Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam.
Jak to jest: żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć,
gdy prawie ci wmówiono, że jesteś taką Jabłonią?
Jak to jest kwitnąć przez cały rok? Rozkwitać każdego dnia?
wpis przeniesiony 4.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Sponsorzy Środy ● Las. Szybki marsz w towarzystwie grzecznej Heniutki wprawił krwioobieg w ożywczy taniec. ● Campanulka.Pozycja numer jeden z działu S.O.S. uruchomiona kilkanaście razy sprawiała, że łzy zmieniały swe zabarwienie emocjonalne. ● Akuszer. Strukturę tego, co się dzieje odsłonił. ● SuperPo30stka. Płakałam ze śmiechu czytając wiele fragmentów Momentu Niedźwiedzia. Ulgę niebywałą poczułam, że nie jestem sama w swych absolutnie porąbanych, nie do przyjęcia poglądach. ● Leśka. Zadzwoniła. ●
Sponsorzy Czwartku i Piątku ● Kuchnia. Z niebywałą, ogromną przyjemnością, w asyście Kudłatej gotowałyśmy i piekłyśmy szykując się na wyjazd do Chatki. ● Altówki. Spacer. Trening. Wspólne jedzenie. Sens w prostocie chwil odkrywany. Namacalny spokój dobrze przeżywanego życia. Spacer. Trening. ● Zwierzyna Altówkowa. Musiałam pachnieć resztkami nieszczęścia. Wylewność zwierzyny przeszła wszystkie moje dotychczasowe doświadczenia w relacji z każdym z Nich. ● Sadownik. Nieprzerwanie ze mną będący całe dwa dni. ● Pewna Firma. Zapomniała o umowie. ● Bystry Kurier. Zostawił trzy wielkie paczki u sąsiadów. ● Sąsiad. Poinformował nas, że przesyłka z Pewnej Firmy jest u niego. ● Łóżko. Od jego montażu jesteśmy starsi o 15 centymetrów. Czasy, gdy spaliśmy na ziemi poszły do lamusa. ● LOT. Bliźniaczą Liczbę wypluł z terminala przylotów dużo przed czasem. ●
Bo moje szczęście... usłane jest Ludźmi i Sierścią.
A dziś, jeszcze dobrze się dzień nie zaczął a zadzwoniła Bebe, by upewnić się, czy nie potrzebujemy pomocy.
Cóż można wobec tego wszystkiego. Tylko jedno. Dziękować, dziękować, dziękować! Dziękuję.
wpis przeniesiony 4.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Razu pewnego Kruk dziobał Orzech Włoski. Mocnym dziobem próbował dostać się do środka, dowiedzieć się, co sobie Orzech swą pofałdowaną miękką częścią myśli, czuje, przeczuwa, wie. Stuk. Puk. Neurotycznie. Stuk. Puk. Prawie ostatnich trzydzieści lat. I nic. Aż przyszła czarna noc i opadły kruczoczarne pióra. Swą Moc Kruka w sobie Jabłoń odkryła i Mądrość, że wystarczy jej, że wie, że Orzech miękkie ma. W stykających się ze sobą Sadach żyją Drzewka dwa: Jabłoń i Orzech, Orzech i Jabłoń. I niech tam, będą robić to długo i szczęśliwie.
wpis przeniesiony 4.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Nie widziałam wczoraj świata normalnie. Za szczypiącymi oczami był. Za czerwonymi białkami. Za łamiącym się głosem. Słuch za to wczoraj działał znakomicie. Soczyste nutki, akordy i pauzy. Pijąc kawę u Francuza, czekając na Toliniego usłyszałam stary utwór nowymi, wyostrzonymi zmysłami. Czułam dotyk następujących po sobie dźwięków. Słyszałam, co chciałam:
Chwilo, you are wonderful tonight!
Eric Clapton & Mark Knopfler, Wonderful Tonight.
Życie wczoraj wchodziło mi jak najlepszy deser. Łapczywie chwytałam chwile. Płakałam. Chwytałam. Jeszcze, jeszcze!
*
A gdy wróciłam do domu czekała mnie największa nagroda dnia, Sadownik wrócony z siedmiodniowej delegacji. I znów były łzy. Wzruszenia, że ja, że tu, że on, też tu.
*
Zarządziłam. Żadnego Święta Wszystkich Świętych w tym roku nie ma. Do chatki na psio-kocich łapkach jedziemy. Żyć mi się chce! Nie mam czasu na nic innego!
wpis przeniesiony 4.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Już wiem, że po POP-owsku jestem „bardziej” niż Ona. Gdybym to ja zachorowała, nie powiedziałabym Im o tym wcale.
*
Twarda. Zdystansowana. Milcząca. Niedostępna. Zimna. Na różnych etapach mego życia dużo mnie kosztowały te Jej cechy. Dużo nad sobą pracowałam, by pożegnać dziecięce nadzieje związane z tym co się wydarzyło, z tym co wydarzyć się już nie może. Mówią, że nadzieja umiera ostatnia. Jednak, gdy dziś w nocy umarły resztki mych dziecięcych nadziei, narodziło się ogromne pragnienie życia.
Twarda. Zdystansowana. Milcząca. Niedostępna. Zimna. Zobaczyłam Jej energię — energię orzecha włoskiego — jest piękna! Orzech, który prawie czterdzieści lat temu urodził Jabłonkę.
Mój Orzeszku — powtarzam swoją nową mantrę — bądź!
wpis przeniesiony 4.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Zadzwoniła. Zwaliła mnie z nóg diagnozą. Już jest w domu. Ósmy dzień po operacji. We dwójkę dziesięcioleciami budowali swój mały świat nie wpuszczając innych do środka. Wiedzieli od przeszło miesiąca. Milczeli. Jest twarda. Nie chce nic. Mówi, że da sobie radę. Taka już jest. Nie znam Jej innej. Niedostępna. Oddzielona murem od zawsze. Tliła się we mnie nieznana mi do tej pory nadzieja, że nie na zawsze...
wpis przeniesiony 4.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Mam Ogromny Przywilej asystowania na Polityce Relacji w nowej odsłonie. Poruszają mnie Te Zajęcia, Ci Ludzie, Ten wspólny Czas. Zamyśliłam się w kategorii Potrzeby... Wracałam do domu patrząc na ludzi, na ulicach, w komunikacji miejskiej. Wiele napisano i powiedziano o akceptacji innych ludzi, o tym, by kochać bliźniego swego, by szanować spotykanych na swej drodze obywateli. Napisano, powiedziano, nie najlepiej to działa w praktyce. Należy zacząć od siebie...
Wpadłam na szatański pomysł, by wraz z Wami napisać ten wpis. Zaczyna się tak:
*
Potrzeba akceptacji:. Czy akceptuję siebie? Swoje wybory? Swoje marzenia? Swoją seksualność? Swoją przeszłość? Swoje życie?
Potrzeba miłości: Czy troszczę się o swoje ciało dbając o nie co dnia? Czy ważne jest dla mnie to, co jem? Dbam o to, by nie pracować zbyt dużo? By odpoczywać? By bawić się? By marzyć? By czasem tylko być? By umieć prosić o pomoc innych? By móc się czasem odsunąć?
Potrzeba szacunku: Czy szanuję swój strach? Swoją ekspresyjność? Swoją niewiedzę? Swoją niepewność? Swoje potrzeby? Siebie? Swoje ograniczenia? Swoje nastroje? Swój czas?
*
Czy macie ochotę pobawić się ze mną? Zatrzymać się przy pierwszej, niewymienionej potrzebie, która przychodzi Wam na myśl? Zadać pytania, przy których nie można przejść obojętnie? Zapraszam Was bardzo serdecznie.
[propozycja, komentarze w konwencji] Potrzeba _________ _____________________________
wpis przeniesiony 4.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
— Pisałaś o śniegu? — Nie, Myszko. Nie pisałam.
*
Boże Narodzenie bez śniegu nie jest do końca Bożym Narodzeniem, prawda?
*
Wczoraj narodziły się Trzy POP-owskie Coacherki. Z egzaminu na egzamin czułam, że jest ogromnym przywilejem Im w tym towarzyszyć. Narodziły się pięknie. Musiał spaść śnieg. I spadł.
*
Czarny pies na świeżym śniegu to cud. Kropka postawiona na końcu banalnego zdania o niewyobrażalnym szczęściu, które się ma, ot tak, po prostu.
