niedziela, marca 17, 2013

697. Uczta z Mikołejko

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Proroczy rysunek (źródło) odhaczyłam jako polubiony na ryjowniku. Dziś, szósty i ostatni wieczór ciągiem bez Sadownika. Nie samotnie spędzany. Na tęsknotę przykładam okłady z Heniutki i prof. Mikołejko wypowiedzianych i zapisanych myśli. Zachwycam się konstrukcją tej książki. Jest warta każdego grzechu i będę z Nią... powolutku... nie śpiesząc się nigdzie... wysmakowałam dopiero pierwszych sto stron. Ucztuję...

*

[D. K.] Jeszcze trochę i dojdziemy do wniosku, że sen jest ważniejszy niż rzeczywistość.
[Zb. M.] Skoro wypełnia, powiedzmy, jedną trzecią naszego życia, to dajmy mu prawo przynajmniej do tej jednej trzeciej. Rozum tak się bowiem bezczelnie rozpycha łokciami, nie daje nam błądzić. A sen pozwala nam być gdziekolwiek i jakkolwiek. Rozum mówi tymczasem: „Nie, tu ci nie wolno, tam nie wolno, a jeśli już idziesz, to weź ze sobą to i to, patrz na świat tak i tak”. A we śnie — proszę bardzo — jesteśmy wolni, mamy prawo do wszelkiej anarchii, wszelkiego wyuzdania, wszelkiej drogi. Tylko zaraz uczeni w Piśmie, ci od rozumu, podejdą ze swoimi nożycami do snu i powiedzą: „Nie, we śnie są takie i takie reguły, sen jest kompensacją, emanacją, i Bóg wie tam, czym jeszcze”. Powiedzą: „Jeśli śni ci się drabina, to oznacza stosunek płciowy”. W każdym razie zaraz to zagospodarują, zaklasyfikują, podzielą i uporządkują. Opiszą funkcje fizjologiczne snu, zlekceważą to wszystko, o czym mówiliśmy. Więc ja bym w tym momencie jedną rzecz zrobił: packą po łapach ich! Bo kradnie nam coś rozum i jeszcze mówi, że jest najważniejszy. Nie jest.

*

Jesteśmy zawsze tymi, którzy odzwierciedlają. Sumą ludzi, pamięci o nich. Ale nie tylko ludzi. Niosę choćby w sobie pamięć o miejscach, o zwierzętach. Bo bardzo ważne w moim życiu były właśnie zwierzęta, zwłaszcza koty, choć psy także. Nie mogą tak przepaść bez śladu, bez imienia, jakby ich nie było. I jakby nie było ich ogromnej miłości.(...)
Więc na nasze życie, nasze losy, wpływają także zwierzęta, wszystkie istoty żywe, miejsca, smaki, barwy, książki, filmy. Mówimy: tutaj „ludzie”, ale co to znaczy „ludzie”? Ludzie mówią do nas przecież różnymi językami, bardzo osobnymi i wewnętrznymi, co sprawia, że świat, w którym żyjemy, jest wieżą Babel.

D. Kowalska, Zb. Mikołejko, Jak błądzić skutecznie, prof. Zbigniew Mikołejko
w rozmowie z Dorotą Kowalską
, ISKRY, Warszawa 2013.
(wyróżnienie własne)

sobota, marca 16, 2013

(695+1). Jesteś spełnieniem marzeń!

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Ta książka dotknęła mnie do żywego. Mój wewnętrzny Bezdzieciofob jedną z jej części błyskawicznie wykorzystał jako argument w dyskusji. Pozbawił mnie wyjątkowości sprowadzając moje wybory do prostych reguł „jeśli-to”, nie pozostawiając marginesu na indywidualne marzenia, pragnienia i tęsknoty. I zaczęło się...

Nadciągnęły chmury. Lunął deszcz. Lało przez pięć dni z małymi przerwami na zachwyt Grubsonem, który pomagał utrzymać się na powierzchni świata targanego bezdzieciofobową burzą, co wprowadzić by chciała jedynie słuszny porządek świata. W efekcie zatęskniłam za „normalnością”, czymkolwiek ona jest.

Zatęskniłam konformistycznie; w nadziei, że zostanie podarowany mi święty spokój, będę pasować do społecznej układanki, zostanę zwolniona z zadawania sobie pytań, z poszukiwania odpowiedzi uszytych na mą miarę, po co się szarpać? Zaprę się siebie, pójdę utartą ścieżką...

*

Pogasiłam światła. Wyłączyłam muzykę. Usiadłam na podłodze wygodnie.

Zapałka. Trzask! Pierwsza świeczka. Jej płomień symbolizował Orzeszka. Postawiłam światełko przed sobą.
Mamo, dlaczego jestem inna? dlaczego nie mogę być normalna? dlaczego nie mogę dzielić pragnień innych ludzi? dlaczego porzuciłaś mnie emocjonalnie zanim się urodziłam? Czy odpowiedzi na te pytania mają jakiś wspólny, przykry mianownik, z którego wyrastam ja wyłącznie jako produkt określonych okoliczności? Jestem już duża i wiem, że nie mogła dać mi tego, czego sama nie dostała, czego nie znała i czym nie umiała się posługiwać, ale bezdyskusyjnym pozostaje fakt, że to boli. Pojawiła się pewność, że mój ból jest Jej dobrze znany z autopsji. Siedziałyśmy sobie razem w ciszy.

Zapałka. Trzask! Druga świeczka. Jej płomień symbolizował moją Babcię od strony Mamy. Postawiłam światełko za Orzeszkiem. Patrzę na Nią. W ciszy dostrzegam i Jej krzywdę i trudności. Jako jedyna z trójki córek nie spełniła pragnienia swej Matki, by wszystkie swoje dzieci umieścić w zakonie. Ja, moja Mama, moja Babcia w tej jednej chwili, symbolicznie, w tym samym pokoju współdzielimy pokoleniowy ból.

Zapałka. Trzask! Trzecia świeczka. Moja Prababcia w linii żeńskiej. Postawiłam światełko za Babcią. Cisza. Mija chwila za chwilą.
Takie były czasy… — wzdycha Prababcia.

Zapałka. Trzask! Czwarta świeczka. Moja Praprababcia w linii żeńskiej. Postawiłam światełko za Prababcią. Cisza… zmienia coś w atmosferze pokoju, w którym my wszystkie przycupnęłyśmy na podłodze.

Zapałka. Trzask! Piąta świeczka. Moja Prapraprababcia w linii żeńskiej. Postawiłam światełko za Praprababcią. Cisza, która powoli przekształca się w bezgraniczny spokój. Sześć kobiet w jednym pokoju. Jak cudownie jest to czuć. Może i kulawa miłość, ale jednak miłość, łączy wszystkie Nas.

Zapałka. Trzask! Szósta świeczka. Moja Praprapraprababcia w linii żeńskiej. Postawiłam światełko za Prapraprababcią. Patrzy na mnie z miłością i z dumą, której nie pojmuję.
Dziecko kochane — uśmiecha się do mnie — patrzę na twe życie i wiem, że było warto. Nie jesteś inna, jesteś taka jak my. I jednocześnie jesteś inna, wyjątkowa, bo jesteś Spełnieniem Marzeń każdej z Nas. Marzeń, których wiele z nas nie miało śmiałości choćby wypowiedzieć. Jesteś esencją spełnienia naszych pragnień o wolności,
     o decydowaniu o swoim życiu,
     o jego smakowaniu,
     o poznawaniu,
     o rozumieniu.
Dzięki tysiącom godzin bóli porodowych setek kobiet, właśnie Ty, właśnie Tu, jesteś i możesz być Sobą, taką o jakiej marzysz. Nie każdy ma takie szczęście. Nie każdy docenia ten Dar. Uprzejmie proszę, nie ustawaj, bo się zdenerwuję. Jakby to powiedzieli w XXI wieku
:

Lepiej, żebyś nie musiała oglądać
wkurwionej Praprapraprababci!

He, he! I niech się znajdzie mądry, co podyskutować z moją Praprapraprababcią chce...

...nie polecam!

*

Nie zaprę się siebie, pójdę moją ścieżką...

piątek, marca 15, 2013

695. „Zwierzoterapia"

Jabłoń:
(zaklęta w bardzo małe Zwierzątko)
Mam połamane, źle zrośnięte skrzydełko,
i nigdy już nie będę latać.

Sadownik:
(w roli Dużego, bardzo mądrego Zwierza)
Kochanie, ale od zawsze spadasz na cztery łapy,
więc jestem pewien, że będzie dobrze.

(cd. nastąpił)

środa, marca 13, 2013

(689+5). Od Po30stki

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Nie napatoczyłabym się na ten kawałek. To po prostu nie mój świat. Tym bardziej jestem wdzięczna Po30stce za tę piosenkę, za jej tekst. Do poniedziałku łomoliliśmy tą piosenką razem z Sadownikiem, od wczoraj łomolę sama. Nie mogę przestać. Przyszedł więc najwyższy czas, by dorzucić ją do blogowego działu S.O.S.

Ta piosenka wraz z obrazkiem szturcha w bok moje pasje, marzenia, sens życia i pyta jak się mają. Fajnie jest czuć ich głęboki oddech, słyszeć ich żywy rytm. Dziękuję Po30stko. :)

Grubson, Na szczycie.

sobota, marca 09, 2013

(672+21). Systematyka zwierząt europejskich

Sadownik:
(wręczył Bliźniaczej Liczbie album wybranych zdjęć,
zrobionych w Innym Śnie
)
To taka pamiątka po szkodnikach z Polski.

Jabłoń:
Hej, nie mów tak.
Nie jesteśmy szkodnikami.
Jesteśmy fajni.

Sadownik:
(z przekonaniem)
Jesteśmy fajnymi szkodnikami.

Bliźniacza Liczba i Jabłoń:
(ryknęły śmiechem)

(fot. Sadownik),
na zdjęciu od lewej:
Sadownik,
Bliźniacza Liczba
i Jabłoń

(690+2). Kobiety myślące cały rok

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Kiedyś tam zostałam zaproszona do zabawy blogerskiej, ale nie chciało mi się w nią bawić. Pytania nie zmuszały mnie w żaden sposób do myślenia, ani nie wzbudzały ciekawości, by poznać i dzielić się odpowiedziami. Cóż, mój antyspołeczny aspekt dał znać o siebie. Dziękuję, ale nie.

