środa, grudnia 07, 2011

383. Jeszcze jedna drzewna perspektywa

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Przy biurku siedziałam. Gapiłam się w okno pijąc gorący napój malinowy z pomarańczą, cytryną i goździkami. Nagle, za oknem, z pobliskiego drzewa poderwała się chmara czarnych ptaków.

Były. Jakiś człowiek przechodząc sprawił, że poderwały się ku niebu. W ułamku sekundy przed moimi oczami ukazali się ludzie, którzy poderwali kiedyś me uczucia do góry.

Były. W jednej chwili pozostawiły puste drzewo. Ten mały, podwórkowy incydent sprawił, że wspominałam dziś Tych Szczególnych Ludzi. Nie ma ich teraz w moim życiu. Poszli sobie... A może odlecieli? Pozostałam... sobą, choć bałam się, że zabrali jakąś część mnie. Pozostałam... Jabłonią... to miłe, zwłaszcza w grudniowy dzień. W niebo, niczym ptaka, wypuściłam życzenie, by mieli cudowne Święta Bożego Narodzenia...

(381+1). Słomiane wdówki

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Słomka II
[Henia]:
(leży w przedpokoju pod drzwiami wejściowymi
i uparcie czeka na swojego Pana, a ten nie wraca i nie wraca
...)

Słomka I
[Jabłoń]:
(do tęskniącego Sierściuszka)
Zjesz jeszcze tylko 14 posiłków...
pójdziemy na 29 spacerów i...
Twój Pan będzie „wrócony”.

***

Minęła kolejna godzina. Słomki poszły na wieczorną, psią imprezę z udziałem Koko, Dżako, Jogi i Heniutki. Wróciły... jeszcze tylko 28 spacerów. Życie może być piękną prostotą.

wtorek, grudnia 06, 2011

381. O miłości... banalnie, przeddelegacyjnie

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jabłoń:
(czule, zmieniając sposób przytulania się do Sadownika
podczas oglądania filmu
)
Jesteś moim Ciachem...

Sadownik:
(z uśmiechem)
Miauuuuuuuuu...

______________________
† dziś to już chyba archaiczny, postnowoczesny zwrot, ale chciało się Jabłoni go wypróbować, bo gdy był młodzieżowym hitem Jabłoń nie mogła się mu nadziwić --- za stara już była.
‡ chyba mowa o czymś fajnym i nie ima się tego czas.

poniedziałek, grudnia 05, 2011

380. Internet kłamie!

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Centra handlowe zapłaciły, więc mają. Śnieg. Na reprezentacyjnych miejscach — choinki, Mikołaje, niedźwiedzie, renifery, sanie — wszystko pokryte delikatnymi płatkami, które za nic mają sobie plusową temperaturę.

Dziś leje. Przy śniadanku postanowiłam sprawdzić, czy śnieg przypadkiem nie powinien pojawić się u nas już całkiem za darmo.

Jabłoń:
(smutna tęsknotą za białym puchem
przygląda się zdjęciu z 1 grudnia 2010
)
Rok temu śnieg już był.

Sadownik:
Skąd wiesz?

Jabłoń:
Sprawdziłam na blogu.
(ogląda Kudłatą Mikołajkę)

Sadownik:
Internet kłamie!

sobota, grudnia 03, 2011

379. Hellena

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 


Hellenie w końcu udało się umieścić wygodnie swoje społeczne niedopasowanie w fotelu, który miał być tylko jej raz w tygodniu przez godzinkę. Właśnie mijał pierwszy kwadrans owej godziny, gdy była w trakcie skrupulatnego wyliczania:
     — Nie jestem kandydatką na świętą, błogosławioną czy zbawicielką narodu. Jeśli mogę, w autobusie czy tramwaju siadam, otwieram książkę i zajmuję się sobą. Pilnuję, by pod żadnym pozorem nie siadać na miejscach z krzyżykiem, staruszkiem z wydłużonym do samej ziemi palcem wskazującym czy kobietą o dwóch głowach, bo przecież nie jestem ani pająkiem, ani staruszkiem, ani zmutowaną kobietą.
     — Tak? — Stefan poczuł się nieco zaskoczony sposobem, w jaki jego nowa klientka dobierała słowa. Hellena kontynuowała:
     — Nie ustępuję żadnemu starszemu człowiekowi, co przez cały tramwaj pędzi z siatami, aby ochoczo wisieć nad moją głową, próbując niewerbalnie poinformować moje sumienie, że on jest starszy i obdarzony licznymi chorobami. Zwykle taki ma szerokie poparcie społeczne. Cała ludzka zawartość tramwaju grzmi na temat tego, jak źle wychowani są obecnie młodzi ludzie. Patrzę na jego siaty i myślę sobie… ależ jesteś zdrowy, staruszku, ja zabronione mam branie do rąk jednej czwartej tego, co ty właśnie biegiem tu przytargałeś.
     Stefan zapisał w notatniku „
ludzka zawartość tramwaju”. Hellena kontynuowała:
     — Nie ustępuję rozwrzeszczanemu czterolatkowi, który tupie, krzyczy, wskazuje palcem, że on właśnie tu chciałby usiąść, i tylko ja jestem dla niego jedyną przeszkodą do zrealizowania tej potrzeby. Ludzie wokół głośno komentują, że nigdy nie spotkali tak zimnej suki, co nie widzi najczystszej formy miłości obleczonej w czteroletnie, rezolutne ciałko. Cóż, może to i najprawdziwszy królewicz, tyle tylko, że nie w moim królestwie.
      Przerwała na chwilę, by sprawdzić, czy Stefan jest jeszcze po jej stronie barykady. Obrzuciła go szybkim spojrzeniem. Upewniła się, że nie maluje się na jego twarzy psychoanalityczna pewność, że tramwaj to symbol męskości, co jednoznacznie wskazuje na nierozwiązane problemy Helleny z ojcem. Hellena była mile zaskoczona faktem, że Stefan nie wydawał się być mądrolem, który już przykleił na jej czole etykietkę „zachowania bierno-agresywne” i właśnie w głowie wybierał najwłaściwszą metodę pracy z tą zimną, nieczułą kobietą. On wciąż był jej ciekawy. Gotowy, by traktować ją jak człowieka a nie zaburzenie, które wypełniło szczelinę w jego zawodowym grafiku.
     — Czy jest coś jeszcze, co się Pani przydarza w środkach komunikacji miejskiej?
     Hellena odetchnęła z ulgą. Wciąż przed nią siedział człowiek a nie specjalista od naprawiania ludzi. Nabrała odwagi, by w końcu powiedzieć:
     — Kopię ludzi.
     — W tramwaju?
     — Tak. Bo widzi Pan, ja wszystko rozumiem, mała przestrzeń, dużo ludzi, szczyt komunikacyjny, czasem ktoś kogoś szturchnie, nadepnie na stopę. Ja to naprawdę rozumiem, ale... No, wypada powiedzieć przepraszam. Więc, gdy ktoś mnie kopnie, patrzę takiemu człowiekowi w twarz, liczę powoli do trzech i jeśli nie usłyszę przepraszam, kopię takiego z całej siły, patrząc mu głęboko w oczy.
     Stefan był pod wrażeniem. Nigdy nie kopnął z premedytacją drugiego człowieka, choć kilka razy w życiu miał na to ochotę. Ta sesja zapowiadała się ciekawie.


***

Zanotowałam wczoraj przewrotne, cudze słowa: „własny system wartości to narzędzie do łamania prawa”. Gdy manewrowałam piórem, wiedziałam, że na samym notowaniu się nie skończy. Coś w mej głowie wciąż tańczyło wokół tych słów w takt muzyki, która usprawiedliwia wszystkie z dokonywanych przez jednostki wyborów, które choć prawnie niezabronione, budzą niesmak w społeczeństwie. Dziś przy kawie, pojawiła się przy mnie Hellena, która wybrane, niepisane, ale żelazne normy społeczne ma w nosie.

piątek, grudnia 02, 2011

378. Raz, dwa, trzy... z przyjemnością daję się zdradzać!

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Każdy wpis zaczyna konsekwentnie od podania liczby. Najpierw, owe liczby były dla mnie nic nieznaczącym, malejącym ciągiem liczb całkowitych. Po jakimś czasie zaczęła mnie dręczyć ich konsekwencja i ukryty przede mną sens. Poszukałam i znalazłam. Wydawało się, że prawie się przyzwyczaiłam... 180... 145... 121.. 90... Wczoraj zeszła poniżej osiemdziesiątki. Liczby nieubłagalnie ciągną ku zeru. Przyszło mi do głowy, że mogę Jej już dziś podarować prawie dowolnie wybraną liczbę, która będzie powiewać na sztandarze Zwycięzczyni w magicznej chwili Zero, gdy rodzić się będzie na nowo:


Piękna, zadbana i fantastycznie pachnąca Pani w pewnym salonie ze środkami upiększającymi spojrzała na mnie z troską w oczach. Zaraz potem energicznie pochyliła się ku półeczce z drobiazgami. Podniosła się i bardzo poważnie poinformowała mnie, że kobiety po 25 roku życia są już regularnie zdradzane przez ich własną skórę. Miła Pani. Zna swój fach. Uprzejmie zdjęła mi z karku naście lat. W dłoni miała propozycję panaceum --- oko za oko, zdrada za zdradę --- kremik „antywiekowy” na zmarszczki mimiczne zanim zacznie być gorzej.

Wzruszyłam ramionami --- raz. Każdego dnia, w razie potrzeby, mogę się pokryć warstewką matematyki i nie kłamiąc nawet przez chwilę, mieć tyle lat ile chcę: 20, 18, 22. Tym samym, pod niewidocznym płaszczykiem wiedzy nigdy nie przekroczę owej zdradliwej granicy 25, jeśli wpadnę na szatański pomysł, że właśnie tego chcę.

Wzruszyłam ramionami --- dwa. Gdybym zgodziła się wyprostować swoje kocie łapki wokół oczu czy kocurze łapy wokół ust, zniknęłyby wszystkie ślady chwil śmiechu aż po łzy, straciłabym pamiętnik szczęśliwych chwil mego życia.

Wzruszyłam ramionami --- trzy. Zakupiłam płyn do kąpieli niemowląt --- doskonały pod prysznic dla kobiety w każdym wieku.

__________________
■ wartość 38 zapisana w różnych systemach liczenia to odpowiednio (20)19, (18)30, (22)18.
wartość 50 zapisana w różnych systemach liczenia to, do wyboru do koloru, (20)25, (18)42, (26)22. Ile, Ilenko, chcesz mieć lat, gdy narodzisz się na nowo?

czwartek, grudnia 01, 2011

377. Wieczność w odcinkach o trzeciej nad ranem

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Chwile to całkiem spore kawałki wieczności. Kwarki-skwarki czasu cierpliwie układające się we wzorzyste dni i noce, w których zgrabnie zatopiono wszystkie momenty ludzkiego życia. Chwile to oddech światła biegnącego bezszelestnie w kapciuszkach z punktu A do punktu Z. Światło przecież wciąż pozostaje kwestią publiczną. A prywatnie?