— Bo śnieg jest bardzo ważny — uzasadniła Heniutka. — Wiem i nie mogę się nadziwić, jak mogłyśmy żyć bez śnieżnego taga.
wpis przeniesiony 4.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Wiadomo, że jak rzucasz palenie... to regularnie odwiedzasz trafikę. Jak rzucasz jedzenie słodyczy... to chodzisz do najlepszej w mieście cukierni. Jak postanawiasz odpocząć... to rzucasz się w wir pracy. Wiadomo... Dlatego, żeby nie tęsknić wcale za bardzo konkretnymi ludźmi i ich wspaniałymi psami... oglądam ten film. I tęsknię. I zastanawiam się, jak dożyję do następnego seminarium... póki co, na osłodę Elmo, Mokra, Włóczykij, Maroe, Nina, Tinker, Safi, Granda... a Heniutka na to: ale ja jestem na wyciągnięcie ręki... i całe szczęście, Heniutex, całe szczęście!
wpis przeniesiony 4.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Dotknęła mnie wczoraj cudza bezdzietność, osaczona stadem dzietnych i dzietnych in spe, samotna, bezsilna, niezrozumiana, doprowadzona do stanu, w którym chce sens życia kobiety uśmiercić własnymi zębami.
Bezdzietność*. Przyglądałam się wczoraj swojej. Odkryłam nowe.
№1. Bezdzietność nie jest pojedynczą decyzją. Jest decyzją podejmowaną wielokrotnie, przez wiele lat. Więcej, im dalej w czasie, tym bardziej świadomie podejmowaną.
№2. Do wczoraj jakaś część mnie uważała, że za bezdzietność trzeba zapłacić cenę, często wysoką. W moim przypadku ceną tą był zerwany ostatecznie kontakt z najbliższą (w sensie krwi) rodziną [w naukach społecznych nazywają ten zestaw ludzi rodziną pochodzenia]. Przyglądanie się osobistej bezdzietności, zataczanie kolejnego koła wokół etykietki z tym słowem, krążenie myślami wokół wspomnianej, nieznanej mi kobiety, doprowadziło mnie do odkrycia, że to, co uważałam za płaconą przeze mnie cenę, nie jest kosztem wynikającym z mojej bezdzietności — to wydarzyłoby się i tak, tylko powód i okoliczności byłyby pewnie inne. Mogłoby się nie wydarzyć tylko wtedy, gdybym chciała rozmawiać o pogodzie, brać wodę w usta, chować głowę w piasek, zgadzać się na przekonania, które definiują ich-pochodzeniową-rodzinną rzeczywistość. Patrzę w tył, przyglądam się wspomnieniom i widzę, że to nie mogło się udać, a bezdzietność... cóż, nie ma nic do tego.
Dzięki Nieznajomej wyrzuciłam na śmietnik przekonanie, że za bezdzietność trzeba płacić i to słono. Bezdzietność po raz kolejny odczarowana. Wiedziałam już, że nie jest klątwą czy złą karmą. Wczoraj dotarło do mnie, że jest tylko i wyłącznie decyzją, która jak każda inna pociąga za sobą określone konsekwencje. W żadnym jednak razie nie zamyka drzwi, które mają być dla nas otwarte, drzwi do miłości, szczęścia, spełnienia, wielodzietności w bardzo szerokim znaczeniu.
Dziękuję dziś Nieznajomej śląc Jej dobre myśli i ogromną nadzieję, że szczęście już przy Niej murem stoi, tylko jeszcze go nie dostrzega.
________________
* na potrzeby tego wpisu definiowana jako „nieposiadanie” ludzkich dzieci.
wpis przeniesiony 4.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Wczoraj. Po zajęciach. Wsiadłam w Bawarkę. Maszyna grająca. Na smyki ustawiona. Ruszyłam.
„Coś” uderzyło mnie w krawędź świadomości, gdy jechałam po jednej z niedzielnie wyludnionych ulic. Dotarło do mnie, że ta konkretna Bawarka wypełniona konkretnymi, precyzyjnie odmierzanymi nutami i rytmem mojego bijącego serca… minie. Przyjdzie dzień, że nie będzie ani Bawarki, ani utworu, ani mnie. Może nawet nie będzie ulicy.
Powinnam poczuć smutek z powodu oczywistej nieuchronności? Poczułam bezcenną wartość fizycznie istniejącej Chwili. Nieoczywistość Jej istnienia… …wyrażoną tym, że została mi podarowana właśnie wtedy. I teraz.
wpis przeniesiony 4.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Sadownik: (z rana uchyla drzwi od łazienki, wkłada głowę i zagląda do środka) Kocham Cię, wiesz?
Jabłoń: No ba! W końcu nie jestem byle kim, jestem dziewczyną motocyklisty! Motocykliści mają zawsze wypasione dziewczyny, no nie?
Sadownik: No ba!
*
Z rana traktowałam to jako żart. W ciągu dnia miałam okazję zaobserwować, że inaczej chodzę, inaczej się czuję. Moje ciało melduje światu: Dziewczyna Motocyklisty idzie! No ba! „Sie" wie!
wpis przeniesiony 3.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Znacie to poruszenie, gdy pojawia się nowy członek rodziny? Pokaż zdjęcie! A ile waży? Ile mierzy? 10 punktów dostał! A jak ma na imię? O, jaki śliczny! Ochy, achy! Zachwyt uszami się wszystkim wydostaje. Przychodzą ciotki, babcie, drzwi się nie zamykają. Masz jeszcze jakieś inne zdjęcia? I telefony, i esemesy, i gratulacje, i esemesy, i telefony...
*
Przeżyliśmy coś podobnego dzisiaj rano. O 10.30 po zrobieniu zakupów, po wcześniejszym zaanonsowaniu się, że będę, wpadłam do pracy Sadownika, by ujrzeć nowego członka naszego Stada, którego już cała Sadownicza męska część Pracy zdążyła poznać. Wstępnie mówię na Niego Rosynant, choć o 8.00 rano, gdy jeszcze nie był stadny nazywany był Ślicznotką. Jest bardzo przystojnym nastolatkiem. Waży ponad dwieście kilo. Noooo! — powiedział z dumą Sadownik, gdy oglądałam zwierzę. Nie wiedzieć czemu, poczułam, że Bawarka jest teraz trochę bardziej moja i Heni — co tu gadać, dziewczyńska po prostu jest zbyt. Noooo! — mówię teraz ja, też z dumą, bo wyjątkowo seksowny Motocyklista mi się w życiu trafił.
*
Motor sobie dzisiaj Sadownik kupił i niby nie wiedzieć czemu natychmiast jest pięć centymetrów wyższy. Gdy patrzę na to, jak się cieszy, jakie ma plany, żartuję sobie, że o seksie mogę zapomnieć. Nadzieja szturcha mnie w bok i podpowiada: Noooo, chyba że... no już, zaproponuj mu seks na motorze...
wpis przeniesiony 3.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Wróciłam do przerwanego eksperymentu. Dziś 8/12. Wybrałam. Bestie z południowych krain. Pierwszy raz przed pójściem do kina poszukałam zwiastuna. Obejrzałam go. Przeczytałam mini-opisy. I?
I byłam na innym filmie niż wszystkie przeczytane opisy sugerowały, na głębszym, szerszym, innym niż zwiastun. Ten film jest przestrzenną opowieścią o życiu, śmierci, sensie, racji, definiowaniu świata, etycznych aspektach definiowania życia innym, naturze życia, wierze, oddechu... I?
I równie dobrze ktoś po obejrzeniu tego filmu może powiedzieć, że ten film jest jeszcze o czymś innym. Jednego jestem pewna, że jest to film usiany drobiazgami, za którymi ukryte są wielkie sprawy... Niech Was nie zmyli ta śliczna dziewczynka! To historia naszpikowana dylematami... przed którymi nie chcemy stawać.
...powiedzieli, że przyszli tutaj dla naszego dobra. Mocna kwestia. Dzięki temu po raz pierwszy usłyszałam to zdanie tak dobitnie, że zobaczyłam jak wiele było w mym życiu sytuacji, gdy moje dobro często lądowało jako argument, ostatni, bo więcej już nie było. Z perspektywy czasu, w większości przypadków nie o moje rzeczywiste dobro chodziło...
...Wszyscy tracą to, z czego powstali. Mocna kwestia w kontekście rodziców. Mocne w kontekście dojrzewania jako istota ludzka, która ku jakiejś pełni zmierza.
...I'm a little piece in the big, big Universe...
...You're a little piece in the big, big Universe...
wpis przeniesiony 3.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Miesiąc temu krzesełko w krzesełko z Gepardzicą siedziałyśmy.
Smocenty wtedy krzesełko w krzesełko z nami nie siedział — latał.
Nie przeczuwałam nawet, że później w samochodzie z Nimi złapię cug na gitary.
Od miesiąca piłowałam jeden z utworów zespołu Acoustic Travel Band jako namiastkę usłyszanych melodii podczas wracania do stolicy z Nimi. Dziś, Smocenty podarował mi kopię płyty, którą w ramach lajka mam zamiar jakoś zdobyć. Znów łomolę!
Travel Band, Acoustic.