Aż wczoraj Żon-ObuRZON chwyciła mnie za serce motywem drzewno-słownym i wiedziałam, że jestem zgubiona. Wchodzę w to! Wykluczyłam kilka blogów, bo prowadzą go Mężczyźni. Wykluczyłam kilka Kobiet, bo nie prowadzą blogów. Poniżej zamieszczam Kobiety przez znaczące dla mnie ‘K’... mój subiektywny wybór w kolejności ustalonej losowo:

Afternoonka. Blogasik okazjonalny. Autorka nie rozpieszcza częstotliwością pisania, raczej pozostawia ślady po swoich myślach, odczuciach, zatrzymaniach. Kopiuje atmosferę chwili, w literki odlewa, zatapia na internetową wieczność. Zaglądam do Niej, jak do najbardziej charakterystycznej kawiarenki w mieście, znanej z klimatu nie do podrobienia i nieprzemijającej zadumy. Zaglądam, by napar z doświadczeń Autorki pić. Czasem, gdy wolno chodzę po ulicach stolicy sprawia mi przyjemność myśl, że może któraś z nich widziała i Ją, i mnie tego samego dnia, może w tej samej godzinie.

*

Ambre. Ta to dopiero potrafi! Wybiera, przebiera, słowa skrupulatnie przymierza do siebie. Mają pasować jak ulał do kształtu uczuć i aktualnego stanu ducha. Uwielbiam czytać o tych kreacjach, przegryzać słowa, by studiować zastosowany szew. I najważniejsze, z przyjemnością padam ofiarą Jej wyborów dotyczących książek i płyt. Idę do księgarni jak w dym, a potem już tylko mamroczę pod nosem: Ambre, Ambre, Ambre, dzięki ogromne!

*

Campanulka. Nie pamiętam, jak na siebie blogowo wpadłyśmy. Zaglądam tam za każdym razem, gdy chcę oczy pięknem nakarmić chwilami złapanymi w pułapkę obiektywu. I podziwiam Campanulkową delikatność, uważność i zachwyt Chwilą, która spowija świat. Za każdym razem liczę na to, że zaraźliwe to musi być...

*

Gebhara. Zajrzałam na Jej blog raz lub dwa. Potem minęło trochę czasu i w zaskakujących okolicznościach poznałam Autorkę. W pierwszej chwili żałowałam, że z własnej woli w te okoliczności się władowałam, ale po kilki dniach przyszło olśnienie, że gdyby nie te paskudnie trudne dla mnie chwile, których bezpośrednim sprawcą byłam ja sama, nigdy byśmy się nie spotkały. Towarzyszymy sobie na różne sposoby. Uwielbiam zaglądać do Jej przestrzeni, by zobaczyć, co u Niej słychać; by poznać jej wrażenia z warsztatów, na których razem bywamy.

Jest tam jeden wpis, od którego nie chcę się uwolnić, do którego lubię wracać i wracać. Oto jego warstwa słowna (w końcu znalazłam powód, by go przepisać do siebie i mieć):

Do Mistrza przychodzi kobieta z poważnym problemem, nie zdążyła jednak wypowiedzieć słowa, kiedy mistrz zapytał:
     — Kim jesteś?
     — Jestem Aria.
     — Nie pytam, jak masz na imię, ale kim jesteś?
     — Jestem szwaczką.
     — Nie pytam się, co robisz, tylko kim jesteś?
     — Jestem żoną Erycha.
     — Nie pytam, czyją żoną jesteś, ale kim jesteś?
     — Jestem matką moich dzieci.
     — Nie pytam, czyją matką jesteś, ale kim jesteś?
     — Jestem kobietą!
     — Nie pytam, jakiej płci jesteś, ale kim jesteś?
     Mistrz widząc zakłopotanie kobiety powiedział:
     — Jak znajdziesz odpowiedź na to pytanie, twoje problemy znikną.

     Kiedy odnalazła odpowiedź, Mistrz zapytał:
     — Teraz, kiedy już wiesz, kim jesteś, czy masz na tyle odwagi, by być w pełni sobą?

(zaźródlone dokładnie stąd)

*

Mama Pietruszki i Zosi. Dzieci, dzieci, dzieci... Jest wiele typów rodziców, od których staram się trzymać z daleka. Nie do wytrzymania są dla mnie albo oni, albo ich słodko-makabryczne pociechy, które już szykują się, by swoim rodzicom bezsenne noce w przyszłości zapewnić. Jako bezdzietna głosu nie zabieram, odchodzę. Jest jednak jeden blog „dzieciów” pełny po same brzegi i ja go uwielbiam. Jest to blog, na którym czytam o różnych odkryciach, bezgranicznej zdolności do generalizacji małych ludzi i nigdy nie mogę pozbyć się wrażenia, że w tych małych ciałkach zamieszkują już bardzo mądre i dojrzałe Istoty. Najbardziej jednak lubię sposób, w jaki Ich Mama jest dla nich Mamą. Gdybym była dzieckiem, chciałabym mieć taką...

***

Ciekawa jestem Waszych wyborów, ale zrozumiem, jeśli uznacie, że nie „tą razą”...

(690+1). Na wszelki wypadek

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Wczoraj przed snem zajrzałam na bloga wypatrując śladów po Po30stce i... zamurowało mnie, gdy zobaczyłam, co wczoraj Żona Oburzona wymyśliła. Zdjęcie z Jej zasobów własnych wraz z tekstem poruszyło mnie i postanowiłam zachować je na ewentualne chwile zwątpienia. Żono ObuRZONO mam nadzieję, że pozwolisz, że wpis z tym pięknym zdjęciem trafi do zasobów S.O.S. tego bloga. Zbyt łatwo zapominamy, że jest w nas moc. Moje Mocne Kobiety. Dziękuję, dziękuję, dziękuję!

fot. Żona Oburzona.

piątek, marca 08, 2013

690. My, Omnipotentne!

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jak wiadomo wszelkie zło bierze swój początek w kobiecie, poczynając od raju utraconego po szalejący feminizm XXI wieku. Pozytywnie odnosząc się do tego, należałoby krzyknąć: cóż za omnipotencja! Kobiety mają moc niebywałą!

Tym razem wszystkiemu winna jest Grecia, która napisała kilka zdań na okładkę książki nie swojej. Cenię Ją za mózgową brzytwę, którą z wdziękiem wykrawa wiele spostrzegawczych, wyjątkowo trafnych zdań, które potem wkłada w usta swoich bohaterów ku uciesze czytelników. No więc, Grecia napisała: „Kobieto, przeczytaj!”. Czytam i ust z zadziwienia nie mogę domknąć.

To książka pisana historiami kobiet, które przez dziesiątki lat mówić nie mogły, nie umiały, nie dawały rady. W ciepły sposób nie zaprzecza, nie każe zachować uśmiechu na twarzy za wszelką cenę. Tak jak książki o śmierci są często książkami o głębokiej miłości, w tym przypadku książka o żałobie, która nas nie ominie, zamienia się w książkę o niebywałej wolności, o zgodzie na jednoczesne istnienie wzajemnie sprzecznych uczuć, o zgodzie na ich przeżywanie, o niezaprzeczaniu temu, co jest, nie tylko w stosunku do ludzi, którzy odchodzą używając do tego śmiertelnych drzwi, ale również do tych, co po prostu nas zostawili.

Mnie ta książka uwolniła… Grecia ma rację pisząc: „Kobieto, przeczytaj!”

Jeśli potrzeba dziewięciu miesięcy, by na tym świecie pojawiło się nowe życie, czemu mielibyśmy myśleć, że potrzeba mniej do pogodzenia się z czyimś odejściem?

*

(…) musimy dać głos emocjom i przyzwolić, by żyły własnym życiem. Kontrolowanie ich daje złudzenie normalności, ale za jaką cenę i na jak długo?

*

Jeśli matka stosuje wobec córki przemoc fizyczną, seksualną lub emocjonalną, niszczy jej zdrowe poczucie własnego ja, zaufanie, przekonanie, że może się czuć bezpiecznie i że w ogóle życie ma sens. Żałoba po niej jest próbą odzyskania tego, z czego było się ograbionym.

*

(…) pokochać kogoś oznacza wystawić się na ryzyko straty.

*

Zaznawanie straty jest elementem życia równie niezależnym od naszej woli jak bicie serca i nieuchronnym jak nadejście zmierzchu.

*

To, że tracisz matkę biologiczną, nie znaczy, że tracisz potrzebę matczynej troski.

*

W pewnym stopniu każda z nas jest kobietą bez matki — dążenie do odbudowania pełni siebie dzięki związkowi jest wspólne wszystkim kobietom. Na moje pytanie, czy takie poszukiwania nie są beznadziejnie chybione, Andrea Campbell odpowiada ze śmiechem: „Mówić, że to chybione, to jakby powiedzieć, że błądzi cała ludzkość. Nawet gdyby nasi rodzice żyli, nie byli w stanie zapewnić nam takiego spełnienia, jakiego potrzebowaliśmy. Nawet najcudowniejsza, najdoskonalsza matka nie umie tego dać. Toteż w pewnym sensie wszyscy jesteśmy poranieni i wszyscy szukamy kogoś, kto by nasze rany uleczył”.

*

(…) dodała: „Najdroższa, obchodź się ostrożnie ze swoim sercem”.

Hope Edelman, Córki, które zostały bez matki. Dziedzictwo straty.
Wydawnictwo Feeria, Łódź 2011.

czwartek, marca 07, 2013

(686+3). Kilka słów dla…

Tak jak Ty...

(372+316). Blog Ci prawdę powie...

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Kończyliśmy wieczorny spacer. Już pod naszą klatką spotkaliśmy Sąsiada. Pogratulowałam mu dwuletniej trzeźwości, o której doniósł Sadownikowi dwa dni temu. Uśmiechnął się przepięknie i powiedział. Wie Pani, gdy piłem, wchodziłem do sklepu i tylko gorzałkę widziałem, a teraz widzę też inne produkty. Dla takich uśmiechów i dla takich zdań żyję...