O trzeciej nad ranem, chwila to bryłka łaskawości losu, przeobrażona w możliwość słuchania Twego oddechu. W środku nocy żaden to paradoks, że choć śpisz przy mnie w punkcie A, jednocześnie znajdujesz się w punkcie S swojego rycerskiego snu. Po cichutku, by nie spłoszyć życia, oświetlam miłością wszystkie punkty nazwane na cześć alfabetu łacińskiego kolejnymi literami i świadomie chrupię sekundę po sekundzie, nigdzie się nie śpiesząc. A Ty?

Śnij! Gdy zwyciężysz smoka, wróć. Zajmie Ci to przecież tylko chwilkę.

א

Alef... jeszcze tyle alfabetów, co nazywać będą nasze chwile... Dzisiaj kolej na szeptane z miłością Bet...

ב

Czytam właśnie Stephena Levine’a „Kto umiera?” i, z każdą stroną, każda chwila staje się cenniejsza. Szczęściarą, Bogaczką, Farciarą jestem! Wszystkim jestem... właśnie w tej chwili! Bo... Jestem!

wtorek, listopada 29, 2011

376. Dialogi w niemym kinie

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Raz w tygodniu specjalnie dla Heni gotowana jest kość. W niedziele Kudłata dostaje ugotowane na twardo jajko w skorupce. A Henia? Henia nieprzerwanie wierzy w to, że dzisiaj, jak każdego dnia, musi być niedziela.

***

Jabłoń:
(obiera dla siebie jajko na twardo)

Henia:
(w roli Tej, którą trudno zauważyć, wciska się bez pardonu
między nogę Jabłoni a szafkę kuchenną, przysiadając na drzewkowej stopie
)

Jabłoń:
(udaje, że nie czuje słodkiego ciężaru,
nie widzi żebrzących, psich oczu, które z namaszczeniem
odprowadzają każdy, upadający na talerz, fragment skorupki
)

Sadownik:
(przechodzi obok, na chwilę ląduje w kuchennym, niemym kinie,
po czym dziarsko tłumaczy z psiego na ludzki
)
Henia właśnie próbuje Ci powiedzieć:
„W tym domu to ja jestem suką”.

Jabłoń:
(w roli psa ogrodnika wyrzuciła do śmieci wszystkie skorupki
a jajko wzięła dla siebie
)

niedziela, listopada 27, 2011

(374+1). Mag Sadu i jego Dar

Ogrzewa me stopy przed snem.
Rozpala w mym sercu ogień
uśmiechem,
gestem,
dotykiem,
samym
swoim
istnieniem.
Rozniecił na mej głowie ognisko.

Ma Dar
dostrzegania
we mnie
kobiety,
którą
dopiero
się
staję.

(fot. Sadownik)

sobota, listopada 26, 2011

374. Barter?

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Sadownik:
(ogarnął studio i przyszedł do gabinetu)
To kiedy zaczynamy?

Jabłoń:
(ze zdziwieniem na twarzy, że już,
przypomina sobie, że złożyła zamówienie na herbatę
)
Herbata!

Sadownik:
(ripostuje od czapy, ale tym samym tonem)
Seks!

Jabłoń:
(przytkana ze zdziwienia nagłą zmianą kierunku rozmowy)
Jaki seks?!?

Sadownik:
(nigdy nietracący rezonu)
Dobry!

Dlaczego nie pamiętam, czy po frazie „żyli długo i szczęśliwie” było coś o seksie, ekonomii związku i szarej strefie?

(371+2). S.O.S. już jest!

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Bóg pisany od tyłu topies▲.

Bones, 4 sezon,
4 odcinek, od 40min:30sek.

***

Nic więc dziwnego, że kawałek podarowany nam Wszystkim przez Campanulkę jest nie tylko psi, ale jest nadzwyczajnie boski! Tak boski, że nie może utknąć w komentarzach --- musi być niczym koło ratunkowe dla Duszy, zawsze pod ręką, uzdrawiające nawet alergików --- stąd w bocznej szpalcie nowy, świeżo utworzony dział S.O.S.

Will Young, Come On.

___________
▲ ang. god==dog (przykład zmory tłumaczy).

czwartek, listopada 24, 2011

372. Intymna chwila z Sąsiadem

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Byłam Nikim.
Płaciłam rachunki.
Wyciągałam listy ze skrzynki.
Dreptałam chodnikami w tę i z powrotem.
Nosiłam przy sobie dowód osobisty.
Miałam pesel, NIP i adres zamieszkania.
Na mym palcu serdecznym tkwiła obrączka, a mimo to...
wciąż byłam Nikim.

Od dobrej chwili jestem KimśKimś ze Świata — przez sam fakt pojawienia się Heni w Przytulisku. Wczoraj dotarło do mniej jak bardzo jestem Kimś.

Byłyśmy z Kudłatą w parku. Gdy już prawie wracałyśmy, pojawił się Sąsiad — pewien Tata, który wyprowadzał psa swojego Syna — mężczyzna po sześćdziesiątce, na emeryturze. Był wczoraj w wyjątkowo dobrej formie i fantastycznym humorze. Dawno go nie widziałam w tak pogodnej wersji. Wymieniliśmy ciepłe powitania, uśmiechy, zatrzymaliśmy w nas to wielkie, pędzące miasto na chwilę. Sąsiad, upewniwszy się, że to właściwa chwila, powiedział: „Muszę się Pani pochwalić... dziś mam jubileusz... od trzech miesięcy jestem trzeźwy”. Formalne sąsiedztwo — dzieli nas jedna klatka i kilka pięter — dzięki naszym czworonogom zamieniło się w serdeczne sąsiedztwo, które właśnie wczoraj na chwilę magicznie przemieniło się w szczerą i magiczną intymność. Cudownie! — Odpowiedziałam — To pozostało już Panu tylko jedno, pozostać trzeźwym tylko dziś. Obdarował mnie niezapomnianym uśmiechem i energicznie przytaknął: Tak, tego mnie nauczono, tylko dziś!

Gdy Hab mnie pyta: „kim ty jesteś?” to im bardziej szukam odpowiedzi, tym bardziej jej nie znajduję, ale gdy trafiają mi się takie — jak opisane powyżej — spotkania międzyludzkie, co mają dla mnie rangę międzyplanetarnych spotkań na szczycie, towarzyszy mi niezachwiana pewność, że jestem Kimś, kto żyje dla takich właśnie chwil.

***

Wiedzieć kim jestem... wiedzieć, tylko dziś.

wtorek, listopada 22, 2011

371. Sukces nurka śmieciowego

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Kartonik niepozorny a pojemny. Gromadzi niezliczoną liczbę detali z przeszłości --- małe i duże sprawy zaklęte w... Zdjęcia. Listy. Zaschnięte kwiaty. Czas, Miłość, Wzruszenia, Nadzieje i Plany --- wszystko uwięzione w materialnych drobiazgach. Jest i kaseta wideo, choć wiadomym od zawsze było, że w Przytulisku nie będzie ani wideo, ani telewizora. Pamiętam, dlaczego ją włożyłam --- z powodu jednej, jedynej piosenki Annie Lennox, w koncertowej wersji, której stracić nie chciałam. Po raz pierwszy będę mogła coś już na zawsze wyjąć z kartonika, jednocześnie tego nie tracąc. Znalazłam dokładnie ten sam kawałek w cyfrowej śmieciarce grającej:

Annie Lennox, Don't Let Me Down.

Brzmi tak samo cudownie jak kiedyś. Rajcują mnie te same frazy, emfaza, zmiana rytmu tu i ówdzie, słowa... Słowa? Słowa. Tylko one, choć śpiewane dokładnie tak samo, zmieniły znaczenie przez te wszystkie lata. Już nie chodzi o kogoś, kto ma mnie nie zawieść. Im dłużej żyję, tym bardziej dociera do mnie, że najłatwiej i najboleśniej jest zawieść siebie i bardzo bym chciała ochronić przed tym swoje Marzenia, Nadzieje, Wzruszenia, Miłość i Czas...

***

Jak mają się kawałki, z których nie chcecie wyrosnąć? Proszę, zdradźcie, które to utwory, co wciąż i od nowa mają w sobie to coś, co sprawia, że brzmią dla Was szczególnie? Nutki zgrabnie ułożone na pięciolinii, które porywają i ciało, i duszę?

poniedziałek, listopada 21, 2011

(348+22=368+2). Ludzkie ciepło w zimny wieczór

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Literatura... czym jest? Czym nie jest? Jak nazwać twórczość poczytnych autorów? Co i dlaczego czytam? Definicję, dyskusję, dbałość o precyzję... odłożyłam na bok, by poświętować pełen delikatności i troski cud spotkań z wrażliwością drugiego człowieka:

***

„Gdzie byłeś?” nie jest niewinnym pytaniem. To tak, jakby powiedzieć: „Brakowało mi ciebie”, „Stęskniłam się za tobą”.

***

     — Obejmij mnie — proszę. — Potrzebuję tego. Ten stary jak świat gest jest czymś więcej niż spotkaniem dwóch ciał. Obejmując kogoś, mówię: „Nie boję się ciebie, nie obawiam się bliskości, mogę się przy tobie odprężyć, poczuć się bezpiecznie”. Podobno, obejmując kogoś po przyjacielsku, zyskujemy jeden dzień życia. Proszę, przytul mnie.

P. Coelho, Alef,
Drzewo Babel, Warszawa 2011.

***

Idę... zapytać, gdzie byłeś? Idę... zyskać jeden dzień życia. :)

niedziela, listopada 20, 2011

(362+7=368+1). Dlaczego...

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dlaczego... Mój najulubieńszy z wszystkich Habów zostawił mnie z tym słowem, które samo w sobie nijak nie mogło zdecydować się, czy jest tylko stwierdzeniem, czy może pytaniem, które zaprasza mnie do wewnętrznej podróży. Porzuciłam to słowo i jego ukryty, nieznany mi sens, wierząc głęboko, że w końcu znajdą się odpowiedzi a) na moją wątpliwość, co Hab miał na myśli, b) na ukryte w tym słowie pytanie dlaczego... Warto było poczekać...

***

Nie wspomniałam wczoraj, że wchodząc do księgarni miałam w zanadrzu koło ratunkowe --- książkę, którą chciałam przeczytać tylko i wyłącznie z powodu tego, że szalenie spodobało mi się hasło umieszczone na wielkiej reklamie, które widziałam jakiś miesiąc temu przemieszczając się komunikacją miejską. Hasło brzmi i porywa mnie do dziś:
„...Każdy koniec daje szansę na nowy początek...”.