*
Zawieszki zawodowo ścigam, niszczę, marudzę studentom... a tu? proszę... jak pięknie wyglądają... samotne jednoliterowce na końcach wierszy.
wpis przeniesiony 3.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Miotam się od wczoraj niczym dziecko z ADHD, ciesząc się na warsztat Dawn Menken, który już za miesiąc bez dwóch dni. Miotam się, bo myślę o paru Rodzicach, których chciałabym na ten warsztat zaprosić. Miotam się, bo myślę o paru Ludziach, których Wewnętrzne Dziecko i Wewnętrznego Rodzica też chciałabym na tym warsztacie zobaczyć. Miotam się, bo myślę o wielu Ludziach, z którymi chciałabym świętować poprzez wspólne uczestniczenie w tym warsztacie.
Dziś, niejako dla równowagi, pojawiła się na chwilę w mojej sali Ona — cudownej delikatności, filigranowa Nauczycielka języka japońskiego, by spytać mnie o jakiś detal techniczny w edytorze. Napisała dwa znaki... rozpoznałam pierwszy (nauka), więc zapytałam o poniższy... otrzymałam zachwycającą mnie odpowiedź i...
Życie
...i spłynął na mnie spokój, i mądrość ról (nauczyciela i studenta) ukryta w tych symbolach, i pewność, że Ci, którzy mają być na warsztacie, na pewno się na nim pojawią.
Student (nauka + życie) Ten, kto żyje, by się uczyć.
Nauczyciel (wcześniej + życie) Ten, kto urodził się wcześniej.
* Jestem Tą, która żyje, by się uczyć. Jestem Tą*, która urodziła się wcześniej.
wpis przeniesiony 3.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Z Bulwaru mych blogowych nałogów przytargałam to jakieś dwa tygodnie temu, bo... kolor mnie urzekł, bo... zdjęcia, ujęcia, kadrowanie, bo... zachwyt kobiecością mnie porwał... Ambre, dziękuję!
Jessie Ware, Running.
Po tygodniu, gdy zniżkę przy zakupie książek dostałam, dorzuciłam dyszkę i płytę całą przytargałam do Przytuliska. Od tej pory raz dziennie łamię prawo, gałkę głośności niepokojąco mocno w prawo przekręcam i jadę... pozwalam głośnikom rytmicznie pulsować, głośno ryczeć, wzdychać dwusylabem: Ambre, Ambre, Ambre. A gdy finalnie wracam do rzeczywistości grzecznej i odpowiedzialnej obywatelki, gdy cisza zapada, przepowiadam sobie w myślach: Ambre, dziękuję!
wpis przeniesiony 3.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Lubię oglądać listę fraz, po których ludzie trafiają na mojego bloga. Jest to dla mnie równie fascynujące jak powód, dla którego tu zostają czy wracają od czasu do czasu. Kilka dni temu zaciekawiła mnie fraza „uwolnić motyla reportaż”. Wbiłam literkę po literce w gugla i odkryłam, że ludzie ci trafiają do mnie przez przypadek szukając informacji o Autorce książki pt. Ołówek. Przeczytałam podczytnik, nie wahałam się ani chwili i… odebrałam ją w piątek z księgarni.
*
— Co ona powiedziała? — zapytała [kandydatka na opiekunkę] Janka [syn p. Katarzyny]. Nie zwróciła się do mnie, nie powiedziała, żebym powtórzyła, że mnie nie zrozumiała, że może z czasem uda się nam porozumieć. Dla niej nie istniałam jako osoba myśląca i czująca. Nie wiem, jak myśleli o mnie ludzie, którzy w mojej obecności zachowywali się, jakby mnie wśród nich nie było. Mówili o mnie w trzeciej osobie i patrzyli jak na przedmiot. Najgorzej, kiedy tak zachowywali się lekarze, świadomi, że SLA pożera ciało, umysł pozostawiając w pełni sprawnym. Zdarzało się, że przy mnie, ale nie do mnie, mówili: — Niestety nic nie możemy zrobić, nie ma nadziei, dla medycyny akademickiej jest to choroba nieuleczalna, możemy jedynie chorej przedłużać trochę życie — szeptali tak na sali szpitalnej obok mojego łóżka, a mój tata ze zrozumieniem kiwał głową.
Katarzyna Rosicka-Jaczyńska, Ołówek,
Wydawnictwo Poligraf, Łódź 2011.
*
Ten fragment uruchomił skojarzenia, które doprowadziły mnie do wspomnień dotyczących chwil, które dziś wydają mi się absurdalne, świadczące nie o mnie, a już z pewnością nie definiujące mnie jako problemu. Uśmiecham się, gdy patrzę jak długą drogę przeszłam. Nie spotykam już takich ludzi, może wiedzą, że znam lekarstwo...
Bezdzietność była dla mnie w początkowej swej fazie realnym, namacalnym przykładem „choroby psychicznej”, choć w ICD-10 brak na nią numerka. Miałam poważny problem, by jednoznacznie stwierdzić, kto na tę chorobę zapadł.
Ja?
Nie miałam pewności, czy wciąż jestem podmiotem, czy już tylko przedmiotem problematycznych dyskusji.
Weselny gość?
W dniu naszego z Sadownikiem ślubu dawał mi dobre rady dotyczące tego, jak się robi chłopców. Nie oburzył mnie brak delikatności czy taktu. Oburzyło mnie to, że nie jest łaskaw przyjąć do wiadomości, że z dwojga złego wolałabym dziewczynkę…
Dobrze życzący ludzie?
Żałośni. Niezdecydowani w swoim życiu. Bez pardonu z butami do naszego życia się ładujący i informujący, że wiedzą lepiej, a w zasadzie najlepiej, co Sadownikowi i mi najbardziej potrzebne jest do szczęścia — powtarzali swoje z biblijnym namaszczeniem aż do śmiertelnego urzygu…
Nie ma numerka na tę przypadłość w ICD-10?
Oczywiście, że jest! Odkryłam to dziś. Jak każde zaburzenie psychiczne czy zaburzenie zachowania rozpoczyna się od literki F, i brzmi: F.1.11.10.21. Po rozszyfrowaniu‡ numerek ten staje się uwalniającym lekarstwem… i na weselnego gościa, i na dobrze życzących ludzi.
______________________
‡ 1: pierwsza litera alfabetu: a,
11: jedenasta litera alfabetu: k,
10: dziesiąta litera alfabetu: j,
21: dwudziesta pierwsza litera alfabetu: u,
czyli F.akjuburaku! [warzywo dorzucił Sadownik, gdy opowiadałam Mu jak ten numerek powstał].
*
— Nie wiem, jak można jeść niedoprawione jedzenie. Mogę w ogóle nie doprawiać, jeżeli sobie nie życzysz… — dodała z przekąsem. Nie chciało mi się odpowiadać, komentować, wyjaśniać. Tak błaha sprawa, a wywołała tyle negatywnych emocji. Czy wobec takich bzdur ma to znaczenie, kto ma rację, czyja prawda jest bardziej prawdziwa, czyje argumenty są bardziej dosadne czy przekonujące? Zaczęła mnie przerażać małostkowość spraw, o jakie ludzie są gotowi walczyć, żeby tylko postawić na swoim. Po paru latach choroby patrzyłam na życie z zupełnie innej perspektywy. Chciałam wykrzyczeć wszystkim zdrowym, wiecznie niezadowolonym ludziom: „Spójrzcie na mnie! Możecie chodzić, mówić, jeść, swobodnie oddychać, pić, spać. Jeszcze wam mało? Zamiast narzekać, podziękujcie Bogu za te dary, bo nie macie wyobrażenia o tym, jak się żyje bez nich. (…)”
wpis przeniesiony 3.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Czytałam ją na urlopie we wrześniu. Wstrząsająca. Ludzie dotknięci nieludzką, piszącą się za ich życia, historią narodów. Zastanawiałam się, skąd w człowieku ta niszczycielska moc? Na dnie serca złożyłam jeden, kudłaty fragment. Dziś zdjęłam tę książkę z półki i wróciłam na stronę założoną skrawkiem papieru, by dotknąć w sobie wiary w człowieka.
W kwietniu 1992 w Bośni zaczęła się wojna. Razem z Mubiną wyjechali rodzice i jej mali synowie: czteroletni i czteromiesięczny. — Jedź z nami — prosiła męża. — Kto będzie tu leczył zwierzęta, kiedy mnie zabraknie? — zapytał. — Zostanę, wszystkiego przypilnuję. Uspokoi się, to wrócicie. Akurat dzisiaj mija osiem lat od dnia, kiedy Hasan tak do niej mówił.
Wojciech Tochman, Jakbyś kamień jadła, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008.
wpis przeniesiony 3.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Mam złe sny od dwóch dni. Od wieczoru, gdy dowiedziałam się od Mamy Koko, że jakiś mądry inaczej, empatyczny nie bardzo człowiek rozłożył w parku na Cytadeli trutkę na zwierzęta. Odeszły już Cztery Psy. Czterech Właścicieli próbuje swój świat złożyć od nowa. Człowiek... to nie musi brzmieć dumnie.