***

Jabłoń:
(sprawdziła na blogu i informuje towarzystwo)
Nie zgadza się coś ta rocznica troszkę.

Sadownik:
To idź i mu powiedz, że może on i trzeźwiał,
ale ty wiesz lepiej, bo na twoim blogu stoi jak wół, że źle liczy...

Bliźniacza Liczba, Sadownik i Jabłoń:
(ryknęli śmiechem wyobrażając sobie hipotetyczną scenę)

687. Spotkanie biznesowe

Jabłoń:
Chciałabym Cię dzisiaj wykorzystać...
Chodzi mi o Ciebie jako profesjonalistę,
twoje doświadczenie zawodowe...

Sadownik:
(zaintrygowany, ale i gotowy zaryzykować)
Z kim mam porozmawiać?

Jabłoń:
Ze mną, ale ja Ci nie zapłacę.

środa, marca 06, 2013

686. Sekwensik uczuć niepopularnych

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

_________
D

Pod gabinetem poboru materiału do badań. Wychodzi mama z trzyletnim zaryczanym szkrabem. Maluch wyje. Wcale mu się nie dziwię, bo kłucie nie należy do żadnych fajnych zabaw i jako trzylatka nie miałabym ochoty zrozumieć, że to dla mojego dobra. Zanosi się od płaczu. A mama na to: no przecież nic się nie stało, synku. On wyje i zanosi się od płaczu jeszcze bardziej. Jestem zaskoczona, że można trzylatkowi tezę o „nic-się-nie-stało” próbować wcisnąć. Szkrab nie ustaje w domaganiu się, by łaskawie dojrzeć jego trudną sytuację, a ja mu z drugiego końca korytarza kibicuję. A mama? Mama wyciąga nowiuteńki, jeszcze zapakowany samochodzik. Niestety, samochodzik nie zadziałał tak, jak myślała. Dziecko zaczyna płakać „wielkimi literami”. Mama na to ze złością: bo cię tutaj zostawię.

Znów świadkowałam. Stałam i czułam jak kotłowało się we mnie. Zabiłabym sukę, gdybym tylko mogła. W takich sytuacjach nóż w kieszeni mi się otwiera wszystkimi ostrzami. Bardzo dawne emocje podchodzą mi do gardła.
Bezsilność.
Niemoc.
Osamotnienie.
Niezrozumienie.
Bezradność.
Tak, wiem, takie sceny dotykają mojego subiektywnie doświadczonego dzieciństwa. Odżywają niewyrażone w domu rodzinnym emocje, odbijają się echem po moich trzewiach. Przełykam wściekłość, morderczą złość i ogromną niezgodę na taki porządek świata. Niech to jasna cholera!

_________
A

smutno mi troszkę, że pojechali.
— przesadzasz, przecież jeszcze nas odwiedzą...

*

żałuję, że to powiedziałam.
— znów wyolbrzymiasz...

*

tęsknię...
— na twoim miejscu zajęłabym się czymś pożytecznym...

*

boli mnie...
— co ty wiesz o bólu, ja w zeszłym roku...

*

złości mnie, gdy zaprzeczasz moim uczuciom.
— jak zwykle szukasz dziury w całym...

*

było mi przykro, gdy powiedziałaś...
— jeśli o tym chcesz rozmawiać, to ja wychodzę.

_________
K

Piszę o tym tylko dlatego, że trzecią kartą w tym sekwensie mogłyby być słowa: „gdy czytam tego typu sentencje myślę sobie, że w definicji człowieczeństwa powinien znajdować się »brak umiejętności do bycia szczęśliwym bez granic«”.

Te słowa przypomniały mi, dlaczego zaczęłam prowadzić tego bloga... by móc napisać to, co chcę powiedzieć; by móc opisać to, co wybrzmieć potrzebuje; co nie zniknie nawet wtedy, gdy zmówi się cały świat, że nigdy nie istniało. A jeśli ktoś znów powie: „och, to taki smutny blog”. Cóż, to wyjątkowo niska cena.

poniedziałek, marca 04, 2013

685. Ambiwalencja /bez/dzietności

Poruszyło mnie prywatne odkrycie, które napadło na mnie wczoraj jako refleksja do czytanej książki Hope Edelman pt. Córki, które zostały bez matki.

niedziela, marca 03, 2013

(683+1). Mysia 3 do 10 marca 2013

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Miało być futrowanie kulturą. Było. Byliśmy na wspaniałej wystawie. Malowanej Miłością, Pasją i Zachwytem do Życia, Świata, Ludzi i Sierściuchów. Fotografia kontrastów, wyczekanych momentów, ułamków sekund najwłaściwszych, podobieństw zmaterializowanych obok siebie pojęć słownikowo niepodobnych. Magia w czarno-białe prostokąty zaklęta.

Ta wystawa jest również pysznym kąskiem dla psiarzy. Zobaczyć w ratlerku duszę to zdecydowanie sztuka. Chapeau bas, Panie Erwitt! Chapeau bas! Na Pana zdjęciach kocham duże psy... zakochałam się w Pana wrażliwości i cieple oczu, które tropią proste piękno wokół nas, czyniąc nasze życie nieoczywistym Cudem i Darem. Wyląduje Pan na jednej półce z Annie Leibovitz... wytrawne towarzystwo, prawda?

fot. Elliott Erwitt.

(...) ale jestem także amatorem fotografii, który robi zdjęcia dla siebie, dla przyjemności. Zdjęcia na tej wystawie to przede wszystkim prace osobiste, zrobione właściwie dla przyjemności fotografowania (...)

Elliott Erwitt
(z wstępu do wystawy)

Dla przyjemności... dla osobistych doświadczeń... bo Życie jest tego warte...

683. Dogonić Murzyna

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Błysło się w piątek polskiemu nobliście pokoju wydzielonego w przybudówce mentalnych ciasności. Między wierszami o tyranii większości się rozmarzył. Nie było nawet co komentować. Poziom pionu nie trzymał.

Nie byłoby tego wpisu, gdyby nie plan Studenta Ukochanego, że dziś po pracy kulturą idziemy się nafutrować. Przedtem jednak na kawkę skoczyliśmy troszkę poczytać. Sadownik zapomniał swojej książki, więc obczytywał kawiarniane tygodniki. Parsknął. Przeczytał na głos. Parsknęłam. Szybciutko zanotowałam, by nie zgubić:

(...) Mikrofon bierze John Godson, konserwatysta nawet jak na frakcję konserwatywną: — My konserwatyści, spotykamy się, bo czujemy się zagrożeni.
O głos prosi Killion Munyama, drugi czarnoskóry poseł Platformy. Okazuje się, że to liberał. Spogląda w kierunku Godsona: — John, w sprawie związków partnerskich, to my jesteśmy sto lat za Murzynami
.

Michał Krzymowski, Szczury w bagnie, Newsweek Polska, 9/2013
(wyróżnienie własne)

682. „Dzieciowy” stereotyp — obyczajówka (II)

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Poszliśmy wczoraj wieczorem do kina. Pod kinem spotkaliśmy kolegę Sadownika z czasów liceum z żoną. Pitu, pitu. A co tam u was. U nas dobrze. Pitu, pitu. Kolega, łebski, dzieciaty człowiek z drugim dzieckiem w drodze, pojechał: no, bo wy to macie łatwe życie, dużo czasu… Odparłam: inne, mamy INNE życie.

Myślał być może, że nie dosłyszałam, nie zrozumiałam, więc zaczął mi tłumaczyć: łatwe, nie musicie tego i tamtego, a i do kina możecie sobie skoczyć o piętnastej czy osiemnastej. Nie wiedział z kim rozmawia. Ja nie ułatwiałam mu sprawy, też byłam uparta, nie czując żadnego współczucia wobec faktu, że on musi i to, i tamto: nie łatwiejsze, INNE.

Mocno nietrafione poparcie tezy o czasie, którego podobno mamy jak lodu, nastąpiło zaraz potem. Kolega zapytał: na jaki film idziecie? Na „Poradnik pozytywnego myślenia”. Odparł: eee, my już byliśmy.

681. Kudłaty alkomat — obyczajówka (I)

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

W piątek poszedł do pracy. W piątek zaraz po pracy poszedł na zapowiadaną od kilku dni, firmową, przymusową imprezę w męskim gronie, czyli przemieścił się z pracy do pracy. Dwudziesta druga zero pięć przekręcił klucz w zamku i… nikt go nie witał! A powinny babulce.

Przyszedł o własnych siłach. Był w kontakcie werbalnym. Jego rzeczywistość w spójny sposób łączyła się z naszą. Nie bełkotał. Nie rzygał. Krótko mówiąc wrócił w wersji Nie-Mężczyzna deluxe — biorąc pod uwagę stare, odchodzące na szczęście do lamusa wzory męskości. I co? Medal mu się należał a przynajmniej uwaga.

Tylko ja z czeluści Przytuliska krzyknęłam radośnie, że fajnie, że już jest. Heniutka, jak nie labek, nie była łaskawa podzielać mego nastroju. Wykazała się absolutną ignorancją. Wołał. Na chrupka próbował uwagę psią uchwycić. Nic. Kudłata zasady ma. I charakter też. Z mężczyznami nasiąkniętymi procentami nie gada i nie zbliża się do nich. Nawet jeśli jest to najukochańszy facet świata.

W sobotę rano Sadownik zastanawiał się, czy już może usiąść za kółko. Sądząc po zachowaniu Piesiury, które wróciło do normy, ustaliliśmy, że tak. W ten sposób staliśmy się posiadaczami domowego alkomatu, co prawda niehomologowanego ale jednak.

piątek, marca 01, 2013

680. Cmentarzysko

Trupki
ostatnich dni
wyniesione
.
Przyszło mi do głowy dziś rano,
gdy po raz pierwszy od wielu dni
otworzyłam — nareszcie z przyjemnością — oczy.

poniedziałek, lutego 25, 2013

679. Oscar 2013

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Oscaryna:
(wpada do domu)

Oscar:
(patrzy na zegarek i zarządza)
Nooo, to do łazienki i idziemy spać.

Oscaryna:
Spać czy do łóżka?

Oscar:
Kochanie, tak dzień po dniu,
dobiegam czterdziestki,
chcesz mnie zabić?