Pocieszam się, że może każdy z nas ma jakiś czuły punkt... na reklamę proszku, pasty, nowo otwartej knajpy nie dam się nabrać, a tu... proszę, kupiłam książkę, bo hasło złapało za połeć moją wiarę w sens najdrobniejszego nawet końca. Dopadłam zawartość lektury dziś rano i, proszę, znalazła się zagubiona odpowiedź...

***

Hab: ...dlaczego...
Jabłoń: Dlaczego? Dla czego? Dlatego? Dla tego? Dlatego i dla tego...

Słowa to zapisane na papierze łzy. Łzy to słowa, które trzeba uronić. Bez nich radość traci swój blask, a duszę przejmuje bezbrzeżny smutek.

P. Coelho, Alef,
Drzewo Babel, Warszawa 2011.

***

Dlaczego kocham czuć, że żyję? To chyba już zbyt filozoficzne pytanie jak dla mnie...

sobota, listopada 19, 2011

368. Szybka miłość w wielkim mieście

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Obudził mnie rano głód nie byle jaki. Zamarzyło mi się coś... dla czystej, nieskażonej pragmatyzmem, przyjemności. Coś małego, niezobowiązującego, ot, takie małe, maksymalnie kilkugodzinne spotkanie miłosne... dać się uwieść, dać trochę swojej uwagi, wyssać i... porzucić!

Gdy więc Sadownik po śniadaniu zarządził polowanie na fotograficzne czasopismo ma Dusza i Ciało nie protestowały ani troszkę. Udając politycznie poprawne były gotowe, by odświeżyć polski szlagier: jes, jes, jes!

Fajnie jest... krążyć między regałami, marudzić, przeglądać, napawać się zapachem druku, nowymi okładkami starych tytułów, świeżutkimi premierami. Przebierać, wybierać, nie wiedzieć, czego się chce, ale chcieć całym sobą... naprawdę fajnie jest!

Na szczęście nie było dylematu osiołka, co zbyt duży wybór miał. Padło na książkę, o której istnieniu nie miałam pojęcia. Zanim jednak zdecydowałam się właśnie na nią, przeszłość przebiegła mi przez myśl --- osobista martyrologia lektur szkolnych. Moja lista tych ulubionych jest wyjątkowo krótka, bo znajdują się na niej tylko trzy tytuły: Kamizelka, Latarnik i Mały Książę. Gdy więc me oko padło na okładkę książki Alejandro Roemmers czułam, że to może być moja ofiara. Z niedowierzaniem zajrzałam do środka, chrupnęłam podczytnik i zawartość skrzydełek obwoluty... Im dłużej czytałam, tym bardziej traciłam pewność, czy to ja upolowałam książkę, czy to ona chwyciła mnie za serce i postanowiła nie puszczać do ostatniej literki, bo przecież czasem tęsknię za Małym Księciem. Kupiłam! Nie żałuję. Wolno, wolniutko czytałam. Starczyło na dwie godziny. Odpoczęłam. Mogę znów ruszać na podbój wielowątkowego kryminału jakim jest Psychopatologia.

Kochaj swoje marzenia, by dzięki nim budować świat pełen ciepła i cudowności, pełen uśmiechów i uścisków. W takim świecie będziesz chciał żyć, i stanie się on jak wielobarwna tęcza. Jeśli naprawdę w to wierzysz, jeśli będziesz budować go dzień po dniu za pomocą małych gestów, znajdzie się w zasięgu twojej ręki. Będzie nagrodą za twoje zasługi, bo nigdy nie widziałem, żeby ktoś w pełni cieszył się niezasłużonym szczęściem. Tylko ludzie, którzy prawdziwie kochają, są gwiazdami a ich blask świeci nad nami długo po tym, jak odejdą.

***

(...) wcześniej czy później wszyscy musimy wyruszyć w wyczerpującą wędrówkę w głąb swojej duszy. Żaden inny podbój nie przynosi takich zdobyczy, jak podbój samego siebie.

***

(...) Jeśli będziemy traktować innych zgodnie z tym, jak się zachowują, wcale się nie zmienią, ale jeśli będziemy ich traktować jak ludzi, którymi mogliby być, osiągną prawdziwą pełnię.

A. G. Roemmers, Powrót Młodego Księcia,
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011.

Mam już tak, że zawsze studiuję notkę wydawniczą. Lubię sprawdzić jak brzmiał tytuł oryginału. Lubię wiedzieć, ile lat dzieli polskie wydanie od wydania oryginału. Mile mnie zaskoczono... ta książka to prawdziwa świeżynka, oryginał wyszedł też w 2011.

piątek, listopada 18, 2011

367. Litania C-Th-L-S

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Kręgi C... Th... L... Sacrum i kosteczka guziczna ruchem jednostajnie przyspieszonym i zwalnianym przez środki transportu publicznego poniosły mnie dziś z samego rana, całkiem planowo, do Osteo.

C... Przestrzenie między kręgami, mięśniami, przyczepami... te wszystkie malutkie miejsca, których świadomości nie posiadam na co dzień... obdarzone uwagą, dotykiem, poruszone. Tak ma być!

Th... Magia pracy z ciałem. Ożywione plecy, niczym suchy alkoholik po spotkaniu AA, alternatywnie upijają się życiem i możliwością odzyskanej ruchomości. Tak ma być!

L... Dzień skurczył się do błogiego nicNierobienia i odsypiania maratonu, który przebiegły wszystkie cząsteczki mnie podczas tej osteowej godzinki. Tak ma być!

Śmieję się zwykle z Osteo, że przychodzą do niego tylko moje kręgi. Ja w tym czasie, w tej samej czasoprzestrzeni udaję się na sesyjkę muzykoterapii. Było tak i dziś. Bardzo często rozbrzmiewają połączone w pęczki nutki, których nigdy nie słyszałam. Dziś było podobnie. Jedyna różnica polegała na tym, że chciałam do tej płyty wrócić, gdy wyjdę od Osteo i dotrę do swojego życia.

S... Gdy kończę zamieniać dzisiejsze chwile w malutki, blogowy wpisik, słucham przy okazji i nie ustaję w zadziwieniu jak bardzo nie mogę zachować powagi nieruchomo siedzącej przy biurku osoby. Nie mogę, bo wszystkie koraliki C-Th-L-S rwą się do ruchu... Tak ma być? :)

Pizzica, Luna Lunedda.

poniedziałek, listopada 14, 2011

366. Cud-Poniedziałek

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Cud Pierwszy. W przerwie między zajęciami, zajrzałam do Ommeczki i zatrzymał mnie jej cudowny wiersz. Dotknął do żywego rzucając osobliwe światło na ludzkie życie. Poruszył. Przemienił. Pozwolił spojrzeć na ludzką egzystencję w jeszcze jeden, bardzo osobisty sposób.

Cud Drugi. Akuszer, co świętem mym jest co dwa tygodnie, był i dziś. 5 minut, psychologiczny szach i mat! Rozłożona na łopatki, wracałam do domu szczęśliwsza, wyższa, masywniejsza --- jakby mnie ciut więcej było pod każdym względem --- znów odzyskałam kawałek siebie. Wracałam i popłakałam się... ze szczęścia, co mnie rozpierało.

Cud Trzeci. No więc, wracałam, poczułam się przecudownie i „przebosko”, przypomniał mi się zestaw słów, który spisany był, gdy czułam podobną moc i zachwyt. Dodaję dziś do tych słów semi-toast:
Niech żyją Wszystkie Cuda, którymi byliśmy, choć pewnie wcale o tym nie wiedzieliśmy!
Niech żyją Wszystkie Cuda, którymi jesteśmy, choć ledwo to wyczuwamy!
Niech żyją Wszystkie Cuda, którymi pragniemy się stać! Bo...
Świat potrzebuje Cudów!

               ***

NIE!
Nie wierzę w cuda

Żyję wśród cudów
Dotykam cudów
Czynię cuda
Ot, jestem cudem

Tak jak Ty! Właśnie
TAK!
                (6 stycznia 2008)

niedziela, listopada 13, 2011

365. Bardzo ludzki ranek w języku psim

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jabłoń:
(w doskonałym humorku)
Hau, hau!

Sadownik:
(w ciepłym łóżeczku jeszcze leżący)
Waruj!

Heńka:
(patrzy wzrokiem niedowierzającym,
zszokowana ubóstwem ludzkiej komunikacji
)

No i było cudnie…

_____________
† tłum. dzień dobry, zrobiłam śniadanko, wstaniesz?
‡ tłum. cześć, chodź tu jeszcze na chwileczkę przytulić się.

sobota, listopada 12, 2011

364. I miłość, i czas, i miłość... po dni kres

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Kawalerka, co szczytem marzeń w owym czasie była. Zielonym materiałem obita kanapa. Światło wieczorem zapalane przebijało przez wiklinowy, delikatnie upleciony kinkiet. Piękne „chińczyki”, w które wbijało się szpilki. Druty, kłębki, maszyna do szycia. Głęboka wanna, zapach mydła, i najważniejsze... Ona. Pokochała mnie w czasach, gdy żywiłam się tylko doświadczeniem wkładanych do buzi zabawek, gdy nie przypuszczałam nawet, że są takie pojęcia jak miłość i czas.

***

Minęło wiele lat. Nasze drogi rozeszły się po drodze. Czas nie ustawał w przemijaniu. Minęło go tak dużo, że pomyślałam, że może wcale nie kochała. Zadzwoniła trzy lata temu. Jej głos. Trzy zdania. Wróciła i miłość, i czas.

***

--- Dlaczego byłam dla Ciebie wiecznie brudnym dzieckiem?
--- To znaczy?
--- Za każdym razem, gdy do Ciebie przyjeżdżałam, szorowałaś mnie i czyściłaś.
--- Chciałam, byś czuła, że ten czas, który Ci w ten sposób daję, jest tylko dla Ciebie.

Głęboka wanna, której już nie ma. Czas, którego już nie ma. Miłość, która z zakamarków Duszy wyjrzała na nowo, co wcale czyścić i szorować nie chciała, co tylko pragnęła ukochać każdą chwilę. Ten dialog znaczy dla mnie bardzo wiele do dziś. Gdybym nie zapytała, wciąż byłabym brudnym dzieckiem, a tak stałam się dzieckiem kochanym.

