czwartek, marca 06, 2014

(973+1). Baby, łóżko i nadzieja

Heniutka:
(niema, ale wyjątkowo skuteczna z rana)

Sadownik:
(wstaje, by z nią wyjść na dwór)

Jabłoń:
(dość przytomnie zauważa)
Ty nie masz łatwego życia. Co wieczór jedna baba
zaciąga cię do łóżka, a każdego ranka druga cię z niego wyciąga.
Nie mogę zrozumieć, skąd twój entuzjazm w kwestii drugiej suki.

Sadownik:
(z nadzieją)
Bo tę w końcu uda mi się wychować.

Jabłoń:
W sumie... do trzech razy sztuka.

wtorek, marca 04, 2014

(969+4). Wisienki

Pozostaję pod wrażeniem nagłego obrotu spraw, który bardzo dużo mnie nauczył i wciąż uczy. Jedną z wielu wisienek na torcie poznania była niedzielna rozmowa, która bardzo sprawnie i szybko doprowadziła mnie do szczęśliwych łez.

Sadownik:
(wrócony wieczorem po całodziennych wojażach,
zmienia nagle temat rozmowy
)
A jak okaże się, że nie jesteś zepsuta śmiertelnie,
albo że da się ciebie naprawić…

Jabłoń:
Nooo?

Sadownik:
…to co ty na to, by w przyszłym roku w czerwcu
przywieźć drugą sukę?

niedziela, marca 02, 2014

(970+2). Halt. I basta!

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

     — Mamo...
     — Przesadzasz.
     — Mamo...
     — On nie mógł tak powiedzieć.
     — Mamo...
     — Nie wierzę.
     No i przez lata żyła na granicy wiary w to, że przesadza, że nie mógł tak powiedzieć, że nic, nigdy się nie wydarzyło.

*

Miałam skończone trzydzieści sześć lat, gdy dotarło do mnie, że coś mi się nie zgadza. Jedna, druga rysa na ideale wzorowej rodziny. A gdy Sadownik, mając zasiedziane miejsce obserwatora, wiele razy mówił:
     — To nie jest normalne.
     Broniłam rodzinnie idealnego porządku mówiąc:
     — Nie mogli inaczej.

Gdy miałam skończone trzydzieści siedem lat, trzeciej rysy nie wytrzymał ideał. Patrzyłam jak rozlatuje się w pył. A gdy Sadownik mówił w kuluarach:
     — To nie jest normalne.
     Stwierdzałam:
     — Masz rację, to nie jest normalne.
Gdyby mnie jednak wówczas ktoś zapytał, czy nadzieję mam, nie mogłabym zaprzeczyć.

Między jedną książką Casey a drugą, w ostatnią niedzielę wysłuchałam ciekawej rozmowy w radiu. Ponieważ po niemiecku umiem tylko trzy zwroty, ze słuchu zapisałam kalecząc nazwisko kobiety. Poszukałam chwilkę. Zamówiłam. Odebrałam. Nawet nie wiem, kiedy ją pochłonęłam. Przeszło mi przez głowę, że chyba poznaję klucz, według którego wybieram książki. Interesują mnie ludzie i historię ich dróg z punktu A do punktu B, w którym zyskują ogrom świadomości i zrozumienia, do punktu B, w którym odzyskują siłę i opuszczają pozycję ofiary, do punktu B, w którym rozpoczynają już zupełnie inne drogi.

Gdyby mnie dziś ktoś zapytał, czy nadzieję mam. Odpowiedziałabym pytaniem:
     — A dlaczego miałabym ją żywić? Nie można cofnąć czasu. Nie można zmienić faktów. Moje życie jest tu. Ona jest tam.

Gdy spoglądam w lustro, widzę dwie twarze: jego i moją. I jeszcze trzecią: mojej matki. Wszyscy troje mamy taki sam podbródek. I podobnie ukształtowany odcinek między nosem a ustami. Rozmiar ciała, rysy twarzy — to wszystko cechy zewnętrzne. Ale jak jego osoba wpłynęła na moje wnętrze? Ile jest we mnie Amona Götha? Jak wiele Amona Götha jest w każdym z nas? Myślę, że wszyscy mamy w sobie jakąś część Amona Götha. Gdybym uwierzyła, że we mnie jest go więcej, myślałabym jak nazista pokładający wiarę w moc krwi.

*

Przez ostatnie miesiące czasem tracę pewność, kim jestem. Jestem Jennifer czy wyłącznie tą Jennifer, która jest wnuczką Amona Götha? Co się liczy w moim życiu?

*

Nie opłakuję dziadka, ale babcię tak. Opłakuję człowieka, którym tak naprawdę nie była.

*

Widzę teraz dość wyraźnie, jaką drogę musiała przejść [...]. To, że nie dopuszcza do siebie wielu kwestii, wydaje się jej odruchem obronnym. [...] Teraz jestem realistką: czuję, że moja matka nie chce nawiązać tak bliskiej relacji, jakiej ja pragnę. [...] Mam teraz czterdzieści lat, ona sześćdziesiąt siedem. Jestem za stara na to, żeby podała mi butelkę z mlekiem i pomogła przy stawianiu pierwszych kroków. Wszystko, co przegapiła, co obie przegapiłyśmy — tego nie można już nadrobić.

Jennifer Teege, Nikola Sellmair,
Amon.
Mój dziadek by mnie zastrzelił,
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.

zdjęcie Jennifer Teege

(źródło fot.)

piątek, lutego 28, 2014

(969+2). Obiecałam Suce

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wieczorową porą leżałam w hamaku. Czytałam książkę. Heniutka, zaopatrzona w kudłatą, damską intuicję, usiadła naprzeciwko mnie, zamarła w bezruchu na dłuższą chwilę i z powagą uporczywie patrzyła mi w twarz z miną, którą sugerowałaby, że przejrzała moją korespondencję i wszystko już wie. Zatrzymałam się w patrzeniu na jej piękny, mądry pysk. Nie wiedzieć skąd przyszła mi oczywista oczywistość do głowy — obiecałam suce, że ją przeżyję!

Psu nie obiecuje się byle czego.
Danej psu obietnicy nie można złamać.
Kudłata miłość zobowiązuje.

970. Zamykanie miesiąca i rozdziału

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Pierwszą kupiłam przez przypadek. Drugą kupiłam na cito, bo była dostępna w księgarni od ręki. Trzecią zamówiłam przed drugą i czekałam na realizację zamówienia. By nie czekać na czwartą, zamówiłam ją, gdy byłam w połowie drugiej. Piątej, aktualnie ostatniej z dostępnych na polskim rynku, nie zamówiłam, nie kupiłam, na dziś nie mam w planie czytać.

Te książki pozwoliły mi dopełnić żałobę po rodzinie, jakiej nie miałam; po głębokiej, serdecznej relacji matka-córka, która nie była mi dana. Te książki pozwoliły mi na pewność, że brak, który boleśnie odczuwałam w rodzinie, z której pochodzę, nie jest brakiem wyimaginowanym. Są rzeczy, które mnie nie spotkały i już. Przestały mnie prześladować pytania: kiedy dziecko osiąga ten wiek, że jego potrzeby przestają być ważne dla rodziców? dlaczego tak łatwo jest dbać o potrzeby fizjologiczne dziecka, a tak trudno o potrzeby emocjonalne? dlaczego łatwiej czasem nie zauważać tych drugich? dlaczego tak łatwo jest zacząć stosować przemoc psychiczną i nazywać ten proceder wychowywaniem?

Parafrazując wybrane cytaty. Dziękuję Bogu za to, co mam teraz. Nic się nie zmieniło, wciąż jestem łasa ciepłych słów, czasu poświęconego na rozmowę o miłości, przyjaźni, trudnościach; łasa czułych gestów, ulubionych słodyczy, przeganiania z ważnymi dla mnie Ludźmi strachów i obaw. Dziękuję za Ludzi, których spotykam na swej drodze... Dziękuję za Ludzi, którzy wybaczają mi, że tak długo zwlekam z prośbą o pomoc, zatrzaskując się w tak bardzo nieaktualnym już przekonaniu, że jestem jedyną, której na mnie zależy.

Odłożyłam wiele spraw na bok, by zdążyć jeszcze dziś napisać te słowa, by zamknąć ten miesiąc, by zamknąć kolejny obrót wokół rozdziału, jakim jest dla mnie rodzina pochodzenia, by nie wchodzić z tym w jutro, które stanowi początek kolejnego roku życia Sadownika, człowieka, któremu zawdzięczam niezdziczenie, by jutro już tylko świętować urodziny wciąż młodego i ukochanego Motocyklisty. Dziś odkładam te książki na półkę. Zamykam miesiąc. Zamykam rozdział. Zupełnie przez przypadek zamykam również kolejną dziesiątkę wpisów.

Życie to jedna wielka loteria. Kto ustala warunki, w jakich rodzi się dziecko? Czyją odgórną decyzją te biedne dzieci, które znalazły tymczasowe schronienie w naszej rodzinie, trafiły do takiego piekła?
     Wyszłam do ogrodu i wzięłam roześmianego Leviego na ręce. Nie znałam odpowiedzi na te pytania. I całując wnuka, pomyślałam, że nigdy ich nie poznam. W duchu podziękowałam tylko Bogu za to, co sama mam.

*

Tego najbardziej mu [Justinowi] życzyłam: szczęścia. Tego życzyłam każdemu dziecku, które do nas trafiało, a święta nastroiły mnie pod tym względem wyjątkowo optymistycznie. Może te wszystkie drobiazgi, jakie staraliśmy się dla nich robić, wyglądały niepozornie, ale nabierałam coraz większego przekonania, że to właśnie one liczą się najbardziej: drobiazgi, z których nie zawsze zdawaliśmy sobie sprawę, gdy dzieci mieszkały z nami. Ciepłe słowo, czas poświęcony na rozmowę, czuły gest, ulubione ciasto, przegonione strachy, zrozumienie obaw: dla dzieciaków kochanych i otaczanych troską to norma, co jednak wcale nie umniejszało wagi tego typu rzeczy.