I pomyśleć, że osiem dni temu był Światowy Dzień Zwierza. Właśnie wtedy odhaczyłam na ryjowniku, że bardzo polubiłam tę ludzko-psią, komunikacyjną historyjkę:
Światowy Dzień Zwierza niczym Dzień Kobiet... i niesmak, że niektórych stać tylko na jeden dzień w roku... i smutek, że nie każdy ludź jest człowiekiem. Tak, pamiętam i nie ustaję, wciąż marzą mi się Obywatele...
Odnajduję w sobie Bestię... i złość, i ślepą furię —
zabiję cytadelowego skurwysyna, niech no tylko pojawi się w moich snach!
wpis przeniesiony 3.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
■ Środy w tym semestrze to moje „niedziele”, które dodatkowo traktuję jako święta narodowe Krainy mego Jestestwa. W te dni zajmuję się rośnięciem i stawaniem się kimś, kogo tylko chwilami lub co najwyżej we śnie wyczuwam jako potencjalną mnie. Wracałam dziś z pierwszej sesyjki z moją Superwizorką — na skrzydłach, gnana niewiedzą, komu mam podziękować za swoje szczęście ■ do Drogi, którą podążam, ■ do Ludzi, których na niej spotykam. ■
*
Odebrałam jeszcze cieplutkiego Cyrulnika, który już na samym początku stwierdza, że skrzydła rosną tylko w cieniu dobrych relacji:
Ciekawe ograniczenie kondycji ludzkiej: bez obecności drugiego człowieka nie możemy się stać sobą, co ujawniają badania wykazujące atrofie mózgu u dzieci, których nikt nie darzy miłością. By rozwijać nasz biologiczny potencjał, musimy wykraczać poza własną perspektywę i doświadczać przyjemności i lęku odwiedzania cudzego świata psychicznego. Jeśli mamy rozwinąć swoją inteligencję, musimy być kochani. Mózg, który pchał nas ku zewnętrznemu światu, rozwija się w konsekwencji naszych relacji z innymi.
Boris Cyrulnik, O ciele i duszy,
Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2012.
Dziś o godzinie 17.30 nastąpił historyczny moment. Po raz kolejny wyszłam za mąż za nowego Mężczyznę. Tym razem za Motocyklistę. Sadownik zdał jako jedyny z szóstki zdających. Hurra, hurra! Ależ jestem dumna! Jakbym sama zdawała. :)
wpis przeniesiony 3.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Piekliłam się. Gotowa byłam bronić idei własnymi zębami. Cichy głosik z wnętrza pnia się wydobył: — Jabłonko, przecież zawsze masz wybór... możesz się pieklić, ale naprawdę nie musisz... — Ależ muszę — i piekliłam się dalej, mocniej, bardziej i jeszcze bardziej aż w końcu zauważyłam pytanie: — Czego bronisz, gdy się tak pieklisz? Odpowiedź na nie pojawiła się błyskawicznie. Bronię marzenia, które dopiero teraz umiem zwerbalizować, które samą mnie zaskoczyło:
Marzę o życiu wśród Obywateli a nie podatników i świadczeniobiorców.
A gdy to odkryłam, Idealistka ukryta w Drzewku mogła już odpuścić i przestać się pieklić. Przestała, a to oznacza koniec tematu Wózkowych.
wpis przeniesiony 3.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Czekałam na tę książkę kilka miesięcy. Było warto. Wrażliwością pisany reportaż... Nieoczywistość oczywistości zachodniego świata białego człowieka odkrywana do bólu, do odrobiny wstydu za zjawiska białej ślepoty i białej, chorej pewności, która nigdy się nie waha.
Warto przeczytać, by podjąć wyzwanie — zawahać się w chwili, gdy oczywistość rzuci nam się do gardła.
Wszystko, co chce się powiedzieć o tych ludziach, zamyka się w ich kroku. Ani to spacer, ani włóczęgostwo. Oni po prostu nie znają pośpiechu. Gdziekolwiek by ich spotkać, zawsze poruszają się wolniej aniżeli otaczający ich świat. Mają w ruchu namysł, który można wziąć za beztroskę. Jeden krok wcale nie implikuje następnego. Po kroku może nastąpić kolejny. Ale nie musi. Patrzą przed siebie i milczą. Takich scen zaobserwować można setki, takich powolnych ruchów z czasem się nie dostrzega, bo stają się tak oczywistym elementem ich istnienia, jak brudne ciuchy, smród, twarze opuchnięte od alkoholu.
*
(…)w ich kręgu kulturowym milczenie jest elementem rozmowy. To, że milczy, nie znaczy, że nie wie. On po prostu milczy, bo zbiera się w sobie do odpowiedzi. A my parosekundową ciszę uznajemy za objaw niewiedzy. I wiesz, co jeszcze? Przyciśnięci zawsze odpowiadają »tak«. Bo zwykle nie rozumieją, co się do nich mówi, znają słabo angielski. Boją się do tego przyznać. Dlatego mówienie »tak« uważają za bezpieczniejsze. A poza tym, istnieje wykształcone przez lata przekonanie, że białemu nie mówi się »nie«.
*
Dla Aborygenów Nicość była jedynym światem. Kiedyś wyglądała ona zresztą inaczej, kontynent zmieniał się, wnętrze coraz bardziej pustynniało. Zasiedlili tę ziemię i objęli w posiadanie pięćdziesiąt, a może i sześćdziesiąt tysięcy lat temu. Kruche istoty przytłoczone potęgą natury wydeptały w jej trawach ścieżki, którymi mogły się poruszać bez uszczerbku na zdrowiu. Bezbrzeżne obszary suchego buszu i rozpalone słońce nie były zjawiskami, którymi można zawładnąć, dlatego w ich znaczeniu słowa „posiadać” nie mieścił się atrybut władzy. Posiadać znaczyło dla nich rozumieć, rozumieć znaczyło przeżyć. Jeśli pozna się sposób na przetrwanie, oznacza to, że żywioł został oswojony. Jak pies.
Mateusz Marczewski, Niewidzialni
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012. (wyróżnienie własne)
wpis przeniesiony 3.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Kto przestaje rosnąć – umiera.
Jak wiele znaczeń miał na myśli Antoine de Saint-Exupéry, gdy notował te słowa? Czy chciał tylko powiedzieć, że w dniu, w którym nasz fizyczny rozwój dobiega końca, rozpoczynamy smutny pochód ku śmierci? A może miał również na myśli, że gdy odpuścimy, przestaniemy się rozwijać, osiądziemy na laurach, zapoczątkujemy cichą i niewidoczną śmierć naszego najgłębszego Jestestwa, zanim wydamy ostatnie tchnienie — w efekcie czego, nie staniemy się ludźmi, którymi mogliśmy być? A może chciał dotknąć cienkiej granicy pomiędzy byciem dzieckiem, którego niezbywalnym prawem jest brać, a byciem dorosłym, który odpowiedzialnie daje i rozdaje siebie?
Kłopot polega jednak na tym, że granica między byciem dzieckiem a byciem dorosłym w zachodnim świecie już dawno przestała być cienka. W wielu wypadkach może być wyrażona dziesiątkami lat lub trwać całe życie.
Jak myślicie kim się staję, gdy rozżalona stwierdzam co następuje. Skoro jestem w 5% najlepiej wykształconych ludzi w tym kraju, to należy mi się taka pensja, bym mogła kupować co miesiąc minimum dwadzieścia książek! Należy mi się! Wy jako społeczeństwo wspierajcie mnie, bo mam Dar w postaci dobrze pofałdowanego mózgu. Kim jestem, gdy to mówię, gdy to piszę? Pomimo wieku, pomimo społecznej pozycji, pomimo składanych rokrocznie PIT-ów, gdy wyrażam powyższą kwestię jestem tylko i wyłącznie... dzieckiem!
Dar czy Przywilej to z jednej strony fajna rzecz, którą cudnie jest „mieć”, ale — o czym często zapominają obdarowani — łączy się nierozerwalnie z zobowiązaniem, że wykorzystywać go będziemy nie tylko dla własnych korzyści, ale dla dobra ludzi, którzy są wokół nas. Dopiero wtedy stajemy się Dorośli.