***

Ommeczka poruszyła we mnie dziś tę najstarszą strunę pamięci. Strunę, na której można zagrać tylko jedną pieśń wiary: jeśli pragniesz miłości, uwagi, ciepła, na pewno je dostaniesz. Nie daj się jednak złapać w pułapkę, że dostaniesz to wszystko od konkretnych osób, o których myślisz. Nie upieraj się, że musi to być Matka, Ojciec, Pierwsza Miłość. Czasem, a może dużo, dużo częściej, właśnie Oni, nie są w stanie nam dać ani miłości, ani czasu. Odpuścić, sztuka nad sztukami. Odpuścić, zrobić to dla siebie, zrobić miejsce, by mógł przyjść ktoś, kto podaruje i miłość, i czas. Odpuścić... jak łatwo powiedzieć i napisać. Odpuścić... zajęło mi lata, by uwierzyć, że Świat przyniesie i miłość, i uwagę, i ciepło.

piątek, listopada 11, 2011

(362+1)=11.11.11

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dziś pewien Pan, niestety nie udało mi się ustalić dokładnie kim był, w radio powiedział:

Naród to suma mniejszości.

Bardzo, bardzo, bardzo Mądry Pan! Chapeau bas!

czwartek, listopada 10, 2011

362. Pytaj, ale proszę, nie dawaj rad

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jak byłoby miło mieć metr pięćdziesiąt, kręcone włosy i sokoli wzrok. Bóg, może głuchy nie dosłyszał, może ślepy nie doczytał zamówienia, a może miał swój chytry plan. Wszystko przekręcił i podarował urodzinowy prezent. Nie ma w nim metra pięćdziesięciu, nie ma kręconych włosów, a gdy wieczorem zdejmę okulary, przed oczami mam niekończący się test Rorschacha. Bóg miłosierny, bo łapnął w końcu, że podarował coś, czego być może sam sobie by życzył, gdyby miał stać się człowiekiem. Z pewnym opóźnieniem podarowałbył lekarstwo — Sadownika, co nie znosi kręconych włosów, kocha z metra ciętą kobietę i lubi mówić: „plama się do Ciebie uśmiecha”, gdy rankiem okulary dosypiają w swej prywatności na parapecie.

Marzenia, by nie wystawać ponad tłum, by być zwykłym, nierzucającym się w oczy człowiekiem, grzeczną dziewczynką, niesprawiającą kłopotu córką, spełniającą oczekiwania społeczne obywatelką — Boga ominęła nawet myśl, by choć zalążki spełnień tego podarować. Dopadła mnie dzisiaj Akuszerka, całkiem bez znieczulenia: jak mi jest być bezdzietną w świecie?

***

Jak jest, gdy ludzie traktują moją bezdzietność jako problem i odsuwają się ode mnie?

Jak to jest, gdy kiedyś najbliżsi ludzie, wśród których się wychowałam, robią ze mnie problematycznego człowieka?

Jak to jest, gdy milczą, gdy dają dobre rady, gdy modlą się, by Bóg zechciał mnie naprawić?

***

Jestem bezsilna... Bezsilna tak bardzo, że aż bezbronna. Wtedy płaczę...

Płaczę... i wracają do mnie słowa Treyi, których ci wszyscy — co się odsunęli, wiedzą lepiej, milczą, dają dobre rady, chcą bym się zmieniła i modlą się bez końca — nie słyszą:

Chcę, żebyś mnie pytał, a nie mówił.

K. Wilber, Śmiertelni nieśmiertelni,
Wydawnictwo Jacek Santorski & Co, Warszawa 2007.

Płaczę... i znajduję na nowo słowa Ewy Woydyłły:

Dzięki łzom ocalamy to, co w nas najlepsze.

E. Woydyłło, Sekrety kobiet,
Wydawnctwo Literackie, Kraków 2005.

Płaczę... i czasem nie chcę już płacić tak wysokiej ceny za bycie sobą, co dla mnie łączy się nierozerwalnie z byciem reprezentantem mniejszości społecznej.

Płakałam i dziś, by na końcu bezsilności znaleźć siłę... siłę wręcz morderczą, by stać za tym, co wybrałam w życiu: za wolnością, której potrzebuję jak powietrza, za pragnieniem spełniania marzeń, za drogą, którą chcę podążać. Płaczę, by ocalić to, co we mnie najlepsze, co potrzebuje bezdzietną pozostać. Płaczę... i muszę przyznać, że płacz się chyba całkiem dobrze Bogu udał, bo po deszczu przyjść musi słońce...

***

...I przyszło, bo Frendka na swoim profilu umieściła:

Ad for Clothing Brand Saga, Dare.

I pomyślałam... właśnie o to chodzi! O to chodzi!

361. Damsko-męskie szczęście... utopia?

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jabłoń:
(gada do obściskiwanej czule Heńki)

Sadownik:
(z drugiego końca mieszkania):
Nie słyszałem! Powtórz!

Jabłoń:
Nie mówiłam do Ciebie, tylko do Heńki.

Sadownik:
(wraca do reszty Stada)
Heńka to ma dobrze, z nią rozmawiasz,
a ze mną to się tylko chcesz kochać...

środa, listopada 09, 2011

(346+14). Marzy mi się... okazja!

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Pokaż mi swą kuchnię a powiem ci, kim jesteś. O rany!
Pokaż mi zawartość swej szafy a powiem ci, kim jesteś. No i?
Pokaż mi swoje miejsce pracy a powiem ci, kim jesteś. Proszę bardzo.

***

Bettelheim ma na mej półce z książkami specjalne miejsce. Wciąż gdzieś w środku mnie pracują jego słowa. Odkryłam na swój własny użytek kolejną mądrość i wyższość dzieci nad dorosłymi.

Dzieci... mają taką przypadłość, że jak polubią jakąś baśń to każą sobie czytać i... czytać... drugi, trzeci, setny raz i znów od nowa. Nie da się dziecka oszukać zmieniając zdania, akapity. Trzeba czytać dokładnie słowo po słowie, bo latorośl zna tekst na pamięć, recytuje fragmenty, jakby znało również miejsca, w których postawiono przecinki. I znów każe sobie czytać. Według, nie tylko, Bettelheima, baśń, która pochłania malucha ma w sobie problem, który dziecko właśnie świadomie --- dużo częściej nieświadomie --- w środku siebie obrabia. Można więc powiedzieć, że dzieci żują swoje problemy tak długo aż je przeżują.

Dorośli... mają taka przypadłość, że problemy są dla nich po to, by szybko się ich pozbyć, rozwiązać, zrzucić na kogoś innego. Ma to sens w kategorii logistyki życia codziennego. Są jednak problemy wewnątrz nas, których nie da się załatwić wyciągając z portfela banknot o większym nominale, nie da się ich ominąć, nawet jeśli przez dłuższy czas udawało się ich unikać, nie da się od nich uciec. I wtedy dorośli... mają prawdziwy problem, co dogania ich pod różnymi postaciami. Niby różne sytuacje, a istota ich kłopotliwości podejrzanie taka sama, niczym czytana po raz setny baśń.

Jako dorosła, dokopuję się do dziecięctwa w sobie i uczę się cieszyć takimi problemami, których nie da się ignorować, bo to królowie wśród problemów --- problemy rozwojowe, co potrzebne nam są do życia jak chleb i woda. Przychodzi dzień, że trzeba sobie odpowiedzieć na naprawdę trudne pytania, trzeba podjąć decyzję, którą drogą iść. Trzeba? Nie trzeba. Warto.

Żal mi tylko, że nie dzielimy się problemami, z których wyszliśmy zwycięsko. Marzy mi się, by ludzie o tym mówili, dając nadzieję i wiarę tym, którzy po nich stają twarzą w twarz z problemem, który z dalszej perspektywy jest już tylko świetną okazją do zmiany. Marzy mi się... chyba bylibyśmy wtedy bardziej ludzcy i mniej plastikowi.

***

Wypowiedz choć jedno zdanie a powiem ci, jaki problem teraz ma cię w swoich objęciach. I nosi, i hołubi, i marzy, byś wyssał z niego wszystko co najlepsze i poszedł dalej bogatszy, silniejszy, mądrzejszy.

Wypowiedz choć jedno zdanie... Proszę bardzo. No i? O rany!

Naprawdę? Naprawdę. Od czegoś trzeba zacząć. Uczę się słuchać siebie, by usłyszeć własną Duszę, co nie wie i nie chce wiedzieć, która ręka jest prawa, która lewa, ale jest żywo zainteresowana, w którą stronę pójdziemy dalej. Fajna Dusza, co z uporem maniaka powtarza, że problem to... okazja!

niedziela, listopada 06, 2011

359. Słodka alternatywa dla konsumpcjonizmu

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dwunożne w kinie (Służące). Brak telewizora w domu powoduje, że Jabłoń zachwycają reklamy --- kierunkiem, w którym się rozwijają, poziomem manipulacji, światem niedopowiedzeń, kolorów, szybkiego ruchu i bezkresnego pożądania, które wymaga natychmiastowego spełnienia.

Blok reklamowy trwa i trwa, by przy końcu prawie ostatniej reklamy użyć argumentu, który rozbawia do łez: Play Station w nowej, niższej cenie.

Sadownik:
Kupisz mi?

Jabłoń:
(całuje Sadownika czule)
Raz…

(całuje równie czule)
Dwa…

(całuje z niesłabnącą uważnością)
Trzy…
Kupiłam!

Sadownik:
?

Jabłoń:
(jako uosobienie skromności)
Dałam Ci tyle samo przyjemności,
ile dałoby Ci Play Station w nowej, niższej cenie.

sobota, listopada 05, 2011

358. Zachłanna szachistka

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jabłoń:
(co wiecznie przegrywa z Sadownikiem
podczas porannej partyjki
)
Wiesz, dlaczego nie mogę Cię ograć?

Sadownik:
No?

Jabłoń:
Mam za mało królówek...

***

Z powyższego dialogu natychmiast wyłoniła się piękna algorytmiczna zagadka: ile najmniej musiałaby mieć Jabłoń królówek i na których polach szachownicy, by Sadownik nie miał najmniejszych szans?

piątek, listopada 04, 2011

357. Spóźnione, kratkowane Zaduszki

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Wczoraj, Akuszerka widząc, że jestem w poznawczej czarnej dziurze i nie mam nawet skrawka wzorca na jakiekolwiek zachowanie, na koniec sesji powiedziała: szachy, pograj w szachy. Nie chodzi o wygrywanie, chodzi o przesuwanie pionków do przodu i zbijanie.

Nie zdążyłam wrócić dobrze do domu, gdy przez telefon radośnie oświadczyłam Sadownikowi, że wracają szachowe czasy. Graliśmy wczoraj, graliśmy już dzisiaj. Ranki, gdy pijemy razem herbatę, zmieniły swój charakter na całkiem pokratkowany:

Sadownik:
Teraz mój ruch, ale najpierw pójdę do pracy.
(i poszedł a szachownica cierpliwie na nas czeka)

***

Poszedł. Mój wzrok zastygł na krawędzi między polami szachownicy. Przesuwanie pionów, dotykanie figur, sposób w jaki dziś rano padało słońce na planszę --- to wszystko zwróciło mi odległe wspomnienie, gdy pochyleni dokładnie nad tą szachownicą rozgrywali między sobą partyjkę mój Dziadek i moja Mama. Myślałam do dziś, że nic nie wiem na Jej temat. Jest, niczego nie chce, niczego nie potrzebuje, nie myśli nigdy o sobie, matka Teresa w beznadziejnym, niereformowalnym wydaniu. A jednak coś wiem... grała kiedyś w szachy ze swoim Ojcem. Przed oczyma stanęły mi ich pochylone sylwetki, ruchy ich dłoni, skupienie, ale i miłość, o której pewnie nigdy nie rozmawiali.