Casey Watson, Mali więźniowie,
Wydawnictwo Amber, Warszawa 2013.

***

Gdy kładliśmy się spać, opowiedziałam o moich odczuciach Mike’owi:
     — Dziwne — dodałam. — Że za każdym razem, kiedy pojawia się to uczucie, to już wiem.
     — Co wiesz?
     — Że właśnie wszystko się kończy.
     Mike zamyślił się na chwilę.
     — No to chyba dobrze — powiedział w końcu. — To znaczy, że robota została wykonana.

*

[...] bezbolesne rozstania były efektem braku miłości w życiu, ale czasem też jedyną rzeczą, która pozwalała dzieciom zostać przy zdrowych zmysłach.

Casey Watson, Mała opiekunka mamusi,
Wydawnictwo Amber, Warszawa 2014.

***

Objęłam go [Justina] mocniej. Ile razy ktoś tulił to dziecko w jego życiu? Czy dałoby się to policzyć na palcach jednej ręki? I jaki wpływ musiało to mieć na niego?

Casey Watson, Chłopiec, którego nikt nie kochał,
Wydawnictwo Amber, Warszawa 2012.

czwartek, lutego 27, 2014

969. Semantyka stosowana

Jabłoń:
(nienormalnie uradowana,
jakby nie chodziło o doktora medycyny
)
To za tydzień i jeden dzień idę do doktora Brunnètte...

Sadownik:
Nie idziesz, tylko jedziesz.
Nie jedziesz, tylko jesteś wieziona.
Nie masz wyjścia, musisz być grzeczna!

(967+1). Umieć brać to... dawać?

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Nek, jak go znam, moje rozterki, szybko i z sobie właściwym wdziękiem, spuentowałby terapeutycznie:
     — Właśnie tu masz w głowie ERROR, koleżanko!

Postanowiłam przyjrzeć się sprawie z bliska. Nie myślę, nie uważam, nie wierzę. Po prostu wiem z doświadczenia, że dając dostajesz. Nie, gdy dajesz, bo trzeba, należy, wypada. Ale gdy dajesz prawdziwie, z serca, z głębi siebie, to zawsze również bierzesz. Doświadczam tego, gdy robię prezenty, gdy kupuję niespodziankowe drobiazgi, gdy planuję coś z myślą o drugim człowieku. Nauczyłam się tego również w hospicjum, mając niezmiennie wrażenie, że dostaję więcej niż daję.

Skoro dawać i brać to awers i rewers tej samej monety,
a z dawania wynika branie,
to ciekawe, czy coś wynika z brania? — pomyślało mi się.

Uściślijmy, nie chodzi o branie sobie wszystkiego, bez oglądania się na innych, z wykorzystaniem do cna ludzi, którzy coś nam od siebie dają. Chodzi o następujący proces. Dojść do miejsca, w którym nie stajemy przeciwko sobie, mówiąc:
     — Przecież nic się nie dzieje, będzie dobrze, wszystko jest ok.
Dojść do miejsca, w którym pozwolimy sobie na słabość. Pozwolić, by z tej słabości zrodziła się siła, która pozwoli nam poprosić o pomoc. Prawdziwe, z serca, z głębi siebie, proszenie ma również aspekt dawania. Obdarowujemy zaufaniem, uznaniem, doceniamy osobę, do której zwracamy się z naszą szczerą potrzebą. A gdy otrzymamy pomoc, również mamy szansę dać, bowiem dziękując prawdziwie, z serca, z głębi siebie, mamy okazję z szacunkiem i wdzięcznością odnieść się do siły, którą ktoś ma i której użył, by nam pomóc.

BINGO!

środa, lutego 26, 2014

967. Sztuka dawania i brania

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

podarować. obdarować. dawać. lubię. umiem podzielić się, tym co mam. robię to z ogromną przyjemnością. uwielbiam czuć radość związaną z dawaniem. prawda jest taka, że gdy daję, w rzeczywistości czuję, że dostaję.

zostać obdarowanym. dostać. wziąć. to sztuka dla mnie trudna. akrobacja cyrkowa na dużej wysokości, gdy otrzymuję — według mnie — tak zaskakująco dużo. uwielbiam czuć wdzięczność, ale wciąż nie opuszcza mnie wrażenie, że dostaję zbyt dużo. czuję się zakłopotana, że dla mnie, że tyle, jakim prawem? zatrzymuję się w produkcji znaków zapytania. pozostaję wdzięczna, że dla mnie i aż tyle.

dawać/brać

wygląda na to, że jeszcze długo będę uczyć się brać. zacznę od odwrócenia w głowie literki ‘b’ na właściwą stronę.

wtorek, lutego 25, 2014

966. Naprawdę dobry dzień

Strach wypowiedziany kurczy się znacząco.
Strach wypowiedziany i obżartowany staje się tylko sygnałem. Do ogarnięcia.

*

Sadownik:
(westchnął znacząco nad ucieleśnieniem kobiecej logiki)

Jabłoń:
(usłyszała ten paralingwistyczny komunikat)
Co? Chcesz mi powiedzieć, że może
zamiast neurologa to ja psychiatry potrzebuję?

Sadownik:
Na psychiatrę za późno... egzorcysty trzeba!

niedziela, lutego 23, 2014

965. Ważne, ważniejsze, najważniejsze

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

czasem zbyt łatwo zapominam, co jest dla mnie najważniejsze

*

w piątek odkryłam najcudniejsze lekarstwo na sklerozę tego typu. należy całym Stadem wsiąść w Bawarkę i ruszyć do Altówek. felinoterapii oddać się. zmasowanej dogoterapii poddać się. i czekać... pijąc herbatę z przyjaciółmi nie byle jakimi. czekać, aż rozum, pragnienia i serce wrócą na swoje najwłaściwsze miejsca. to się nazywa fart!

pion złapany. priorytety uporządkowane. psi sezon rozpoczęty. to się nazywa wiosna!

piątek, lutego 21, 2014

964. Zamyślenie nad konstrukcją świata

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Trzymając mocno za kaptur dziecięcej kurtki, potrząsała chłopcem:
     — Coś ty zrobił? Mów prawdę!
     — Nienawidzę cię! — wykrzyknął.
Uderzyła go.

Dziecko we mnie, co znaleźć chce kogoś, kto powinien pójść i zabić sukę, nie zdążyło się uruchomić. Do głosu doszedł logik, co nie poradził sobie, z tym czego był świadkiem. Do zrozumienia chcąc dojść jak najszybciej, rozebrał scenę na składniki pierwsze.

Chciała prawdę? Chciała. Powiedział prawdę? Powiedział. W momencie udzielania odpowiedzi naprawdę jej nienawidził i wcale mu się nie dziwię — logik nie był pozbawiony empatii. Więc za co został uderzony? Za bycie prawdomównym! Wywnioskował.

Filozof we mnie ze spokojem skonstatował logiczny wywód: uważaj, gdy ktoś raczy cię słowami mów prawdę. On chce prawdy, ale w zasadzie tylko tej jej składowej, której oczekuje, z którą będzie umiał sobie poradzić, tej która pasuje jakoś do wyznawanej aktualnie filozofii życiowej. Dumny ze swojego odkrycia dodał:
     — Taki już jest, póki co, ten świat!

poniedziałek, lutego 17, 2014

963. Szukając prawdziwie dorosłych

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Historia bierze swój początek w ostatni czwartek, w przeddzień święta miłości. Wyszłyśmy z Heniutką na spacerek z planem na mini ćwiczenia, by rozruszać psi intelekt. Gdy kończyłyśmy wspólną zabawę, w kontraście do naszego zadowolenia, dało się słyszeć dziecięcy płacz. Odwróciłam głowę...

Idzie matka. Dwa metry za nią płaczący pięcio–sześcioletni chłopiec. Matka przyśpiesza. Chłopiec zanosi się płaczem, a na każdym wydechu krzyczy: nie chce tam iść! Matka przyśpiesza. Dziecko zatrzymuje się i coraz głośniej krzyczy. Matka odwraca się i ze złością krzyczy: to wracaj do domu!

Ugotowało się Drzewko przy tej scenie. Jak zwykle w reakcji najchętniej utłukłoby sukę. Jabłoń od dawna wie, że jakikolwiek odcień przemocy psychicznej w stosunku do dzieci odpala w Drzewku dziecko opuszczone psychicznie, porzucone emocjonalnie i pozostawione samo sobie. To dziecko wciąż szuka dorosłego, co mądry, odpowiedzialny i kochający jest.

*

W piątek, w święto miłości wracał Sadownik z Jabłonią z małego, wspólnego świętowania. Drzewko nie dało się długo prosić, gdy Sadownik zaproponował walentynkowe kupowanie po jednej książce na łeb. Wracając do domu, weszli do pobliskiej księgarni. Nieznany układ regałów. Drzewko dało radę i odnalazło regał z reportażem. Ten ma. Tamten ma. Ten czytała. Tamten zna. Wpadła jej w rękę dziwna książka, co chyba przypadkiem się do tego działu zawieruszyła. Przeczytała podczytnik i po chwili postanowiła zabrać ją do domu.

*

W sobotę rano przy kawce Drzewko obrzydzenie do siebie poczuło. Rany boskie, pijana szczęściem i miłością była czy co, że wybrała książkową wersję Super Faktu? O zgrozo! Jak można było taką serię w ogóle wymyślić! Żerować na dziecięcym nieszczęściu!

