę być fajna!

wtorek, lutego 28, 2012

426. Samoistna reedukacja

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Najlepsze kasztany są na placu Pigalle...
Najlepsze zabawki dla psa są... w Ikei.

Powoli, powoli... Uściślijmy. Pewnie nie dla każdego psa, ale dla labradora z pewnością.

Szybko przez przeszłość... z wychowaniem pierwszego psa jest jak z budowaniem pierwszego domu... dużo błędów. Tak się cieszyliśmy, że Henia aportuje, że nie zwróciliśmy uwagi, że rzuca nam badyla pod nogi zamiast podać do ręki.

Szybciej przez psie gusta... podejrzewałam już, że Henrietta wyparła się swoich labradorskich genów. Miała pokaźną kolekcję piłek mniej lub bardziej twardych, mniej lub bardziej gumowych. Pobiec raz i przynieść, proszę bardzo. Drugi, od biedy. Trzeci, niech Ci będzie. Czwarty... a sama sobie leć skoro rzuciłaś! --- mówiła nieporuszona sylwetka kundla, co właśnie wziął się mocno za węszenie, by zgubić własny słuch i wzrok.

Długo... trwało nim się poddałam. No cóż, takiego mam labka, co za piłką ganiać nie chce. I trudno. Pogodziłam się. Psia Indywidualistka. Po Mamusi? Po Tatusiu?

W mgnieniu oka... Kudłata wyprowadziła mnie z błędu. Kupiliśmy w Ikei dwie szmaciane, nieduże piłki, raczej ku radości Jabłonki, choć z przekonaniem wciskała Sadownikowi, że to przecież dla Heniutki. Kupiliśmy, bo w ładnych kolorach były: zielona w jasnozielone prążki, czerwona w różowe groszki.

Efekt... Samoistna reedukacja... Od tygodnia Henia mnie zaskakuje. Sama nauczyła się przynosić szmacianą piłkę i wciskać człowiekowi w rękę. Jak ludzka sierota nie złapie to pies cierpliwie podnosi z podłogi i znów wciska. Nie wierzyłam, że to się utrzyma dłużej niż zapach nowości zabawek, ale wciąż trwa. Sprawdziłyśmy, czy na dworze pies aportujący też poprawnie działa... Działa!

***

Chciała baba psa ślicznie aportującego. Ma! Siada człowiek dowolny na kanapie i w mgnieniu oka ma w zestawie, do swej usadzonej mniej lub bardziej wygodnie sylwetki psa, z piłką pod ręką. Rzucaj, rzucaj! Nie ustawaj! Prawdziwa labradorzyca obudziła się w Heniutce! Czy ktoś powiedział: uważaj na marzenia, bo mogą się spełnić? ;)

niedziela, lutego 26, 2012

425. Kudłata Reaktywacja

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Piątek. Ostatni POPowski egzamin. Do przodu.
Stałam się studentką szkolenia dyplomowego.

Nieprzytomna
oszołomiona
do dziś
trochę
pozostałam.

Do rzeczywistości
przywracało
odrobinkę
Heniutkowe szkolenie
wczoraj i dziś.

***

Leżąc w hamaku słucham świeżutko w piątek zakupionego Cohena i nie mam pojęcia skąd we mnie całkiem nowiutka ciekawość i radość, że już jutro poznam nowych studentów, z którymi będę pracować w zbliżającym się nieuchronnie z każdą godziną letnim semestrze.

Uśmiecham się na myśl, że wracam również Tu i w ulubione przeze mnie blogowe miejsca Innych. Mam nadzieję, że jeszcze ktoś tutaj zajrzy...

Leonard Cohen, Going Home.

sobota, lutego 18, 2012

424. Brzuszne nierównouprawnienie

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Heniutka wpada do weterynarza jak kujon do higienistki. Sama, nieproszona, wskakuje na wagę. Zdziwiło się Drzewko, bo tyle jeszcze Sunix nie ważyła. Dwa kilo więcej niż zawsze. Jabłoń sprawę Sadownikowi raportuje z niezmalałym nawet na jotę zadziwieniem, podejrzliwie przeprowadzając po raz n-ty procedurę sprawdzania Heńkowego kształtu.

Jabłoń:
(patrzy na Sierściucha, co kształtem nijak nie zdradza przybrania na wadze)
Może ona nauczyła się wciągać brzuch?

Sadownik:
Wiesz, to mózg jej spuchł od psich nauk.

Jabłoń:
Ale dwa kilo?

______________
♀ Ile kobiet zachodniego świata nigdy w życiu tego nie robiło?
♂ Czyżby dla mężczyzn wciąganie brzucha to absurd, abstrakcja lub inne „ale o co chodzi”?

423. Esemesowy kontakt Indiańskich Mam

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Tak. Wczoraj. Dwa egzaminy. Do przodu!
Ale przedwczoraj miotałam się nieprzytomnie pomiędzy zagadnieniami egzaminacyjnymi. Świat miał mnie dość.

***

Przedwczoraj Mama Wielki Brzuch (przyszła Mama dwóch chłopców), by rozładować ciężką atmosferę, przysłała Kudłatej Mamie na pocieszenie dowcip:

Czym różni się psychotyk od neurotyka? Psychotyk myśli, że 2+2=5. Neurotyk wie, że 2+2=4, ale strasznie go to wkurwia.

Zadziałało! Matka matkę zrozumie zawsze! Popłakałam się ze śmiechu a zaraz potem rozluźniłam zamyślając się nad hipotetycznym charakterem naszego świata, gdyby kryteria diagnostyczne były układem równań, koniecznie różniczkowych...

czwartek, lutego 09, 2012

422. Zniesiony zakaz palenia

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Vermeer
Dopóki ta kobieta z Rijksmuseum
w namalowanej ciszy i skupieniu
mleko z dzbanka do miski
dzień po dniu przelewa,
nie zasługuje Świat
na koniec świata.

W. Szymborska,
z tomiku Tutaj/Here,
Znak, Kraków 2009.

***

Może i Świat nie skończył się dziś, ale z pewnością się zatrzymał. Uśmiecham się na myśl, że Niebo to jedyne miejsce publiczne, w którym od śmierci Szymborskiej zniesiono już na zawsze zakaz palenia.

***

421. Byle jak? Mowy nie ma!

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Nie rób swojemu ciału niczego byle jak
Zanotowałam w środku nocy.
Kto mi zesłał ten sen?
Po co obdarował mnie tym zdaniem
co kategoryczne, poplątane, ale i uwodzące ciut?

***

No więc, byle jak, czyli jak? Na łapu capu śniadanie jeść. Prysznic szybko brać planując gorączkowo cały dzień. Kręgosłupowe ćwiczenia ciach, mach, zrobione, odhaczyć. Szybko tu, prędko tam, biegusiem przez dzień aż po zmierzch. Wytchnienie tylko przy Kudłatej łapać, bo Ta czuła na nastroje, zniecierpliwienie i pośpiech --- ściemy, że wszystko super nie łyknie. No i grzech największy, zaniedbania: z byle kim o byle czym prawić.

Wstałam dziś z postanowieniem poprawy, w końcu Bogu Radości Wszelkich, co taki sen zsyła nie można odmówić. Śniadanie powolutku zjadłam. Z planu dnia wykreśliłam 70 % absolutnych „musisz-mieć-zrobione”. Z sennym wsparciem uczę się nie robić swemu ciału byle jak, więc omijam również myśli w sople lodu zamienione, że nie dam rady, nie zdążę, nie starczy. W słońcu na kanapie wygrzewałam się późnym przedpołudniem, bo przecież jakoś będzie, dam radę, postaram się zdążyć, starczy czasu.

Dam z siebie wszystko, ale zgodnie z senną wskazówką, nie będę wypruwać sobie flaków.

środa, lutego 08, 2012

(419+1). Hazardzistka

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Orzeszki nerkowca, fistaszki, rodzynki. Innymi słowy, mieszanka studencka. Wiadomo gdzie kupić, wiadomo jak smakuje, wiadomo co z tym robić.

Wczoraj po raz pierwszy przygotowałam psią mieszankę studencką. Nazwę i skład zapożyczyłam od Asi, która asystowała w niedzielę na szkoleniu psów. Serek, świeża bułka, parówka. Pokrojone, pomieszane i... pies chodzi jak żyletka!

Prostota tego przedsięwzięcia mnie zastrzeliła. Nauka nabrała posmaku loteryjki, bo przecież nie wiadomo, czy się teraz bułeczki kawałek dostanie, czy serka... Ach, jak wczoraj Heniuta pięknie ćwiczyła! Zuch a nie pies! Hazard... kto by pomyślał, że Heniutka ma do niego ciągoty. Hazard... a na tapecie... uzależnienia. Ach, ten przypadek!

poniedziałek, lutego 06, 2012

419. Szaleństw cała lista

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Depresja... kryteria diagnostyczne... jedno, drugie, trzecie... mam! Mam od zawsze! Ledwo żyję i zastanawiam się jak dożyć do egzaminów.

Zaburzenie dwubiegunowe... czwarte, piąte... mam! Mania, mania, mania... proszę bardzo, jest we mnie, średnio raz w tygodniu.

Schizofrenia... kryteria... spłycenie afektu mnie dopadło wczoraj. Świat oddzielił się szklaną ścianą. Nieprzyjemnie było. Wszystkie zaburzenia mam jak na zawołanie, gdy tylko obryję dokładniej jednostkę chorobową.

Zaciekawiło mnie, jakie objawy przy nauce ma mężczyzna uczący się do egzaminów z ginekologicznej specjalizacji? Przecież nie może mieć zapalenia jajników, prawda?

***

Wczoraj studiowała Henia. Pani od szkolenia psów podsumowała psychikę labradorów: świat mnie kocha, jestem boski! Patrzę na Henię dziś i... cóż... nawet jeśli tak myśli, w to wierzy i jest o tym przekonana, to nie jest to narcystyczne zaburzenie osobowości. Dziewczynka ma rację lub odpowiedni zestaw przekonań.

***

Spotkałam dziś w tramwaju amstafa o imieniu Marley. Nie umiałam nie podejść, nie zaczepić właścicielki, psa lub psa i właścicielki. Pani przemiła. Pies obłędnie serdeczny. Na dzień dobry zachwycił się zapachem Heniutki, co go na rękawiczkach zawsze mam. Moja miłość do amstafów niebezpiecznie rośnie, im więcej spotykam egzemplarzy tej rasy. Sadownik, poinformowany o tym fakcie stwierdził tylko: nie słyszałem tego.