Jeśli ktoś w swych dziecięcych groźbach straszyć chce swoim wyjazdem za granicę, bo mu w tym kraju zbyt biednie, mówię: jedź! Mam świadomość, że za granicą mogłabym co miesiąc kupować i po sto książek, ale zostaję. Bo na pewno jest jakiś powód, dla którego urodziłam się w Polsce. Chcę być Dorosła. Chcę być odpowiedzialna. Jestem już w wieku, gdy daję, a nie żądam. Daję i sprawia mi to nieopisaną przyjemność. Pozostaje prawdą, że nie mogę sobie pozwolić na dwadzieścia książek miesięcznie, ale nie czyni mnie to osobą nieszczęśliwą. Każdego dnia dokonuję wyboru... już jako dorosły człowiek i ... rosnę!
wpis przeniesiony 3.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Intensywny był wczoraj dzień. Sadownik pobiegł studiować. Ja galopikiem do nowiusieńkich, świeżutkich studentów. W przerwie zajęć odczytałam esemesika:
Pies wyprowadzony i nakarmiony... śladów zbrodni nie sprzątałem, zobaczysz sama :) :*
Jaka zbrodnia? — zaniepokoiła się Kudłata Mama we mnie — przecież nigdy strat nie było. Uspokoiłam ją odrobiną wnioskowania: skoro ślady zostały i czekają na moją osobę, to nie było to przestępstwo zagrażające życiu czy zdrowiu psa — nie może to być historia z tragiczną puentą u weterynarza. Gdy wróciłam do domu zanosiłam się od śmiechu jednocześnie próbując nieudolnie ukryć dumę z faktu, że Piesa twórczo wykorzystała „naumianą” komendę.
Otóż, Heniutka ma w repertuarze hospicyjną komendę „powiedz dzień dobry”, po której przednie łapy stawia na brzegu łóżka. Pod naszą nieobecność Kudłata Dziewczyneczka sama sobie wydała komendę i... zdjęła z blatu kuchennego... ¾ kostki masła. Dowody przestępstwa nie pozwalały udawać, że masło skończyło się w tradycyjny sposób. Pomaślane pazłotko, metodycznie zamienione w strzępy, leżało w saloonie wskazując na świetnie spędzony kudłaty czas. ¾, zapytałam? Sadownik nie tylko był pewien, On wiedział, że ¾, bo rano świeżutką kostkę z lodówki wyjmował.
wpis przeniesiony 3.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Kilka lat temu. Kampania policzenia wartości pracy kobiety domowej. Prasuje, gotuje, gile spod nosa wyciera. Wyliczono. Tyle się należy. Oburzałam się, bo ludzie chodzący do pracy też prasują, gotują a niektórzy nawet gile wycierają. Pytałam, dlaczego im się nie należy?
Rok temu. Dyskusja wróciła. Uciekałam się do analogii. No wiesz, to jest tak: przyjemność posiadania psa biorę na siebie, a za karmę niech płaci państwo.
Wczoraj. Używana przez Wózkowe siła wróciła na tapetę. Z Akuszerem wyssaliśmy świadomość ze szpiku składowych tego zjawiska a zwłaszcza waszych komentarzy do niego. Wieczorem, po Jungowsku, czyli synchronicznie, o Wózkowe zapytał mnie Brr przy kawie, bo czasem dyskutujemy o niektórych wpisach z pewnym opóźnieniem.
Dziś. Tak pięknie świeciło słońce, gdy wracałam do domu. Myśl do głowy mi wpadła. Nie oburzam się już. Nie dziwuję się brakiem logiki i argumentami, których rolą jest straszenie, grożenie lub poniewieranie interlokutora, co „Matek Polek” na swym garbie nieść nie chce. Wychodzę z tego błędnego koła dokonując następującej definicji:
Życie nie jest prawem. Życie jest przywilejem!■
Nie ma więc sensu krzyczeć, że mi się należy, że mam prawo, że powinno być tak czy siak, że inni powinni to cenić... Życie jest przywilejem... gdy wypowiadam te słowa zmieniam perspektywę. Staję się jeszcze bardziej obdarowana bogactwem. Nic nie jest już oczywiste. Odzyskuję dziecięce zadziwienie światem. Człowieczeństwo we mnie pulsuje. Bezkresnymi możliwościami poruszone zostają pytania: co jest dla mnie istotne? czym chcę się zająć? co ja chcę cenić? co jest dla mnie w moim życiu najważniejsze? co chcę dać światu, zamiast mu mówić, jaki ma być?
______________________ ■ Uśmiechnęłam się na samą myśl, jak wyglądałby efekt eksperymentu myślowego: gdyby ludzie nie traktowali swojego macierzyństwa czy ojcostwa jako prawa, które należy im się jak psu micha, ale potraktowali je jako przywilej? Świat byłby z pewnością inny. Dlaczego myślę, że lepszy dla każdego, i małego, i dużego człowieka?
wpis przeniesiony 3.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Nowy rok zaczęłam wczoraj. Nowe twarze młodych ludzi. Na nich świeże, nieśmiało kiełkujące marzenia. Cudownie będzie patrzeć jak Ci ludzie i ich marzenia będą rosnąć i stawać się. Zalążki tego, kim mogą się stać. Napawałam się nimi, gdy myśleli, że na nich nie patrzę. Jestem w fantastycznym momencie swego życia. Tak jak Oni. Mam ogromny przywilej towarzyszenia ludziom, gdy rosną wewnętrznie.
*
Prywatna inauguracja roku akademickiego była nietypowa. Poszliśmy z Sadownikiem na warsztat Festiwal POP-Kreacji, który prowadziła Gepardzica. Było cudnie. Gepardzica jest Mistrzynią robienia nastroju do pracy. Praca była zaskakująca, a sam warsztat dla nas trwał długo po tym, gdy formalnie się skończył. Zamiast zapakować się w autobus i być szybciutko w Przytulisku, wbić się w stare tory, kupiliśmy kawę na wynos, przeszliśmy cały Nowy Świat, Przedmieścia Krakowskie, Plac Zamkowy, Rynek Starego Miasta ciesząc się jak dzieci. Postanowiliśmy robić tak częściej. A gdy tylko wróciliśmy zapragnęłam jeszcze raz złapać nastrój początku, poczuć go w sobie. Odpaliłam kompa i poleciałam:
Lionel Hun, Hope.
Dziś oglądałam to już kilkanaście razy. Do listy ratunkowej zaraz dodam, by było zawsze pod ręką. Mam szczęście, że wokół mnie cudowni, inspirujący Ludzie. Wdzięczność i zachwyt wypełnia mnie dziś całą. Padam z nadmiaru wrażeń.
wpis przeniesiony 3.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Ostatni wolny weekend do lutego 2013 prawie już za nami. Jest film (Dwoje do poprawki), na który nie chciałam iść w ramach mojej samotni kinowej. Chciałam iść z Sadownikiem. Udało się. Upłakaliśmy się jak norki. Przy czym, należy podkreślić, że były również sceny, na których płakałam nie tylko ze śmiechu. Oswajanie tematów tabu poprzez śmiech... jakość seksu po trzydziestu latach małżeństwa, realne pragnienia dwojga ludzi, których dzieci dawno już odeszły na swoje, „szczęście” spokojem rutyny karmione, odwaga zrezygnowania z utartych ścieżek między zlewem a stołem w jadalni, rozmowa na niewygodne tematy, terapia małżeńska.
Na ten film warto tylko dwójkami, w dowolnej, relacyjnej konfiguracji — by z kimś, z kim można, wymienić później wrażenia, myśli, odczucia. A jeśli w tej jednej, szczególnej konfiguracji, by przyrzec sobie, że my nigdy do takiego stanu rzeczy nie doprowadzimy. Przenigdy! Za piętnaście lat powiem: sprawdzam!
wpis przeniesiony 3.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Trzeci dzień tylko i wyłącznie zajmuję się chorowaniem. Jest jednak dziś pierwszy dzień, gdy spadła mi gorączka na tyle, że zaczynam wychodzić z łóżka choć na chwilę, by pokręcić się po domu. Zaraz potem padam wykończona. Zanim jednak zacznie się „Nowe” związane z kalendarzem, postanowiłam zarchwizować wszystkie perełki ostatnich dwóch tygodni, których zgubić tak bardzo bym nie chciała.
***
Jesteśmy Parą już piętnasty rok, ale niezmiennie i wciąż odkrywamy się na nowo. Dziś, gdy zamówione zdjęcia Sadownik mi odcedził, miałam jak na dłoni przepiękną różnicę, która jednoznacznie dookreśla moment, w którym każde z nas zwalnia migawkę. I pomyśleć, że robimy zdjęcia temu samemu psu...
*
Przy sierści Sadownika zatrzymuje światło, refleksy, odbicia, cienie...
*
Mnie niezmiennie zatrzymuje Cud, jakim Heniuta w całości swej natury jest — Jaźń sierścią obleczona. Jako Kudłata Mama jestem od portretów i zachwytu:
wpis przeniesiony 3.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Wtedy. Zamknęłam kompa. Sadownik wrzucił mi torbę do bagażnika. Pocałował. Kazał jechać ostrożnie. Pojechałam. Nie spotkałam swojego węża. Za to ten warsztat wylinkę mi podarował.