K U R T Y N A
(tajemnicą pozostaje, gdzie poszli i czy przeżyli)

niedziela, lutego 24, 2013

678. Nie, nie nie! Ależ tak, tak, tak!

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Banalnym jest stwierdzenie, że o miłości. Kiepskim argumentem za sięgnięciem po nią jest milion sprzedanych egzemplarzy. Umieszczenie tych informacji na billboardzie skutecznie zniechęciłoby mnie do sięgnięcia po tę książkę. A nawet jeśli chwyciłyby mnie za serce kolory okładki, to natychmiast przypomniałabym sobie, że czytanie powieści sprawia mi trudność — męczę się, dręczę, gubię wątki, porzucam bohaterów.

Więc czemu? Można by rzec, jak zwykle. Podziękowania kieruję ku Ambre, której delikatność i wrażliwość bardzo sobie cenię. To książka, o której należy szeptem wspomnieć Ludziom, których Serca nie są nam obojętne. To książka, która dotyka naszej odwiecznej potrzeby słuchania opowieści, by przy ich pomocy dotykać najgłębszych części nas, z których wypływa nieskończona wiara i nadzieja, tych części nas, w których źródło ma to, co w nas najlepsze.

O czym? To książka zdecydowanie nie tylko o miłości. O Pewności, która tylko w samym środku nas może się zakorzenić. O Sile, którą ta Pewność daje. O tym, że świat drugiego człowieka jest zawsze dużo bardziej bogatszy, czy skomplikowany niż „przyszedł-był-wyszedł”. Błogosławieni Ci, co chcą zajrzeć za kurtynę oczywistości. W końcu, to książka o możliwości zobaczenia w rodzicu kogoś więcej niż matkę czy ojca. To „baśń”, która pozwala sięgnąć do pokładów własnej Odwagi, by zachować Siebie w najtrudniejszych momentach życia, nie ustawać, nie zaprzeczać własnym pragnieniom, dojrzewać, wzrastać, doceniać drobiazgi... Ambre, dziękuję, dziękuję, dziękuję!

(...) wyznanie, otwarcie się jest bezwartościowe, jeśli przychodzi w niewłaściwej chwili. Jeśli zdarza się za wcześnie, przytłacza nas, nie jesteśmy na nie gotowi i nie potrafimy go docenić. Jeśli przychodzi za późno, szansa przeminęła, nieufność i rozczarowanie są zbyt wielkie, drzwi się już zatrzasnęły.

*

Była [Su Kyi] przekonana, że mało co w życiu jest z góry przeznaczone, a szczęście może znaleźć sobie dom w każdym człowieku.

*

Czekanie tak dalece było wplecione w rytm jej [Mi Mi] życia, że źle się czuła, gdy coś zdarzało się od razu. Okres czekania obejmował chwile, minuty, a nawet godziny spokoju, odpoczynku, gdy z reguły była sama ze sobą. A ona potrzebowała tych przerw, by przygotować się na coś nowego, na wszelki rodzaj odmiany.

*

Wciąż na nowo pojawiały mu [Tin Win] się w głowie słowa U May: „Jedna tylko jest moc silniejsza od strachu: miłość”. Ale jaka moc może zwyciężyć lęk przed miłością, U May?

*

(...) człowiek koniec końców nigdy nie jest samotny, że najmniejsza jednostka ludzka to wcale nie jedna osoba, lecz dwie.

*

Czy dzieci chcą znać ojca i matkę jako niezależne istoty? Czy jesteśmy w stanie zobaczyć ich takich, jacy byli, zanim przyszliśmy na świat?

*

     — (...) Miłość ma tyle różnych postaci, Julio, tyle rozmaitych twarzy, że nie jesteśmy w stanie ogarnąć ich wyobraźnią. Najważniejsze, aby ją rozpoznać, kiedy mamy ją przed oczami.
     — Czemu to musi być takie trudne?
     — Bo widzimy tylko to, co już znamy. Nasze doświadczenia projektujemy na innych, zarówno te dobre, jak i te złe. Dlatego uznajemy za miłość przede wszystkim to, co odpowiada naszej wizji miłości. Chcemy, by nas kochano tak, jak sami kochamy. W każdej inne formie czujemy się niezręcznie. Reagujemy wątpliwościami, podejrzliwością, źle odczytujemy jej oznaki, nie rozumiemy jej języka. Oskarżamy. Twierdzimy, że dana osoba nas nie kocha. Ale być może kocha, tylko na swój własny sposób, którego nie potrafimy rozpoznać.

Jan-Philipp Sendker, Sztuka Słyszenia Bicia Serca,
Wydawnictwo Amber, Warszawa 2013.

sobota, lutego 23, 2013

(671+6). [...]

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jet lag mnie trzyma drugi dzień. Nie jest związany z przekraczaniem stref czasowych, ale mentalnych i uczuciowych. Wróciłam, ale moja Dusza jeszcze nie...

*

Konklawe... się szykuje. Sprawdziłam, czwarte podczas mojego życia. Rok, w którym było ostatnie (2005), był rokiem niesamowitych, pozytywnych zmian w naszym życiu. Pierwsze dwa (1978) też odbyły się w roku, w którym wszystko w mym, wówczas młodziutkim, życiu zmieniło tory i kierunek. Może zgeneralizować by tak? Dusza Sadownika ma na to chęć. Moją trzeba będzie zapytać, jak już wróci.

środa, lutego 20, 2013

(671+5). Kończąc Inny Sen

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Wypiliśmy dzisiaj ostatnią kawę w kawiarence, w której lubiliśmy robić przerwę w naszym włóczeniu się dla samej przyjemności włóczenia się po uliczkach, gubienia się w zaułkach i odnajdowania na różnych placach. Pani pożegnała nas jak zwykle zwyczajowo przyjętą frazą. Z nadzieją na spełnienie tych słów odpowiedzieliśmy tymi samymi. ¡Hasta luego!

*

Kudłatej zawieziemy w prezencie kolejne piękne imię, podarowane przez Bliźniaczą Liczbę, a przeze mnie tylko zapamiętane. Brzmi niczym bogini.

poniedziałek, lutego 18, 2013

(671+4). Jeszcze w tym Innym Śnie

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Czy pies ma Duszę? A może pies to tylko kolejna inkarnacja w ramach odpoczynku od bycia człowiekiem? Czy pies, który miał szczęście trafić do dobrych ludzi, nie jest przypadkiem posłannikiem bezcennej informacji?

Patrzę na Faradaya. Myślę o Heniutce. Uśmiecham się z samego środka mojego najgłębszego „ja”. Cóż, wygląda na to, że psy czasem wiedzą lepiej... i już. Przynajmniej nasze.

*

Bliźniacze Liczby Dwie sprawdziły, czy są naprawdę bliźniacze. Tak. Obie przy tym płaczemy. Obie zapadamy się w zadumie, jak ważne są drobiazgi... i świadomość, że jako ludzie jesteśmy obdarowani w taki czy inny sposób, że jesteśmy sobie nawzajem potrzebni, by wzrastać.

The Power of Words.

(671+3). Pomiędzy snami

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Stała na półce i czekała na mnie prawie dwa lata. Miała niewidoczną etykietkę „zalecona”. Odkładałam ją na potem, bo zawsze było coś ważniejszego do przeczytania. Sadownik zarządził, że do bagażu podręcznego mogę wziąć tylko jedną książkę. Nie dałam rady. Wzięłam grubaśne tomisko i małą książeczkę na ząb. Moje minione bezpowrotnie Dzieciństwo było zachwycone drukowanym drobiazgiem. Wszystkie ewentualne obiekcje nie wytrzymały próby pierwszych pięćdziesięciu stron... W wielu wypadkach można słowo dziecko zastąpić słowami partner(ka), mąż/żona, przyjaciel itd. Są książki, na które nigdy nie jest za późno. To jedna z nich.

Odkryłem taki paradoks: nie potrafię nazwać uczuć dziecka wtedy, kiedy nie nazywam swoich uczuć. Nie potrafię zaakceptować uczuć dziecka, gdy nie akceptuję swoich. Zaprzeczam uczuciom dziecka, gdy nie chcę przyznać się do własnych.

*

(...) Jeżeli nie udaje nam się żyć zgodnie z własnymi oczekiwaniami — a nie zawsze się udaje — bądźmy dla siebie takimi, jakimi jesteśmy dla naszych dzieci. Jeżeli nasze dzieci zasługują na tysiąc i jedną szansę, to dajmy sobie tysiąc szans — i jeszcze dwie.

*

Proces szukania odpowiedzi ma taką samą wartość, jak sama odpowiedź.

*

Ludzie pytali mnie: „Jeżeli będziemy właściwie stosować te metody, czy nasze dzieci zawsze zareagują?”. Moja odpowiedź brzmi: mam nadzieję, że nie. Dzieci nie są robotami, poza tym naszym celem nie jest wynalezienie sposobu mechanicznego manipulowania zachowaniem, tak aby dzieci zawsze reagowały.
     Naszym celem jest zwrócenie uwagi na to, co jest najlepsze w naszych dzieciach — na ich inteligencję, inicjatywę, poczucie odpowiedzialności, poczucie humoru, uwrażliwienie na potrzeby innych. Chcemy położyć kres słowom, które ranią duszę, i znaleźć język, który pielęgnuje poczucie własnej i cudzej godności.
     Chcemy stworzyć emocjonalny klimat, który zachęci dzieci do współdziałania, ponieważ one troszczą się o siebie, ale też dlatego, że troszczą się i o nas.

Adele Faber, Elaine Mazlish, Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały.
Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły
,
Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 2001.
(wyróżnienie własne)

(671+2). Inny Sen #2

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Każdy Sen rządzi się swoimi regułami. Z przyjemnością oddaliśmy się nowym we władanie. Prawie wszystkim. Poza jedną. W czasie sjesty lubimy włóczyć się po ulicach miast. Pewnego dnia mieliśmy przyjemność włóczyć się z Bliźniaczą Liczbą. Byliśmy tylko my i uliczki przeuroczej miejscowości…

Sadownik:
(przypomniał sobie zasłyszane powiedzenie)
We Włoszech mówią, że o tej porze dnia
po ulicach chodzą tylko Polacy, Rosjanie i psy.