Radości Marleya długo nie zapomnę. Po raz pierwszy w życiu spotkałam psa niewidomego... od urodzenia. Bez depresji, dwubiegunówki, bez zaburzeń osobowości i schizofrenii. Zdrowy pies, choć ze schroniskową przeszłością, to z szczęśliwą teraźniejszością, wszystko widzi w różowych kolorach. Wspomnienie o nim pozostało na dnie serca. Amstafkę mieć... szmer serca słyszę... Amstafkę... mieć... A Sadownik na to powiedziałby z pewnością: kochanie, zostaw na razie w spokoju zaburzenia kardiologiczne. No tak, ma rację Chłop. Póki co, pójdę na korepetycje z psiego optymizmu do Heniutki i będę ryć dalej. W ramach szmeru pojawiła się optymistycznie szalona myśl, że może jednak Henię należałoby zapytać, czy chciałaby mieć siostrzyczkę... ;) Nie wiem dlaczego, ale myślę, że znam odpowiedź.

sobota, lutego 04, 2012

418. Międzygatunkowe dziedziczenie wredoty

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jabłoń:
(wczoraj, późnym wieczorem pochyla się nad ułożoną już do snu
na swoim legowisku Heniutką, która wygląda jak najsłodszy pies świata,
co nigdy kłopotów nie sprawia
)
Małpeczko, ty moja kochana...

Sadownik:
(przedrzeźnia)
Małpeczko, małpeczko...
(dodaje już na serio)
Wredna małpa!

(by po chwili podzielić się myślą logiczną całkiem)
Sadownik:
Zastanawiam się, czy ona ma to po mamusi...

piątek, lutego 03, 2012

417. Ten Drugi Czas

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Po kryzysie wieku średniego co napadł na mnie cztery lata temu, dopadła mnie dziś świadomość, że pierwszy okres mego życia domyka się, a drugi subtelnie i konsekwentnie rozsiada się obok mnie.

Kiedy zatrzymuje się dla ciebie czas? Czy wtedy, gdy się kochasz, czy gdy bawisz się z dziećmi, czy gdy przemawiasz na zebraniu, patrzysz na wybitne dzieło sztuki albo sam je tworzysz? Gdzie czujesz się naprawdę jak w domu --- na polu golfowym, czytając w swoim gabinecie, sadząc rośliny w ogródku, słuchając koncertu rockowego, czy może podając herbatę w schronisku dla bezdomnych?
Nie są to błahe pytania. Musisz je sobie zadać i uważnie wysłuchać odpowiedzi, mają one bowiem kluczowe znaczenie dla zmiany, która właśnie dokonuje się w twoim życiu, dla przejścia z jednego okresu w drugi.
Uważam, że w życiu człowieka są tylko dwa ważne okresy: okres ekspansji i okres wycofywania się. (...)
Przypuszczam, że przeciętny czytelnik tej książki jest w wieku 30–45 lat. A zatem, czytelniku, wkraczasz właśnie „w szczytowy okres swoich możliwości”. Znajdujesz się mniej więcej w połowie swej drogi życiowej. Jest to czas, w którym kończy się pierwszy a zaczyna drugi okres.
W tym drugim okresie twoje życie będzie określał nie tyle świat zewnętrzny, ile pewna rzeczywistość wewnętrzna, którą tworzą fakty i doświadczenia zbierane przez cały okres poprzedni. Twoje zadania w okresie wycofywania się koncentrują się wokół tego, czego nauczyłeś się i dowiedziałeś w okresie ekspansji. Odkryłeś wtedy pewne czynności, przedmioty i osoby, które polubiłeś i pokochałeś, które nie są środkami osiągnięcia żadnych celów, lecz celami samymi w sobie. Kiedy poznawałeś je i domyślałeś się, jakie mają znaczenie, prawdopodobnie odkładałeś na później bliższe zajęcie się nimi. Ostatnio ich zew stał się silniejszy. Wchodząc w drugi ważny okres swego życia, nie możesz dłużej odkładać prób ich osiągnięcia. Musisz zmienić swoje życie, aby dostosować je do tego, czym --- jak odkryłeś --- w istocie jesteś.

M. E. P. Seligman, Co możesz zmienić, a czego nie możesz,
Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 2010.

Drugi czas. To nie tylko czas, gdy już wiem kim jestem, czego chcę, o czym marzę, czego pragnę, jak mam zamiar przeżyć resztę życia, co jest dla mnie ważne a co funta kłaków warte. To również czas, gdy żegnam się z ludźmi na zawsze, na wieczne „kiedyś tam”, na wiarę, że może pewnego dnia.

Od tygodni zatrzymuje mnie piosenka z niemojej epoki, na którą jak zwykle przez przypadek wpadłam.

Adele, Someone Like You.

Zakręty na drogach damsko-męskich... pamiętam już tylko przez mgłę, bo sadownicze ramiona i czas skutecznie opatrzyły i zagoiły największe zranienia, by na ich gruncie mogło szczęście zakwitnąć. A jednak. Trzyma mnie ta piosenka niczym warszawski mróz. Melodia? Klimat? Bemole? Skrywana niepewność i udawana pewność? Co mnie trzyma, do diaska? Słucham tej piosenki raz za razem, ulegam magii, i choć jej słowa są w mym życiu pieśnią przebrzmiałą to klimat tej piosenki... sprawia, że mam, już wiem! Dociera do mnie, że rozumiem, że czuję podobnie, że jestem od jakiegoś czasu na wielu zakrętach ludzko-ludzkich na początku tego swojego Drugiego Czasu. „Oni” wybrali swoje życia, stanęli za wartościami, które wykluczyły moją obecność. Odeszli. Drugi Czas, jakby bardziej bezcenny, nie będzie rozdrapywania ran.

Coż, uśmiecham się z odrobiną POP-owskiej świadomości --- jestem taka sama jak „Oni” --- też wybrałam swoje życie i stoję w stuporze za określonymi wartościami. Słucham tej piosenki... dziś po raz nasty... i wiem, że z kilkorgiem osób potrzebuję pożegnać się... również, a może przede wszystkim, w sobie, by móc ruszyć dalej... No, to Adele, jedziemy, jeszcze raz!

środa, lutego 01, 2012

(414+2). Temperaturowy szał

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jeszcze w zeszłym tygodniu napisałabym poniedziałek, wtorek, środa, ale dziś bardziej znaczącym jest zamiast dni tygodnia użyć temperatur, które nam organizowały dzień w poniedziałek, wtorek i środę. Kto da więcej?

–10°C
Drzwi semestru zamknięte.
Cztery tygodnie, by zatęsknić za studentami.

–15°C
Sadownika Dusza wyje o spacer, ale jego oskrzela mają jeszcze przykaz odgórny w ciepełku życiem się cieszyć.

–20°C
W przytuliskowym saloonie na kanapie leży duży kocur. Na kocim ciele spoczywa miękko cudowne słońce grzejąc zwierzęce, stare kości. Patrzę na to i myślę sobie: bajka! Kocur przekłada prawą łapką kolejne strony książki. Mogę się spokojnie uczyć, bo do końca przedłużonego L4 zostały mu jeszcze dwa tomy po czterysta stron z hakiem każdy.

czwartek, stycznia 26, 2012

(411+4). Wow! O rany! Boskie! Om!

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Every cloud has a silver lining mawiają Brytole.
My mówimy, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło lub
utrzymując styl meteorologiczny: po każdej burzy wychodzi słońce.

Nie mogło być inaczej z chorowaniem.

Dziś.
Wieczór.
Na podwórku –5°C.
Henrietta szczęśliwa po spacerze.
Jabłoń przymarźnięta z lekka.
Sadownik spionizowany.
I... napój...
...Bogów!

Podarowany przez Ommeczkę.

***

No, nie może utknąć w komentarzach. Trafia do działu S.O.S. ten cudowny przepis:

Napój Bogów Zdrowiejących

Korzeń imbiru na długość kciuka
wrzucić do garnka z dwoma litrami wody,
zagotować,
pobulgotać 20 minut,
dorzucić cytrynę całą, wyszorowaną i pokawałkowaną,
wyłączyć ogień,
niech się parzy.
Psa wyprowadzić lub lekturze miłej się oddać.
Pić z wielką łyżką miodu, na ciepło
i błogosławić ten cudny Świat psów lub książek,
i westchnąć Ommmmm śānti śānti śānti
na część Ommeczki, która przepis nam podarowała.

414. Instrukcja obsługi Istota

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Męski Istot zwany Sadownikiem wziął pierwsze w swym życiu L4. Ja, przeciwnie, drugi dzień w epizodzie ozdrowieńczej manii --- latam, biegam, załatwiam, ogarniam nieogarnione, niemożliwe odhaczam jako wykonane.

Dziś, mini-stop z Hannah na kawce zrobiłam. Zatrzymałam się i to nie z powodu temperatury. Wyjęłam przygotowane dla Hannah książki. Jedną z nich otworzyłam na chybił-trafił, by wrócić do niej na chwilę, odnaleźć jej klimat zanim na jakiś czas zamieszka w Hannahowym domu.

I, proszę, zaznaczony dawno ołóweczkiem fragment czytam. Zjawisko synchroniczności podziwiam. Uświadomiłam sobie bowiem, że w tym tygodniu chorego, męskiego Istota uczyłam się kochać.

Intuicyjnym brajlem instrukcja nakreślona w powietrzu wisiała. Uczyłam się trochę na ślepo, trochę bez wyczucia, w przyspieszonym trybie. Sadownik świeżą miłością kochany, żywszy już ciut, więc chyba nie idzie mi tak źle, nawet jeśli dukam i wolno literki z instrukcji składam w pełne zrozumienia zdania. Jak to mówią, człowiek uczy się całe życie...

Wspólne życie wymaga nieustannego słuchania komunikatów o pogodzie pochodzących z serca drugiej osoby. Często jestem głuchy i niezręczny. Ranię niechcący bliźnich. Jak tego uniknąć? Pewnego dnia montuję szafkę według instrukcji technicznych producenta, Patrzę na złożony mebel i nagle uświadamiam sobie: „Jaki ja jestem głupi!”. Człowiek jest przecież jak mebel: ma swój sposób użycia, różniący się w zależności od modelu. Żeby żyć z kimś w harmonii, trzeba mieć odwagę poprosić o jego sposób użycia i mieć odwagę dać mu swój własny.
Bardzo zadowolony ze swego odkrycia, poddaję je dwutygodniowej próbie. Spotykam się ze wszystkimi znajomymi i mówię im: „Jeżeli nieumiejętnie cię kocham, powiedz mi o tym, abym mógł to zmienić. A jeżeli kocham cię tak jak trzeba, też mi to powiedz, żebym mógł tak trzymać. Nie za sześć miesięcy, ale powiedz mi od razu, żebym nie tracił czasu!”.
Miłość jest jak katalog wysyłkowy.