*
Wracałam. Kaszląc. Smarcząc. Bez swojego głosu. Pokonując ostatnie dziesiątki kilometrów, włączyłam radio. Grano starą piosenkę Time after Time. Usłyszałam ją na nowo i dotarło do mnie, że warsztat przemienił mnie w osobę gotową brać odpowiedzialność za więcej niż dotąd. Refren tak dobrze znany przemienił się. Odkryłam, że na nowo zakochałam się w Sadowniku jeszcze bardziej niż ostatnim razem. Dotąd zwykle to On wyciągał mnie z mrocznych otchłani czarnej dupy nieszczęść. Poczułam w sobie gotowość i siłę, by w razie potrzeby już zawsze łapać Go, gdy upadnie, o każdej porze, tak jak On przez lata łapał mnie...
Ze sztandarowej wersji Milesa Davisa...
Miles Davis, Time after Time.
...przerzucam się na damski głos:
Tuck & Patti, Time after Time.
If you're lost you can look and you’ll
really, really, really, really, really really find me
Time after time... (2:40)
wpis przeniesiony 3.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Teraz. Zamknę kompa. Wezmę torbę. Pojadę. Spotkać swojego węża. Pokłonić mu się. Jadę, by krętymi drogami chodzić. To nie przypadek, że wzięłam tę książkę na urlop. To nie przypadek, że wyruszam dziś w Drogę.
Żadne dziecko nie rodzi się samotnie. Nim po raz pierwszy zapłacze, gdzieś daleko — w lesie albo na polanie — pęka skorupka, z jaja wykluwa się wąż. Wąż nie umiera w samotności. Odchodzi on i jego człowiek.
*
Dorośli umęczeni, z tobołkami. A dzieciaki wesołe. Włosy jak czarna kawa, oczy też. Patrzą bez nieśmiałości, z zainteresowaniem. I hałasu jest dużo. I zabawa. I ruch jest. Podskakiwanie nóg w za krótkich niebieskich spodenkach: w przód, w tył, w prawo, i w lewo. To sprawia, że droga do drzwi staje się ciekawa, kręta.
Lidia Ostałowska, Cygan to Cygan
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.
wpis przeniesiony 3.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Wczoraj Brr kończył 27 lat. Zaczęłam pisać do niego tymi słowami: Gdy byłam w Twoim wieku, ważne rzeczy miałam już za sobą. Gdy byłam w Twoim wieku, wszystko co najważniejsze było przede mną. A gdy skończyłam pisać — z przekonaniem, że wszystko co najważniejsze, wciąż przede mną — poszłam do kina na film, który pyta, nie udziela odpowiedzi, za to żąda, by znaleźć w sobie ruch, uczucie zapomniane, głęboko ukryte.
*
Jutro na warsztat, do niedzieli. Samotnię mogłam więc uruchomić tylko wczoraj. Część 7/12. Początek drugiej połowy. Przestaje to być eksperyment. To raczej rytuał niezbędny do życia. Okno na świat. Przestrzeń do spotkania siebie. Czas, gdy pozwalam wrażeniu wsiąkać we mnie. Luksus prawdziwy. Zagubione w poszukiwaniu sensu piętnaście złotych polskich. Jak ja mogłam żyć bez kina?
Wczoraj. Mała studyjna salka i... Czas, który pozostał. Samotność człowieka w tłumie. Trudna miłość do znaczących ludzi z dzieciństwa. Wewnętrzne dziecko. Ważne wspomnienia. Dylemat w centralnej części ekranu, gdy widz do fotela przykuty na dobre. Jedno z rozwiązań pokazane, by sprawdzić się istot ludzki w nas mógł, czy w swojej racji i słuszności zabetonowany, a może otwarty na spotkanie drugiego człowieka... w sobie, na tę oczywistą nieoczywistość. To nie dramat, to konfrontacja.
*
Scena z niebieską piłką... Najważniejsze w tym filmie jest pomiędzy klatkami... Zatęskniłam za Babcią, jakiej nigdy nie miałam, choć głęboko wierzę, że właśnie dziś taka mogłaby być.
wpis przeniesiony 3.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Ten sam miesiąc. To samo miejsce. Ta sama posesja. Ci sami Gospodarze. Ten sam domek. To samo morze. Ta sama miejscowość. To samo Stado. Kolejny raz.
Wśród tylu niezmienników mieliśmy okazję przyglądać się zmianom, które niepostrzeżenie, w ciągu ostatnich 360 dni stały się faktem, wręcz dobrodziejstwem w naszym stadnym życiu. Kudłata wydoroślała troszkę. Nie leci już do każdego człowieka, by powiedzieć mu labradorskie dzień dobry. Uwzględnia trajektorie ruchu ludzkich istot i unika kolizji. Wszystko to już mamy. Uzyskane nie tylko poprzez naukę, ale również w procesie psiego dojrzewania. Wypoczęliśmy ciesząc się tym stanem psiego umysłu.
Ja też niby ta sama, ale zupełnie inna. Przez te dwa lata zmieniłam się. Nasiąkłam labradorską pogodą ducha i optymizmem. Uświadomiłam to sobie, gdy któregoś ranka przy kawie na urlopowym tarasie wymieniliśmy myśli z Sadownikiem.
Jabłoń: Tak sobie myślę, że pomimo wszystkich błędów wychowawczych, które popełniliśmy, to jednak z Henią nam się udało...
Sadownik: (z optymizmem w głosie) Z drugim psem pójdzie nam dużo, dużo lepiej.
Jabłoń: Dżoana powiedziała, że tak naprawdę udaje się dopiero z czwartym psem.
Sadownik: (zamyślił się, sposępniał, gdy do naszego wieku dodał po dziesięć lat na każdego psa) Nie zdążymy mieć czwartego psa.
Jabłoń: (z labradorskim gorącym optymizmem, z głębi brzucha) Bo Ty liczysz pesymistycznie „PO”, czyli pies po psie, podejdź do tego optymistycznie „PRZY”, czyli pies przy psie.
Druga Kudłata Dziewczynka: (zaczyna Duchem już w Stadzie bywać)
wpis przeniesiony 3.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Wróciłam do domu. Ostatnie trzy dni Sadownik z Heniutką bywali u Sadowniczych Rodzicieli a ja pognałam na coroczne POP-owskie święto, jakim jest Zjazd Naukowy IPP-work. Ludzie, za którymi już tęskniłam. Fantastyczne prezentacje. Obłędnie cudna atmosfera, ale wróciłam.
Wróciłam i na dobry wieczór została mi opowiedziana historia, która miała miejsce dziś u Rodziców Sadownika, gdzie reszta Stada spędziła weekend.
Był sobie pies. Był sobie dom. I były sobie jajka. Na balkonie co otwarty był. Tata Sadownika w kuchni słyszał dziwne dźwięki, ale na to co miało miejsce, by nie wpadł. Okazało się, że korzystając z kudłatego doświadczenia życiowego (jajko w skorupce), Heniutka znalazłszy się na balkonie, odkrywszy wspomniany pojemnik, wzięła sobie jedno. Z jajkiem w pysku, spokojnie wróciła do pokoju, pod ławą zaległa, skonsumowała, dywan wylizała i bardzo była ze swej przedsiębiorczości zadowolona.
Uśmiałam się jak norka widząc to oczami wyobraźni. Czyż nauka nie polega również na umiejętności generalizowania? Mądra Dziewczynka!
Gdy Sadownik kąpał się w Bałtyku, zrobiłam zdjęcie, którego kudłaty fragment wciąż mnie rozczula. Wracając dziś do domu coś przeskoczyło mi w głowie i już wiedziałam, dlaczego... Pańciu, Goya! Pamiętasz ten obraz, co wzrusza Cię do łez?
wpis przeniesiony 3.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Gotowałam. Włączone radio miałam. Nie było wyjścia, poszłam kupić, by przeczytać w całości.
*
Napisał, bo mógł.
Bo Profesor. Bo Mężczyzna.
Podepczą Go troszkę, ale nie zadepczą.
A ja?
Zgadzam się z każdym Jego zdaniem.
Nie napiszę.
Bo nie Profesorka. Bo Kobieta.
Bo, co gorsza, Bezdzietna.
*
(...) Dzieci najwyraźniej potrzebnych im do tego, aby coś znaczyć. Być Kimś. Domagać się urojonych praw i zawieszenia społecznych reguł.
Nie chodzi o młode matki. Te są najzupełniej w porządku. Chodzi o wózkowe — wojowniczy, dziki i ekspansywny segment polskiego macierzyństwa. Macierzyństwa w natarciu, zawsze stadnego i rozwielmożnionego nad miarę. Pieszczącego w sobie poczucie wybraństwa i bezczelnie niegodzącego się na żadne ograniczenia. Gdy domagają się dla siebie szczególnej tolerancji — a domagają się zawsze! — to wypychają na pierwszy plan dzieci. Że to dla tych bachorków. A któż odmówi dziecku? Okaże się tak nieczuły i paskudny? Ale dzieci to zwykle alibi. Pretekst, by nic nie robić. Aby nie pracować i nie rozwijać się (...).