Bliźniacza Liczba:
Psy? Nie wierzę. Nie są przecież głupie.

(671+1). Inny Sen #1

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Uziemiona między bramką straży granicznej a bramką prowadzącą na pokład samolotu lubię być. Rozpiera mnie wówczas niebywałe poczucie wolności. Wolność wyboru. Wolność związana z tym, że na kołek można odwiesić przeszłość, obowiązki, dzień wczorajszy. Odłożyłam polski Sen, by zacząć śnić Inny…

*

Szczypczykami wskazówek zegara przytrzymana podziwiałam, jak zwykle aż do łez wzruszenia, Sen pragnień wielu, wielu Ludzi. Tych, co pragnęli zbudować metalowego ptaka, co w niebo będzie w stanie się wzbić. Tych, co marzyli, by zostać pilotami. Podziwiałam piękno i majestat lądujących i wznoszących się w górę maszyn, mrówczą pracę obsługi naziemnej. Moje marzenia świetnie się mają na lotniskach…

*

Granice kilku krajów przekroczyłam. Granice we mnie zmieniają kształt. Bliźniacza Liczba pyta mnie jak mi jest, a ja z przyjemnością śnię zupełnie Inny Sen… Uwielbiamy z Sadownikiem samodzielnie zamawiać kawę… un café solo largo y un café con leche, por favor… Muchas gracias…

niedziela, lutego 10, 2013

671. Kudłate ferie

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Masz dziecko z tendencjami do tycia. Twój wybór to:

Opcja A. Dziecko na ferie oddać babci. Wiadomo, kochać będzie bezgranicznie. Karmić. Skarmiać. Wciskać jedzenie też. Chipsami będzie rozpieszczać, a i batoników kupi całe kilogramy, bo babcie jak powszechnie wiadomo od kochania są, nie od wychowywania...

Opcja B. Dziecko na ferie wysłać na obóz. W stadzie dzieci będzie trochę samopas puszczone, bo uwaga pani wychowawczyni będzie rozkładała się na naście, dwadzieścia sztuk nieletnich. Nie domyje się. Może w brudnych majtkach będzie spało. Może nie doje. Trochę strach, bo czy bez naszej miłości latorośl da radę w nowej sytuacji się odnaleźć, czy w grupie rówieśniczej się odnajdzie. Może serce mu z tęsknoty pęknie...

Wybór?

***

Posłanie, jedzenie, klatka, uszne medykamenty w razie czego, książeczka zdrowia spakowane były od rana w pakiecie z Sierściuszkiem. Dziś rano Henia pojechała z Altówkami na psie ferie na ich wieś, na dwanaście dni. Przy zdrowych zmysłach trzyma mnie tylko to, że wiem dokładnie, gdzie Henia pojechała, mam ogromne zaufanie do mądrych serc Altówkowych i pamiętam, że Henia tam na wsi ma serdeczną koleżankę i fajne psie towarzystwo.

*

Cisza. Zadziwiająca. Dźwięku lizanych łap brak. Nikt nie poprawia sobie futerka. Ciężaru psiej łapy nie czuję na stopie, gdy obieram jajko na twardo. Żadne psie oczy nie patrzą na mnie. Kudłate ciało nie podrywa się, gdy podnoszę się z krzesła. Na wieczorny spacer nie idziemy. Zadziwia mnie pustka tą ciszą malowana. Nie pamiętam już życia bez psa, bez Heni. Przytulisko też nie pamięta.

*

Wylatujemy jutro. Do Stada Bliźniaczej Liczby. Po raz pierwszy w życiu będziemy z Sadownikiem siedzieć w tym samym samolocie. Ciekawe, kto dostanie miejsce przy oknie, Matka w wersji tęskniącej?

sobota, lutego 09, 2013

670. Święto Mężczyzn kochanych

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Gdy jeszcze nie wiedziałam, że Sadownik jest na świecie, czasem wracając do domu topolową aleją podśpiewywałam sobie z nadzieją:

Jesteś Gwiazdką na niebie,
a ja tu czekam na Ciebie...

*

Przypomniałam sobie o tym, gdy przed chwilą usłyszałam w radiu tę piosenkę. Obwołałam dzień dzisiejszy Świętem Mężczyzn kochanych i myślę sobie cieplutko o kilku Takich, których Kobiety mam szczęście znać...

Mikromusic, Takiego chłopaka.

Panie Losie, dziękuję za Pięknie Dobrego!

piątek, lutego 08, 2013

669. Oda do młodości

Sadownik:
(w wersji studencko-dziobiącej,
bulwersuje się przeczytanym właśnie esejem
i łapie oddech informując koleżankę-Małżonkę
)
Ta suka, Fotografia, jest młoda,
nie ma jeszcze dwustu lat!

Jabłoń:
Och, jaka ja jestem młodziutka.

czwartek, lutego 07, 2013

668. Bardzo szybki kolor

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

W poniedziałek przelewałam się przez ręce.
We wtorek spałam 20 godzin.
Dziś dowiedziałam się, że to efekt uboczny antybiotyków, które brałam.
Wczoraj już wracałam do siebie.
W drodze od Akuszera przykuł mą uwagę kolor za szkłem.
Zdziwiłam się, aktualizując prywatną bazę danych o otaczającym mnie świecie. Do wczoraj myślałam, że Ferrari robią tylko w kolorze czerwonym, czarnym lub białym. A tam, w mijanym przeze mnie salonie stało żółciutkie!

*

Czego chcesz? Nie krępuj się. Nie ograniczaj. Popuść wodze wyobraźni. Dlaczego nie? Więc? Czego chcesz? Jest tylko jeden mały kruczek.

Czy jesteś gotów wziąć odpowiedzialność za swoje pragnienia? Znaleźć w sobie odwagę, by zrobić pierwszy, drugi i kolejne kroki? Zamknąć inne, być może wygodniejsze, drogi? Porzucić srebra rodowe? Opuścić oczywisty kształt szykowanej dla Ciebie foremki? Narazić się na śmieszność, wykluczenie, wygnanie?

*

Żółte Ferrari stało się dla mnie symbolem brania odpowiedzialności za każdą chwilę. Każdy krok jest decyzją. Chcę, by zawsze była to moja decyzja. Lżej i cudniej się zrobiło. Jakoś znów czuję, że bardziej Jestem. Rosnę sobie...

niedziela, lutego 03, 2013

(666+1). Ad

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Ad 279. Sprawa wciąż żywa. Niestety, testament pomógłby tylko w połowie. W tej kwestii bezdzietne pary (bez względu na orientację seksualną) mają przerąbane.

Wszystko runęło w dniu, kiedy okazało się, że Maciek nie zostawił testamentu. Nie zostawił, ponieważ był przekonany, że ślub załatwia sprawę. Tymczasem małżeństwo nie dało mi żadnego zabezpieczenia wobec faktu, że nie mieliśmy wspólnych dzieci. To, co rozpoczęliśmy razem, musiałam dokończyć sama, a pieniądze przeznaczone na ten cel — oddać rodzinie. Mówiąc językiem targu, zostałam oszukana. Mówiąc językiem miłości — oddałam wszystko, nie otrzymując w zamian niczego prócz wspomnień. Maciek umarł jak chłopak, który wkręcił swoją dziewczynę w posiadanie drogiego samochodu i podróż do Ameryki, a potem okazało się, że samochód jest własnością wujka, a ona musi przez pół świata wracać na rowerze. Oczyszczająca to była wycieczka.

Agnieszka Kowalska, Czas na mnie. Opowieść o Maćku Kozłowskim,
Wydawnictwo Czarne i Czerwone, Warszawa 2013.
(wyróżnienie własne)

666. Magiczne spotkania

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Spotkałyśmy się nie spotykając się nigdy.

Spotkanie I. To było przed Erą Psa. Chodziliśmy z Sadownikiem na spacery na Cmentarz Wojskowy. Odpocząć, zadumie się oddać, złapać właściwą perspektywę rzeczy. Pamiętam jak dziś. Jedną z alejek szliśmy. Świeże wieńce. Świeżo ubita ziemia. Śmierć, która nas tego dnia zaskoczyła. I kosz niezapominajek. Prostokątny. Wiklinowy. Przytrzymał mój wzrok. Przeczytałam na wstążce: Kocham Cię. Żona. Za serce chwycił mnie i kosz, i tekst.

Spotkanie II. W ostatni poniedziałek lub we wtorek, ale nie później, bo we wtorek zamówiłam książkę, usłyszałam Jej głos w radiu. Jasny, ciepły, wyjątkowo żywy, pogodny. Nie do zapomnienia.

*

Tak, wiem. Aktorzy umierają. Nie jest to jednak dla mnie powód, by kupować i czytać nekroksiążki. Jednak wspomniane dwa spotkania zadecydowały. Nie było dyskusji. Zamówiłam. Czekałam. Przetupywałam, a gdy przyszła chapnęłam w mgnieniu oka.

Spotkanie III. To nie jest książka. To wiersz prozą pisany. Metafizyka i mistyka stosowane. Bezkresny akt wiary, nadziei i miłości. Dziękuję za przypadki, które mnie do tej książki doprowadziły. 

„Dziwki, wykończycie mnie!” — grzmiał, sięgając po portfel na widok kuriera, który nadjeżdżał z zamówioną paszą dla koni. Ładował worki na taczki i mruczał pod nosem: „Końskie pijawki”. Ale mówił też, że woli ze mną stracić, niż z innymi zyskać i że nigdy w życiu nie przypuszczał, że będzie jeszcze kiedyś taki szczęśliwy.

*

(...) wtajemniczeni wiedzą, że we wszechświecie pustka, czy też próżnia, jest tylko skoncentrowaną energią potencjalnych zmian.

*

Umarli dają nam życie. Przede wszystkim życie. Nie wolno tego zmarnować, chociaż prościej, dużo prościej byłoby się schować w cieniu tej śmierci. Mieć wymówkę od własnego szczęścia, własnej drogi, własnych pomysłów. Już nic tylko celebrować błyszczące czernie, układać ołtarze i szorować groby.