*

Zajrzałam do środka. Po trzydziestu stronach byłam już zakochana w Autorce, narratorce opowieści, żywej kobiecie, która pracuje z trudnymi dziećmi, wierzy zawsze i wszędzie, bez względu na okoliczności, że dzieci „złymi” się nie rodzą. Dziecko we mnie opuszczone psychicznie, porzucone emocjonalnie i pozostawione samo sobie odnalazło w końcu dorosłą, co mądra, odpowiedzialna i kochająca jest, choćby nie wiem co. Historia czwartkowa znalazła swój mały finał, gdy kupiłam kolejną książkę tej Autorki, zamawiając trzecią. Dodałam Autorkę do panteonu moich Matek. Świadomość, że są tacy Ludzie jak Casey i Mike dobrze mi robi.

[...] niezależnie od tego, jakie wrażenie ktoś na tobie robi, czasem naprawdę lepiej niczego nie zakładać z góry — a przynajmniej jeśli nie ma się ochoty zmieniać swoich poglądów o sto osiemdziesiąt stopni.

*

Czy Spencer doświadczył kiedykolwiek prostej, dziecięcej przyjemności, by czegoś pragnąć i wiedzieć, że jest na świecie ktoś, kto naprawdę chce ci to dać?

*

Same łzy to jednak za mało. By naprawić krzywdy, trzeba dużo więcej.

Casey Watson, Mamusiu, tatusiu, za co mnie tak nienawidzicie?
Wydawnictwo Amber, Warszawa 2013.

sobota, lutego 15, 2014

962. Zadziwione Drzewko

nie tylko
boli,

gdy odkrywasz, że
nie ma dla ciebie miejsca
w czyimś życiu.

a klepsydra w ruch wprawia ziarenka czasu
z nieustającą wiarą w ciebie i twoje życie.
.
.
.

nie tylko
zadziwia,

gdy w końcu odkrywasz, że
brak już miejsca dla tej osoby
w twoim życiu.

czy właśnie o tym mówi porzekadło:
czas leczy rany?

piątek, lutego 14, 2014

961. Oddajmy się prostym przyjemnościom

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Proste przyjemności...
...jak odwzajemniona miłość

kwestia Beverly’ego Westona
z filmu Sierpień w hrabstwie Osage.

*

Nie tylko dziś. Nie tylko jutro. Nie tylko przez nadchodzące 365 dni...

*

Jeden z zachodnich uczniów zapytał kiedyś Mipama Rinpocze, ojca Karmapy:
     — Co to jest miłość?
Rinpocze odparł natychmiast, podając buddyjską definicję miłości:
     — Miłość to silne życzenie, by każdy był szczęśliwy.

czwartek, lutego 13, 2014

960. O kwantowym starzeniu się

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

(w filmie, który ogląda Sadownik)
Bohater:
Czy to znaczy, że wszystko zależy tylko ode mnie?

Trener bohatera:
Zawsze zależało tylko od ciebie.

Jabłoń:
(od jakiejś chwili leży koło Sadownika, odwraca się w jego stronę)
Czy to znaczy, że wszystko zależy tylko od nas?

Sadownik:
(po chwili namysłu)
Oboje jesteśmy już na tyle dorośli,
że wiemy, że nie wszystko zależy tylko od nas.

Jabłoń:
Mów za siebie Stary Człowieku, ja uważam, że
wszystko zależy tylko od nas!

(tą metodą zakrzywiła się czasoprzestrzeń
i Sadownik okazał się dużo, dużo starszy od Jabłoni
)

Sadownik:
Gufniaro!

środa, lutego 12, 2014

959. W drodze

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Na przystanku. Spojrzała. Zobaczyła świeżą matkę, która robiła fantastyczne, uśmiechnięte miny do zawartości wózka.

Na przystanku. Zauważyłam, że utkwiła w matce wzrok.
     — O co chodzi? — Zapytałam.

Na przystanku. Nie odrywając wzroku, udzieliła mi wyczerpującej odpowiedzi:
     — Widzisz? Tylko popatrz, ona jest twórcza, stworzyła odrębny świat, inną rzeczywistość, jest otwarta i doświadcza pełni życia.

Tramwaj ruszył. Zapytałam:
     — Co przeszkadza Ci być twórczą, bardziej twórczą, najbardziej twórczą w swoim życiu? Co przeszkadza Ci otworzyć się na to, co niesie Twoje życie? Tylko nie mów mi, że potrzebujesz do tego rekwizytu.

Tramwaj jechał. Uśmiechnęła się do mnie. Uśmiechem, który uwielbiam.

*

Major Lazer, Get Free.

niedziela, lutego 09, 2014

958. Kultury łyk (II)

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Rodzina pochodzenia. Role niczym karty rozdane. Matka. Ojciec. Przymiotniki dopisze życie. Najstarsze dziecko. Najmłodsze. Może jeszcze środkowe. Najukochańsza córka. Syn-nieudacznik. Niewdzięczna latorośl. Życiowo nieprzystosowany. Nie umiejąca się ogarnąć. Idealista. Realistka. Duma Rodziny. Wstyd w członka rodziny obleczony. Niepowtarzalna dynamika łatwych do przewidzenia konfliktów.

*

Obejrzeliśmy wczoraj, w doborowym towarzystwie, Sierpień w hrabstwie Osage. Spodziewałam się, że tym filmem dotknę się do żywego, że bardzo źle się skończy i będę do siebie dochodzić przez kilka dni. Prognoza nie sprawdziła się wcale. Rewelacyjny film o ludziach, którzy utknęli w rodzinnych rolach. O dramatach, które łączą się nierozerwalnie z każdym utknięciem, choćby w najbardziej lukratywnej z ról. O braku rzeczywistego kontaktu człowieka z człowiekiem. Finalnie, o kroku poza zaklęty krąg oskarżeń, oczekiwań, pretensji. O kroku we własne życie robionym. O kroku, na który nigdy nie jest za późno. Wyszłam z kina z myślą: jak dobrze, że poza rodziną, jest świat.

*

Kim jesteś tu, gdzie jesteś?
Kim się stajesz, gdy jesteś z nimi?
Za kogo oni mają ciebie?
Za kogo ty masz ich?

Jak wyglądałyby wasze spotkania, gdybyście na chwilę uznali, że wszystko, co o sobie wiecie, jest już mocno przedawnione, nieaktualne, nieprawdziwe?

Brzmi jak potencjalnie nowe otwarcie...

957. Kultury łyk (I)

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Na Mysią 3 zawsze idę bez przygotowania. Nie wiem kto. Nie wiem co. Idę i daję się uwieść. Potem wracam do domu i węszę. A gdy wywęszyłam, że z pierwszego wykształcenia jest architektem, pomysł na wiele jego zdjęć stał się niebywale zrozumiały.

Zdjęcia zaskakujące barwą, kompozycją, a to przecież... życie. Wspaniałe życie!

fot. Kacper Kowalski.

Poszliśmy na tę wystawę z Sadownikiem na otwarcie jednego z nielicznych weekendów w roku, które mamy w całości tylko i wyłącznie dla siebie. Uwielbiam z tym gościem randkować.

sobota, lutego 08, 2014

956. Logika na usługach przewrotności

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

     — jedź! — zarzuciłam wewnętrzny dialog. — no więc, gdyby to powracające coraz rzadziej „niemogęctwo iścia” miało czymś być, to co?
     — to trzeba by było iść do neurologa.
     — i co najgorszego mogłoby u niego się stać?
     — mógłby powiedzieć, że to SM.
     — no a jeśli okazałoby się, że to SM?
     — to nie zostałoby mi tak dużo życia, jak myślę.
     — a gdybyś nie miała do dyspozycji tak dużo życia, jak myślisz?
     — to ani chwili nie marnowałabym na smucenie się i martwienie tym, że ktoś mnie nie chce, taką jaką jestem.
     — a gdybyś nie marnowała czasu, to co byś robiła?
     — cieszyłabym się każdym dniem jak szalona.
     — co ty na to, byśmy zaczęły wykonywać tę listy działań od końca?

*

każdego dnia rano, jeśli mamy szczęście się obudzić, mamy do dyspozycji nowy, świeżością pachnący dzień. każdego dnia rano mamy również do dyspozycji pewne zasoby: może trochę niezagospodarowanego czasu, może jakiś bliski człowiek, może jakieś małe pragnienie. czemu nie wykorzystać tego wszystkiego? w końcu, nigdy nie mamy przed sobą tak dużo życia, jak myślimy.

piątek, lutego 07, 2014

(950+5). Książkowy lag

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Zwykle. Czytam. Zaznaczam. Kończę. Zamyślam się. Wybieram. Przepisuję wybrane z wybranych. W chronologii czytanych umieszczam. Odkładam. Biorę następną.

Nie „tą razą”. Nauczona doświadczeniem, że funkcjonalność księgarni internetowych jest uboga, postanowiłam raz w miesiącu osobiście przeglądać dział Nowości czy Zapowiedzi, żeby nie przegapić Ulubionych.

„Tą razą”. Przejrzałam. Ucieszyłam się. Zamówiłam. Odebrałam. Skończyłam czytać dwa tygodnie temu. Zamyśliłam się na bardzo, bardzo długo. Może zbyt długo, by wspominać o tej książce na blogu.

Tyle że to książka ważna, uczciwa, prawdziwa. Znów bardzo ludzka. Znów z delikatnością utkana. Piszę więc na wypadek, gdyby komukolwiek, kto normalnie miałby chęć, przytrafiło się przegapić ją w natłoku nowości.

Co najbardziej może zadziwić w „wariacie”? Logika do bólu stosowana i niebywała konsekwencja. Żaden „normalny” nie ma pojęcia ani o logice, ani o konsekwencji.