Tim Guénard, Silniejszy od nienawiści,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2009.

wtorek, stycznia 24, 2012

413. Wyłaniając się zza trójwymiarowej mgły ___w_kolorze_kaszlu

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Statystyki różnej maści głoszą, że kobiety mają problemy z 3D.

Unoszę się wręcz teatralnie za każdym razem, gdy jakiś mężczyzna przy mnie zaczyna śpiewkę tego typu o różnicach międzygatunkowych. Nie cierpię na braki w tej kategorii, wypraszam sobie!

Mszczę się, kiedy tylko mogę, przypominając, że natura (rodzaju żeńskiego) odegrała się na mężczyznach za to ich swoiste, wielowiekowe zadufanie w sobie i obwieszczam, że mężczyźni w przeciwieństwie do kobiet --- które odróżniają cienie, półcienie różnych kolorów --- operują maksymalnie szesnastoma kolorami (więcej przecież nie da się zakodować na czterech bitach). Zwykle w tym miejscu kończymy dyskusję o wyższości świąt Bożego Narodzenia i właściwej pozycji społecznej kobiet.

Poszłam dalej i... z pewnością encyklopedii stwierdziłam, że mężczyźni rozpoznają co najwyżej cztery kolory, z czego dwa to ładny i brzydki.

Statystyki nie kłamią. Wyjątek od kolorowej reguły trafił mi się tylko raz w życiu. Zmaterializował się w postaci studenta, który jak sam powiedział, użył pięknego, mleczno-brzoskwiniowego koloru. Zatkało mnie wtedy na długo, bo zawsze wydawało mi się, że dla mężczyzn śliwka to owoc a nie kolor, nie wspominając o brzoskwiniach.

niedziela, stycznia 22, 2012

(411+1). O kobietach z sierścią i bez

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Sadownik:
(ugotowany do temperatury 39,2˚C
podniósł się w łóżku i głaszcze Henię
)
Jakaś ty dzisiaj, Heniu, zimna!
Zawsze jesteś taka cieplutka.

Jabłoń:
(parafrazuje słynną wypowiedź
z jeszcze bardziej słynnego polskiego filmu
)
Bo to zimna suka!

(mija kilka minut)

Sadownik:
(nie może się nadziwić, że Jabłoń ma tak zimne ręce)

Jabłoń:
(jest pewna, że w tej właśnie chwili ręce ma ciepłe)
Świat dla Ciebie jest teraz chłodny, zimny wręcz...

Sadownik:
(może bez zdrowia, ale z poczuciem humoru na pokładzie)
Ty to jesteś... oziębła!

_____________________
‡ Zależnie od rasy temperatura ciała psa wynosi od 37,5°C do 38,5°C.

piątek, stycznia 20, 2012

411. Subiektywna odmiana czasownika „chychrać”

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Chychr, chychr... Chychram ja. Chychrasz Ty. Inaczej...
Chychr, chychr... chychra on --- Sadownik, chychra ona --- Jabłoń.

Chychr, chychr... chychrania chronologia. Drzewne migdałki, potem Sadownicza, bezimienna choroba z rosyjskim akcentem zdiagnozowana, co chychranie zapoczątkowała, Heniowe zapalone ucho, co chychrania musi słuchać. I teraz drugie koło zataczamy.
Chychr, chychr... chychramy my sobie od trzech dni na potęgę, chychrania Wam nie życząc ani trochę.

Chychr, chychr... kto ma mniejszą gorączkę, idzie z psem.

Chychr, chychr... nie ma mowy o L4. Bojowe zadanie to wykończyć studencki semestr zanim on wykończy Jabłoń. Zakończyć pracujący, Sadowniczy tydzień, bo spóźnił się Sadownik ciut i jako ostatni żywy z Działu na posterunku trwa utrzymując przy życiu sens.

Chychr, chychr... ale za to wieczory mamy magiczne. Smaczne kanapeczki razem w łóżku jemy, budyń w środku nocy gotujemy. Filozofia, ekonomia, polityka, wszystkie za i przeciw, intelektualne dysputy... wszystko to na bok odstawione. Oddajemy się prostej chęci przeżycia.
Chychr, chychr... cieszymy się jak dzieci, że choć smak z nami pozostał niepochorowany. Żyjemy pomiędzy jednym a drugim chychr... chychr.

wtorek, stycznia 17, 2012

(205+205). Oczy pełne nieszczęścia, ale i bezkresnej nadziei

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jak co dzień kliknęłam w Pustą Miskę. Znalazłam trzy minuty czasu i zastygłam wśród łez na kwadrans nie mogąc się poruszyć i nie wiedząc jak mam własnemu psu spojrzeć w oczy.

Wiem, że są kraje, w których konsumuje się bociany. Wiem, że są kraje, gdzie jada się psy i koty. Co zrobić, gdy żyje się w kraju, w którym ludzka głupota materializuje się w postaci psiego nieszczęścia i wielkiej, nieodwzajemnionej miłości? Z przykrością stwierdzam, że wciąż żyję w dzikim kraju...

Podobno człowiek to brzmi dumnie. Dziś nie jestem tego pewna.

A Henia na to: czy myślałaś już o 1%? Już nie muszę myśleć. W zeszłym roku Henia wybrała ludzi, w tym postanowiła podzielić się swoim rajem z krakowskimi zwierzętami...

409. Słowa śniegiem przykryte... odkopano

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Mówił, że przyjdzie. Obiecał, że się pojawi. Jak tylko… gdy tylko… przecież ona zrozumie, że… no, właściwy moment… odpowiednia chwila potrzebna… komplikacje się zdarzyły…
Pan Niewłaściwy. Gdy zjawił się, nikt już na niego nie czekał.
Wróć!
Mówił, że przyjdzie. Obiecał, że się pojawi. Jak tylko… gdy tylko… przecież ona zrozumie, że… no, właściwy moment… odpowiednia chwila potrzebna… komplikacje się zdarzyły…
Pan Śnieg. Gdy zjawił się, radości nie było końca.

piątek, stycznia 13, 2012

408. Wielkie, zaskakująco małe miasto

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Największe miasto w Polsce. Kocham je, ot tak, po prostu. Mylę się. Wcale nie po prostu. Ono podarowało mi życie --- takie bardzo moje. Mieścina ta jest dla mnie również wzorem niebywałej zdolności godzenia przeciwności. Dwa miliony ludzi? Cztery miliony poglądów? Pewne jest być może tylko to, że jest to miasto niebywale szybko chodzących ludzi.

Wielkie miasto. Gwarantuje specyficzny rodzaj anonimowości. Gdy się zamyślę, zwolnię kroku, dociera do mnie, że współdzielę je z ludźmi, których kiedyś znałam lub kochałam --- przywiało nas tu całkiem asynchronicznie. Tak się jednak składa, że stolica wygładzając nasze blizny prowadzi nas po swoich ścieżkach w taki sposób, że nie ma szans, byśmy się przez przypadek spotkali, prozaicznie wpadli na siebie na skrzyżowaniu ulic. Jeśli zaświta nam w głowach pomysł, by wspólnie usiąść i napić się kawy, wymaga to decyzji, skomunikowania się, regulacji zegarków, synchronizacji luk w kalendarzach i przy dobrych wiatrach, udaje nam się znaleźć w tym samym miejscu czasoprzestrzeni, w tym samym celu. Wielkie miasto takie już jest, można by powiedzieć.

Malutkie miasto. Ja w nim zaledwie dodatkiem do Osoby Publicznej. Dowiedziałam się o tym wczoraj. Otóż, jest pierogarnia, którą z Hannah jakieś dwa lata temu odkryłyśmy. Niedaleko palmy, co wciąż niepokryta śniegiem. Owa pierogarnia, odkurzona przeze mnie w grudniu, jest aktualnie moim nałogiem. Zimno, głodno, do domu daleko... pierogarnia. Głodno, godzinka wolnego... pierogarnia. Smaka na coś mam i dziurę czasową... pierogarnia. Przytrafiło się i wczoraj, po zajęciach a przed Akuszerką. Choć było mało czasu, wpadłam na małe co-nieco. Jak zwykle pycha. Dopiwszy herbatę sprawnie biorę się do uregulowania rachunku, bo zegarek zaczyna mnie poganiać. Płacę a kelnerka, która rozpoznaje mnie już dość dobrze jako ruchomy element wystroju wnętrza mówi:
--- Słyszałam, że ma pani pięknego psa.
Przeleciałam w myślach wszystkie fiszki miejsc, w które chodzę z Henią. Kawiarnia, kawiarnia, apteka, kawiarnia, wet, kawiarnia... Pierogarni nie ma na liście.
--- Tak mam pięknego psa, a właściwie sunię --- uśmiecham się z nieskrywaną dumą bycia Heniutkową Mamą, ale też z mej twarzy nie znika zdziwienie. Kelnerka dokarmia mą ciekawość:
--- Koleżanka mieszka niedaleko pani i powiedziała mi, że pani pies jest naprawdę wyjątkowy.
Złapała mnie za serce. Dostała napiwek ode mnie i od Heni. Malutkie miasto, należałoby powiedzieć.

Wielkie, malutkie miasto. Z nieopisaną przyjemnością pozostaję osobą anonimową, ale zachowam w tyle głowy myśl, że prowadzam się cztery razy dziennie w towarzystwie kudłatej Osoby Publicznej, o której niedaleko palmy czasem się mówi.

Wyglądajcie czarnej Labradorzycy! Jeśli cudna, to my! ;)

wtorek, stycznia 10, 2012

(406+1). Dziki lokator B.

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Każde szkolenie psów to, jak już kiedyś pisałam, w rzeczywistości szkolenie ludzi. Szlifowanie ludzkiej cierpliwości w brylant. Polerowanie wiary, że damy radę zbudować właściwą relację z psem. Nie miałam pojęcia, że to konkretne szkolenie zamieni się również w tak drastyczną tresurę Dwunożnych, z której owoców nasze Matki byłyby dumne, bo zakres nauki z dzieciństwa głębokiego zaczerpnięty.

Zaczęło się niewinnie. Gdy ledwo żywe wróciłyśmy z Henią ze szkolenia w niedzielę, obie z trudem poznałyśmy dom. Błysk. Żadnych pomieszkujących wszędzie książek. Żadnych ubrań, które nie mogą się zdecydować, czy idą do szafy, na dwór a może nadal będą wypoczywać na krześle, fotelu, kanapie. Nawet zabawki Kudłatej miały nagłe zebranie w jednym miejscu. Błysk, jakby groziło nam, że za pięć minut wpadnie sanepid i ochoczo zlikwiduje ten szalony kram. Widząc niebywały porządek, upewniłam się, że nie kroi się żadna nagła wizyta naszych rodzicieli. Zbyt idealny ten Błysk jak na nas. Przez całe dzieciństwo naszym Matkom nie udał się choćby tydzień, gdy dziś już dorosłe Dwunożne, miały cały czas porządek w swoich pokojach i sprzątały zaraz po zakończeniu każdej większej czynności. Dziecko, które miało taką własność wydawało mi się zawsze bohaterem ze zbyt przyzwoitej, nudnej, upierdliwie moralizatorskiej bajki.