Dziadkowie... Mój drugi Dziadek nie miał najlepszych notowań (eufemizm), ale to z nim łączy się wspomnienie, którego klimat ogrzewa mnie za każdym razem, gdy do niego wracam. Mam kilka lat. Idziemy z owym Dziadkiem w słoneczny dzień po ulicy, wracamy z drukarni. Pamiętam tylko światło i dumę, która nas otaczała --- ja byłam dumna, że mam takiego Dziadka, a On był dumny, że ma właśnie taką jak ja, pierwszą wnusię. Szliśmy, mocno trzymając się za ręce. Dużo czasu zajęło mi zrozumienie, że zbyt rzadko czuł, że ktoś jest z niego dumny, nigdy nie nauczył się być dumnym z siebie, chyba nigdy nie poczuł, że jest coś wart... a był wart. Był moim Dziadkiem, co podarował mi taką magiczną chwilę.

Siedziałam w jadalni. Gapiłam się na szachownicę. W życiu nie chodzi o wielkie rzeczy. W życiu chodzi o chwile. O ludzi, którzy je tworzą.

Dziadkowie... Babcie... Czuję ich za plecami. Nigdy nie jesteśmy sami... Nawet jeśli rodzinna rzeczywistość bardzo skrzeczy, na pewnym poziomie łączy nas tylko bezkresna miłość, która za nic ma fakty. Amen.

środa, listopada 02, 2011

356. Czterodniowe Święta Splecionych Dłoni

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dawno nie mieliśmy tylko dla siebie czterech dni w stolicy. Dawno nie dzieliliśmy się naszymi marzeniami. Dawno... To były piękne i bardzo potrzebne Święta.


Cień to towarzysz niezmordowany. Nigdy nie wykłóca się o detale, nie robi scen, nie pamięta krzywd. Tylko czasem, lekko zagniewany, znika na samotnym spacerze w po­chmurne dni. Wraca stęskniony, gdy tylko zza chmur wyjrzą ciut bardziej zdecydowane promienie słońca. Światło sprzed setek sekund dociera na Ziemię a Twój cień-niemowa językiem swego ciała chciałby opowiedzieć Ci coś o Twojej przyszłości. Posłuchaj.

Swoim kształtem krzyczy: taki mocny i wielki możesz być! Twój cień, chętnie nauczy Cię jak być panem swojego losu. Wypoczęty, wyhulany i spełniony szepcze, judzi, że już teraz możesz być sobą. W sumie, czemu nie? Tylko co to znaczy dla Ciebie być sobą? Co to znaczy dla mnie, że będziesz sobą? Co to znaczy dla nas, że oboje będziemy sobą? Spójrz.

Nasze cienie już wiedzą. Zobacz tylko jak się teraz obejmują. Uwielbiam jak się obejmują. Bądź.


wtorek, listopada 01, 2011

355. Rajd ku śmierci inaczej

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Pierwszy listopada kojarzy mi się z Narodowym Świętem szybkiego umierania w samochodzie. W związku z tym, pomimo głębokiej tradycji, że lampki jest dobrze tego dnia zapalić, od wielu lat jestem ignorantką, co życie swe ceni bardziej niż ceremoniał wszelki. Co gorsza, głęboko wierzę, że moi Przodkowie dadzą sobie jeszcze świetnie radę beze mnie po drugiej stronie lustra. Pierwszy listopada to dziś. Nie ruszam się ze stolicy. Święto uznaję za zaliczone, gdy uda mi się upolować puszyste obwarzanki, co z roku na rok zaczyna być coraz trudniejsze.

Okazało się, że i stoliczne dla mnie święto ulega ewolucji. Jeszcze kilka lat temu pędziliśmy na cmentarz wojskowy światełko Tuwimowi i Broniewskiemu zapalić. Od trzech lat robimy to w dowolnym, ale innym terminie. Cmentarze w tym szczególnym dniu zamieniają się --- jakby żyjący pragnęli podarować nieżyjącym smak codzienności XXI wieku — w ogromne filie sklepów wielkopowierzchniowych. Nie ma mowy o usłyszeniu własnych myśli, gdy trzeba pilnować, by człowieka nie przewrócili Bracia i Siostry wiary słusznej. Odmawiam więc współpracy z takim świętowaniem.

***

Dziś, zdecydowaliśmy się na wizytę na cmentarzu Braci starszych w wierze. Wstrzeliliśmy się we właściwy czas, bo... pan Jan Jagielski oprowadzał po cmentarzu opowiadając przy tym bardzo ciekawie. Byłam pod wrażeniem pogody ducha tego, starszego już dzisiaj, Pana.

Napis... Literki... Pamięć wykuta w kamieniu... Czuła jestem na pismo. Na większości grobów coś, co można by skojarzyć z katolickim „Ś.P.”. Zapytałam pana Jana, czy mógłby mi ten napis przetłumaczyć. Mógł. Poniżej napisano: „tu spoczywa” (ładnie i bez nadęcia):

Nie znałam zwyczaju z kamykami, ale zachwycił mnie i mam zamiar go ekumenicznie stosować na własne potrzeby przy okazji wizyt na grobach Osób dla mnie ważnych.

Pan Jan, dziś, był czarującym człowiekiem:

***

I tylko jeden smuteczek i lekka złość mi towarzyszyła podczas owego zwiedzania. Tyle wrzasku o krzyż w Sejmie, że uszanować należy... Szkoda, że tak trudno było kilku męskim katolikom uszanować szczególne miejsce, jakim jest żydowski cmentarz i włożyć coś na głowę. Hitem był pewien krótki pan w prochowcu, który by lepiej widzieć w wypolerowanych kulturą butach... stanął sobie na nagrobku. Do teraz zachodzę w głowę, dlaczego nie podeszłam do palanta i go nie zrzuciłam...

354. Świętowanie (III)

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Było 1.11.2006 roku:

_____________________Sens

Niektóre
kobiety dają życie... dzieciom.

Ja
daję przyprawy do życia... ludziom.

Wszystkie
mamy ten sam cel: pokazać,
że życie cudem JEST.

Każda z nas obdarowuje
i jest w życiu obdarowywana.

Niech tak pozostanie.
___________________________

Opłakałam wtedy i rozstałam się z marzeniem o normalności, bo moje marzenia i życie nijak normalne nie chciały być --- nie miały w planie wyprostować się, nagiąć czy uszczęśliwić twór zwany rodziną. Moje marzenia i życie uszczęśliwiają moją osobę czyniąc mnie... przyprawą.

***

We wrześniu tego roku, na urlopie zrobiłam tylko jedno zdjęcie. Gdybym nie była Jabłonią, byłabym Brzozą, właśnie taką, wolną i szczęśliwą: 

***

Dziś, 1.11.2011 roku: Jestem... Przyprawą! Szczególną. Wciąż dojrzewającą. Bardzo miłe jest posiadanie świadomości tego faktu. Świętowałam dzisiaj! Świętowałam... Życie!

poniedziałek, października 31, 2011

353. Świętowanie (II)

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Niedziela. Miał być Kampinos od nieznanej strony. Synchronizacja, telefon brzęczący i nagła zmiana planów. Był Raj naszych Przyjaciół, u których byli jeszcze dodatkowo ich Przyjaciele. Raj do kwadratu, bo zamiast dwójki dzieci, była czwórka i Heniutka nie ukrywała zachwytu. Urzekła mnie czarująca uśmiechem i osobowością Pięciolatka. Siedziałam na krześle. Zaszła mnie od strony oparcia i teatralnym szeptem zapytała:
     — Jak ona ma na imię?
     — Hexe — odpowiedziałam i Dziewczynka zniknęła tak samo szybko jak się pojawiła. Nie było sensu oczekiwać kontynuacji dialogu, dzieci nie marnują czasu. Tymczasem, Dziewczyneczka pojawiła się znów za kilkadziesiąt sekund by powiedzieć z powagą i czułością w głosie:
     — To bardzo ładne imię.

Cóż, trudno nie kochać pięciolatek, gdy z taką łatwością chwytają człowieka za serce.

352. Świętowanie (I)

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Sobota. Dwie godziny w korku, by dojechać do Modlina. Henia grzecznie kimała, a gdy otwierała oko, by skontrolować dlaczego tak wolno jedziemy, powtarzałam jej z uporem maniaka... będzie Heniu Przygoda. I była.

Gdy już dojechaliśmy, pobłądziliśmy, jakby twierdza Modlin była wielkości łebka od szpilki. W desperacji porozmawiałam z pewnym panem, co za ogrodzeniem własnego domu grabił liście... że my... że z psem... że tylko jedno marzenie mamy... by powłóczyć się z Sierściuchem wzdłuż rzeki. Autochton okazał się człowiekiem nie do przecenienia: pójdą państwo prosto wzdłuż domów, potem skręcą państwo w lewo i będą szli tak długo, aż zobaczycie dziurę w murze. Za tą dziurą jest już to miejsce, o które państwu chodzi. Poszliśmy, wzdłuż szeregowych domków, potem w lewo wśród liści, ścieżką co ją ledwo było widać, szliśmy, aż naszym oczom ukazała się dziura... prowadząca wprost do Przygody, którą Heni obiecałam. Był więc spacer prawie trzygodzinny. Henia wylatana. My nagadani i przeszczęśliwi.

***

Heniuta w towarzystwie wspomnianej dziury:

***

Czy zwierzęta mają duszę? Nie jest sztuką znać odpowiedź na to pytanie. Sztuką jest... sfotografować duszę psa. Udało się! (Trochę przez przypadek.) Poniżej Heniutkowa Dusza w całej okazałości:

piątek, października 28, 2011

(350+1). Trzeba się cenić, dziewczyny!

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jabłoń:
(zachwycona, że pies na parówki tak pięknie działa)
Te parówki na drzwiach lodówki...
nie pomyl się i ich nie ruszaj, bo one są Heńki.

Sadownik:
No wiesz! Temu psu poprzewracało się w głowie.

Jabłoń:
Poczekaj, niech policzę...
(wydobywa z pamięci przybliżoną cenę parówek z indyka i parówek z szynki,
przewraca liczby w głowie, by mieć przybliżony wynik w złotych polskich
)
Heńki parówki są cztery razy tańsze od Twoich, więc o co chodzi?