Dopiero teraz czuję, że mogę tę książkę zaparkować na półce.

Nadal siedzieliśmy nad pustymi kartkami, ale zrobiło nam się lżej. Szeregowy Mazur powiedział, że może namalować dinozaura, zawsze umiał. Od dziecka bardzo dobrze rysował dinozaury, reszty zadania nie rozumie. Jeżeli ma je wykonać, ktoś będzie mu to musiał wytłumaczyć. Kiedyś już coś takiego było, takie zajęcia inne niż zwykle, kazali mu odegrać krasnoludka, i już się nawet bał, że to się teraz powtórzy. Możliwe, że chodzi o to samo.
     — Kazali nam odgrywać krasnoludki, żebyśmy nauczyli się mówić, co czujemy, głąbie. Chcą nas nauczyć, jak żyć poza wojskiem. Nie mam pojęcia, jak się żyje w prawdziwym świecie. Jakbym miał trzy lata, a nie trzydzieści trzy. Mój syn radzi sobie lepiej niż ja.
     — Nie mamy pojęcia o tym, czuby. Rysujmy te pierdolone smoki, może to coś da. W ogóle nie rozumiem, o co chodzi mojej żonie, nie możemy się dogadać. Próbowałem już wszystkiego. Czytam, kurwa, poradnik małżeński.
     — Narysuję, a Blondyna mnie spyta, co czułem, kiedy to rysowałem, wiem, że spyta. Po to każe nam to robić.
     Nie wiem, kto pierwszy sięgnął po pędzelek. Saper powiedział, że jak mamy malować, to malujmy, jest zadanie do wykonania. Nie kombinować, tylko brać się do roboty, Biały dodał: „Kurwa, kurwa, kurwa”.

*

Tam są radości i łzy, w świecie poza wojskiem. A my tylko zadanie do wykonania i zadanie do wykonania. Mówią: zdobywaj, to zdobywam, nie zastanawiam się, co czuję. Wracamy do domu i nadal chcemy mieć tylko zadanie do wykonania: żeby nie czuć i nie wyrażać uczuć, tylko odwalać kolejne zadania. A to tak nie działa w cywilu. Tam są radość i łzy, a ja się tego boję. Żeby się tam sprawdzić, trzeba umieć co innego niż w wojsku, teraz przynajmniej to rozumiem. Trzeba umieć płakać. W ogóle nie umiem płakać...

*

Odejście pani Stasi zmieniało wszystko, stawiało nas w obliczu zagrożenia, o którym nawet nie wiedzieliśmy. To znaczy, że możemy przebyć terapię i nic w sobie nie zmienić? Ale my bez tej zmiany, jakiejkolwiek zmiany, nie mogliśmy dalej żyć...

Grażyna Jagielska, Anioły jedzą trzy razy dziennie. 147 dni
w psychiatryku
, Wydawnictwo Znak, Kraków 2014.

czwartek, lutego 06, 2014

(952+2). Sztuka składania życzeń

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

     Są ludzie, którzy żądają, choć niby Cię proszą.
     Są ludzie, którzy poniżają, choć właśnie Cię przepraszają.
     Są ludzie...

Trafiło się i mnie, niczym ślepej kurze ziarno. Dziś. Wyjęłam ze skrzynki kopertę. Otworzyłam. Wyjęłam kartkę i przeczytałam poniższe słowa:

byś znalazła to, czego z takim uporem szukasz i by cena, którą za to płacisz, nie okazała się zbyt wysoka.

Po otarciu łez, mogę śmiało dodać:
     Są ludzie, którzy grożą, choć składają Ci życzenia imieninowe.

*

     — Kto płacze? — Zapytałam siebie.
     — Dziecko, które chciałoby mieć akceptujących, może odrobinę wspierających rodziców.
     — Dziecinko — otarłam łzy. — Damy radę, tyle że to ja będę twoim wspierającym Rodzicem.

środa, lutego 05, 2014

(952+1). ...

poczekaj,
zatrzymaj się,
obserwuj.

coś przyjdzie,
pojawi się,
wyłoni się z tła,
zadziwi Cię,
bogactwo swe odsłoni.
na pewno!

*

I chyba właśnie za to najbardziej kocham psychologię procesu.

piątek, stycznia 31, 2014

951. Terapeutyczna Dama Pik

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Sadownik:
(dzwoni)
Maila odbierze! Przeczyta i oddzwoni do mnie.

Jabłoń:
(zagląda, czyta, ręce załamuje, oddzwania)

Sadownik:
(z przymrużonym okiem)
Widzisz, widzisz! Ty sobie to przemyśl.
Zamiast się uczyć, szkolić, na superwizję latać,
to Ty po prostu powinnaś zacząć chodzić do kościoła!

*

Głupich nie sieją, sami się rodzą. Głupi są w każdej grupie zawodowej. Talię głupich kart można by wydać. Dama Kier, Pawłowicz. Król Trefl, x. Oko. Dama Pik odnalazła się dziś. Z takiej talii nic dobrego nie wywróżymy na przyszłość. „Narodu”, co Cię opętało?

Będę do znudzenia powtarzać:

p s y c h o t e r a p i a  w tym kraju to  d o b r o   l u k s u s o w e.

Nie ma co rzucać pereł przed wieprze.

Psy szczekają. Karawana idzie dalej.

*

Z drugiej strony, może to dobry moment, by raz na zawsze nauczyć się odróżniać zawody psychiatry, psychologa i psychoterapeuty? Choć można łączyć te zawody, dobrze jest trafić na terapię do człowieka, który ma psychoterapeutyczne przygotowanie. Powtarzam do znudzenia.

950. Z frontu nałogu

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Poznaliśmy się na lotnisku w Londynie wiele lat temu. Weszłam do księgarenki i kupiłam książkę na podróż. Kilka godzin do odprawy. Dwugodzinne opóźnienie lotu. To wszystko było nic, bo siedziałam w lotniskowej hali, czytałam i płakałam okrutnie. Od tej pory nie przepuszczam żadnej książki tego Autora. Wspomniana, od której zaczęłam, wciąż pozostaje moją ulubioną, ale w pozostałych też umiem znaleźć coś.

[Morrie said] “Death ends a life, not a relationship.

Mitch Albom, Tuesdays with Morrie. An Old Man, a Young Man,
and Life’s Greatest Lesson, Time Warner Book Group UK, London 2005.

*

Tą „razą” wszystko zaczęło się od tego, że obiecałam sobie nie kupić żadnej książki do końca lutego. Nie wchodzę do księgarni. Nie odpalam właściwych książkom stron. Daję radę. Moją czujność usypia epizod wejścia do księgarni z Sadownikiem po jego czasopisma. Wchodzę. Silna. Zwarta. Bez nałogowego ssania. Wiem, że dam radę wyjść. Ale nie dałam, ponieważ zobaczyłam nowy tytuł Autora.

Sprawy w zasadzie by nie było, gdyby nie to, że w efekcie tego wydarzenia od dwóch tygodni zastanawiam się nad charakterem polskiego czytelnictwa. Czy rynek księgarski przypomina inne wschodzące polskie rynki, czyli złapać klienta, mamić, wcisnąć jedną, drugą, złupić i zapomnieć o nim? Czy czytamy po łepkach, jedną książkę tego autora, dwa myślowe ruchy browna, zupełnie inna książka, znów przypadek, jeszcze inna? W każdej książkowej witrynie pod opisem książki wyświetla się lista w stylu „klienci, których interesował ten produkt, oglądali też”. I pozostaję w zadziwieniu, że skoro zamawiam książki przez internet, a to oznacza, że cała moja historia choroby czytania jest na wyciągnięcie ręki, nie mam możliwości zaznaczenia magicznego kwadracika pt. „na przyszłość informuj mnie o nowych książkach tego autora, tej autorki”. Jak to jest możliwe, że marketigowcy nie wpadli na ten, idiotycznie prosty, pomysł. Nie czytają, czy co?

Dzięki Sadownikowi udało się nie zgubić świeżynki. Tej, moim zdaniem, nie warto czytać w oryginale, więc nie żałuję, że tego sądnego dnia, była tylko do wyboru po polsku, ale jako baśń, przypowieść, forma zatrzymania się przy rzeczach dla nas ważnych jest... dobra.

Dor potrząsnął głową.
     — Mylisz się. Jestem nic nie znaczącym człowiekiem, wyrzutkiem.
     — Człowiek rzadko zna swoją własną moc — odpowiedział starzec.

*

Raz obudzone pragnienie już nie ustanie.

*

Dor przebiegł myślą wszystko, co rozumiał na temat czasu...
     Co było w nim stałe?
     Ruch! Tak jest. Czas łączył się zawsze z ruchem. Zachodzące słońce. Kapiąca woda. Wahadła. Strumień piasku w klepsydrze.

*

[...] chwilę albo się łapie, albo pozwala jej się minąć.

Mitch Albom, Zaklinacz czasu,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2014.
(wyróżnienie własne)

czwartek, stycznia 30, 2014

949. I? F jak coaching

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Coaching metodą psychologii zorientowanej na proces jest „niebezpieczny” w równie dużym stopniu co giender. Drzewko przekonuje się o tym na własnej skórze, ponieważ szkoleniowo, raz w miesiącu, jest osobą coachowaną. I?

I uznało, że koniec z włosami do pasa. Długość nie przeszkadza, ale gumka do włosów już bardzo. A do celu, który sobie obrało po prostu ma się nijak, jeśli nie w poprzek. I?

I dwa tygodnie temu na eFce (Sadownik przyznał się, że Ryjownik działa mu na nerwy) notkę zostawiło, że poszukuje Fryzjera-mężczyzny z Fantazją, która zaakceptuje Fakt, że tylko grzebień wchodzi w rachubę, żadnego układania włosów co rano nie będzie. I?