*

Pies pod wieloma względami wydaje mi się stworzeniem doskonalszym niż człowiek. Pies ma sens, wszystko w nim gra, jest skończonym dziełem Boga. Szczęśliwy pies jest całkowicie szczęśliwy, a pies nieszczęśliwy zachowuje swoją całkowitą niewinność. Nie ma w nim mroków i powikłań właściwych ludzkiemu gatunkowi. Przebywanie ze szczęśliwym psem jest uzdrawiające. (...) Pan Bóg czyniąc nas panami stworzenia, spodziewał się, że wykorzystamy naturalne źródło czystej energii istot tak niezakłamanych i spontanicznych. Podejrzewam, że decyzję powyższą powziął w pijanym widzie, a kac tłucze go do teraz. Jak można było czemuś tak niedoskonałemu jak człowiek powierzać coś tak doskonałego jak zwierzę?

*

Jak się dobrze zastanowić, codziennie dzieje się coś znaczącego, chodzi tylko o to, żeby mieć otwarte oczy. „Mama zostawia mi pieniądze na życie, tak jakby życie to było śniadanie, obiad i kolacja. A życie mieści się akurat pomiędzy” — zapamiętałam to z książeczki dla dzieci. Staram się o tym nie zapominać nawet w obliczu katastrof. Generalnie nie jest ważne to, co się wydarza, tylko jaki to ma dla nas sens.

*

Jak twierdzą mądrzy mistrzowie Wschodu: „Miłość to nie jest żadna czynność do wykonania — to stan naszego istnienia”.

*

Moje życie to coś, co mnie zobowiązuje. Nie powinnam go zmarnować ani przekreślić. Jest moim dziełem. A jeśli nawet postanowię go oddać, niech to nie będzie akt rezygnacji, tylko świadoma decyzja. Moje życie należy do mnie i tylko do mnie. Nawet jeśli tracimy wszystko, mamy jeszcze własne, nienaruszone życie. Tak rozumiem wolność.

*

Dzieci z zachwytem odkrywają świat i niewiele im trzeba do szczęścia. Wystarczy nie przeszkadzać. Zachwyt nad światem to coś, co tracimy najszybciej. Dorosły człowiek jest już zwykle ślepcem. Nie widzi większości barw, nie czuje smaków, nie odbiera zapachów. Życie zagrożone to życie odzyskane. Świadomość, że wszystko przemija, jest równie stymulująca jak dziecinne przekonanie, że wszystko trwa wiecznie. W pierwszym przypadku, skłonni jesteśmy uważniej się nad światem pochylić, w drugim — z niczym się nie śpieszyć.

*

Co jest największym szczęściem w nieszczęściu? Przemijalność. Wszystko, co może boleć, męczyć, psuć się, zatruwać, rozlatywać — przemija, jest śmiertelne. Śmierć czyni zło śmiertelnym. Materia, z której się składamy (ponoć jest jej w sumie niewiele), jest śmiertelna. Tak miłość, jak i cierpienie zaczynają się w materialnym świecie. Cierpienie odchodzi razem z materią. Miłość znakomicie sobie bez niej radzi. Można powiedzieć, że nawet lepiej.

Agnieszka Kowalska, Czas na mnie. Opowieść o Maćku Kozłowskim,
Wydawnictwo Czarne i Czerwone, Warszawa 2013.
(wyróżnienie własne)

(659+6). Członek na gwałt potrzebny!

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Zaatakowała mój estetyczny zmysł pod koniec grudnia. Zadziwiła. Uznałam, że to kolejne stadium starzenia się, skoro mnie nie zachwyca ta piosenka.

Zaglądam to tu, to tam. Deklaracje nielubienia czytam, że nie trafia w gusta wysubtelnione studiami podyplomowymi, że nigdy, przenigdy, kto to słyszał, ależ skąd! Ale kliknąć u tych piszących guziczek mogę i wysłuchać w wersjach kilku.

Czemu ta piosenka do mnie się dobija? Hmmmm. Zamyśliłam się.

*

POP-owskie ćwiczenie sobie machnęłam w krokach następujących:

  1. Obejrzyj. Zwróć uwagę na to, co cię wkurza, denerwuje, do szału lekkiego doprowadza, gusta twe rani.
  2. Opisz najdokładniej ów „znielubiony” szczególik.
  3. Stań się osobą, która ten szczegół ma i uwielbia go mieć. Przerysuj, sparodiuj. Zauważaj, kim się stajesz. Zaśpiewaj. Zatańcz. Pobaw się tą nową tożsamością.
  4. Odkryj, co jest w tym fajnego.

Weekend, Ona tańczy dla mnie.

*

Zrobiłam.
Ad 2. Sposób, w jaki usteczka składa, oczami przewraca.
Ad 3. Było super „otmurzdżyć” się na maksa.
Ad 4. Zachwytem w oczach polerowałam wszystko, co padło na moje siatkówki. W tym stanie pokochałabym panią Pawłowicz i każde nieokrzesane zdanie, które z jej ust wzięło początek.

Cieszy mnie nieustająca dyskusja, wymiana myśli, komentarzy po elitarnym występie Posłanki. Tak miło mi ze świadomością, że wokół wrażliwi, mądrzy ludzie.

Rozmarzyłam się...
Apeluję do Posłów, Członków Prawej Strony Idei Porządku Społecznego, by ujawnił się Ten, co Posłance tę piosenkę w miłosnym widzie zaśpiewa. W końcu Ona tam [w Sejmie] jest i dla Pana tańczy, panie Pośle, na tej mównicy. Po co my mamy to oglądać? Niech Pan Ją porwie i w sercu schowa na dnie. Niech Pan nie będzie nieczuły. Niech Pan się odważy! Niech Ona nie woła na puszczy. Będą Państwo najbardziej użyteczną Parą tej kadencji Sejmu. Jej ramiona ukojeniem dla Pana będą. Przy niej poczuje Pan, jak smakuje miłość. To pewne!

664. Perełka

// po-superwizyjna perełka:

663. Jam ci nieklatkowana

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Klatka. Stała się dla mnie symbolem mojego osobistego rozwoju. W zasadzie to nie klatka, a krótka chwila, gdy nieznana mi Świadomość klepie mnie po ramieniu mówiąc przy okazji: patrz! No i widzę. Po pierwsze, zauważam samo istnienie klatki, którą stanowi pewien zestaw konstruktów myślowych, przekonań, społecznych mitów, które próbują mnie definiować, określać, sens nadawać. Po drugie, dociera do mnie, jak bardzo się do tej pory starałam, by w owej klatce zmieścić się za wszelką cenę i, o zgrozo, widzę, jak bardzo mi się to nie udaje, ponieważ jakbym się nie odwracała, kuliła, wygibasy uskuteczniała, gdy już myślę, że się udało i sama przed sobą chcę triumf odtrąbić, okazuje się, że ogon wystaje, ucho się nie mieści, kawałek łapy wychodzi poza umowną krawędź normy klatką wspomnianą opisywaną. To wielki moment, w którym nie potrafię już zrozumieć, po jaką cholerę ja w tej klatce mam się mieścić, zamiast zwyczajnie ją opuścić.

*

Nie mieszczę się w wielu normach. Nie wiem, czy można się do tego przyzwyczaić... Każde odkrycie, że nie chcę się w nich mieścić jest niesamowicie uwalniające.

*

To nie stało się wczoraj. Nie po raz pierwszy. Dwa tygodnie temu. Szłam. Już nie pamiętam gdzie. Pamiętam tylko na którym chodniku, Świadomość grzmotnęła mnie w plecy.

Chronologicznie, dużo, dużo wcześniej, zaczynałam się martwić, że status bezdzietnej matki stracę 4 maja 2013 roku, gdy Heniutka stanie się już dojrzałym psem. Okoliczność łagodząca, że pies wymaga opieki i nawet najlepiej intelektualnie rozwinięty może się równać co najwyżej z ludzkim trzylatkiem, była niewystarczająca. Czarne wizje zamykania bloga lub nieprawnego używania etykietki krążyć zaczynały. Zresztą, po co komu ten blog, westchnął krytyk…

Nakreśliwszy scenę, zalążki dramatu niewydarzonego, należy napisać o tym, przed czym nie ma już odwrotu.

*

Dotarło do mnie, że klatka z terminem „matka” zakłada konieczność istnienie rekwizytu, jakim jest dziecko. To ono, bez względu na to, co się robi, legitymizuje możliwość posługiwania się terminem „jestem matką”. Społecznie kształt tej klatki jest precyzyjnie dookreślony — dziecko ludzkie, najlepiej własne; jak nie może być własne, to w drodze wyjątku cudze. Świadomość po plecach gołymi stopami mi się przebiegła i dotarło do mnie, że klatka, choć ciut rozciągnięta dzieckiem innego gatunku, do niczego mi nie jest potrzebna. Rozejrzałam się i poza klatką całe continuum „matczyne” zobaczyłam: pięcioletnią dziewczynkę poprawiającą kocyk psu; mężczyznę zdejmującego przerażonego kota z drzewa; człowieka, który tuli załamanego przyjaciela. Do dziś pozostaję w zdumieniu, po co komu ta klatka? By ranić, ograniczać?

Do Świadomości się uśmiechnęłam.
Jestem fantastyczną Matką. Jestem Pełnią. I już.

Ty też. Jeśli chcesz. Jeśli tak zadecydujesz. I co Ty na to?

Też Matka, źródło.

środa, stycznia 30, 2013

662. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Omijam. Nie czytam Jej tekstów. Nie czytam Jej książek. Nasza znajomość ogranicza się do przyjemności, jaką mam, gdy spotykam Jej uśmiech w przypadkowo wertowanych czasopismach. Nie ma chemii — powiedział z rezygnacją mój Animus — przyciągania, energii, nic.

Omijam. Wciąż. Z jednym małym wyjątkiem. Pokochałam Jej psychologizujące wiersze. Jeśli wydała je drukiem, proszę mi o tym donieść, szybciutko!