Sadownik:
To ty psa byle czym karmisz?!?
(do Heni)
Heniu, no trzeba się cenić dziewczyno!

350. Impuls... i zamknęło się!

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Impuls... zwykle coś wyjątkowo małego, prawie nieuchwytnego. Przeczucie, gest, specyficzne spojrzenie. I nic nie może już być potem takie jak przedtem.

Impuls... trudno nazywać go subtelnym, choć był niespełna sześciokilogramową, wyczekaną, kudłatą kuleczką. Był niewiarą, że z tego maleństwa może wyrosnąć Dusza powleczona trzydziestoma i czteroma kilogramami psa. I nic już nie pozostało takie jak było wcześniej.

***

Tak, proszę Pani, to jest Pani marzenie, nie moje. Tak, proszę Pana, ma Pan prawo nazywać mnie w ten sposób, ale mi przysługuje prawo, by się z Panem nie zgadzać. Tak, Mamo, masz prawo nie akceptować, a ja mam prawo nie musieć już tego rozumieć. Tak, Tato, twój obrażony świat jest miejscem, którego nie zdecyduje się odwiedzać. Tak, wiem, że wy... to wszystko... z miłości i troski. Chyba, właśnie, już tylko z miłości, czasem starałam się to wszystko jeszcze jakoś pojąć...

***

Impuls... dziś jest 34 kilogramową Damą. Dokładnie za tydzień jej rys psychologiczno-osobowościowy uznany zostanie za ukształtowany. Od tygodnia gołym okiem widać, że „nastolatkowy” okres buntu zaczyna mijać powoli (odpukać w niemalowane?!). Przerobiliśmy samowolki pójścia, gdzie się chce i próby samostanowienia o sobie choćby przez marne trzy minuty. Wygląda na to, że chodziło o wyższe kieszonkowe... Kawałki parówki sprawiły, że Heni wrócił i słuch, i rozumienie komend.

Impuls... i powstał blog. Dziś domyka się i staje się 350. odcinkową opowieścią o życiu, które zmienił jeden, czarny Sierściuch. Nie przewidział Impuls tylko jednego, że blog ten będzie miejscem, z którego będę wyruszać w Wasze miejsca, Wasze blogi, by sprawdzić jak się macie. Mam nadzieję, że teraz już wiecie, dlaczego nie możecie przestać uzupełniać swoich zapisków. Bo tu jest ktoś, kto bardzo chce wiedzieć, że jesteście zdrowi, szczęśliwi i wciąż... „marzący”, pragnący, nawet jeśli z grypą to wciąż głodni Życia. Cudownie jest wiedzieć, że są na tym Świecie tacy Ludzie jak Wy. Dziękuję.

środa, października 26, 2011

349. Sad malinowym chruśniakiem

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dopiero co wpadłam po zajęciach do domu i proszę...

Sadownik:
(wrócony szczęśliwie z tygodniowej delegacji)
Czy mogę mieć prośbę?

Jabłoń:
Zrobić Ci herbatę?

Sadownik:
Nooo. Poczułbym się w domu jak gość.

Jabłoń:
(uśmiecha się... uśmiechem,
który mógłby stanowić wstęp do gry wstępnej

i wzdycha znacząco)
Dziś jesteś... Gościem.

Sadownik:
Czyli Obcym?! O, ty zozło!

I mają w planie żyć długo i szczęśliwie...

wtorek, października 25, 2011

348. Dotyk... bezcenny

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

By przeżyć, trzeba nam czterech uścisków dziennie.
By zachować zdrowie, trzeba ośmiu uścisków dziennie.
By się rozwijać, trzeba dwunastu uścisków dziennie.

Virginia Satir, (1916–1988)

***

Dotyk. Magia ukryta pod pięcioma literami. Gdy piszę „magia” zdradzam swój wiek, bo przecież dla dwulatka czy czterolatka dotyk to oczywista oczywistość.

Dotyk. Kulturowo odsiaduje dożywocie w więzieniu i wypuszczany jest tylko na krótkie przepustki do par, które zdążyły porozumieć się, choć na chwilę, w kwestii „być czy nie być parą?”.

Dotyk. Proszę napiszcie, że przytulacie nie tylko dzieci, partnerów czy partnerki. Od wczoraj mam zamęt w głowie, czy może jednak mentalnie nie zostałam w pieluchach, bo przyznałam się, że... przytulam przyjaciół bliższych i dalszych, przytulam na „dzień dobry” i na „do widzenia”. Przytulam, bo chcę niewerbalnie powiedzieć „dziękuję, że jesteś właśnie tu i właśnie teraz” ludziom, którzy wnoszą dobro w moje życie swoją obecnością, empatycznym byciem, życzliwym uśmiechem, gdy nie jest do śmiechu. Przytulam, bo słowa są czasem zbyt kanciaste...

Dotyk. Jest jeszcze jeden, może ciut prozaiczny powód. Przytulam drugiego człowieka lub przytulam się do Niego, bo... lubię! Bo... potrzebuję! Ale może... w moim wieku... należy potraktować to jako zaburzenie?

poniedziałek, października 24, 2011

347. Spełnienie zakończone... oczekiwaniem

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Po obejrzeniu „zajawki” filmu PINA wiedziałam, że nie będę czekać na Sadowniczy podelegacyjny powrót do domu, bo film jest, póki co, w wersji 3D (Sadownik ich nie obsługuje). Szybciutko zaplanowałam wyrwać się z kieratu musiów, należyśków i pomknęłam… do kina. Kino nie widziało mnie latami, więc i Świat mi sprzyjał piszcząc „idź, idź” — zmaterializowało się to w postaci faktu, że ów film grali dziś w bliskiej odległości od Przytuliska. Poszłam uwiedziona… „puszczaniem” się tancerek (reklamówka 0:12, 0:48). Na 104 minuty byłam w innym świecie. Z przyjemnością patrzyłam na świadomość ciała tancerzy, na to jak pławią się w świecie emocji, uczuć i wzruszeń. Teraz już tylko pozostało mi czekanie na wersję 2D, by z Sadownikiem zatopić wzrok w tym ruchomym zjawisku.

Pina, reż. Wim Wenders, 2011.

W filmie przytoczono pytania Piny, które zadała swoim tancerzom — po raz pierwszy wyjęłam w kinie telefon i zapisałam, by nie zgubić:

Czego pragniecie?
Skąd bierze się ta tęsknota?

***

I pomyślałam… czasem narzekam, że pragnienia i tęsknoty mnie uwierają, ale bez nich… byłabym martwa.

niedziela, października 23, 2011

(337+9=345+1). Kopciuszkiem... byłam!

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Łagodny wietrzyk... Ile razy było tak, że wydawało się, że to już koniec, by po jakimś czasie okazało się, że to nie był koniec świata lecz początek nieba? Ile razy myśleliśmy, że tylko my mamy taki problem? Cóż, okazuje się, że wszyscy przechodzimy przez to samo, zmieniają się tylko rekwizyty i okoliczności. Być może świadomość tego pozbawia nas owej cudownej wyjątkowości, ale dla mnie fakt, że tą drogą szły całe pokolenia, jest bardzo pokrzepiający. Nie jestem sama. Przodkowie patrzą i kibicują! To bardzo miło z ich strony.

(...) Rodzice młodej dziewczyny, zmartwieni, że dotąd nie znalazła męża, zasięgają rady u wyroczni Apollina. Wyrocznia każe im zaprowadzić Psyche na szczyt urwiska, gdzie stanie się ofiarą potwornego smoka. Ponieważ wszyscy są przekonani, że oznacza to śmierć Psyche, odprowadza ją żałobny orszak. Ale łagodny wietrzyk znosi Psyche ze skał ku dolinie. (...)

B. Bettelheim, Cudowne i pożyteczne. O znaczeniach i wartości baśni,
W.A.B, Warszawa 2010.

***

Skończyłam. Żadnej książki w życiu nie czytałam tak długo. Przemieniła mnie. Choć napisana jest z myślą o rodzicach i wychowawcach, mi podarowała zrozumienie tego wszystkiego, co w mym życiu wydarzyło się, choć tego nie chciałam. Nagle jak na dłoni zobaczyłam fazy, przez które przeszłam, z odpowiednimi do tego, niezbędnymi zgrzytami. To, co „wyjęło mnie z butów” to sposób w jaki po tej lekturze patrzę na seksualność człowieka. Gdy teraz myślę „seksualność” przychodzi mi tylko jedno na myśl „czapki z głów, proszę Państwa!” i czuję ogromną wdzięczność, że „seksualność” jest również moim udziałem i formą doświadczania życia. Nie mogę już patrzeć na życie inaczej niż... że to jeszcze jedna baśń... wspaniała Baśń!

Baśnie to czarodziejskie zwierciadła ukazujące różne zjawiska naszego świata wewnętrznego oraz fazy rozwojowe, jakie musimy przejść, aby osiągnąć dojrzałość. Gdy zanurzymy się w znaczenia baśniowe, wydarzą nam się one najpierw spokojną tonią, w której odbija się tylko nasza twarz. Wkrótce jednak odkryjemy, że w głębi widać wewnętrzne wiry naszego życia psychicznego, a także obrazy tego, w jaki sposób osiągnąć pokój z sobą samym i ze światem zewnętrznym, pokój, który nagrodzi nasze trudy.

B. Bettelheim, Cudowne i pożyteczne. O znaczeniach i wartości baśni,
W.A.B, Warszawa 2010.

***

Gdy byłam kilkadziesiąt stron przed końcem ES podarował mi (przedwczoraj) świadomość istnienia poniższego kawałka. Jest on niczym klamra do tej książki, bo... jesteśmy ze Słońca:

Nous sommes du soleil
Nous sommes du soleil

Yes, Ritual. Nous sommes du soleil.

piątek, października 21, 2011

345. Ludzkie podroby, sztuk trzy

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Trzustka melduje, że ciało co ją nosi odebrało dzisiaj wyniki badania krwi. Amylaza w cudnej normie!

Wątroba nie chciała być gorsza i pochwaliła się wspaniałym wynikiem ALT.

Serce. Dlaczego Pani kocha ludzi? Przecież bywają okrutni, niektórzy wiecznie nieszczęśliwi, złorzeczący, hałaśliwi? No... bywają... Więc dlaczego Pani kocha ludzi? Bo... , bo uczą mnie, bo mi towarzyszą, bo ich obecność zmienia coś we mnie... na dobre. Bo... czasem widzę, kim mogą się stać.

***

Dziś ES uchylił przede mną drzwi do Muzyki, której nie znałam, o której istnieniu nie miałam pojęcia. Trzustka, wątroba i serce powiedziały: yes, yes, yes a ja? No coż, pod wrażeniem, nie chciałabym tych kawałków zgubić:

Emerson, Lake & Palmer,
Still... You Turn Me on.