I osiołkowi, a w zasadzie oślicy, w żłobie dano... cztery dobre namiary. I?

I przyszedł wtorek. I wiedziała, że to właśnie dziś chce mieć obcięte włosy. I?

I... pierwszy fryzjer już nie pracował tam, gdzie pracował do tej pory. I?

Drugi fryzjer miał być w pracy w środę i piątek, ale w te dni Jabłoń ma przecież napięte, inne plany. I?

Jabłoń jakoś dziwnie uradowana, że pierwszego i drugiego nie ma. I?

I dzwoni do trzeciego. Odbiera kobieta. Konsterna. Udało się jednak paniom ustalić, że o fryzjera-mężczyznę chodzi i że On może, ale jest tylko jedna dostępna tego dnia godzina, 14.30. Drzewko wzięło termin w podskokach. I?

I poleciało. I nie żałuje. I jest zachwycone. I tylko grzebień. I?

I Panu Fryzjerowi, gdy zapytał, co robią, Drzewko opowiedziało szaradę: dla Sadownika jak najdłuższe, a Jabłoni wszystko jedno, byle bez gumki i żeby na głowie był lekki bałagan. I rzecze On, po tym jak obrócił fotel z drzewną zawartością w swoją stronę:
— Wiem, że to głupio zabrzmi, ale proszę rozsunąć nogi i głowa między nogi.

I pooooooszło! Różnie, piętnaście-dwadzieścia centymetrów piór na podłogę. I?

I nigdy w życiu Drzewko nie było tak zachwycone swoimi włosami.

(I? F z Fantazją)

poniedziałek, stycznia 27, 2014

948. Z kuchennego frontu zdrowego żywienia

Sadownik:
(wraca ze spożywczego polowania)

Jabłoń:
(już od drzwi informuje)
Jestem ofiarą kuchenną.

Sadownik:
(znający swoją żonę jak mało kto,
ekstrapoluje swe doświadczenie
)
Co znowu zrobiłaś?

Jabłoń:
Wyjmowałam mleko kokosowe z puszki i mnie poraniła.
(po chwili, oglądając głębokość ran)
I tak się zastanawiam...
czy blacha puszki mogła mieć na sobie bakterie...

Sadownik:
(z powagą podniesioną do kwadratu)
Na pewno. Ja bym na twoim miejscu pojechał
na zastrzyk przeciw tężcowi, koniecznie w brzuch.

Jabłoń:
Jeśli bakteria była, to zdechła ze śmiechu,
jak usłyszała, co i jak mówisz.

(W tym czasie kasza jaglana z jabłkami i mlekiem kokosowym,
jakby nigdy nic, dochodziła do siebie w piekarniku
)

niedziela, stycznia 26, 2014

947. dlaczego nie?

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

dlaczego nie?
pytam.
bo jestem za stara…
bo nie wiadomo, czy się uda…
bo wolałabym uniknąć ryzyka porażki…
bo inni zrobili to już przede mną i nie mam szans ich dogonić…
bo czy to w ogóle ma jakąś wartość dla innych?
słyszę.

mam problem z wymyśleniem innych argumentów,
równie ogólnych a dość precyzyjnie odbierających
chęć do zrobienia czegoś nowego.

z argumentami tymi trudno polemizować. jesteś w określonym wieku. nigdy nie ma pewności, że się uda. małe porażki są gwarantowane. inni robili to przed tobą. Szanse na to, że będą za tym szalały kraje, kontynenty i cały świat być może są jeszcze mniejsze niż prawdopodobieństwo wygrania w totolotka jednym zakładem. ale, ale…

gdyby wszystkie te „dorosłe” pytania (poza pierwszym) zadać miało sobie dziecko, zanim podejmie decyzję o nauce chodzenia, szybko doszłoby do następujących wniosków. sprawa na dzień dobry wygląda beznadziejnie, biorąc pod uwagę dotychczasowe doświadczenie. przewróciło się i przewróci jeszcze nie raz. co gorsza miliony ludzi przed nim opanowały tę sztukę i umówmy się, choć kogoś zachwyci pierwszy pewnie postawiony krok, to dla całkiem obcych ludzi pozostanie to zupełnie bez znaczenia, czy obywatel chodzi czy nie. a jednak podejmuje trud.

pytam.
dlaczego więc nie zacząć robić tego,
co w najgorszym razie tylko nam przyniesie radość?

mam problem ze zrozumieniem,
dlaczego nie?

sobota, stycznia 25, 2014

946. Opróżniam filiżankę życia

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Zachłanność. Osiągnąć najpierw. Myśleć, że da się zachować bez zmian wszystko co dobre z przeszłości. A potem życzyć sobie więcej i więcej, czegoś innego, nowego, mając z tyłu głowy, że trzeba bezwzględnie utrzymać to dobre, co już się zdobyło. Czyż to nie mentalne kajdany gwarantujące pozorne bezpieczeństwo i władzę nad życiem?

Antyzachłanność. A przecież nie jest możliwe, by napić się białej herbaty z naczynia wypełnionego po brzegi kawą latte bez uprzedniego pozbycia się z niego kawy. Przynajmniej przez ułamek sekundy filiżanka będzie pusta. Strata znanego. Strach. Może dlatego zmiana jest, no cóż, tylko dla odważnych?

Puścić świat, który stworzyło się wczoraj.
Rozejrzeć się w dzisiaj.
Nie odkładać na jutro.
Pomyślało się.

czwartek, stycznia 23, 2014

945. Pokochałam nie wiedzieć

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Naście lat temu Jabłoń zapytała Sadownika:
     — Umiesz wektory własne i wartości własne?
     — Tak. — Odpowiedział.

Niewinna wymiana zdań skończyła się awanturą, gdy wieczorem Jabłoń z kartką papieru w zębach usiadła koło Sadownika, powiedziała:
     — No to dawaj, wytłumacz mi. — I usłyszała, jak Sadownik ze zdziwieniem obwieścił:
     — Teraz? Przecież muszę do jakiejś książki zajrzeć.

Jabłoń czuła się oszukana, bo przecież gdy mówi komuś, że wie, to naprawdę wie. Możesz ją obudzić w środku nocy i wyłoży, opowie, wytłumaczy. Z przykładami. Więc jak ten Sadownik tak mógł? — myślała sobie wtedy.

*

Dużo czasu upłynęło od tamtego wieczora. Drzewko stało się zupełnie innym drzewkiem, ale wciąż lubiącym wiedzieć. Jabłoń wie dużo. Czasem za dużo. Często zbyt dużo. Uwięzione do tej pory w wiedzeniu Drzewko odkryło stan niewiedzenia, zanurzyło się w nim i zachwyciło się możliwościami, które daje.

Wiedza otwiera przed nami wiele drzwi.
Niewiedza otwiera przed nami całe przestrzenie możliwości.

Czy mówią o tym w szkole? Czy doceniają ten stan?

Alternatywny tytuł wpisu:
945. Tribute to Sadownik

[suplement pikselowy: 8.04.2021]

środa, stycznia 22, 2014

944. Epoka obywatela PKB

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wpadła mi sama w ręce. Zatrzymała swoim tytułem: Tam gdzie dzieci są luksusem. Pomyślałam: Polska? Większość zjawisk, choć na mniejszą skalę, dotyczy również naszego kraju. W wielu miejscach książki odetchnęłam, dowiadując się, że to nie moja bezdzietna, skrzywiona percepcja świata, lecz szaleństwo czasów, w których przyszło nam żyć, które ktoś mądry zauważył.

Pamiętam moje niesłabnące zadziwienie, gdy w szkole na języku polskim omawiano tło społeczne epok. Co myślano? Jak postrzegano świat? Jakie były normy? Zawsze przy takich okazjach nie mogłam uwierzyć, że ludzie dali się wmanewrować w takie czy inne szaleństwo. A tu, proszę, żyję w równie porąbanych czasach. Myśl ta krępuje mnie bezradnością, ponieważ tak naprawdę niewiele mogę. Jednak z drugiej strony, mogę wszystko w sobie i w świecie wokół mnie. Nikt nigdy mnie tego prawa nie pozbawi i mam zamiar z niego korzystać zawsze i wszędzie, bo jeśli nie ja, to kto? Jeśli nie Ty, to kto?

Dla wszystkich chińskich dzieci, na każdym etapie ich życia, pieniądze, bardziej niż kiedykolwiek, pozostają narzędziem walki o lepszy byt. Dzięki nim mogą prawie wszystko: chodzić do najlepszych szkół, leczyć się w najlepszych lecznicach, kształcić się na uniwersytecie, znaleźć mieszkanie, ożenić się. A bez tego sezamu pole możliwości znacznie się zawęża: nie mogą pójść do szkoły ani się leczyć, ani znaleźć dachu nad głową, ani nawet mieć nadzieję na założenie rodziny. Chińskie społeczeństwo w dobie reform jest bezlitosne dla swoich dzieci. Zdrowie, możliwość uczenia się, prawo do wypowiedzi, poszanowanie praw, mieszkanie, małżeństwo… wszystko się kupuje, wszystko się konsumuje; nic nie płynie ze źródła, nic nie należy się prawnie.

*

W społeczeństwie chińskim pojawienie się pierwszego dziecka stanowi kluczowy etap egzystencji: zgodnie z filozofią konfucjańską reprodukcja traktowana jest nadal jako „naturalny obowiązek”, tak więc kobieta bez męża i dziecka uchodzi za „niepełną i niespełnioną”. Jeśli w kilka miesięcy po zawarciu małżeństwa nie zachodzi w ciążę, obgaduje się ją, że jest chora lub „za stara” albo że jej mąż jest „za słaby”. Tak samo jak w przeszłości jednym z największych nieszczęść była bezpłodność (lub rodzenie się tylko dziewczynek) traktowana kiedyś jako dolegliwość wyłącznie kobieca.