Potem było już mniej niewinnie. Żal mi się zrobiło tego Błysku, co być może, jak doświadczenie podpowiadało, wpadł do nas tylko na chwilę, bo źle mu się z nami mieszka. Może da się go oswoić? --- Pomyślałam. Wydana została dyrektywa, że każde z Dwunożnych sprząta po skończonej aktywności, nie rzuca rzeczy jak leci, tylko odkłada na miejsce. Już nie ma to tu, to tam i Sadowniku, czy nie widziałeś tego, czy owego? Jest Błysk.

Przyszłam dziś do domu. Intelektualnie pomęczyłam dziecięcy mózg. Czapka, szalik, szal, rękawiczki na półkę. Kurtka, polar na haczyk. Plecak tu, buciki równiutko tam. Dumna byłam z siebie niczym matka dobrze wytresowanej siedmiolatki.

Niewinna. Mniej niewinna. Całkiem winna, donoszę, że Błysk wciąż u nas mieszka --- choć nie wiem, czy da radę jeszcze długo, w końcu niedopasowanie charakterów nie jest li tylko prawniczym sloganem rozwodowym.

Szkolimy się permanentnie całym Stadem ze współistnienia z ludźmi, psami i rzeczami. To już nie jest tylko psia sprawa. Prawda, że nudny ten wpis? Bo taki jest Błysk --- nudny, ale pożądany.

poniedziałek, stycznia 09, 2012

(328+78). Ucz się, ucz! (stopień II)

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Bo Nauka to potęgi klucz. Mawiano, gdy byłam mała.

Od czwartku nerwowo oglądałam termometr. W piątek patrzyłam już optymistycznie w niedaleką przyszłość. W sobotę, opatulona, poszłam na zajęcia teoretyczne. W niedzielę już razem z Kudłatą ruszyłyśmy na zajęcia praktyczne. Tak rozpoczęłyśmy z Heniutką psie, dogoterapetyczne szkolenie. Teraz przez miesiąc mamy co ćwiczyć, zanim dostaniemy następną pracę domową.

Noszenie klucza potęgi ma poważne skutki uboczne w postaci zmęczonego psa, co Dwunożnych wprawia w zachwyt, bo przecież nie ma nic piękniejszego jak zmęczony, pracujący pies:

Czy słowa są jeszcze potrzebne, by opisać psa studiującego w trybie zaocznym? No może, mały zuuumik na piękny, odwrócony psi pysk:

piątek, stycznia 06, 2012

(403+2). Wielowymiarowość lekarskiego strajku

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jeden strajk a jak ożywia dyskusję przy śniadaniu Tego, co wszystkie obowiązki psio-domowe przejął, i Tej, co chciałaby już móc wydostać się pod gołe niebo wprost. Całe Państwo rozbieraliśmy na kawałki między jednym talerzem a drugim. Machaliśmy rękoma. Dzieliliśmy się spostrzeżeniami. Jak zwykle sprawa okazała się nie być jednowymiarową.

***

Wymiar ról. Lekarz i Pacjent. Nie ma wątpliwości kto jest kim. Nigdy nie byłam lekarzem więc w kategorii odczłowieczonych ról jako Pacjent, który spełnił wszystkie wymogi, uważam, że mi się należy. Rumun jest. Jest. A jak się Lekarzowi nie podoba pracowanie w przychodni, która podpisała kontrakt z NFZ, niech się tam nie zatrudnia. Na tej płaszczyźnie możemy się tylko pozabijać.

Wymiar Ofiar Państwowego Systemu. Ofiarą bez dyskusji jest Pacjent, który w najlepszym razie latał od apteki do apteki. Ciekawiło mnie jednak, czy może jednak nie ma czegoś w tym lekarskim uporze, co czyni również Ofiarę z Lekarza. Wczoraj, wysłuchując kolejnej radiowej dyskusji --- chory w łóżku ma czas --- dotarł do mnie argument, który bardzo rzadko podnoszony jest w mediach. Sprawę wyjaśnił spokojnie pewien mądry lekarz z doświadczeniem, również życiowym. No więc, w skrócie wygląda to tak. W tych całych rozpiskach, co refundowane i w jakim stopniu, jest sprytna tabelka, w której może się zdarzyć coś takiego. Mamy lek A, który refundowany jest w ramach leczenia choroby X. Mamy również lek B, który refundowany jest w ramach leczenia choroby Y. Tak mówi dokument o mocy wzniecenia strajku. Tyle, że praktyka lekarska jest taka, że często lek A podaje się w przypadku choroby Y, bo daje lepsze wyniki. I co? No i zaczyna się historia. Lekarz, stosując najlepszą swą wiedzę, przepisuje pacjentowi lek A na chorobę Y. Urzędas (rola, nie człowiek) z NFZ naczytał się o tych ze skarbówki, przychodzi dwa dni przed upływem pięciu lat i mówi Lekarzowi, że według rozpiski powinien zastosować lek B, bo chory przyniósł mu schorzenie Y. Kto jak kto, ale urzędas wie najlepiej. Różnica w refundacji 2 zł... plus odsetki... razem będzie... osiem tysięcy. Nasz hipotetyczny Lekarz nie leczył jednego pacjenta z choroby Y, nie mówiąc o innych chorobach. Czy to mi czegoś nie przypomina? Przypomina!
Ilu po tym kraju chodzi ludzi, co kupili sobie mieszkanie na rynku wtórnym za pieniądze, których nawet na oczy nie widzieli, bo bank je wyłożył. Wszystko formalnie, przez agencję, żadnego układu obywatel-obywatel, który jak wiadomo z założenia jest układem oszukującym. Pięć lat, bez kilku dni, wzywa skarbówka i urzędas (wciąż w roli) stwierdza, że to mieszkanie nie mogło być kupione za tyle. Nikogo nie obchodzi, że było kupione właśnie za taką kwotę. On ma tabelkę, z której wynika, że w tej dzielnicy, taki metraż to kosztował w tamtych czasach tyle. Różnica, odsetki, siedemdziesiąt tysięcy proszę dopłacić. Nie dyskutować.

Wymiar osobisty. Gdy minęła temperatura, gdy X i Y przechodzą powoli do historii, gdy przypominam sobie swój strach, czy skarbówka przyjdzie nas poinformować, że mieszkania w takiej cenie nie mogliśmy żadną miarą kupić, choć jak wół kupiliśmy, to Ja-człowiek dostrzegam w Lekarzu człowieka. Gdyby spojrzał mi w oczy. Gdybym zobaczyła w nim człowieka. Gdyby powiedział, że bój jest o cały alfabet i technikę ratowania ludzkiego zdrowia, to za te leki zapłaciłabym i 200%. Bo to jest już wtedy zupełnie inna historia, w której ja i Lekarz to dwoje ludzi, z których jeden potrzebował pomocy, a drugi jej udzielił.

czwartek, stycznia 05, 2012

(403+1). Uznałam wagę swoich 10 gramów

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dwa dni plackiem w łóżku. Niebieskie ściany sypialni i, gdy brak Sadownika w domu, Henia wisząca nade mną od czasu do czasu z pytaniem wypisanym na pysku: już? czy już się wyspałaś. Heniu ja nie śpię, ja ledwo żyję. Nowe doświadczenie mnie przez to chorowanie dopadło, bo gdy Sadownik jest w domu, to staję się niczym w europejskim społeczeństwie kobieta w okolicach sześćdziesiątki --- całkiem przezroczysta. Sierściuch nawet okiem na mnie nie rzuci, bo nie pełnię żadnej użytecznej roli, nie wyprowadzam, nie karmię, nie bawię się. Sadownik staje się Kimś i Kudłata chodzi za nim krok w krok. A ja? Ja nie żyję.

Dwa dni plackiem w łóżku. Deprywacja sensoryczna jak nic --- pomyślałam dzisiaj z rana. Ale nie! Komentarze pod ostatnim wpisem dostarczyły mi surowca do przemyśleń. I doszłam do wniosku, że to było też tak:

Obrażony siedmiolatek w skórze trzydziestolatka nie może zrozumieć, że za piątkę, którą dostał w szkolę nie będę się nim zachwycać i nie kupię mu hulajnogi na benzynę. Dwunastoletnia dziewczynka w ciele prawie czterdziestoletniej kobiety wytresowana i wyrównana już wielokrotnie przez świat reguł, zasad i obowiązków nie może zrozumieć dlaczego ten w białym fartuchu ma w dupie prawo, które go obowiązuje, a jej przecież należy się jak psu micha.

Gdy jestem przy zdrowych zmysłach balansujących w temperaturze 36,6, wiem, że najważniejsze rzeczy związane z moim zdrowiem --- oliwienie aparatu ruchu i ginekologiczny przegląd techniczny --- to moja prywatna sprawa. Chucham, dmucham, wszystkiego pilnuję i... płacę. Nawet nie myślę, że mogłoby być inaczej. Więc skąd w mej głowie powstała myśl, że mi się coś należy? Przecież doskonale wiem, że państwo, w którym żyje to wciąż wielka prowizorka.

Wywód logiczny szedł tak. Skoro płacę tysiące całe i wielokrotne w ciągu roku, to wymyśliłam sobie, że raz na trzy lata mogłabym skorzystać z „darmowego wizyta”. Logiczne, ale i pozwalające na wyciągnięcie jeszcze jednego, ciut zaskakującego, wniosku, że traktuję swoje migdałki jako coś mniej istotnego niż przyrząd do przemieszczania się lub do kochania.

Przeprosiłam migdałki. Nawet jeśli ważą tylko 10 gramów, to ważne są bardzo, bo przez ich niemoc, o zgrozo, nie całowałam się z Sadownikiem od 72 godzin. Przez to wszystko zapomniałam jak cudownie jest być Boginią...

środa, stycznia 04, 2012

403. 10 gramów z wizytą u półboga

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Migdał. Ile waży ludzki migdał? I czy jeśli ktoś w pracy notorycznie używa lewej półkuli, to jego lewy migdał jest większy od prawego? Nie wiem. Ludzki, lewy migdał, powiedzmy, że 10 g.

46 godzin temu 10 gramów mojego ciała za nic miało sobie demokratyczne określanie planu dnia i nocy. Pełna dyktatura, w której pozostałe, prawie 68 kg ciała nie miało nic do gadania. Gardło. Stwierdziłam dwa dni temu wieczorem. Na myśl o lekarzu gotowa byłam na wszystkie domowe sposoby --- woda z solą w dużym kubku w towarzystwie teatralnych jęków nieszczęśliwości całkowitej pod czujnym okiem Sadownika, który pilnował by łyk za łykiem, woda trafiała do jamy ustnej.