Zb. Mikołejko, Wojna z wózkowymi, Wysokie Obcasy Extra, 4/2012 (wyróżnienie własne)
wpis przeniesiony 3.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Eksperyment. Część 6/12. W moim przypadku nie jest sztuką iść na dramat. Sztuką jest iść samemu na thriller. Poszłam. To był thriller tylko formalnie, choć gotowa byłam się bać pełnometrażowo. Na moje szczęście to był thriller... — Najsamotniejsza z planet — thriller psychologiczny, jeśli w ogóle taka kategoria istnieje.
*
Czy można sfilmować milczenie, co między kobietą a mężczyzną zrodzić się potrafi? Można.
*
Doszłam do jednego wniosku po tym filmie.
Jesteśmy nosicielami historii. One nas kształtują, rzeźbią, odciskają na nas swoje piętno. Szczęśliwi ci, którzy mogą je opowiedzieć. Szczęśliwi ci, co usłyszeć je potrafią.
*
Kwestie podejrzanie cudnie tłumaczone. Zgodnie z regułami gry, np.: „I take my bitch to the beach” przetłumaczono na „mój mocz ma moc”. Wydało się na koniec filmu... Stanisław Barańczak. Można było zgadnąć.
*
Ognisko. Ona uczy Gruzina piosenki po angielsku. Ona śpiewa, pozostawiając mu do wykonania refren: miau, miau. A piosenka tradycyjna, dziecięca, Señor Don Gato, o rozkosznym wstępie do kolejnych kocich narodzin, bo jak wiadomo kot ma „żyć” dziewięć sztuk.
wpis przeniesiony 3.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Jak często startujesz w zawodach? Jak często bierzesz udział w konkursach? Nie lubisz? Nie jesteś zainteresowany? Uważasz, że to całkiem bez sensu? Dorośli takich głupot nie robią? Nigdy do tej pory nie zadałam sobie tych pytań. Umówmy się, byłam zawsze ponad to! Jednak po sobotnich doświadczeniach zaciekawiła mnie ta oczywista kwestia. O co chodzi Jabłonko? Ciekawe, prawda? Sprawdzimy? Sprawdzimy! ► cdn.
*
Do zawodów przekonała mnie Altówka, która wysłuchawszy moich wątpliwości, że Henia tak długo była chora, że nie ćwiczyłyśmy; z wdziękiem nie przejęła się siłą tych argumentów i powiedziała: pies nigdy nie jest jeszcze gotów, zawsze jest coś, co warto poprawić, ale tylko zawody sprawiają, że naprawdę się rozwijamy. Nie trzeba było dłużej nad tym debatować. Jabłoń uwielbia się rozwijać, a jak z Henią to jeszcze bardziej uwielbia, więc nie miała już wątpliwości. Altówka miała świętą rację. Wiele rzeczy Heniutka zrobiła bardzo dobrze. Doskonale wiem, nad czym teraz mamy pracować. Dogadujemy się coraz lepiej. Uczymy się siebie nawzajem. No i te fantastyczne chwile niebywałej współpracy. Jesteśmy świetnymi partnerkami!
*
cd. ◄ No więc, nie startujesz? Nie bierzesz udziału? Dlaczego? Boisz się przegrać? Co znaczy dla ciebie przegrać? Czy rzeczywiście przegrywamy zajmując miejsce drugie, trzecie, czwarte... Może jesteśmy nie dość dobrzy? Kto tak uważa? Kto w nas podziela ten pogląd? Co się stanie, gdy przegramy? Inni nas skreślą? Przestaną lubić? Cenić? I co się wtedy stanie? Wyławiam kolejne pytania i czuję jak kurczę się wewnętrznie badając to zagadnienie. O! Super! Skurcz się jeszcze troszkę. Robię się mniejsza i mniejsza, skurczona... jeszcze troszkę mniejsza, jeszcze bardziej skurczona... O, tak! Super! Naprawdę super! Staję się malusieńka i jeszcze bardziej... Kim jestem „ja”, taka malusieńka, taka skurczoniutka? Z niewiedzy, znikąd nagle wyłania się pewność. Jestem nasionkiem, zagęszczoną możliwością, siłą, która rozpycha się, by puścić silny, zwycięski pęd! Bingo! Jestem. Jestem nasionkiem Nowych Możliwości. Jestem Zwycięzcą za każdym razem, gdy postanawiam wyjść poza swoją strefę komfortu, tak jak Ty!
Nooooo, to kiedy następny start?
*
Tego dnia, niestety nie wszyscy, ale... Ci ludzie to Zwycięzcy. Tego dnia, niestety nie wszystkie, ale... te psy są Nauczycielami:
wpis przeniesiony 3.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Od zawsze i z uporem maniaka powtarzam swoim studentom (i nie tylko) moje prywatne, życiowe wyznanie wiary:
dopóki się uczysz dla własnej przyjemności, dopóki masz pasję lub przynajmniej poszukujesz jej, próbując różnych aktywności, dopóty nigdy nie będziesz niewolnikiem.
Bo każda aktywność szlifuje wartościowe kompetencje, poleruje bezcenne cechy i to zawsze, wcześniej czy później, procentuje. Dziś, również Henia przekonała się na własnej skórze, że nauka zawsze się opłaca.
Jest taka zabawka, którą zawsze chciałam Kudłatej kupić, a której zabraniał kupować kategorycznie Sadownik. I... stało się!
Heniutka debiutowała dzisiaj w zawodach Rally-O. W wiadomościach ze Świata podano, że wśród pierwszych dziesięciu psów w klasie pierwszej, pięć było z drużyny ALTO i Przyjaciele — Merlin (2 miejsce). Tori (3 miejsce), Negra (7 miejsce), Hexe (9 miejsce) i Aria (10 miejsce). Więcej, gdy za przejście rajdu każda drużyna psio-ludzko może dostać maksymalnie 200 punktów plus dodatkowe 10 za poprawne wykonanie zadania bonusowego, to psy z pierwszej dziesiątki łącznie zdobyły więcej niż 2000 punktów, a to oznacza, że były bardzo dobrze przygotowane. Jest czego gratulować!
I stało się... kudłaty los zachichotał. Heniutka wśród nagród dostała mgliście do tej pory opisaną zabawkę — gumowego, stylizowanego na zdechłego, kuraka, co piszczy. Jabłoń przeszczęśliwa, Sadownik jęknął a Sierściuch w siódmym niebie!
wpis przeniesiony 3.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
A było tak... W niedzielę po seminarium postanowiłam, że muszę na skład literek w okładki pakowane. Okoliczności były sprzyjające, ponieważ w przyszłym tygodniu jedziemy na urlop, a Sadownik już zapowiedział: pamiętaj, żadnych zawodowych książek, trzeba się doposażyć na ten miły czas. Postanowiłam, że nabędę drogą kupna nieczytaną jeszcze książkę Jacka Hugo-Badera, którą odkładałam na potem, na czas, gdy nie będzie nic pilniejszego. Niczym zwierzę do żłobu, myk, myk i byłam pod regałem z reportażami. I co? I nie ma! A co jest? Jest książka, której czytać nie chciałam. „Polska religijność” nie jest tematem, który mnie interesuje — on mnie przytłacza, więc unikam. Ale Tochman... coś we mnie westchnęło... pamiętasz? Pamiętam Poetę Reportażu. Tylko dlatego, że Tochman… kupiłam. Noooo, warto! Niektóre porażające, niektóre niczym bezgłośny krzyk, a niektóre tak po prostu o miłości niedoskonałego człowieka do drugiego też niedoskonałego. Niezapomniane...