Do you...? Do you...? Do you? Yes, I do.

czwartek, października 20, 2011

344. Niech MOC będzie z Wami!

     — Mam problem.
     — Nie.
     — Mówię ci, że mam problem.
     — Nie. Problem to nie problem, tylko źródło.
     — Strumyk?
     —Nie. Źródło, dzięki któremu możesz zyskać MOC.
     — Prywatna Kopalnia
!

***

Tylko dlaczego dostrzegam, że problem nie był problemem dopiero wtedy, gdy uda mi się wyjść z życiowego zakrętu?

poniedziałek, października 17, 2011

343. Smak pistacji

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Stojąc pod windą nasyciła oczy pracami studentów --- wykonanymi w ramach zajęć z typografii --- co raczyły zdobić ścianę. Znalazła tam opis kobiecej natury, pewnie stary, ale jej dotąd nieznany:

Kobiety są jak pistacje... Jedne trudno otworzyć, ale są wyśmienite. Inne są otwarte, ale puste w środku.

Szła do domu po bardzo udanym dniu mrucząc pod nosem telepatycznie wysyłany w kierunku Sadownika komunikat: Od dzisiaj, mów mi Orzeszku!

Od dzisiaj, mów mi Orzeszku! To się chyba nazywa radosny postęp w kategorii „poczucie własnej wartości”, bo jestem pod wieloma względami... pyszna.

sobota, października 15, 2011

342. Choleryk vs. Dorosły

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Kryształki zgody na rzeczywistość nanizane równiutko na sznureczek upleciony z czasu. Rozdzielone supełkami zachwytu do świata kamieni, liści, psich łap, ludzkich serc, dłoni i chwil. Połączone węzełkami upamiętniającymi wszystkich Tych, którzy mieli wpływ na goszczące na mej twarzy, przez wszystkie lata, łzy i uśmiech. Kto by pomyślał, że dorosłość to nie kajdany obowiązków, lecz magiczna bransoletka możliwości.

***

Zgoda na rzeczywistość mnie dziś hipnotyzuje, bez względu na jej kształt.

***

Hipoteza: chyba trudno jest pozostać cholerykiem, gdy człowiek znajdzie w sobie pokłady zgody na rzeczywistość?

***

Wniosek (ryzykowny?): żaden choleryk na świecie nie jest dorosły. :) Nawet jeśli jest w stanie wylegitymować się dowodem osobistym, trzecią żoną, piątką dzieci, kotem, psem i chomikiem. Sorri --- jak mawiają Hindusi --- nie można być jednocześnie Cholerykiem i Dorosłym... nie daj więc sobie wmawiać, że choleryk to temperament... :)))

piątek, października 14, 2011

341. Urodziłam się ponownie

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Społecznie, w wielu kręgach kulturowych milczy się znacząco lub szepcze na temat bardzo konkretnego dziewictwa, że niezbędne, znaczące, bezcenne. Ci, którym udało się wytrwać na tym blogu ciut więcej niż kilka wpisów wiedzą, że tracić dziewictwo można tysiące razy, w wielu dziedzinach ludzkiego żywota, z ogromnym powodzeniem i przyjemnością.

Dotarło do mnie, że tracenie dziewictwa jest paradoksalnie zyskiwaniem. Świadomości, mocy, doświadczenia. Jest tym, co sprawia, że możemy powiedzieć: „już wiem jak to jest”. W ten sposób stajemy się kimś, kim nie byliśmy jeszcze kilka godzin temu. Nie tracimy, ale zyskujemy, uczymy się, dojrzewamy, zmieniamy się. Tak na to patrzę od wczoraj, bo...

Po 31 latach chodzenia do szkoły, po 38 latach, 4 miesiącach i 3 dniach życia... czuję, że nareszcie urodziłam się! Akuszerce, która wyciągnęła mnie z wód płodowych mętnej przeszłości zajęło to raptem niepełną godzinę. Kocham Życie za wszystkie Mądre Kobiety, Mądrych Mężczyzn i Mądrych Ludzi, którzy dzięki niemu stają na mej drodze.

Od wczoraj jestem Dorosłym Człowiekiem. Witaj Rzeczywistości! Już jestem!

***

Osteo zapytał mnie dzisiaj: co słychać? Odpowiedziałam zgodnie z tym, jak się czuję: od wczoraj jestem Dorosłym Człowiekiem. I? Wiesz, rzeczywistość wydaje się cudownie nierealna...

Każdy z nas podobno rodzi się w życiu dwa razy. Nie bądźmy skąpi --- myślę, że rodzimy się, może mniej spektakularnie, bardzo wiele razy. Dorosłość nie jest wcale przereklamowana, ale jest zupełnie czymś innym, niż społeczna drabina i gminna wieść niesie.
Od wczoraj raczkuję jako Dorosła!

***

13 października 2011 urodziłam się ponownie,
więc od wczoraj świętuję rycząc razem z Przemykową:

Ty i tylko Ty
masz więcej niż
potrzebne Ci.

Ty i tylko Ty
tym wszystkim jesteś
czym zechcesz być.

Habakuk & Renata Przemyk, Jesteś drogą.

czwartek, października 13, 2011

(338+2). Jak dobrze, że są takie rzeczy

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Są rzeczy, których nie dam rady zrobić w jeden dzień. Są rzeczy, których nie dam rady osiągnąć w tydzień, miesiąc, czy kwartał. Wszystkie te rzeczy łączy jednak to, że pragnę z całego serca, by stały się moim doświadczeniem, faktem, częścią mojej tożsamości, moim życiem.

Moja trzustka wbiła się w ten krajobraz osobistych chciejstw z ogromnym wyczuciem małego gruczołu. Jej też nie można uleczyć w dzień, czy tydzień. Trzeba każdego dnia pilnować posiłków o właściwych porach, brania leków przed posiłkiem, w trakcie i po --- przeraźliwa i wyczerpująca nuda pławiąca się w jedzeniu. A gdzie moje rzeczy, których nie dam rady zrobić w jeden dzień?

Wzięłam wczoraj kartkę papieru. Spisałam wszystko to, co nie może być zrobione w jeden dzień. I zaczęłam... zrobiłam pierwszy krok. A trzustka na to z zachwytem: nareszcie! Wczoraj było nam razem jak w niebie. Chyba sporo przyjdzie mi nauczyć się od własnego gruczołu.

poniedziałek, października 10, 2011

(338+1). Spod powiek wprost

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Zza trzustki nie było widać cienia liter, żadnych krawędzi spokojnych zdań, skrawków związków frazeologicznych czy nudnych znaczeń.

Zza trzustki wyłaniała się tylko stara, nocna, wielodniowa Pani Bezsenność, co chciała już tylko jedno swoje marzenie spełnić, by --- bez dodatkowych wymogów --- zwyczajnie, o dowolnej porze dnia, w końcu wyciągnąć kości i zapomnieć się zapadając w sen, by troszkę pośnić.

***

Przespałam każdą możliwą okazję w zeszłym tygodniu. Odespałam się już chyba... nareszcie... szczęśliwie... do końca. Nie mogłam tutaj dojść. Przepraszam.

wtorek, października 04, 2011

338. Odnaleziona Radość Istnienia

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Gdy byłam dzieckiem --- starym, ale wciąż dzieckiem --- ciekawiło mnie jak bolą płuca, wątroba, żołądek. Dziś, gdy o tym myślę, dochodzę do wniosku, że nie byłam normalnym dzieckiem. Dwa lata temu, gdy po raz pierwszy w życiu, i póki co ostatni, zachorowałam na zapalenie oskrzeli, przypomniał mi się Duch Ciekawości bóli wszelakich. Ukatrupiłam drania. Ból oskrzeli mi w tym pomógł. Od tej pory nie byłam już ciekawa ani bólu woreczka żółciowego, ani bólu nerki.

***

48 godzin. Bolało. Udawałam, że to nieprawda. To tylko mała niestrawność. Bolało nadal. Przestałam spać. Bolało. To na pewno od kawy i czarnej herbaty. Przerzuciłam się na herbatki owocowe. Bolało, jakbym połknęła worek kamieni. To na pewno od smażonego. Pokochałam gotowane warzywa. Bolało. Na pewno mam raka żołądka, dwunastnicy, wątroby lub trzustki, czyli... mam jakiś rok życia. Jak zmieścić wszystkie swoje marzenia w jednym roku?

Znów uratowała mnie przytomność umysłu Sadownika, który przez telefon zapytał: a dzwoniłaś do Hannah? Nie dzwoniłam. To zadzwoń. Zadzwoniłam. Hannah podarowała mi nowe życie. Zapalenie ogonka trzustki. Oglądam w guglu ten gruczoł niczym przyrząd niezbędny do poprawnego życia. Ból… Zachodzę w głowę jak mogłam być kiedykolwiek ciekawa bólu narządów. Normalność w moim przypadku to fikcja.

Od niedzieli żyję. Od wczoraj wieczorem wróciła mi radość istnienia… i plany.

środa, września 28, 2011

337. Bo życie baśnią jest...

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jak zwykle przez przypadek. Poszłam do księgarni prawie trzy miesiące temu by nabyć konkretną książkę dla konkretnej osoby i... Inna wpadła w me oko. Nie kupiłam, bo chodziło o konkretną osobę i konkretną książkę a nie o mnie i Inną. Miesiąc temu nie wytrzymałam i kupiłam.

Czytam ją teraz... bardzo, bardzo powoli... Z każdą stroną zyskuję nową perspektywę. Jestem niczym człowiek, który obdarowuje się na nowo dzieciństwem — dobrym dzieciństwem, na które nigdy nie jest za późno. Nigdy nie rozumiałam tych, co twierdzili, że ich dzieciństwo było szczęśliwe — moje takie nie było. Mam to szczęście, że im dalej od dzieciństwa definiowanego młodym wiekiem, tym jest mi lepiej na tym świecie. Wobec tego, zakupem maszynki do cofania czasu nie jestem zainteresowana wcale. Jednak czytanie tej książki czyni mnie gdzieś w środku zwykłym, normalnym dzieckiem i jest to absolutnie przepyszne.

Książka, niestety, ma tylko jedną, ale zasadniczą wadę, że teraz będę musiała pracować nad sobą, by nie wciskać jej wszystkim ukochanym przeze mnie ludziom, co mają małe dzieci, ale co tam, chyba lubię wyzwania...

(...) każde dziecko na swój własny sposób musi w pewnym wieku dać sobie radę z prawdziwą kotłowaniną uczuć.