Wczoraj rano Sadownik wychodząc do pracy pogroził, że nie mam co wracać do domu bez rumuna (druk RMUA). Przed wyjściem do pracy zanotowałam już tylko fakt, że mam gorączkę. Moi studenci mają chyba o mnie bardzo ciekawe zdanie, którego może nawet bym się nie powstydziła, bo na widok mych zwłok, gdy już na „dzień dobry” odpowiedziałam wszystkim, że „wcale niedobry”, ktoś odważył się by empatycznie stwierdzić, że musiałam nieźle zaszaleć w Sylwestra. Nie uwierzyli, że nie zaszalałam.

Tymczasem po wigilijnych doświadczeniach nie mogę patrzeć na nic co ma choćby 3% alkoholu. Nie szalałam i tym bardziej czułam się oszukana przez choróbsko co za nic sobie miało mnie, moją pracę, moje obowiązki, moje przyjemności, moje życie!

Wróciłam do domu. Wrócił Sadownik. Rozejrzał się w gąszczu grafików przychodni, co przyjąć mnie musi nie za dwa tygodnie lub za miesiąc, ale już. Rumuna do kieszeni kazał schować. Wywlókł do samochodu i powiózł na spotkanie z półbogiem.

Moment. Zanim półbóg w całej okazałości został mi podarowany na chwilę, była pani w rejestracji co nijak nie mogła się zdecydować, czy bawić się w strasznego potwora, który ubliża pacjentom (np. od kłamców), czy może bawić się w dobrego potwora, który dobrze radzi, by na następny raz wziąć i to, i tamto, by z darmowej wizyty skorzystać. Może i byłam trup, ale szlag mnie trafiał co chwilę na ten „darmowy wizyt”. Jaki darmowy, do cholery, pełne tysiące rocznie płacę na tę „darmochę”, czy chcę czy nie chcę. Im więcej pracuję, tym więcej płacę, choć logika podpowiada, że im więcej pracuję, tym mniej choruję. Trup, ale skoro się pieni to jeszcze całkiem zdrowy, może nawet zbyt zdrowy, by ten „darmowy wizyt” otrzymać. Tak minęła mi szczęśliwa godzinka na korytarzu. Lepsza godzinka niż dwa tygodnie, pocieszałam się co chwilę, gdy ból zaczynał wędrować do lewego ucha.

W końcu jest. Półbóg w okolicach trzydziestki. Z komunikacji z pacjentem dwója. Może i uczył się anatomii, i wiedział, że to migdał daje mi popalić, wielkie dzięki dla półboga, ale nie był w stanie zlokalizować moich oczu. Gdy mówił do mnie, szukał ich na suficie, gdzieś poza mną, z lewej, z prawej. Nasze oczy nie spotkały się ani razu. Pal sześć, nieważne, choć lekko wkurzające. Tu! Tu jestem! Chciało mi się krzyknąć, gdy zaczynała mi się włączać prawa półkula.

Recepta. I co? Zdziwiona? Ano, zdziwiona. Recepta z pieczątką „refundacja do decyzji NFZ”. Z diagnozą byłam już ciut bardziej sobą, więc zapytałam dlaczego wypisuje mi taką receptę? On, zdziwiony, że śmiem pytać. Półbóg nieprzyzwyczajony, by pacjent czegoś chciał i wątpił. W końcu ja mam go nosić na rękach, że taki ciężki zawód wybrał i takie beznadziejne życie wieść musi. Bo co ja, może podstawówkę mam, a może nie, gdy on taki wyuczony. Półbóg rzekł: strajk i popłynęła z jego ust pieśń o poświęceniu. Poinformowałam go, że łamie prawo, bo świeżutką RMUA-łkę mogę mu pokazać, że w nosie mam jego poświęcenie, jeśli może skończyć się tym, że z temperaturą 38,5 stopnia będę latać od apteki do apteki. Wie pan, powiedziałam, lepiej byłoby, gdyby pan został grabarzem.

Znam kilku cudownych lekarzy, ale gdy myślę o lekarzach jako o grupie społecznej, która nie chce uświadomić sobie jak wielką władzę ma, jak bezbronnym jest każdy pacjent, który z założenia ma tylko jedno życie, to nóż mi się w kieszeni otwiera a prawa półkula zaczyna szaleć i kląć mi się zaczyna chcieć. Z powodu 10 gramów moje 68 kg nieprzerwanej wiary w ludzi też się pochorowało. Cóż, potrzebuję poczekać, wyzdrowieć... trzymać się z daleka od półbogów...

poniedziałek, stycznia 02, 2012

(399+3). Bądźcie wolni!

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dawno, dawno temu słuchaliśmy Trójki. Potem, na szczęście dziś już można powiedzieć, że też dawno, powiał polityczny wiatr i nie dało się tego programu słuchać. Znaleźliśmy nowe radio. Niestety bez zasięgu ogólnopolskiego, więc podróżowanie do dnia dzisiejszego oznacza gościnne próbowanie innych radiostacji. Bardzo mile zaskoczyła nas Trójka w naszej ostatniej podróży. Jacek Hugo-Bader cudownie czytał swoje Dzienniki kołymskie. Początkiem i końcem podróżowania były dwie audycje z tego samego cyklu, pt. Godzina prawdy. Fragmenty wciąż chodzą mi po głowie. A ponieważ moda i niemoda w tym roku szczególna na składanie noworocznych obietnic, przyrzeczeń i życzeń. Czas i na mnie.

***

Po rosyjsku się mówi: здравствуйте,
u was się mówi: witam serdecznie, dzień dobry,
u nas się mówi _______ (tłum.) przyjdź wolny.

U Was się mówi: do widzenia,
po rosyjsku: до свидания,
u nas się mówi: ________ idź wolny.

U Was składają życzenia: najlepsze życzenia, wszystkiego dobrego, powodzenia,
u Rosjan tak samo: _________, cчастья,
a u nas się mówi: ________ bądź wolny.

Godzina prawdy, III Program PR, (od 32min:05sek)
Rozmowa z Maliką Abdoulvakhabovą

***

Przyjdź wolny. Idź wolny. Bądź wolny. Siadaj, gdy chcesz usiąść. Wychodź, gdy chcesz wyjść. Uśmiechaj się, ale tylko wtedy, gdy naprawdę tego chcesz. Zadzwoń, gdy chcesz porozmawiać. Spotkaj się. I pomyśl, jak będzie pięknie, jeśli On, Ona, Oni przysiądą się, bo chcą. Wyjdą razem z Tobą. Uśmiechną się. Zadzwonią. Wypiją kawę. I pomyślą, jak to pięknie, że jesteś Ty, właśnie Ty. Cudownie bezbłędnie domknięte, idealne koło.

No więc, w ramach rosnących możliwości i jednocześnie kurczących się lat, postanawiam kroczyć po kwadraturze szczęśliwego koła z mantrą na ustach: przyjdź wolny, idź wolny, bądź wolny! Nie chcę Was innych.

niedziela, stycznia 01, 2012

(399+2). O nierówności płci... subiektywnie, po męsku, zbyt...

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Sadownik:
(skończył robić herbatę
i z dumą poinformował o tym fakcie
)
Prącie!

Jabłoń:
(szczęśliwa, że sypia już we własnej sypialni
symuluje przygłuchą, ale niepozbawioną temperamentu
)
Prącie?

Sadownik:
(udaje oburzonego)
Bo dla Ciebie to ja jestem tylko 3×P.

Jabłoń:
Protokół PPP?

Sadownik:
PPP, czyli Prącie, Portfel, Pomóż!

Jabłoń:
To ja już nie chcę, byś pomógł mi otworzyć ten słoik.
(nie było bigosu, co ze świąt od Mamusi przywieziony, była jajecznica)

_________________
Proszę == Prosię == Prącie; fonetyczna zabawa Dwunożnych.

sobota, grudnia 31, 2011

(399+1). Przeżyłam Święta!

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dziki Zachód budzi w Drzewku Zew Stereotypowej Mężczyzny XX wieku. Ledwo noc przespała, wiedziała, że nadszedł Ten Dzień. Wspomnieć wypada, że w rachunku nie należy ujmować jedynego wyjątku, gdy Mężczyzna w Drzewku ukryta upiła się na południu kraju miesiąc po własnym ślubie, z wrażenia chyba. Nigdy jednak ten Zew nie był tak silny jak Tego Dnia, a Dzień Ten nadszedł znienacka.

Ten Dzień. Przez przypadek był to również wigilijny wieczór roku, co właśnie dogorywa. Henia pod stołem prawie gotowa ludzkim głosem mówić. Sadownik. Obok Drzewko. Przy jednym stole nastka ludzi, których żadna inna, nierodzinna okazja nie mogłaby zrzutować w jeden punkt czasoprzestrzeni. Przekrój społecznych ról. Wojsko. Służba zdrowia. Edukacja. Rozrywka. Rzymskokatolickie Imperium. Matki, żony, kochanki. Ojców, mężów i kochanków pęczek szowinizmem lekkim przewiązany. Dzieci, wnuki i prawnuki. Magia Świąt pełną gębą i ościami.

Jak to się stało, że Drzewko emerytowanych wojskowych musiało poganiać, bo za wolno uzupełniali jej kieliszek, tego nie wie nikt, ale mundurowe dusze chętnie poddały się cywilnemu, feministycznemu tempu. A gdy wciąż było za wolno, Drzewko rozpromieniło się na widok kieliszka, do którego nikt nie chciał się przyznać. Stał obok drzewkowego i prawie piszczał ludzkim głosem, że nie chce być niczyj. Nie był! Już ani chwili dłużej. Zaniemówiła Henia z wrażenia.

Może w każdym Drzewku drzemie Diabeł, co chociaż raz w życiu upić się musi, by ludzkim głosem wyrazić swe pragnienie. Drzewkowa Diablica po pijaku naprędce skreśliła list do Mikołaja: nieprzerwanych niczym, ośmiu godzin snu --- bez psich i ludzkich potrzeb, które czekać nie mogą --- osiem godzin Mikołaju mi daj!

Po Tym Dniu, dziwić nie powinno, że przyszedł dzień następny. Drzewko, bez wprawy w kursie pijańskiego dzieła, bezbronne było niczym dziecko.

Jabłoń:
(wytacza się z sypialni pokonując pięciometrowy maraton
z metą na krześle przy stole
)
Picie jest przereklamowane.
Ledwo żyję.

Sadownik:
(weteran młodzieńczego picia
nie może powstrzymać śmiechu,
udaje, że grawitacja wcale nie jest przeciwko Drzewku
)
Co się dzieje?