— Ty, Rysiu, nie zostajesz sam. Masz bliźniaka. Brata masz. — Jednojajowego — stwierdził Ryszard W. z zupełnym spokojem. — Wracajmy do domu, nie masz już siły. Nie wiadomo, skąd Ryszard W. miał tę pewność. Nie wiadomo, dlaczego tajemnica matki wcale go nie zaskoczyła. Dlaczego nie usiadł, nie zapłakał, nie wykrzyczał ani słowa pretensji: jak mogli zdradzić mu tylko część prawdy. — Nie masz już siły — powiedział, dał matce tabletkę i ujął pod rękę. W samochodzie Aniela W. opowiedziała, że gdy przyszli z ojcem do domu dziecka — bliźniaka już nie było. Wzięli go jacyś mili ludzie dzień wcześniej. Podobno był mocniejszy, starszy o całą godzinę. — Wzięlibyśmy i Adasia, gdyby był. — Adasia? — Adam, miał na imię — powiedziała Aniela W. i zaczęła kaszleć. Kilka dni później Ryszard W. poprosił mnie telefonicznie o pomoc w odnalezieniu brata. Spytałem o daty i miejsca: urodzeni 30 marca 1964 roku w Otwocku pod Warszawą. Adoptowani w wieku prawie trzech lat. — Zbyt późno, by zmieniać dziecku imię — powiedziałem do Ryszarda W. — To dobrze. Szukamy Adama. (...) Podali sobie dłonie. Ryszard chciał coś powiedzieć, Adam zapłakał pierwszy, Ryszard pierwszy objął brata za szyję. W domu czekali rodzice. Przywitali Ryszarda W. z sympatią, ale i z dystansem. Matka podała herbatę i usiadła za stołem. — Spóźniliśmy się — spojrzała Ryszardowi prosto w oczy. — W domu dziecka był już tylko Adaś. Spał akurat w łóżeczku. Ciebie adoptowali wcześniej jacyś inni mili ludzie. — Moja mama miała na imię Aniela, ojciec Jerzy — powiedział Ryszard W. — Gdyby was było dwóch — wtrącił z uśmiechem ojciec Adama P. — dwóch byśmy wychowali. [reportaż Nieobecność]
*
O kobiecie, która zeznaje przeciw księdzu, wolno powiedzieć wszystko. Bezkarnie, nikt jej nie obroni. W pekaesie powiedzieć można z uśmiechem: o! jedzie do lekarza, by ją wymolestował. Albo za jej dziećmi, kiedy wracają ze szkoły, można krzyczeć: idą molestowane! ta kurwa! — i tak można, tak jest w dobrym tonie. Samotną matkę, która oskarżyła księdza, można upokarzać na różne sposoby. Kiedy prosi, by jej drewna naciąć na zimę, to trzeba się chętnie zgodzić. Ale nie za pieniądze. Można jej powiedzieć w oczy: dupy dasz, to ci narżnę. Albo: ksiądz ci nie dogodził, to ja ci dogodzę! Kiedy samotna matka, która oskarżyła księdza, przestanie prosić o piłowanie drewna (taka jest dumna), można donieść do opieki społecznej, że ktoś dał jej robotę na trzy godziny i zarobiła na czarno piętnaście złotych. Odbiorą jej zasiłek na dzieci, niech pozna, co to zimno i głód. Można też je zabić kurczęta. Łażą pod szopą przed blokiem. Jeden kamień — jeden kurczak. Kamyczek wystarczy, bo czaszki kurczaczków są mięciutkie [reportaż Atmosfera miłości]
*
Tyle. Wszystko, co tu powiedziałem, jest prawdą: mam trzydzieści trzy lata, mieszkam w Polsce, jestem księdzem, jestem homoseksualistą, jestem zakażony. Powinienem rzucić sutannę i odejść. Ale nigdy nie odejdę. I tej homilii nigdy nie wygłoszę, choć myślę o niej codziennie. Biegunka mija, moje komórki odpornościowe odbudowują się, wszystko jest w porządku. Niektórzy z was mnie znają. Jako otwartego, uśmiechniętego, nowoczesnego kapłana w czapce z daszkiem Bilet do Londynu kosztuje trzysta złotych. Do Berlina jeszcze mniej. W następnym kazaniu nawiążę — jak mnie uczono w seminarium — do czytanej chwilę wcześniej Ewangelii. I niech tak zostanie. Niech zostanie, jak chcecie. [reportaż Wściekły pies]
Wojciech Tochman, Bóg zapłać, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010.
wpis przeniesiony 3.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Tak było po psiej kąpieli w jeziorze w zeszły piątek. „Piesy” grzeczne niczym kredki w piórniku pierwszoklasisty. Za zdjęcie znów moc serdeczności ślę w kierunku Magdy Stodułko.
wpis przeniesiony 3.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Czym jest POP?
Dlaczego żyjemy POP-em zamiast nim tylko pracować?
Dlaczego raz do roku świętujemy organizując Festiwal POP-Kreacje?
*
Wszystkie warsztaty i imprezy towarzyszące są: — za darmo, jeśli chodzi o pieniądze; — bezcenne, jeśli chodzi o sposób spędzenia czasu ze sobą, ze swoim życiem, ze swoimi pragnieniami...
W imieniu całej POP-owskiej Społeczności serdecznie zapraszam na POP-Kreacje!
Nie będę ściemniać, uwielbiam ten czas i już się na niego cieszę.
wpis przeniesiony 3.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Z podziękowaniami: Magdzie Stodułko, która profesurę z robienia psom zdjęć powinna już dawno mieć, Klaudii Szymańskiej co Heniową dzikość złapała w prostokąt uporządkowanych pikseli jak mało kto.
Heniutek skupiona...
A Pańcia, cóż... nie nadąża chwilami, bo w psio-ludzkim duecie to ona jest ta mniej lotna. Na usprawiedliwienie ma tylko jedno: bardzo, bardzo chce...
wpis przeniesiony 3.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Gdy wczoraj w ciągu dnia Heniutka zasłużenie odpoczywała po seminarium, wykorzystałam ostatnią okazję w tym tygodniu i poleciałam na cotygodniową część mojego eksperymentu. To już 5/12. Padło na Akacje.
Skąpe dialogi. Mało rekwizytów. Długie sceny. Tylko gesty. Spojrzenia. Niewerbalne ludzkie pogaduchy. Opowiadana bez słów przeszłość. Widok niewidocznych, ale wyczuwalnych blizn po głębokich ranach niefizycznych. Męski film. Męskie milczenie. Rubén w ostatniej, długiej scenie chwyta widza za serce. Wyciąga z niego pamięć o momencie, gdy oglądający film sam stał na krawędzi świata ponownego „bycia z kimś”. Z widza... byłam jedynym na tym seansie.
Gdy miesiąc temu zaskoczyłam w temacie kinematografia, obejrzałam w końcu i do końca film Kobieta i mężczyzna. Pomyślałam wtedy, że takiego kina już nie ma — kina długich scen, wymownego, długiego milczenia, tysięcy klatek, które zachwycają niby nic nieznaczącymi chwilami... No więc, jest! Akacje. Subtelniejszy. Jeszcze bardziej oszczędny w słowa. Męsko piękny.
wpis przeniesiony 3.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Jabłoń:
(w piątkowy wieczór po powrocie do domu)
Wiesz, co karmi moją Duszę?
Sadownik:
Nooo?
Jabłoń:
Oddychanie psią sierścią.
*
Tak to się zaczęło. TO, czyli święto narodowe, jakim dla mnie są seminaria Joanny Hewelt z ekipą Na Fali organizowane przez Altówki.
Ludzie. Atmosfera. Psy. Współpraca ludzko-psia, ludzkie próby panowania nad koordynacją intelektu z motoryką, psia cierpliwość i ochota do pracy. Wszystko to za nami. Baterie podładowane. Zeszyt pełen nowych ćwiczeń dla Heniutki mam. Termin na następne seminarium w tym samym zestawie ludzko-psich uczestników już ustalony. Na szczęście! Uwielbiam!
*
Jak zwykle, nie byłabym sobą, gdybym czegoś z psiej półki nie żuła tak długo, aż będzie możliwe do wykorzystania u ludzi. Joanna kilka razy w ciągu tych dni wypowiedziała taką kwestię „nic nie musisz, wszystko możesz, ale gdyby to był mój pies to ja zrobiłabym tak”.
Eksperyment. Listę wszystkich swoich „muszę” weź. Powolutku bierz po jednym pod lupę. Czy to konkretne „muszę” przybliża Cię do robienia tego, co karmi Twoją Duszę?
Jeśli nie, to czy uwierzysz, że być może jest właściwy czas, by uwierzyć, z siłą wiary obłąkanego człowieka, w to, że w swoim Życiu „nic nie musisz, wszystko możesz”. Jest tylko jedno pytanie, czy chcesz?
Czyż udzielenie szczerej odpowiedzi sobie na to pytanie nie wymaga szaleńczej odwagi?
wpis przeniesiony 3.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Jest wiele pytań, na które uczymy się znajdować odpowiedzi. Czy myślisz o jutrze? Jakie masz plany zawodowe na za rok, za pięć lat? Kim chcesz być za dziesięć lat? To ważne pytania.
W kolekcji pytań istotnych — po odpowiednich przetasowaniach i porządkach — nie może zabraknąć arcyważnego pytania, które w mym życiu po raz pierwszy zadano mi dopiero kilka lat temu:
Co karmi Twoją Duszę?
Przypomniało mi się ono tylko dlatego, że od piątku kolebie się we mnie wrzaskiem pochodzącym z głębi trzewi odpowiedź: TO karmi moją Duszę!
Cytując za
kochaną Gepardzicą: Piotr Pogon — a za nim Ironman Triathlon Kalmar Sweden z czasem 12:15:58. Jest pierwszym i jedynym uczestnikiem z jednym płucem...