*

Dziś, podobnie jak i dawniej, preferowanie synów wynika z racjonalnej kalkulacji kosztów i korzyści, których można oczekiwać po dziecku w zależności od jego płci. Według powszechnej opinii syn jest obdarzony kompetencjami i rolami, z którymi córka nie może rywalizować. Na przykład zapewnia kontynuację linii ojcowskiej i potwierdza społeczny status rodziny. W późniejszym okresie córka zostanie oddana rodzicom swego męża, syn natomiast będzie niezawodną podporą dla swoich starych rodziców. Reformy ekonomiczne i społeczna liberalizacja, która była ich wynikiem, tylko wzmocniły tę wizję — tym bardziej jeśli jest jedynakiem. Rodzice wiążą z nim wielkie nadzieje: widzą jego przyszłość jedynie w kontekście powodzenia — tak zawodowego, jak i społecznego. Do tego stopnia, że gdy na wsi dochodzi do konfliktu na tle finansowym lub związanego z kwestiami własnościowymi, stroną, która wygrywa, jest ta, co ma syna, podczas gdy druga słyszy: „Dlaczego nadal domagasz się uznania swoich praw, ty, który nawet nie masz syna, by przedłużyć linię rodową?”.

Isabell Attané, Tam gdzie dzieci są luksusem.
Chiny wobec katastrofy demograficznej
,
Wydawnictwo Studio Emka, Warszawa 2012.
(wyróżnienie własne)

wtorek, stycznia 21, 2014

(940+3). Zimowe psychiczne przesilenie

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Są ludzie, z którymi bardzo chciałabym spotkać się na przecięciu naszych, tak bardzo różnych, światów. Gdy dociera do mnie, że będzie to trudne, bo światy należą do bardziej równoległych niż myślałam, robi się smutno. Dotykam mało prawdopodobnego, graniczącego z niemożliwym. Zatrzymuję się w sobie. Oswajam żałobę, która bez pytania przysiada się do mnie. Patrzy mi głęboko w oczy i mówi:
     — Ale żyjesz i zawsze masz jakiś wybór, nie zapominaj o tym.

Troszkę trwało, zanim przypomniałam sobie, że zawsze mam wybór.
Wybrałam swoje, to najbardziej moje, Życie.

942. Poza huśtawką

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Jako smarkacz, z poziomu podwórkowej huśtawki, dokonałam dziecięcej obserwacji: nie warto kończyć szkoły podstawowej i iść do liceum, ponieważ wszyscy, którzy to robią, znikają! Znikają z podwórka. Wówczas moje życie towarzyskie i sens życia społecznego w całości znajdowały się na podwórku. I proszę, zauważyłam wtedy, znów kilkoro fajnych ludzi zniknęło. To znaczy, widywało się ich, ale już nigdy nie przesiadywali na huśtawkach. Wówczas nikt nie wspomniał, że oni nie zniknęli, tylko zrobili krok ku nowemu światu, pozostawiając stary świat.

Historia ta przypomniała mi się dziś, gdy dotarło do mnie, że Życie jest Okazją, by doświadczyć niesamowitych uczuć i chwil, bez względu na rekwizyty i okoliczności, jakimi przyłożył nam los. Ktoś mógłby powiedzieć, że wiele razy znikamy, rezygnujemy, poddajemy się, ale tylko nieliczni (wtajemniczeni, idący razem z nami) wiedzą, że zmieniamy światy, pozostawiając za sobą stary, by iść w kierunku nowego, tego wymarzonego.

Życie jest niesamowitą Okazją! Obyśmy ją wykorzystali do cna.

czwartek, stycznia 16, 2014

(940+1). Uwaga, ten blog czytają sekciarze

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Mam przywilej „posiadania” Nauczycieli. Gdy podzieliłam się senioralną historią, moja Superwizorka przytomnie zapytała:
     — A o jakiej psychologii mówił?
     — Gdy pytasz, o jakiej psychologii mówił, to już jesteś hop do przodu, bo w ogóle wiesz, że psychologia ma nurty i kierunki. Psychologia w ogóle to sekta!
     — Acha.

*

Mam przywilej „posiadania” Przyjaciół. Gdy podzieliłam się senioralną historią, Altówka napisała:
    [...] masz psa — sekciara,
          rasowego — sekciara,
          szkolisz — sekciara,
          odżywiasz się świadomie — sekciara,
          czytasz książki — sekciara,
          jesteś szczęśliwą mężatką — to też sekta,
          blogerką — sekta jak nic. [...]

*

Mam wiele przywilejów. Dziś wracając z pracy myślałam o nich, dziękując za każdy z osobna. I walnęła mnie po głowie przezabawna konkluzja, uśmiech niebywały na mej twarzy rysując: każda Osoba, która weszła na ten blog i została... jest Sekciarą lub Sekciarzem, jak nic! I co Wy na to, mili Państwo?

Kończę sekciarskim, przeszczęśliwym HAWK!
Że jestem, że jesteście, HAWK!

wtorek, stycznia 14, 2014

940. Uwaga, ten blog pisze sekciara

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Orzeszek. Nad nią onkologiczny miecz Damoklesa. Umiem wyobrazić sobie namiastkę trudności, których doświadcza dzień przed i w dniu badań kontrolnych. Wiem, że to przeraźliwe doświadczenie nie musi wykańczać tak bardzo psychicznie. Przecież są na tym świecie, ba, nawet w tym kraju, co ja piszę, nawet w każdym województwie, terapeuci i psychoonkolodzy.

Rozmawiałam wczoraj z Seniorem. Opowiedział o tym, jak to Orzeszek z pewną panią „na mieście” rozmawiał. Opowieść ta zmroziła mi krew w żyłach. Wspomniałam, by może rozważyli, choćby tylko przez chwilę, samo rozważenie terapeutycznej formy kontaktu z obcym człowiekiem. Senior załamał mnie mówiąc:
     — Psychologia? To sekta! My jesteśmy normalni.

Wewnętrznie runęłam na ziemię.

niedziela, stycznia 12, 2014

(938+1). W świecie ludzi długich

Jabłoń:
(wyciąga się we własnym łóżku)
O rany! Nareszcie łóżko bez barierki!

Sadownik:
(prezentuje godny pozazdroszczenia poziom PWW)
Tylko łóżko? A ten fantastyczny mężczyzna obok?

sobota, stycznia 11, 2014

938. Bonus stażowy

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Poniedziałek–Piątek. W jednej kuchni naście osób w ciągu dnia przyrządzało posiłki. Dominowała kasza jaglana, wygrywając w cuglach z wszystkim innym składnikami. Po raz pierwszy w życiu odważyłam się zjeść jagły na zimno i... okazało się, że sałatka, choć podmieniono w niej kolendrę na natkę pietruszki, jest absolutnie prze-prze-przepyszna.

Od słowa do słowa. Przepis. Skąd. Nie byłam zaskoczona, że po raz kolejny świat okazał się malutki. To dobre miejsce dla człowieka jedzącego miesiąc lub dwa temu polecała mi Altówka. A w czwartek. Od słowa do słowa. Przy przepisie. Skąd. Okazało się, że do Duszy zawiadującej tym magicznym miejscem prowadzi tylko jeden dodatkowy uścisk dłoni osoby, którą i Dusza, i ja znamy. Osoby, która należała do tych, które co wieczór podczas stażu piły razem ze mną, przygotowany z miłością napój Bogów według przepisu podarowanego na tym blogu przez Ommeczkę.

(źródło fotografii i przepis)

piątek, stycznia 10, 2014

(932+5). Po (VI) i... Przed

Piątek. Śniegu brak.

(932+4). Po... (V)

Piątek. Poranny spacer.
Piątek. Silny wiatr a na niebie stany ekstremalne.
Piątek. Śniegu wciąż brak.

(932+3) Po... (IV)

Środa. Czy można sfotografować dno?
Środa. Metaforę na własne dno odnaleźć?

(932+2) Po... (III)

Czwartek. Jedno ze zdjęć poprawić.
Czwartek. Śniegu brak.

(932+1). Po... (II)

Poniedziałek–Piątek. Niełatwy, ale bogaty w doświadczenie czas.
Środa. Sięgnęłam dna.
Środa. Poszłam więc robić zdjęcia. Śniegu brak.

932. Przed... i Po (I)

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Niedziela. Praca.
Niedziela. Biegusiem do domu.
Niedziela. Zapomnieć o siedzeniu przy komputerze.
Niedziela. Wyjąć. Wybrać. Spakować. Życie stoliczne zawiesić na kołku.
Poniedziałek. Kluczyki z rana w stacyjce przekręcić. Ruszyć. Jechać.

*

Gdy z trzema królami w tle przemierzałam kolejną setkę kilometrów dotarło do mnie odkrycie na miarę mirry, złota i kadzidła. Choć ciało człowieka składa się w większości z wody, to sam człowiek składa się tylko z dwóch „substancji”: miłości i lęku.

Wszystko co czynimy, czynimy albo z miłości, albo z lęku.

*

Poniedziałek. Staż. II blok.
Poniedziałek. Śniegu brak.

sobota, stycznia 04, 2014

(930+1). Putiniada 2014

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Jabłoń:
(jeszcze bez przeciwciał na stan mentalny świata)
Co robisz?

Sadownik:
Oglądam sobie dokument.

Jabłoń:
(przysiadła, zaczęła towarzyszyć i oniemiała z wrażenia)

Sadownik:
(między środkiem a końcem filmu)
Rosja to nie nazwa kraju, to stan umysłu.