Jabłoń:
(wciąż idzie, a krzesło jak na złość ucieka)
Głowa... ty nawet nie wiesz, jak mnie boli głowa.
Do dzisiaj to ja o bólu głowy niewiele wiedziałam.

Sadownik:
(bez empatii, nie ukrywa już śmiechu,
choć zabiera się do konstruowania leczniczego zestawu
)
To się uciesz. Jeśli po piciu boli cię głowa to znaczy, że masz mózg.

No i proszę. Mikołaj, męska szowinistyczna świnia, czytać nie umie. Miał dać osiem godzin snu, dał tylko cztery a w ramach gratisu świątecznego dorzucił... mózg. Podarował Drzewku dzień, gdy mózg jej do niczego nie był potrzebny. Pokrętnego Sadowniczego „Jeśli-to” do dziś nie rozumie.

Wróciliśmy. Do siebie. Czas zamykać rok. Piłam, kochałam, płakałam, śmiałam się, jadłam dobre rzeczy, żyłam. W przyszłym roku będę pić, kochać, płakać, śmiać się, jeść dobre rzeczy, żyć! I tego, skromnie, też Wam życzę z całego serca.

piątek, grudnia 23, 2011

399. Nomadzka, świąteczna piosenka

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Miski, karma, gryzaki, smakołyki, olej lniany, tran, legowisko. Odhaczone. Spakowane.

Kilka kompletów ubiorów odświętnych, mniej odświętnych i całkiem codziennych. Odhaczone. Spakowane.

Komputery, książki, notatniki, aparaty fotograficzne, statyw. Odhaczone. Spakowane.

Szczoteczki do zębów, szampony, piżamki. Odhaczone. Wrzucone na chybcika.

Upchnięte to wszystko w niebieską strzałę, co jęczy, że więcej nie pomieści.

Pies. Jest. Sadownik. Jest. Jabłoń. Jest. Stado w komplecie. Jedziemy!

***

To jedyna taka chwila w roku. Czas zacząć wyć wraz z Chrisem, by z każdym kilometrem być bardziej na Dzikim Zachodzie. Kocham ten czas i tę piosenkę. A w tle obrazka do piosenki... na pewno polska droga krajowa nr 7, wylot z Wawy na północ... Już czas!

Szerokiej Drogi Wam! Jeśli, tak jak my, będziecie przemierzać polskie drogi... ku Świętom wprost!

Chris Rea, Driving Home for Christmas.

czwartek, grudnia 22, 2011

(130+268). Suplement do TAK-NIE

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

To tylko klamra, co się przy okazji znalazła, do wpisu 130. Wyjątkowo obrazowa klamra:

Powiedzmy, że jakiś człowiek siada na krześle, na którym leży pinezka. Boli go, więc idzie do kogoś, kto pomaga mu wyrazić swoje emocje, i chociaż czuje się przez to lepiej, pinezka dalej jest głęboko wbita w jego ciało. Następnie angażuje się w trening medytacji, co również pomaga, ponieważ uczy go wznoszenia się ponad ból. Niemniej pinezka nadal tkwi w jego siedzeniu. Próbuje refleksologii, biofeedbacku i hipnozy, a kiedy już przejdzie przez to wszystko, pinezka dalej jest tam, gdzie była.
Czym jest ta pinezka, która powoduje w nas tyle gniewu? Jest to zdolność (albo niezdolność) do mówienia „tak” lub „nie”. Jeżeli prowadzimy życie na własnych warunkach, mówiąc „tak” i „nie” w odpowiednich momentach, mamy mniej okazji do gniewu.

H. Stone, S. Stone, Obejmując nasze „ja”,
Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2004.

397. Jeden... Dwadzieścia... Tysiąc postaci!

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Wybacz sobie --- powiedziała.
Odpuściłem sobie --- westchnął on.
Zdali sobie sprawę z tego, co się stało,
gdy one podarowały sobie chwilę wytchnienia.
Przeczytaj sobie zasady --- oschle poinstruował cień jego wspomnień.
Życzyła sobie... już tylko świętego spokoju.

Zawiana wietrzykiem matematycznej precyzji zwróciła uwagę na potoczne sformułowania. ...sobie ...sobie ...sobie. Do rzeczy. Kto? Komu? Ma wybaczyć? Podarować? Życzyć? W „sobie” jedna postać drugiej postaci dobrze radzi, ostrzega, wydaje polecenia. Ciekawe...

***

Chciałam przeczytać coś Hala Stone’a. Niestety spóźniłam się kilka lat. „Krytyk wewnętrzny” --- nakład wyczerpany. Ale od czego w życiu są przypadki? Szukałam czegoś dla znajomego w przerwie między jednym zajęciami a drugimi. I proszę, Bingo! Jest! Biorę! Czekam! Mam! Przeczytałam! Jeszcze dziś, wracając do domu, jadąc po raz ostatni tramwajem w tym roku kalendarzowym, śmiałam się bez skrępowania, wywołując u współpasażerów różne reakcje.

Teraz już wiem, z kim będę dzielić to samo krzesło podczas Wigilii. Przy jednym stole będzie około dwudziestu osób, ale postaci... chyba koło tysiąca! Już się cieszę na to spotkanie, bo po raz pierwszy w życiu mam wrażenie, że naprawdę będziemy w komplecie. Która z poniższych --- niestety, subiektywnie przeze mnie wybranych --- postaci zasiądzie z Wami?

**

Zmieszanie, bezbronność, brak celu, niekontrolowana złość, seksualność i lęk --- wszystkie te cechy są postrzegane przez Obrońców-Kontrolerów jak potencjalnie niebezpieczne, bo uważają oni, że być racjonalnym i utrzymać absolutną kontrolę to sprawa życia i śmierci.

*

Silny Popychacz niewątpliwie pomoże wam osiągnąć sukces w świecie. Może także sprowadzić na was migreny, bóle pleców, atak serca i ogólnie zrzędliwy stosunek do życia. Popychacz jest jednym z głosów, których najłatwiej słuchać. Większość z nas jest w stanie dostroić się niemal natychmiast do tej podosobowości, która z batem w jednej ręce i listą rzeczy jeszcze nie zrobionych w drugiej, wciąż ponagla nas: „twoje gazety nie przeczytane, łóżka nie zaścielone, praca magisterska jeszcze nie napisana, czeka na ciebie rozkład treningów, trzeba wyplewić ogródek, a z kranu cieknie...”. Lista ta jest bez końca. Godziny spędzone na pracy nie są doceniane i możemy liczyć na jedno: gdy tylko uda się nam, po wykonaniu jakiejś czynności, wykreślić ją z początku listy, Popychacz natychmiast dopisze następną na jej końcu.

*

Krytyk to niesamowite „ja”, które nie pozwala wielu z nas doświadczyć przyjemności z życia --- przecież za dużo przyjemności może być niebezpieczne...

*

Inteligencja Krytyka nigdy nie przestaje nas zadziwiać. (...) Krytyk jest absolutnie znakomity, gdy chodzi o to, byśmy poczuli się podle sami ze sobą.
Oprócz inteligencji logicznej, której wyrazem jest wysoki IQ, Krytyk dysponuje znakomitą intuicją. W jakiś sobie tylko znany sposób zawsze wyczuje nasze słabe miejsca wymyśli, jak zatopić w nich ostrze.

*

Chce ono [Bezbronne Dziecko (aspekt Wewnętrznego Dziecka)], by za nim tęskniono, by go szukano, by je doceniono, chociaż Obrońca-Kontroler i inne racjonalne podosobowości nie chcą, aby ono w ogóle istniało.

(...) dwa pozostałe aspekty Wewnętrznego Dziecka --- Dziecko Bawiące się i Magiczne --- wnoszą magię i radość w nasze życie.

H. Stone, S. Stone, Obejmując nasze „ja”,
Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2004.

środa, grudnia 21, 2011

396. Siedemdziesiąt dwa tysiące sekund

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Do rozpoczęcia dziesięciodniowego świętowania zostało nam 20 godzin. Jak zwykle jestem pełna nadziei... wybieram książki, planuję, wszystko przede mną --- literki, spacerki i ludzie.... ludzie, spacerki, literki.

Wyjęłam i tą, która specjalnie na świąteczny czas czekała. Pijąc dzisiaj kawę, smakowałam perspektywę nadchodzących dni, nadchodzącego roku. Wróciłam do przeczytanego tekstu teraz i poruszona słowami:

Every blade of grass has its Angel that bends over it and whispers, “Grow, grow”. (The Talmud)

J. Cameron, The Artist’s Way,
Pan Books 1998.

...nie śpieszę się. Chłonę każdą z minut, które składają się na wspomniane 20 godzin. Poza Wigilią, to dla mnie najpiękniejszy czas rokrocznie w grudniu. Coś we mnie już świętuje i szepcze: źdźbłem... bądź... koniecznie...

_______________________
Każde źdźbło trawy ma swojego Anioła, który pochyla się nad nim i szepcze „Rośnij, rośnij”. (Talmud)

wtorek, grudnia 20, 2011

(394+1). Niech pada!

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Otwieram kolorowe, dwukolumnowe papierzysko, co od wczoraj u nas jest. Czytam o x. Wojciechu Lemańskim... i chylę czoła, że rzymskokatolicki, męski uniform pracowniczy nie stał się zbroją dla jego człowieczeństwa... Czytam o onkologu, prof. Cezarym Szczyliku... i znów chylę czoła, że biały kitel wszechwładzy medycznej nie zatrzasnął mu serca. Zamykam czasopismo, by obejrzeć okładkę. Ustalić na nowo tytuł potrzebuję, by upewnić się, że nie jest to żaden magazyn pomocy psychologicznej. Otwieram znów, na chybił trafił, i... wilgotnieją mi oczy, bo za serce mnie chwyciły i człowieczeństwem mym potrząsnęły poniższe słowa zaklęte w wiersz:

To tylko pies, tak mówisz...
Tylko pies
A ja Ci powiem
Że pies to czasem więcej jest niż człowiek
On nie ma duszy, mówisz...
Popatrz jeszcze raz
Psia dusza większa jest od psa
I kiedy się uśmiechasz do niej
Ona się huśta na ogonie

A kiedy się pożegnać trzeba...
I psu czas iść do psiego nieba
To niedaleko pies wyrusza
Przecież przy Tobie jest psie niebo!
Z Tobą zostaje jego dusza!