Jestem sobie dana
od Kogoś
Mozolnie posuwa się
to przyjmowanie
Ale powoli
pnę się
do siebie



ciało odrętwiałe
wyjmuję z łóżka
kto wyjmuje?
i wystawiam na słońce
choć miało już nie wstać
zalęga się podejrzenie
i prawie pewność

że ktoś o mnie dba



I najlepsze z najlepszych na koniec, na deser:

Łatwo mnie ośmieszyć
ale nie dotknąć
Łatwo mnie dotknąć
ale nie poruszyć
łatwo mnie poruszyć
ale nie przesunąć
łatwo mnie przesunąć
ale nie zmienić
łatwo mnie zmienić
ale nie wyrwać
można mnie wyrwać
ale nie zniszczyć
można mnie zniszczyć
ale nie zabić
można mnie zabić!

ale jestem

Katarzyna Miller w Spirala 2013. Duchowe dziedzictwo kobiet.
Siostrzeństwo,
Wydawnictwo Berckana, Józefów 2012.
(wyróżnienie własne)

wtorek, stycznia 29, 2013

(659+2). Na Gigancie

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Uciekłam. Wczoraj. Od świata norm. Społecznych oczywistości i porządku naturalnego.

Uciekłam. Do świata subiektywnego. Do życia pod obstrzałem permanentnej niepewności. W napięciu trzymały mnie te literki. W zachwycie trzymały mnie słowa — kreślące nastrój, kształt chwil — opisujące wszystko to, czego nie sposób opisać do końca. Uciekłam do świata delikatnej uważności, uważnej delikatności.

(...) najciemniejsze moce rodzą się z takich drobnych, niepozornych chwil w ciszy. Z takich dodanych do siebie chwil milczenia. Potem nie sposób nad nimi zapanować, mają własne życie.

*

Pomyślałam, że widocznie nie można czuć się dobrze, mieszkając na walizkach, pośród przypadkowych przedmiotów pochodzących z innych domów. Przedmioty powinny się osiedlić tak jak ludzie, inaczej zwiększają jedynie poczucie bezładu i tymczasowości.

*

Czekanie to dziwny okres, powoduje ogromne i nieusuwalne zniszczenia, nawet jeżeli umie się czekać.

*

Czekanie to złożona sprawa. Z taką intensywnością przemierza się wielkie odległości, pozostając jednocześnie w całkowitym bezruchu. Najlepiej podzielić je na małe odcinki i spróbować pokonywać każdy oddzielnie. Nie można pozwolić, by ta przestrzeń ukazało się w całości — to ściąga momenty zupełnej klęski, kiedy leży się z otwartymi oczami pośród nocy, świt nie kryje się w żadnym odgłosie uśpionego domu, w żadnej wyimaginowanej dziennej smudze światła. Albo siedzi się w kącie kuchni, na podłodze z meksykańskiej terakoty, między zlewem a kuchenką gazową, blisko ziemi jest najbezpieczniej.

*

W 2001 najbardziej przestraszyło mnie to, że czas przestał być samodzielny, już nie można go było zostawić własnemu losowi. Czułam, że muszę nieustannie wspierać jego bieg, sam sobie nie da rady. Bałam się sprawdzić, czy upływa bez mojej pomocy. A jeżeli nie upływa? Jeżeli nie starczy mi sił, by nad nim czuwać, utknę w próżni, w zawieszeniu. Wojtek nie zginie na wojnie, po prostu nie wróci, już nigdy się nie spotkamy, ponieważ ja nie zdołam przebyć tych tygodni dzielących mnie od jego powrotu.

*

(...) — To jak czekanie na diagnozę wyjaśniam, żeby mu [Siwemu – terapeucie] jakoś pomóc. — Człowiek czuje się lepiej, kiedy już wie. Może się przestać bać, że jest śmiertelnie chory. Ten rodzaj strachu się skończył, teraz może zacząć walczyć.

*

Ale przeszłość, jakakolwiek by była, zawsze jest siłą człowieka, ponieważ tylko dzięki niej można coś naprawić. I dlatego wierzę w swoje udane życie.

Grażyna Jagielska, Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2013.
(wyróżnienie własne)

sobota, stycznia 26, 2013

(659+1). Prawo i Spełnienie

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jabłoń:
(słucha specjalistów sejmowych)

Poseł Górski upadł Jabłoń moralnie, a potem uświadomił, że „miłość małżeńska prowadzi do prokreacji, do urodzenia dzieci”.

Jabłoń:
Kochanie, Mądry Inaczej jest pewien,
że ja Cię wcale nie kocham.

Sadownik:
(Z przekąsem)
Noooo.

(mija chwila)

Sadownik:
(śmieje się być może na wspomnienie
wyjątkowo udanego seksu przedmałżeńskiego
)
Wróć! Wróć! Posłuchaj!

Jabłoń:
(słucha)

Poseł Męski Błysk Intelektu: „jedynie małżeństwo uzasadnia intymne współżycie”...

Jabłoń:
(zachichotała)
Nooo, to Jarek albo jest prawiczkiem, albo złamał prawo.

659. Oburzona na Pannę Błysk Pawłowicz

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Szanowna Pani,

Jestem osobą, z której, według Pani definicji,
społeczeństwo nie ma żadnego pożytku.
Społeczeństwo funduje mi moje słodkie życie.
Mam to szczęście tylko dlatego, że jestem osobą heteroseksualną.

*

Cisnąć kamieniem aż się chce. W ten niebywały wzór trwałego, niejałowego życia. W tę nieporuszoną pewność i oczywistość, które pozostają nieskalane refleksją nad sobą. Z pani to dopiero jest pożytek. Tak bardzo nie chcę Pani fundować słodkiego poselskiego życia... Kiedy ostatni raz kochała Pani człowieka? Kochała, nie poszła z nim do łóżka? Wstyd mi za panią. Wstyd tak bardzo, że muszę tu zostawić ślad oburzenia. Nie zgadzam się na ten poziom debaty społecznej. Ten poziom nie trzyma poziomu.

*

Jeśli tylko możesz, nie pozostaw tego wpisu bez komentarza, proszę. Każde wypowiedziane, mądre, pełne miłości słowo zmienia Świat, a Świat tej zmiany potrzebuje jak wody, powietrza, ognia i ziemi.


[Związki partnerskie - dzień w Sejmie (fot. Agencja Gazeta/sejm.gov.pl)]

658. Telefon do Kochanka

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jabłoń:
(dzwoni do Pracującego)

Sadownik:
Dzień dobry, dzień dobry!

Jabłoń:
Dzień dobry, chciałabym porozmawiać z moim Kochankiem.

Sadownik:
Och, to źle się dodzwoniłaś, jestem twoim Mężem.

Jabłoń:
To mnie przełącz, proszę.

(i sobie porozmawiali...)

piątek, stycznia 25, 2013

657. Schabowe porozumienie krwi

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Gdy byłam dzieckiem, moim największym marzeniem było, by Mama kupiła kilo schabu, pokroiła, usmażyła i pozwoliła mi to wszystko zjeść.

Ona. Czwarte dziecko Jej-Mamy. W każde szkolne wakacje była opiekunką swojego młodszego o trzy lata brata z aberracją chromosomu 21. Nie wiem, czy czuła się ważna. Nie wiem, czy czuła, że Jej potrzeby są w ogóle dostrzegane. Obiecała sobie, że własnym dzieciom wolności nie zabierze.

Jabłoń. Pierwsze dziecko. Troszkę pod presją Jej-Mamy stworzona: bo jak nie teraz, to potem nie będzie wam się chciało — mówiła. Jabłoń całkiem dorosła od piątego roku życia. Jej dziecięce potrzeby wciąż odkrywam. Jedno jest pewne, wolna czuje się od zawsze.

Poskładałam strzępki faktów, kawałeczki subiektywnych opowieści rodzinnych. Ona. Jabłoń. Tak dalekie. Tak bliskie. Historia domknęła się wczoraj, gdy Orzeszek, po świeżutko zażytej IV chemii powiedziała: nawet nie wiesz, jak marzę o schabowym. Stara historia na moich oczach się domyka. Ciekawa jestem Nowej. Schabowe. Będziemy jeszcze smażyć. Piękne!

Piękne życie jest tak niebywale proste, a ta prostota czasem tak trudna, zanim przyjdzie na nią właściwy czas. Bose stopy — powtarzam jak mantrę — bose stopy!

(655+1). Bose stopy... po!

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Wczoraj. Spontanicznie poszliśmy. Z tego filmu nie da się wyjść na nogach, na których się weszło do sali kinowej. Nic już nie jest takie jak było. Niech trwa!

Śniegu nie przybyło, ale cud, jakim są bose stopy sunące wieczorem z łazienki do sypialni stał się jeszcze większym Cudem.

czwartek, stycznia 24, 2013

655. Miłość, śnieg i bose stopy

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jabłoń:
Tęsknię za Tobą…

Sadownik:
Śpię z Tobą, gadam z Tobą,
psa Ci wyprowadzam…
nie przesadzasz troszeczkę?

(ubawiona sierściuchowym argumentem)
Jabłoń:
Śpisz. Gadasz. Wyprowadzasz. Fakt.
(po chwili)
Tęsknienie to nie zarzut.
To bardzo miłe tęsknić za Tobą
i wciąż nie mieć Cię dosyć.

*

A śnieg pada i pada… Im więcej go jest, tym większy staje się cud, jakim są bose stopy sunące wieczorem z łazienki do sypialni.

wtorek, stycznia 22, 2013

654. Psie prawo zbójeckie

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Sadownik:
(dbając o różnorodność pokarmową Jabłoni
postawił dla niej na stole otwarty już pojemniczek z jogurtem
)

(po dobrej chwili, gdy przy stole usiadła)
Jabłoń:
Zobacz, zobacz! Jak ślicznie Suk siedzi!

Sadownik:
A co ona ci mówi?

Jabłoń:
(gapi się na Henię i tu, i tam... i nic)
Nie mam pojęcia.

Sadownik:
To proste: „jedz ten jogurt, bo chcę pudełko”.

(i wszystko jasne!)

poniedziałek, stycznia 21, 2013

653. Już!

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Ta książka długo sobie mnie używała. Całe 10 dni. To najdłuższa książka, jaką czytałam od lat. Nie czytałam, żułam zdanie po zdaniu. Zatrzymywałam się. Smakowałam. To książka o bezkresnej ludzkiej namiętności wychodzenia naprzeciw nieznanemu. To również książka o dotykaniu niebezpiecznego człowieczego nałogu zamieniania niepoznanego w oczywistą pewność. Wiele w niej historii bez jednoznacznych zakończeń, można więc snuć… Dla mnie to też książka o tęsknocie, by rozumieć świat. Dzięki Po30stko, dzięki!