Jabłoń:
Mam nadzieję, że chociaż pogoda zbojkotuje te igrzyska,
bo na społeczność sportowców po tej książce nie liczę.
Może zrobiliby to w XX wieku, ale nie w XXI.
Nóż w kieszeni się otwiera.

[film już niedostępny]

930. Moc z niemocy narodzona

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Leży mi ta książka na wątrobie już prawie miesiąc. Najpierw ją przegapiłam i nie mam pojęcia, jak to się mogło stać. Moje ulubione wydawnictwo. Moja ulubiona seria wydawnicza. A jednak przeoczyłam. Nadrobiłam zaległości, gdy wypatrzyłam ją na bazarku świątecznym na początku grudnia. Wtedy miała rok. Połknęłam ją w kilka dni, próbując nie śpieszyć się wcale, dbając o to, by nie zrzygać się światu prosto w twarz. Dziś, gdy ostatecznie postanowiłam pozostawić ją tutaj, ma już formalnie dwa lata.

Leżała mi na wątrobie do dziś, wywołując fale różnych objawów. Najpierw mnie rozłożyła na łopatki świadomością, że w najbardziej maniakalnie akuratnym kraju taaakie rzeczy mają miejsce. Gadżety i nastrój wynikający z możliwości dwudziestego pierwszego wieku maskują fakt, że większość pracujących ludzi funkcjonuje w sposób przypominający czas wczesnej rewolucji przemysłowej. Rozejrzałam się po znajomych i uznałam, że w pewnym sensie dotyczy to wszystkich nas.

Idealistka we mnie pochorowała się na świat i życie. Ktoś we mnie odwrócił się od tak nędznej perspektywy czasu, który przede mną. W poniedziałek padłam. Hannah stwierdziła, że będę żyć, ale muszę, muszę, muszę (!) mieć trzy dni urlopu, nic-nierobienia siedemdziesiąt dwie godziny, bo jak nie, to będzie bardzo, bardzo, bardzo źle. Z pewnymi przerwami poddałam się zaleceniu. Dziś koło południa ewidentnie zakończył się ten czas.

Idealistka we mnie podniosła głowa. To dobrze, że wie już, jak jest. Nie przejdzie progu kawiarni o zielonym logo. Przyjęła do wiadomości, że jest, jak jest. Skoro rzecz miała miejsce w Niemczech, aż strach myśleć, jak jest w Polsce. Nie mam złudzeń, na pewno nie jest lepiej. Gdy Idealistka podniosła głowę, dotarło do mnie, że choć nie mam na to wszystko wpływu, mam wpływ na swój mały mikroświat. Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej poczułam wagę samodyscypliny, prawdy, świadomości i uważności w relacji ze sobą, w relacjach z innymi ludźmi oraz miłości, która wskazuje kierunek mego życia, działań i podejmowanych kolejnych kroków. Cywilizacja, w której przyszło mi żyć wciąż, w pewnym aspekcie, wydaje mi się upadającym Rzymem, ale ja już nie jestem jego ofiarą. Wróciłam do siebie. Nie ustaję!

[...]  jako somalijski emigrant ani nie mam pracy (jak większość uciekinierów objętych w Niemczech zakazem zatrudniania), ani nie mogę się pochwalić specjalnymi umiejętnościami czy doświadczeniami. Nie jestem kolegą wśród kolegów, jak wtedy gdy udawałem Turka, prostego robotnika, lub gdy udawałem redaktora „Bild” czy piekarza albo agenta firmy telemarketingowej. Nawet jako bezdomny byłem równy wśród równych — lecz jako czarny między białymi?
      Jestem po prostu czarny i obcy, co w społeczeństwie nastawionym na sukces znaczy: bezbronny, bez wartości. Ci, których spotykam na swojej drodze, mogą wyżywać się na mnie, folgując swoim rasistowskim odruchom, albo inaczej — nieobarczeni szacunkiem dla prestiżowego zawodu ani imponujących dochodów, mogą bezczelnie wtykać nos w moje sprawy i demonstrować silne bicepsy.

Z reportażu „Czarne na białym”,
Günter Wallraff, Z nowego wspaniałego świata,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.

Dzielni i przystosowani członkowie społeczeństwa zawsze znajdowali sposób, by oszczędzić sobie widoku „szumowin uchylających się od pracy” — usuwali z pola widzenia bezdomnych, chorych psychicznie, alkoholików i inne osoby, które już na pierwszy rzut oka odbiegały od normy.

*

      — Ulica zmienia ludzi, czasem na korzyść, czasem na niekorzyść, to zależy. Znam osoby, które były profesorami, lekarzami, a dziś są na ulicy. Wypadły po prostu z systemu i trudno im było wrócić. Do tego doszła może jedna czy druga nieszczęśliwa okoliczność życiowa i to zmieniło koleje ich życia. Nie mówię, że zeszły na złą drogę, tak nie mogę powiedzieć. Ale wkroczyły w inne życie.

Z reportażu „Mniej niż zero”,
Günter Wallraff, Z nowego wspaniałego świata,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.

[...] nie ma takiej nieprawdy, takiej presji, takiego publicznego ośmieszenia, takich kosztów, przed którymi zawahałaby się dyrekcja koncernu, jeśli to wesprze kurs jej polityki.

Z reportażu „Wykolejona kolej”,
Günter Wallraff, Z nowego wspaniałego świata,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.

niedziela, grudnia 29, 2013

(928+1). Aneks

Sadownik:
(bez nawyku zaglądania, ale po przeczytaniu wpisu)
Jeżu, piszesz o mnie jak o świętym...

Jabłoń:
(udaje, że doskonale wie, że życie z nią
nie należy do najłatwiejszych
)
A nie jesteś?

Sadownik:
Święty Antoni?

Jabłoń:
Raczej święty Tadeusz Juda...
od spraw beznadziejnych.

Sadownik:
Święty Antoni! Ten od rzeczy zagubionych!

Jabłoń:
No, teraz wszystko się zgadza...
miałeś mieć na imię Antoni, raz!
i… mnie znalazłeś, dwa!
Przeznaczenie?

*

A w trakcie tej rozmowy znaleźliśmy Mistrza, który zaczyna psami...
tylko widownia nie dopisała, śmieje się w dość dziwnych, jak dla mnie, miejscach.

[...] robię mnóstwo zdjęć psom…
       ponieważ lubię psy…
       ponieważ nie mają nic przeciwko robieniu im zdjęć…
       i dlatego, że nie proszą o odbitki.

Elliott Erwitt

sobota, grudnia 28, 2013

(926+2). Książka z obrazkami dla dużej dziewczynki

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

co można podarować człowiekowi, który wszystko ma? kreatura twierdzi wręcz, że ma za dużo rzeczy i zastanawia się, jak przestać obrastać. a na pytanie, czy chciałaby coś dostać pod choinkę, wsuwa swą dłoń w tę ukochaną i odpowiada, że wszystko, co do szczęścia potrzebne, już ma.

komuś takiemu trudno podarować cokolwiek. nawet nie próbowałabym stanąć na wysokości tak zdefiniowanego zadania. ale nie On. nie Sadownik. On uwielbia zadania specjalne, wręcz beznadziejne. podarował książkę z obrazkami. po dziesiątym oglądaniu okazało się, że w jednym numerze isbn zaklęto dwie książeczki z obrazkami. wróć! dwa albumy z fotografiami. albumy dopracowane w najmniejszych detalach. w formacie podróżnej, amerykańskiej Biblii. opowiadają o setkach psich serc, co pieczę nad gatunkiem ludzkim sprawują. może właśnie dzięki kudłatym sercom ten świat dostaje wciąż i od nowa szansę na lepszy finał. tę książkę, ten album, to dzieło otwieram w dowolnym miejscu i całym sercem czytam. o dowolnej porze dzięki tym fotografiom docieram do źródeł miłości, piękna i sensu nieustannego zachwytu światem.

pierwsza strona poziomego albumu:

okładka pionowego albumu:

Elliott Erwitt, Dog Dogs,
Phaidon Press Limited, London 2010.

wybrałabym inne zdjęcia, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi to...
choć... boski (2:07) kudłaty Cartier-Bresson!

piątek, grudnia 27, 2013

(926+1). Świąteczne odkrycie

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

od człowieka do człowieka niewidoczny sznureczek, niteczka, łańcuszek, drucik. łączy od pierwszego spotkania. z czego zrobiona? czy napięta? czy długa? czy w ludzkich rękach oba końce? czy? ciągniesz? trzymasz? a może nerwowo rozwijasz z kołowrotka, by nie mieć z tym wszystkim nic wspólnego? gdzie usiąść, jak być, by nie mieć zasznurowanych ust, by nie mieć skrępowanej duszy? puszczasz swój koniec, by móc odejść? nie, nie puszczasz, ale chcesz się ciut odsunąć, by wziąć oddech, by pozostać sobą, by nie zaprzepaścić szansy?

*

święta. relikt mego dzieciństwa, a od kilku lat klanowa rzeczywistość, ku której rokrocznie mknę już bez strachu. w tym roku, w tym magicznym czasie niewidoczne połączenia, co łączą nawet podzielonych, studiowałam, urzeczona ich naturą. zachwyciły mnie jak nigdy dotąd. poczułam je bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, gdy siadam obok tej osoby, ale naprzeciwko innej, blisko jednej, zdecydowanie dalej od drugiej, tę obejmę, tamtą tylko uściskam, tę pocałowałam trzy razy, a tamtą tylko raz, tej podałam rękę, a tamtej rzuciłam się w ramiona. nieskończona różnorodność połączeń. z tą tak, z tamtą inaczej, z nimi siak i owak.

narzekają na dystans, międzyludzki chłód, spalone mosty, a ja z zupełnie zepsutym wzrokiem nie widzę dystansu, widzę przeróżne, niepowtarzalne odmiany bliskości... może ciut nie takiej, jakiej pragniesz na ten moment, ale prawdziwej... nie usiądę bliżej... nie odważysz się przysunąć... chylę czoła, podziwiam to, co między nami, podziwiam takim, jakim to jest. w przewrotny sposób, właśnie takiej niteczki, sznureczka na ten moment potrzebujemy. poczułam wdzięczność do tych, z którymi nie chcę przy stole wigilijnym siedzieć, że nie naciskają na właściwy porządek tego świata, którym ja nie jestem już zainteresowana wcale.