Barbara Borzymowska,
Wprost, 51/52 str. 75, 2011.
(wyróżnienie moje)

***

Zaczął padać pierwszy śnieg. Mogłabym się bez niego obejść, ale nie! Chcę by był, by było go dużo... i jeszcze więcej... dla Heniutki i jej Duszy, co huśta się na ogonie.

poniedziałek, grudnia 19, 2011

394. Twardy suchar przepaści pokoleniowej

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Słuchałam radia... rozmowa z Ewą Woydyłło... prowadzący rozmowę przytoczył fragment poniższego wywiadu... zadzwoniłam do Sadownika, by kupił mi, koniecznie, ten numer czasopisma... przeczytałam i:


Jarosław Wałęsa: (...) mam fajną grę, takie branie go [ojca] pod włos. Co jakiś czas, na przykład po śniadaniu sobotnim, on już chce uciekać do swojego gabinetu, do komputera, a ja wtedy mówię: „Ojcze...”. A on: „Co?”. “Kochasz mnie?”. I on ucieka, szybko ucieka, mówi: “Daj mi spokój!”. On nie jest w stanie tego powiedzieć.
Piotr Najsztub: Taki mu pan robi szach-mat.
Tak, on nie jest w stanie nic zrobić, zareagować. Ale nie daję za wygraną i co kilka tygodni, teraz nawet częściej, pytam go: „Ojcze, czy mnie kochasz?”. Może kiedyś uda mi się to w nim zmienić. Tak dramatycznie tego nie oczekuję, bo otrzymałem od mojego ojca tyle miłości, ile on mógł dać. Ale lubię widzieć tę różnicę pokoleniową, że ja jestem w stanie to powiedzieć i powiem do mamy, do siostry, do brata, do przyjaciela i nie mam z tym problemu, a on nawet rodzonemu synowi nie jest w stanie tego powiedzieć. To jest ogromna przepaść pokoleniowa.

Marzenie o myciu włosów prawą ręką, Wprost, nr 51/52, 2012.


I westchnęłam. Znam takiego jednego, z tego samego rocznika co prezydentowy syn, co też ma gwiezdne marzenie, by mu jego własny ojciec powiedział, że go kocha. Znam takich, co bez pragnień wobec swoich rodziców już żyją, bo mogą tylko z niebem rozmawiać. A ja? Ja wierzę w to, że gdyby mój Ojciec wiedział jak bardzo go kocham, nie okłamałby mnie. Mą gwiazdką z nieba byłoby jego przepraszam. Dużo pracy ode mnie wymagało, by przestać czekać na to słowo --- dzieli nas przepaść pokoleniowa --- a w Wigilię, no cóż, tylko zwierzęta ludzkim głosem mówią...

niedziela, grudnia 18, 2011

393. Najmądrzejszy Mąż Studentki

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

     — Czy jestem klientem czy pacjentem?
     — Jak pan uważa.
     — Jak idę do lekarza, to jestem pacjentem, jak do mechanika, to klientem, tak?
     — Widzi pan, terapeuci często żartują, że nasz klient zawsze się myli.

Bez tajemnic, (serial), odcinek 2.

***

(w kuchni, po Jabłonkowym pracującym dniu,
Dwunożne przytulają się do siebie,
czekając na zagotowanie się wody
)
Jabłoń:
Dobre życie mamy razem, prawda?

Sadownik:
Chyba tak.

Jabłoń:
(gotowa podjąć droczenie się)
Kto w Tobie mówi „chyba”?

Sadownik:
(z przekąsem)
Stop! Stop! Nie terapeutyzuje się własnej rodziny!

czwartek, grudnia 15, 2011

392. Podelegacyjna inwentaryzacja

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Sadownik:
(wieczorem, już w łóżeczku,
majstruje przy swoich ustach)
Włos!

Jabłoń:
(oczekuje precyzji)
Męski? Żeński?

Sadownik:
(ze znawstwem)
Nie łonowy!

Jabłoń:
(rżnie głupa)
Męski, nie. Żeński, nie. Psieski?

Sadownik:
A co tu robił pies?

Jabłoń:
(ratuje się polityczną poprawnością)
My nie mamy psa.
(Henia przecież jest suczką)

391. Niespodzianka

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Wczoraj był pierwszy dzień po moim siedmiodniowym poście od ludzi, podczas którego życie upływało mi w rytmie spacer-dom-praca-dom-spacer-dom-spacer- dom-spacer-dom-sen.

Jeden telefon zmienił perspektywę dnia, który nadciągał. Wyposzczona zerwałam się z entuzjazmem na równe nogi. Na horyzoncie było cudowne towarzystwo, zapach i smak. Zamiast przystąpić po śniadaniu do odpychanej na ostatni możliwy termin beznadziejnej roboty umieszczania numerków zgodnie z unijnymi wymogami, wyprowadziłam Kudłatą na spacer, zamknęłam w domu i ruszyłam. Na szybką kawę. Z moją Jolą z Raju wprost, co przejazdem była w mieście. Szybka kawa, bo unijne paskudztwa musiały być wypełnione najdalej do północy, ale przyjemność przeogromna.

Obdarowana zostałam (całkiem niespodziewanie) książką. Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się coś takiego --- okładka, tytuł, sekunda wgapiania się i… gotowe. Łzy w oczach ze wzruszenia. Znam taką jedną dziewczynkę, co chciała mieć psią dziewczynkę... Miałam okazję poznać psią dziewczynkę, która bardzo chciała mieć ludzką dziewczynkę...

***

Groszka [psia dziewczynka] każdego dnia mówiła o dziewczynce. Wierzyła, że mama i tata kiedyś wreszcie się zgodzą, ale na razie wciąż mieli wątpliwości.
--- Czy ty choć trochę znasz się na ludziach? --- zapytała mama. --- Wiesz, czego taki człowiek potrzebuje, ile je?

*

W porównaniu z psami ludzie mają wiele braków i niedociągnięć, ale jest też w nich dużo dobrego. Groszka nie bardzo rozumiała, na czym to polega. Jakaś niepojęta moc sprawia, że pies kocha człowieka z całej siły, wprost bezgranicznie. Z ogromu miłości psie serce może nawet pęknąć.
Trzeba przyznać, że również wielu ludzi kocha psy niemal tak samo mocno.

*

--- Jestem prezentem dla świata, a zwłaszcza dla Dominiki --- oświadczyła [Groszka] mamie i tacie --- Wiedzieliście o tym?
Rodzice wydawali się trochę zaskoczeni, ale mama odpowiedziała:
--- Oczywiście.
Tata uważał, że cały psi ród jest prezentem dla ludzkości.
--- Czym byłoby ich życie, gdyby nie my?

S. Peltoniemi, Groszka. Piesek, który chciał mieć dziewczynkę,
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011.

wtorek, grudnia 13, 2011

(382+8). Delegacja jako forma higieny psychicznej związku

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Miłość. Poślubiona. Wyświechtana dniem codziennym. Przemieniona w napełnianie lodówki, garnków, talerzy. Umęczona codziennymi obowiązkami wiązania końca z końcem, by jednocześnie marzeniom nie poderżnąć gardła.

(ekstremalna, siedmiodniowa)
STOP KLATKA
(delegacyjna)

Miłość. Poślubiona. Codzienność? Koniecznie! Lodówka, garnki, talerze? Tak, tak, tak! Koniec z końcem wiązać co dnia? Z przyjemnością! A marzenia? Damy radę ocalić i spełnić! My! Ręka w rękę a Henia u boku!

***

     — Jeszcze tylko 4 spacery, dwa posiłki i... już! --- westchnęła Henia spod stołu. Nie lubi dziewczyna abstrakcji...

poniedziałek, grudnia 12, 2011

(387+2). Męski sęk!

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Zarzynam od wczoraj... i nie chciałabym zgubić, choć przypadkiem w ręce i ucho mi wpadł.

Dałam się uwieść temu utworowi. Dlaczego?
Kreska? Pomysł na obrazek? Tekst? Głos? Sposób, w jaki śpiewany jest refren? A może męski sęk, co jeszcze niedawno bywał co najwyżej guziczkiem?



Gotye & Kimbra, Somebody that I Used to Know.

388. I... kropka

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dać sobie prawo, by nie lubić kogoś z najbliższej rodziny?
Dać sobie prawo, by nie chcieć spędzać z nim Świąt?
Cichutko. Tylko sobie. Szeptem prawie niesłyszalnym prawo sobie dać.

W czasie świąt Bożego Narodzenia wielu ludzi zbliża się do siebie na niebezpiecznie bliską odległość --- powiedział dziś Akuszer.

Nie cichutko. Nie tylko sobie. Dać sobie prawo,
by nie lubić, by nie spędzać razem Świąt,
i... kropka.

sobota, grudnia 10, 2011

(385+2). Melodia miseczek A, B, C, ..., G... Sęk!

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Henia:
(upaja się wieczornym lataniem po parku
i czeka na psie towarzystwo
)

Jabłoń:
(z fejsa, z opadniętą szczęką z wrażenia, przytargała link,
wysłała Sadownikowi, bo zdjęcia ładne...
świadomość wyparła, co widziała, ale teraz ją ciekawiło, co to było,
więc podczas telefonicznego zdawania raportu z dnia upewnia się,
że Sadownik odebrał pocztę
)
Pamiętam, że wysyłałam Ci wczoraj link, ale nie pamiętam do czego...

Sadownik:
Naga joga, ale jeszcze nie oglądałem.

Jabłoń:
Te babeczki są tak cudownie sprawne, rzeźby a nie kobiety, harmonijne ciała...
(długo by tak mogła)

Sadownik:
A kobitki, płaskie jak deski?

Jabłoń:
Nie, w żadnym razie, ale też bez przesady w drugą stronę.

Sadownik:
(ze znawstwem w głosie)
Źle zheblowane.

Jabłoń:
Jakie?

Sadownik:
Źle zheblowane.

Jabłoń:
(bo świat lubi się czasem kręcić wokół pępka)
Płaskie jak deski, źle zheblowane... to co ja mam?

Sadownik:
Ty masz SĘK!

Jabłoń:
(zatkana z wrażenia)
???

Sadownik:
Wróć! Dwa sęki!
(ryknął śmiechem, który stał się tak zaraźliwy,
że i interlokutorka odetkana ryknęła
)

[Ryk niósł się taki, że i na blogowisku zostawił ślad.]