(...) każdy dystans jest sam w sobie nieskończony, każdy punkt otwiera kolejne przestrzenie nie do pokonania, a że każdy ruch jest złudzeniem, wędrujemy w miejscu.

*

(...) Życie? Niczego takiego nie ma; widzę linie, płaszczyzny i bryły, i ich przemiany w czasie. Czas zaś wydaje się prostym narzędziem do mierzenia drobnych zmian, szkolną linijką z uproszczoną podziałką — to zaledwie trzy punkty było, jest i będzie.

*

Może Filip Verheyen wpadł na ślad ukrytego porządku — może w naszym ciele mieści się cały świat, mitologia? Może istnieje jakieś odzwierciedlenie wielkiego i małego, ciało człowieka łączy w sobie wszystko ze wszystkim — opowieści i bohaterów, bogów i zwierzęta, porządek roślin i harmonię minerałów? Może powinniśmy podążać z nazwami w tym kierunku — mięsień Artemidy, aorta Ateny, młoteczek i kowadełko Hefajstosa, spirale Merkurego.

*

(...) uśmiecha się pod nosem, delikatnie, ciut ironicznie, jak ktoś, kto właśnie usłyszał subtelny dowcip. Żart, którego pointa nie mieści się w ostatnim zdaniu, ale w oddechu opowiadającego.

*

     — Trzeba nazywać rzeczy po imieniu... — zaczyna, a ona mu przerywa.
     — Ba, żeby tylko wiedzieć, jak mają na imię.

*

Kiedy jego syn było mały, kiedy był niemowlęciem, Kunicki nie myślał o nim jako o człowieku. I to było dobre, bo byli blisko. Człowiek jest zawsze daleko. Nauczył się sprawnie zmieniać mu pieluchy, robił to kilkoma ruchami rąk, trzaskały tylko napy pampersów. Zanurzał jego małe ciało w wannie, mydlił mu brzuch, potem zawiniętego w ręcznik niósł do pokoju i ubierał w śpiochy. To było łatwe. Gdy ma się małe dziecko, nie trzeba się nad niczym zastanawiać, wszystko jest oczywiste i naturalne. Lgnienie dziecka do piersi, jego ciężar, zapach — swojski i rozczulający. Ale dziecko nie jest człowiekiem. Staje się człowiekiem, gdy wyrywa się z ramion i mówi „nie”.

Olga Tokarczuk, Bieguni,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008.
(wyróżnienie własne)

piątek, stycznia 18, 2013

(651+1). def. Dorosłość Prawdziwa

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dorosłość. Gdy 18 lat ukończymy? Gdy, jak to się kiedyś mówiło, „wyjdziemy” z domu? Gdy stajemy się odpowiedzialni za inne życie? Gdy kryzys wieku średniego przeżyjemy i drugą część życia zaczniemy wieść?

Dorosłość Prawdziwa? Gdy w Rodzicach — zamiast widzieć Matkę, Ojca — Parę zobaczysz. Niepowtarzalną. Jedyną w całej Galaktyce. Nieoczywistą. Cenną. Kruchą i śmiertelną. Zamiast Matki, Ojca, Ludzi w Nich dostrzeżesz. Tak bardzo innych od ciebie, jakby byli z innego świata, zwykłych, grzesznych, niedoskonałych i... zgadzasz się na Nich, takimi jakimi są. I cieszysz, że wciąż są.

Dorosłość Szczęśliwa? Masz farta, Dorosłość Prawdziwa chwyta i trzyma Cię za rękę, gdy Oni jeszcze razem na tym świecie koniec z końcem wiążą, mają swoje wspólne życie, swoje sprawy i poglądy. Pozostaje Ci już tylko jedno, kibicować Im. I robisz to... z przyjemnością. Z ogromną!

(źródło: wpis 644.)

czwartek, stycznia 17, 2013

651. Wisieńka na torcie szczęśliwego dnia

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Pamięta. O tej nie, bo serial. O tej nie, bo film. Wstrzela się. 20:44. Zieloną słuchawkę wciska. Po minucie rozmowy słyszy teatralny szept Orzeszka:
     — Na Trójkę nastaw.
     I przypomina sobie, że o 20:50 czytana jest powieść. Zapomniała. Dobrej nocy życzy i czerwoną słuchawkę wciska. I cieszy się jak głupia, że wciąż są razem i jak zwykle nie mają czasu.

środa, stycznia 16, 2013

(643+7). I rocznica urodzin ALTO OBI Dream Team


(648+1). Gdy na jawie zęby śnisz

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Mycie zębów. Codzienny rytuał dbania o doczesne dobro. Zatrzymał mnie wczoraj. Natura i skończoność mycia zębów dopadła moją świadomość. Proceder to intymny i, matematycznie rzecz ujmując, dyskretny, bo choć rozciągnięty nieznacznie w czasie, to nie sposób umyć zęby, powiedzmy, trzy i pół razy. Żadne ułamki z dziesięcioma miejscami po przecinku nie wchodzą w rachubę. Dbając o parytet gramatyczny pytanie brzmi: myłeś czy nie myłaś zęby?

Mycie zębów. Intymne, określone liczbą, która jest nie tylko całkowita, ale również... skończona. Ograniczoność tej liczby odkryłam wczoraj nad wieczornym zlewem. Dotarło do mnie, że któregoś dnia moje życie ostatni raz będzie szorowało swoje zęby. Świadomość tego faktu, póki co niedokonanego, spowodowała, że mycie zębów łagodnie przemieściło się z puli nudnych obowiązków związanych z codziennością do kategorii „przywileje”. Nie przepuszczę ani jednej okazji! Zkemi byłaby ze mnie dumna.

*

Odkrycie wczorajsze:

wtorek, stycznia 15, 2013

648. Pre-Pewniak

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

     — Poczułem się urażony. — Powiedział i poszedł do pracy.
Zamykane rano drzwi szczęśliwie oddzieliły go od jej złych snów i strachu.
Bo w niebie nie tylko śpiew, ale czasem cisza i pauz całe hordy szalejące...

Wieczorne wytchnienie. Taniec z cudownie opowiedzianą bają przykładam na smutek. Pomaga. Jutro będzie lepiej, to pewne.

Pilobolus, Shadow Dance.

poniedziałek, stycznia 14, 2013

(634+13). Poświąteczny subiektywnik (VII)

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Kiedy kończy się miłość? Gdy trzaśnie się drzwiami i postanowi nigdy nie wrócić? Gdy odda się wszystkie rzeczy onej lub onego? Gdy człowiek sobie powie, że to naprawdę już koniec? Gdy w końcu uwierzy, że odeszła lub odszedł? Gdy życzy onemu lub onej takiego samego cierpienia i rozczarowania? Gdy w nowy związek się wejdzie? Gdy obrączkę na palec komu innemu się wsunie? Gdy worek soli z kimś innym się zje, popijając wspólnymi łzami?

Nigdy nie zastanawiałam się nad tymi pytaniami. Spotkałam odpowiedź na miarę mego życia skrojoną. Miłość jest. Nie musisz onej lub onego już więcej spotykać. Nie musisz z nimi rozmawiać. Nie musisz o nich pytać. Nie musisz za nimi tęsknić. Nie musisz w swej głowie dysput z nimi prowadzić. Wystarczy, że pomyślisz o onej lub onym — z nienawiścią lub tylko mało pochlebnie, czy może szczęśliwie już w uwalniający sposób, życząc im z całego serca wszystkiego dobrego. W każdym z tych przypadków, gdy Twoja świadomość na chwilę przycupnie przy onym czy onej, miłość wciąż jest. Nie ma w tym nic złego. Tak cudnie jest być zdolnym do miłości i wysyłać ją w świat.

Miłość znika, przechodzi do świata niemożliwości, gdy przez rok* on lub ona w myśli żadnej nie pojawią się choćby na nanosekundę.

Jadąc na święta wspominałam z Sadownikiem pewne wydarzenia z młodości. Zdziwiłam się, gdy dotarło do mnie, że o onym nie umiem już myśleć.

_________________
*   rok? Dlaczego rok? Z linijką podchodząc do zagadnienia powiedziałabym 20% długości związku, ale to tylko nędzna empiria.

piątek, stycznia 11, 2013

646. Lokalny Tata

Jabłoń:
(wieczorem wybiera numer do Bliźniaczej Liczby, bo późno
i chce sprawdzić, czy wszystko w porządku u Chrobrego Baczka,
co spotkać się z koleżanką miał w planie
)

Sadownik:
Daj, daj!
(bierze telefon)
dobry wieczór... tu lokalny tata,
dziecko kochane, o której Ty wrócisz do domu?

645. Kronika „słychania”

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dwa dni przed Świętami moją uwagę zwróciło dwóch Afrykańczyków stojących przy okienku firmy z żółto-czarnym szyldem zajmującej się międzynarodowymi transferami pieniędzy. Poczułam się bardziej w kolorze. Tak, jestem uprzywilejowana, jestem Biała. Zaraz potem kalejdoskop w oczach zrobił pstryk i zobaczyłam nagle Święta Bożego Narodzenia jako Święta Segregacji Rodzinnej. Z przyjaciółmi wyściskani, odwiesiliśmy się nawzajem na kołek naszych połączonych światów i pojechaliśmy w rodzinną rzeczywistość spędzać czas... przeżyć, wrócić.

*

(Gepardzica z Jabłonią przez telefon ustaliły,
że strasznie dawno się nie widziały,
czyli w zeszłym roku przed świętami
)
Gepardzica:
Dobrze, że jest blog, to przynajmniej wiem,
co u was słychać i że wszystko jest w porządku.

(godzinkę później)

Jabłoń:
(zmywa, mówi coś do Sadownika
i kątem oka dostrzega, że Ten po jej blogu buszuje
)
Żabko, a Ty, co robisz na moim blogu?

Sadownik:
Chcę się dowiedzieć, co słychać w twojej głowie?

Jabłoń:
No przecież żyjesz ze mną, to wiesz.

Sadownik:
Tak, ale na blogu wszystko podane jest łopatologicznie.