*

a wieczorem. gdy drzwi naszego pokoju zamknęliśmy, oddzielając nasz świat od reszty światów, poczułam się jeszcze bardziej niż zwykle zaszczycona i uprzywilejowana tym, że z Sadownikiem łączy mnie żywa, prawdziwa, mieniąca się i pulsująca nić, którą odkrywam każdego dnia na nowo, która co dnia inaczej definiuje nasz związek, która z każdego dnia niezmiennie robi święto na świętami.

*

a następnego dnia. intensywnie myślałam o sznureczkach, niteczkach, łańcuszkach i drucikach, którymi połączona jestem z bliskimi memu sercu Ludźmi, co przy innych wigilijnych stołach siedzieli, poczułam się jeszcze bardziej zaszczycona i uprzywilejowana tym, że chcą ze mną mnożyć bogactwo współdzielonych sznureczków, niteczek... chylę czoła przed Nimi... przez wzgląd na to, co nas łączy, choć pojawiają się tu czasem jako bohaterzy, nie wymienię ich ani w porządku chronologicznym, ani alfabetycznym, ani żadnym innym, bo to porządek serca, ważniejszy od każdego innego porządku.

926. Świąteczny czas

Jechaliśmy...


*
Jabłoń:
(w pierwszy dzień Świąt z rana)
Kuhanie, esemeska w nocy dostałeś...

Sadownik:
(zagląda w komórę)
Nie jednego, pięć!

Jabłoń:
Piąty od kochanki?
(po chwili)
Czekaj, przecież nie wysyłałam ci żadnego esemesa...
*

...wracaliśmy.

poniedziałek, grudnia 23, 2013

925. Ćwiczenie z logiki w świątecznej atmosferze podane

Na kanwie zasłyszanych wczoraj życzeń, które jedna Altówka dwóm innym Altówkom składała, należy w ostatnim dniu pracy odnotować, co następuje.

*

Życzenia przez optymistę, liczącego się z realiami życia, składane:

Spokojnych lub rodzinnych Świąt życzę.

*

Życzenia przez pesymistę składane:

Spokojnych albo rodzinnych Świąt, jak kto woli, życzę.

*

Na których spełnienie liczymy?

niedziela, grudnia 22, 2013

924. Talizman

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Dotknęła mnie do żywego,
powiedziała:
— To może być dla Ciebie trudne.

Dotknęła mnie do żywego
swoją prawdą, pięknem, szczerością.

Dotknęła mnie do żywego,
do łez wzruszenia i wdzięczności.

Nawet jeśli tylko dla tej chwili
należało mieć sześć stóp i trzy cale,
to warto było!

malowała Filigranka

Jestem w drodze ku. Nie ma już od. A do dopiero majaczy za zakrętem. Otrzymana wczoraj przecudna Żyrafka, mająca kontakt z Pełnią, stała się moim talizmanem na trudnej, ale dla mnie jedynej, Drodze, na której chcę być całą Sobą, całym Sercem, całym Życiem. Filigranko! Dziękuję! To nie było trudne. To było zachwycające.

*

Filigranka uświadomiła mi jeszcze jedno. Nie jest ważne, czy jesteś ważny. Ważne jest to, czy jesteś z n a c z ą c y, choćby przez chwilę, dla kogoś. I nie jest ważne, że nie masz o tym najmniejszego pojęcia, że właśnie tak się stało. Dowiesz się lub nie. Największe znaczenie ma to, że jesteś! Nie byle jak, lecz prawdziwie, tu i teraz, bez ściemy.

sobota, grudnia 21, 2013

923. Porywacz kobiecych serc

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

On. Z łatwością za serce chwyta każdą kobietę. Nawet ja na to lecę. Z przyjemnością ogromną. Świeżym, prawdziwym, pełnym mocy uśmiechem porywa. W całym moim życiu tylko On jeden kilka lat temu pokazał mi linię, po której przekroczeniu marzy się już tylko i wyłącznie o dziecku bez względu na konsekwencje. Bezwzględnie ma On Dar. Cztery tygodnie temu poprosiłam Go osobiście o czerwony samochód. Dostałam.
     Auto dwuosobowe. Dla mnie i dla Heni. Z zapachem w pakiecie. I nie ma wątpliwości, gdzie wciąż siedzi Sukulec, prawda?
     A Sadownik? Sadownik na Motongu jedzie przed nami.

On. Z łatwością za serce chwyta każdą kobietę. Jak mu się to utrzyma przez kolejnych naście lat, to będzie łamał serca jak mało kto.

Monek, lat 3,5.

Kończąc przygotowania do Świąt, przygotowując się do zamykania roku, poprosiłam o odcedzenie fotograficznej reprodukcji dzieła, które wciąż przypomina mi o niebywałej delikatności, z jaką traktowali się nawzajem Monek i Henia, Henia i Monek bawiąc się razem przepięknie, przecudnie, wspaniale. A może Monek wie, że do mego serca trafić najłatwiej przez sierść?

922. I już, czyli po zimie

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Z samego rana, gdy szykowałam się na spotkanie najkrótszego dnia roku, „Gościni” w radiu wypowiedziała cudne słowa. Po raz pierwszy w życiu moja wewnętrzna Purystka językowa, co nienawidzi, gdy ludzie dwóch języków w jednym zdaniu używają, zamilkła urzeczona:

*

Dziś. Dla mnie
skończyła się zima.
Od jutra każdy dzień
będzie ciut dłuższy.
To oznacza, że
idzie wiosna...

piątek, grudnia 20, 2013

921. Bez śmierci na karku

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

     — Jeszcze nigdy w życiu nie bolały mnie tak oczy...
Napadł ją Pan Strach. Z przyjemnością nie do opisania wyciągnąłby argument o chorobie śmiertelnej, schorzeniu postępującym, czyniącym nieodwracalne szkody, z którymi żyć się nie da i byłoby tak:
     — O jeżu, co to będzie?
     — No?
     — Stracę wzrok...
     — I?
     — Stracę pracę...
     — I?
     — Utknę w mieszkaniu na dobre...
     — I?
     — Będę utrapieniem dla Sadownika...
     — I?
     — Oszaleję...
     — I?
     — Będę wyć z nieszczęścia...
     — I?
     — Umrę ze zgryzoty...
     — A co potem?
     — Jakie potem? Umarłam.
     — Super. Jakieś życzenia dotyczącego pogrzebu?
     — ... — z wrażenia zaniemówiła
.

Dopiero ze śmiercią na karku poszłaby do lekarza, by dowiedzieć się, że owszem, umrze, ale jeszcze nie teraz; że choroba tak, może nawet schorzenie całkiem poważne, ale umrzeć na to nijak nie można.

*

     — Jeszcze nigdy w życiu nie bolały mnie tak oczy...
     Napadł ją Pan Strach. Z przyjemnością nie do opisania wyciągnąłby argument o chorobie śmiertelnej, schorzeniu postępującym, czyniącym nieodwracalne szkody, z którymi żyć się nie da, ale było tak:
     — Jestem 18. dzień po spawaniu oka, tak?
     — Tak.
     — Chyba zaczyna dziać się coś niedobrego, tak?
     — Tak!
     — Nie będę czekać, wyobrażać sobie, fantazjować.
     — Nie?
     — Umówię się na wizytę i z ulubioną panią Doktor od oczu zobaczymy, co jest.
     — Nie!
     — Tak.
     — ... — z wrażenia zaniemówił.

Bez śmierci na karku po raz pierwszy w życiu poszła do lekarza. Pani Doktor kropelki na siedem dni dała, pięć razy dziennie „oka” zakraplać kazała. Prezent Sadownikowi na święta zrobiła — Jabłoń w okularach przez cały tydzień ma być. Sadownik w zachwycie Chwasta Społecznego poinformował, że już ostrzy obiektyw. No żeż! Powolutku, z niemałym oporem, ale rozwija się Drzewuchno. I dumne ciut wczoraj z siebie było, że bez śmierci na karku do Pani Doktor truchcikiem się udało z własnej woli i z wiarą, że wszystko będzie dobrze. Droga ku próchnu na szczęście daleka. Będzie Drzewko żyć, śnić i rozkwitać! A co!

wtorek, grudnia 17, 2013

920. On dobry i smakowity

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

...od dobrego jadła nie boli żołądek,
od dobrego trunku nie boli głowa,
z dobrą kobietą nie boli życie...

... przeczytał mi wczoraj Sadownik... wskutek tego, również od wczoraj powtarzam nie tylko w myślach:

z dobrym mężczyzną życie smakuje wyjątkowo!

*

Piekiełko przedświateczne trwa... ale koniec już widać.

czwartek, grudnia 12, 2013

919. Nie czekajmy na raka

ucieszmy się sami sobą już teraz!
nie czekajmy na raka
zachwyćmy się sobą nawzajem już dziś!

Dżoano, dziękuję Ci bardzo za wywęszenie tego filmiku, idzie do działu S.O.S.:

Mimi Foundation, If Only for a Second.

...tej chwili za chwilę już nie będzie...