_____________________
♫ link: Gabriel Bienczycki, The Goddess Series, Yoga Undressed

386. Umarłam i... wyśmienicie mi z tym!

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Są słowa, które warto czytać powoli. Są zdania, które warto przeczytać ze zrozumieniem. Są przypowieści, którym warto pozwolić się zaczarować, by mogły zmienić mozaikę naszych myśli, wrażeń, poglądów. Trafiłam wczoraj na takie słowa, zdania, przypowieść:

Ktoś kiedyś zapytał słynnego mistrza medytacji:Jak można myśleć o szczęściu w tym świecie, gdzie wszystko podlega zmianom, nic nie jest stałe, gdzie żal i strata towarzyszą nam od momentu narodzin? Jak możemy oczekiwać bezpieczeństwa, kiedy widzimy, że nic nie jest takie, jak byśmy chcieli?” Mistrz spojrzał na niego z głębokim współczuciem, wziął do ręki szklankę i powiedział:Widzisz tę szklankę? Dla mnie ona jest już stłuczona. Bardzo lubię z niej pić. To wspaniałe naczynie na wodę, czasem pięknie odbija się w nim słońce. Kiedy w nie delikatnie stukam, wydaje przyjemny dźwięk. Ale jeśli strąci ją wiatr albo przewrócę ją ręką, spadnie na ziemię i rozbije się, a ja powiem wtedy: »No tak, to oczywiste«. Jeśli uświadomiłem sobie, że ta szklanka jest już stłuczona, wtedy każda chwila, gdy z niej piję staje się bezcenna. Każda chwila to po prostu objawienie. Nie ma potrzeby, aby było inaczej”.

Stephen Levine, Kto umiera?
Wydawnictwo szaFA, Warszawa 1999.

***

Przeczytałam. Poczułam jak każde ze słów dotyka głęboko ukrytą istotę mojego jestestwa i... westchnęłam. Nie mam pojęcia skąd ta ulga, gdy powiedziałam do siebie: umarłam.

piątek, grudnia 09, 2011

(384+1). O wielkości tego wszystkiego, co nam wystaje

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Włosi są doskonałymi _____________.

¿

Wypełniłam, Tak jak trzeba. Stosując się niezwykle precyzyjnie do polecenia, czyli nie myśląc, ani troszkę o tym, co piszę. Mocno się zdziwiłam. Moje wewnętrzne postaci zatrzymały się z wrażenia, gdy zobaczyły zdanie wzbogacone o fioletową plamę atramentu, która łaskawie razem z drukiem ułożyła się w zdanie:

Włosi są doskonałymi kochankami.

--- Pani Jabłonko --- zapytał promiennie uśmiechnięty, niedouczony pomocnik spadkobierców myśli Freudowskiej --- skąd w pani głowie takie zdanie? Włosi... doskonałymi kochankami? Skąd Pani o tym wie? Praktyka? Predykcja? A może zwykły... Przesąd?

No właśnie, skąd? Nigdy nie byłam z Włochem. Żadna z moich przyjaciółek nigdy nie wspomniała nawet o żadnym obywatelu tego śródziemnego kraju. No i ustalmy, włoski typ urody nie pociąga mnie wcale. Więc skąd?

Wytłumaczenia są dwa. Napisane było „Włosi”. Jabłonka w roli suchej Słomki (382), przeczytała „Francuzi” i poszło! Od słowa do słowa, od skojarzenia do skojarzenia, od wspomnienia do wspomnienia, wszystko w ułamku nanosekundy i... zapaliło się Drzewko --- rażone piorunem tęsknoty. Ugasiłam pożar statystyką. Zostało już tylko 11 kudłatych posiłków i 23 spacery „zamiast”.

Wisienką na torcie było to, że w grupie uczestników tylko ja byłam w wersji zasadniczo wyschniętej. Wszyscy pozostali napisali:

Włosi są doskonałymi kucharzami.

***

Kobiety, z dużymi ____________, są ________________.

¿

Musiałabym ostro główkować, by napisać coś innego niż:

Kobiety, z dużymi piersiami, są atrakcyjne.

Nikt nie napisał niczego innego! Z tego faktu miałam przeogromną radochę.

--- No, ale Pani Jabłonko, to żadne usprawiedliwienie. Inni byli facetami, co mieli napisać? Nie mają piersi. Mają oralne tęsknoty. --- Wewnętrzną Femisię zarzuciło niczym na ostrym, pokrytym lodem zakręcie.

Pal sześć moją wewnętrzną, wojującą Femisię. Sama byłam ciężko zaskoczona. Ja, jako posiadaczka dwóch damskich owoców targanych ze sobą zawsze i wszędzie przed sobą napisałam coś takiego! Jakbym nie pamiętała incydentu, gdy trzy lata temu mnie oświecono. Zrobiła to pani w magicznym sklepie, gdzie fizykę zaprzęga się do dbania o kobiece kuleczki. Poinformowana zostałam, że nie ma kobiet, które powinny nosić biustonosze o miseczkach A—D. Są tylko kobiety niewieDząCe, że miseczka B byłA dobra w szóstej klasie podstawówki. Pamiętam ulgę, utratę ciężaru, którego nie byłam świadoma i przesunięty w lepsze miejsce środek ciężkości. Pamiętam właścicielską próżność Sadownika, gdy zamiast biustonika przyniosłam do domu pierwszą torbę na słoiki w rozmiarze F, bo F brzmiało mu dumnie. ZaduFanym mógł się stać. Choć przecież jeśli chodzi o me ciało, nic się nie zmieniło.

--- Radochę pani miała, pani Jabłonko, gdy odkryła pani, że wszyscy tak napisali, prawda?

No tak, miałam. Choć, gdy myślę o tym dzisiaj, to nie jest to ani trochę śmieszne. Piersi odziane (czasem skromnie lub wcale), istnieją w przestrzeni publicznego życia. Można o tym dyskutować. Ładne, niesmaczne, za duże, śliczniutkie, kształtne. Czasem można nawet odnieść wrażenie, że piersi atakują nas z każdej strony. A tu, proszę? Atawizm jaskiniowca automat odpala, że większe jest lepsze. Pozbawiło mnie to na chwilę nadziei, bo po drugiej stronie manii wielkości jest Męskość, która już nie ma tyle szczęścia, by publiczną kwestią się stać, bo Męskość to tabu, tabuuu lub tabuuu w ustandaryzowanym handlowo rozmiarze afrykańskim, ajzatyckim, europejskim. Wyobraźmy sobie hipotetyczne zdanie:

Mężczyźni, z długimi _________, są _____________.

Mocne. I może dlatego wciąż po tym świecie będą pałętać się mężczyźni, którym do znudzenia będzie trzeba tłumaczyć, że nie chodzi o wielkość narzędzi, lecz o sposób w jaki się nimi posługują.

***

!

Och... te kobiety z dużymi i ci mężczyźni z długimi, kobiety z niedużymi i mężczyźni z krótkimi... Ustalmy! Jesteśmy atrakcyjni i apetyczni! Jesteśmy jeszcze tu! To cudowne! Nawet, jeśli nie jesteśmy kobietami z dużymi oczami, czy mężczyznami z długimi włosami. Pozostańmy intrygujący, ciekawi świata i piękni miłością, długo po tym, jak to, co duże lub długie, opadnie nam bezpowrotnie!

czwartek, grudnia 08, 2011

384. Dopełnione misterium mojego inżynierium

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

„Magisterium” i „inżynierium” obroniłam w ramach jednego Misterium kilkanaście lat temu, gdy jeszcze nikomu nie śniło się o trzystopniowej edukacji wyższej. Jednak od wczoraj moim inżynierium cieszę się jak całkiem nowo otrzymanym zestawem kompetencji. Na samo wspomnienie uśmiecham się do nich. Sprawę, bowiem, domknęła wczoraj Hannah słowami:

Hannah:
(ma utalentowaną córkę,
która, z dużym prawdopodobieństwem,
nie zostanie inżynierem
)
Wiesz, jak moja córka byłaby inżynierką,
to chyba nie umiałabym się z nią porozumieć...

Jabłoń:
(ze zdziwieniem)
To jakm cudem się ze mną dogadujesz?

Hannah:
(z uśmiechem człowieka rozdającego stopnie zawodowe i naukowe)
Ty nie jesteś normalną inżynierką.

***

Wszystko zaczęło się od tego, że podzieliłam się z Hannah tym, że dziś miałam być na szkoleniu, na którym było o różnicach w nauczaniu kobiet i mężczyzn. Na co miałam znaną dobrze sobie reakcję, której upust już kiedyś miał miejsce (318). Poszłam i przy dwóch zdaniach, które dostałam do wypełnienia, bardzo mocno się zdziwiłam:

Kobiety, z dużymi ____________, są bardzo ________________.

Włosi są doskonałymi _____________________.

Co wpisałam? Co wpisali inni uczestnicy szkolenia? Jutro, bo chcę dać Wam szansę. Jeśli dacie radę, napiszcie w komentarzach to, co przychodzi Wam jako pierwsze na myśl do uzupełnienia powyższych luk. Tylko proszę, nie cenzurujcie sami siebie. Każde uzupełnienie jest dobre.

***

Dla tych, którzy nie widzą problemu a widzą tradycję, tysiąclecia właściwego „porządku-tego-świata” polecam poniższą analizę podręczników szkolnych dla dzieci --- obejrzyjcie chociaż ilustracje. Włosy dęba stają, myślałam, że to już mamy za sobą, na przykład:

Chorwackie kobiety działające na rzecz zmian w edukacji przygotowały plakat prezentujący stronę z podręcznika dla 1 klasy szk. podstawowej. W ćwiczeniu widnieje pytanie --- Do kogo to należy? A odautorski komentarz brzmi --- Czy nie może być inaczej?

(żródło: A. Wołosik, Edukacja do równości, czy trening uległości?)

środa, grudnia 07, 2011

383. Jeszcze jedna drzewna perspektywa

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Przy biurku siedziałam. Gapiłam się w okno pijąc gorący napój malinowy z pomarańczą, cytryną i goździkami. Nagle, za oknem, z pobliskiego drzewa poderwała się chmara czarnych ptaków.

Były. Jakiś człowiek przechodząc sprawił, że poderwały się ku niebu. W ułamku sekundy przed moimi oczami ukazali się ludzie, którzy poderwali kiedyś me uczucia do góry.

Były. W jednej chwili pozostawiły puste drzewo. Ten mały, podwórkowy incydent sprawił, że wspominałam dziś Tych Szczególnych Ludzi. Nie ma ich teraz w moim życiu. Poszli sobie... A może odlecieli? Pozostałam... sobą, choć bałam się, że zabrali jakąś część mnie. Pozostałam... Jabłonią... to miłe, zwłaszcza w grudniowy dzień. W niebo, niczym ptaka, wypuściłam życzenie, by mieli cudowne Święta Bożego Narodzenia...

(381+1). Słomiane wdówki

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Słomka II
[Henia]:
(leży w przedpokoju pod drzwiami wejściowymi
i uparcie czeka na swojego Pana, a ten nie wraca i nie wraca
...)

Słomka I
[Jabłoń]:
(do tęskniącego Sierściuszka)
Zjesz jeszcze tylko 14 posiłków...
pójdziemy na 29 spacerów i...
Twój Pan będzie „wrócony”.

***

Minęła kolejna godzina. Słomki poszły na wieczorną, psią imprezę z udziałem Koko, Dżako, Jogi i Heniutki. Wróciły... jeszcze tylko 28 spacerów. Życie może być piękną prostotą.