***

Dyskusja o wartości, jaką mają baśnie dla dzieci, zachęciła pewną matkę do tego, by mimo wahań opowiedzieć synowi taką „krwawą i przerażającą” historię. Wiedziała z rozmów z synkiem, że miewa fantazje o ludziach pożerających lub pożeranych. Opowiedziała mu więc baśń Dżek — zwycięzca olbrzyma. Przy końcu baśni chłopiec zareagował pytaniem: „Nie ma na świecie olbrzymów, prawda?” Zanim matka zdążyła dać dziecku odpowiedź, którą miała na końcu języka — co zniweczyłoby całą wartość, jaką dla chłopca opowieść ta przedstawiała — on sam dokończył: „Ale są dorośli, oni są jak olbrzymy”. W wielce dojrzałym wieku pięciu lat chłopiec zrozumiał, co przekazuje baśń, chcąc dodać dziecku ducha: mimo że dla małego dziecka dorośli są jak olbrzymy, może on dzięki przebiegłości zyskać nad nimi przewagę.
     Przypadek ten ukazuje jedno ze źródeł niechęci do opowiadania baśni, jaką spotyka się u dorosłych: niezbyt miła jest dla nas myśl, że bywamy czasem dla naszych dzieci olbrzymami, mimo iż tak jest w istocie. I niezbyt nam miło, że w odczuciu dzieci łatwo nas okpić czy potraktować jak głupców, oraz że to przekonanie sprawia im przyjemność. Jednak czy opowiadamy dziecku baśnie, czy nie — i tak jesteśmy w jego oczach (jak ukazuje przykład wspomnianego małego chłopca) egoistycznymi olbrzymami, którzy chcą zatrzymać dla siebie wszystkie cudowne rzeczy, będące źródłem mocy. Baśń zapewnia dzieci, że w końcu osiągną one przewagę nad olbrzymami — to jest, że dorosną i wówczas same będą jak olbrzymy, mając tę samą moc co oni. Tak więc baśnie budzą „potężne nadzieje czyniące z nas ludzi”.
     Jednak jeszcze bardziej doniosłe jest to, że kiedy my, rodzice, opowiadamy naszym dzieciom baśnie, zapewniamy je o czymś, co ma dla nich największą wagę, okazujemy bowiem, że akceptujemy fakt, że myśl o zyskaniu przez nie przewagi nad olbrzymami sprawia im przyjemność. (...)

***

Dziecku, które ma o wiele mniejsze poczucie bezpieczeństwa niż człowiek dorosły, potrzebna jest pewność, że snucie przez nie fantazji czy niemożność oparcia się ich wpływowi nie jest jakąś jego ułomnością. Opowiadając dziecku baśnie, rodzice dostarczają mu niezmiernie ważnego świadectwa, że fakt, iż przeżywa ono baśń jako obraz własnych wewnętrznych doświadczeń, uważają za uprawniony i wartościowy, a nawet za coś, co jest w pewien sposób „realne”. To zaś daje dziecku poczucie, że skoro jego doświadczenia wewnętrzne zostały zaakceptowane przez rodziców jako realne i ważne — w konsekwencji ono samo jest realne i ważne. Dziecko takie, gdy dorośnie, będzie miało tego rodzaju przeświadczenie, jakiemu dał wyraz Chesterton, pisząc: „Mojej pierwszej i ostatniej filozofii, w którą wierzę z niezachwianą pewnością, nauczyłem się w pokoju dziecinnym. [...] To, w co wówczas najgłębiej wierzyłem i to, w co najgłębiej wierzę obecnie, nazywa się baśnią.” Filozofia, której Chesterton nauczył się z baśni w dzieciństwie — i której może się z niej nauczyć każde dziecko — powiada, że „życie nie jest tylko przyjemnością, ale rodzajem dziwacznego przywileju”. Jest to pogląd na życie bardzo różny od tego, który przekazują opowieści „jak z życia”, ale w większej mierze zdolny on jest podtrzymywać naszą nieustraszoność, gdy napotykamy życiowe przeciwności.

B. Bettelheim, Cudowne i pożyteczne. O znaczeniach i wartościach baśni,
W.A.B., Warszawa 2010.
(wyróżnienie własne)

To nie był przypadek. To była Dobra Wróżka...

wtorek, września 27, 2011

(335+1). Nareszcie!

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Zaufaj sobie.

Bardzo bym chciał być tego dnia z tobą, ale muszę wymalować mieszkanie.

Zaufaj sobie.

Jesteś dla mnie bardzo ważna, ale naprawdę nie mogę. Wiem, że przekładaliśmy to kilka razy, ale naprawdę nie będę mógł w tym tygodniu.

Zaufaj sobie.

O czym ty mówisz? To nigdy się nie zdarzyło. Wymyślasz!

Zaufaj sobie, gdy w głębi ciebie pojawia się zwątpienie, że chyba to nie jest miłość.

***

Zaufałam. Cisza. Pustka. Nie miotają mi się nadzieje po kuchni z oczami wypełnionymi łzami. A Sadownik na to z ulgą: nareszcie! On w tych kwestiach nie musi ufać, on wie.

***

Grafik zajęć ostatecznie ułożony. Stosik książek do przeczytania uformowany. A ja na to: nareszcie!

poniedziałek, września 26, 2011

335. Po małej, wielkiej śmierci

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Umieramy. Każdego dnia. Każdy z nas. Nie zauważamy tego, bo mamy plany na jutro, na przyszły tydzień, miesiąc, rok. Jednak każdego ranka w niezauważalny sposób jesteśmy ciut inni niż dzień wcześniej wskutek zdarzeń, może również wskutek snów. Umieramy i rodzimy się na nowo, otwierając rano oczy, wyczekując spotkania, uśmiechu, obiadu, uścisku...

Są jednak dni, na które nie czekamy. W owe dni w szczególnie bolesny sposób dociera do nas, że coś w nas zatrzymało się, ustało, umarło. Jakaś część nas bezpowrotnie odeszła zabierając ze sobą nadzieję, złudzenia, pozostawiając po sobie tylko gołe fakty. Możemy sobie tłumaczyć, że może... gdybyśmy postąpili inaczej, gdybyśmy byli delikatniejsi, bardziej wyrozumiali, bardziej wspierający, mówiący więcej, znajdujący się bardziej we właściwym czasie... właśnie wtedy... nie zostawiono by nas, nie pominięto, kochano... ale... to byłoby możliwe tylko wtedy, gdybyśmy byli lepsi niż w owym czasie byliśmy.

Potrzebujemy czasu, dobrych ludzi wokół, co te wszystkie „gdybyśki” z głowy nam wybiją. Potrzebujemy zrozumieć, poczuć, że gdybyśmy wtedy byli lepsi niż byliśmy to... zwyczajnie by nas nie było.

***

Wybebeszyłam szafę... wyrzuciłam wszystko to, czego nie włożyłam w przeciągu roku... wyrzuciłam wszystko to, co nie jest już mną. Pomogło.

Wybebeszyłam bibliotekę... pozbyłam się książek, które są już nie dla mnie. Zrobiło się pusto. Pomogło.

Mam miejsce i czas na nowe.

***

Gdy krzyczę, że boli to znaczy, że boli. Gdy jest mi źle, to znaczy, że jest źle. Gdy czuję, że coś jest całkiem bez sensu, to właśnie takie to jest. „Stanąć za sobą” jak to łatwo powiedzieć... szósty dzień poznaję smak „wiedzenia” co to znaczy. Postanowiłam już nigdy nie zdradzić samej siebie.

Ciekawe. Mam miejsce i czas... na nową wiarę w to co widzę, słyszę, czuję. Możesz się z tym nie zgadzać, uważać, że przesadzam, możesz wszystko, ale ja widzę, słyszę i czuję właśnie tak. Cholera! To jest po prostu fantastyczne! Znów jestem neofitką a Sadownik dzielnym Rycerzem.

wtorek, września 20, 2011

(332+2). Idzie nowe...

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Z przyjemnością, z dreszczykiem, z poruszeniem mającym swe źródło gdzieś w środku mnie... włączyłam dziś wieczorem komputer po piętnastodniowej przerwie.

Z nadzieją, z niecierpliwym oczekiwaniem, z rozpakowanymi świeżutko marzeniami na nowy rok akademicki... włączyłam komputer i przekopałam się przez pracowniczą pocztę z energią zachwytu jakiej nie powstydziłby się żaden neofita.

Ciekawa jestem nowego roku, nowych studentów, nowych przedmiotów, tych wszystkich zmian, o których myślałam, a na które przyszedł teraz właściwy czas. Książek, co rwą się do moich rąk, egzaminów --- tych co przede mną, i tych, co przed Henią. Zmian, których subtelną obecność wyczuwam już z łatwością w jesiennym zapachu wieczoru.

Chyba po to właśnie jest udany urlop, by pokochać na nowo to co się ma, by otworzyć się z ufnością na nowe... chwile, możliwości, trudności, problemy, szanse, marzenia, spełnienia i miłości. Och, tak! Wróciliśmy. Już jestem gotowa! Już, już, już!

(332+1). I po...

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Każdego dnia dwa długie spacery.
Każdego dnia obowiązkowa kawa i gofry.
Z jednym małym wyjątkiem.
Marzyło nam się, by jeden dzień lało bez przerwy. Pogoda jak zwykle spełniała nasze zachciewajki. W ostatni czwartek nie wyściubiliśmy nosa... lało od nocy, przez cały dzień, po kolejną noc. Owego dnia nie byliśmy na długich spacerach, nie było gofrów, spotkań z innymi psami i rozmów z ich właścicielami... było... naście odcinków Chirurgów i widok, który stał się wizytówką okazywanej sobie miłości — jak to dobrze mieć czasem telefon pod ręką, by zapamiętać chwilę piksel po pikselu:

Psy, jak widać, wcale a wcale nie lubią psiej pogody.

niedziela, września 04, 2011

332. Magiczne dwa tygodnie przed nami

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Tak było we wrześniu 2009. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że nie mam marzeń, bo to, co nazywałam marzeniami było zaledwie celami, ale o tym dowiedziałam się w styczniu 2010.

Gdy już pojawiło się pierwsze, kudłate Marzenie, było nim tylko kilka miesięcy. Potem zamieniło się w namacalne oczekiwanie, bezsenne noce, gdy mała kudłata kulka pojawiła się w domu, pierwsze porzygane wizyty u weterynarza i pogryzione dłonie. Po drodze pojawił się blog. Wrzesień 2010 był pierwszą próbą pokazania Kudłatej morza. Bała się go, zbyt duże. Piasek natomiast ukochała, ganiając ziarnka, które postanowiły przemieścić się z miejsca na miejsce. Była malutka, choć nam się wydawała już całkiem duża.

Ciekawe jak będzie w tym roku? W tym samym miejscu, u tych samych gospodarzy, na tych samych plażach. Tylko my bogatsi o cały, cudowny rok z Heniutą. Jeszcze nie wiadomo...

Jutro wyruszam. Najpierw na warsztat, by troszkę potęsknić za Sadownikiem i Henią, a potem już kompletnym Stadem na urlop... jak się dzisiaj doliczyliśmy... czwarty w naszym życiu.