sobota, listopada 10, 2012

598. Psychosomatyka w praktyce

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Raz w miesiącu. Biorę swój kręgosłup i idziemy sobie we dwójkę do serwisu na przegląd techniczny. On idzie, by mieć się lepiej. Ja idę mając świadomość, że masaż to również głęboka praca z ciałem. Praca, która będzie się we mnie „dziać” jeszcze wiele godzin, często dni, po tym, jak zejdę ze stołu.

Zawsze rozmawiamy z Osti — święta rozmowa terapeuty jednej szkoły z terapeutą innego nurtu — zanim on zabierze się do pracy nad przestrzeniami międzykręgowymi, przyczepami mięśni i wszystkim tym, co rozpoznaję po specyficznym napięciu, czy bólu. Określamy punkt wyjścia dla pracy, która przed nami.

Rozmawiamy. Co u mnie? Powiedziałam o Orzeszku i o tym, że zakochałam się jak nigdy wcześniej w życiu. Na nowo, bardziej, mocniej, magiczniej. Wiem, że mogłabym nie mówić. Osti i tak znajdzie w mym ciele orzeszkowe okruchy i zakochanie, które niesie mnie od wielu dni. Każda nasza rozmowa jest znacząca, bo wielopoziomowa. Każde słowo odnosi się do wszystkich aspektów życia — poziomu fizycznego, emocjonalnego, intelektualnego i duchowego — i celu, jakim jest zrównoważony rozwój na każdym z nich.

Ja to powiem, a ty zrobisz z tym, co zechcesz. Dobrze? Tak. Popatrz na to wielopokoleniowo. Weź pod uwagę całą linię kobiet, która stanowi Twój początek. Co musiało się wydarzyć, że tak bardzo zakochana kobieta jak ty, nie chce mieć dziecka z ukochanym mężczyzną. Co ją zatrzymuje? Czego broni? O jakie wartości jej chodzi?

*

Czym jest to, czego bronię?
Zadziwiła mnie odpowiedź, która pojawia się natychmiast.
Podmiotowość!
Patrzę do tyłu na kobiety, które są przede mną. Mamę, Mamę mojej Mamy. Ich historie. Wszystkie kochane przez swoich mężczyzn, jestem tego pewna, ale z mojej subiektywnej perspektywy — kobiety uprzedmiotowione.

*

Wracałam do domu. Poczułam z całą pewnością swojego istnienia, że moja podmiotowość nie podlega już żadnej dyskusji, jest nieodbieralna, bez względu na żadną hipotetyczną zmianę. Zadziwiło mnie, że przegapiłam moment, w którym to stało się faktem. Uświadomiona niezbywalna podmiotowość dała mi poczucie pewności, bezpieczeństwa, wdzięczności za moje życie i ludzi, którzy w nim są. Zadzwoniłam do Jedynego Mężczyzny Mojego Życia, by powiedzieć mu, że jego „tak” będzie moim „tak”, jego „nie” będzie moim „nie”. Przeszłam próg, jakby powiedzieli POP-owcy. Stanęłam po drugiej stronie. Stronie zajętej przez Syrriusza, Mamę Pietruszki i Zosi, Żyrafkę, nieżyjącą już siatkarkę. I? Poczułam w sobie tę Wielką Siłę. Oddałam siebie. A potem zeszłam niżej, gdzie nie ma już dychotomicznego podziału na dzieciatych i bezdzietnych — do miejsca, w którym można oddać siebie nie tracąc podmiotowości.

Kompletnie bez znaczenia jest to, co będzie dalej. To doświadczenie, samo w sobie, mnie przemieniło. Przemieniło też naszą Sadowniczo-Drzewkową miłość w jeszcze większą Siłę, która ma moc, by tworzyć lub zmieniać rzeczywistość, zamiast poddawać się tej zastanej, zdefiniowanej przez innych.

I niech mnie! Życie jest jeszcze piękniejsze!

czwartek, listopada 08, 2012

597. Miniprasówka

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Urzekły mnie wczoraj słowa. Wypowiedziane. Przeczytane. Postanowiłam ich nie zgubić.

Cały dzień nucę...

Frank Sinatra, The Best Is Yet To Come.

596. Wiecznie głupia

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

(w miłosnym, wieczornym uścisku, z delfinami pod pachami)
Jabłoń:
Wiesz, mam to od kilku dni. Dzień w dzień łapie mnie taka chwila,
że uświadamiam sobie, że znów, na nowo, się w Tobie zakochuję…
mocniej i mocniej…

Sadownik:
A co cię konkretnie przyciąga?

Jabłoń:
Jakie przyciąga? Ja się przed tym bronię!
(po chwili)
Wygląda na to, że nie uczę się na własnych błędach…

Sadownik:
(ścisnął gadające głupoty Drzewko tak,
że aż delfiny straciły dech
)

środa, listopada 07, 2012

595. Dlaczego nie wygraliśmy wczoraj w totka

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jabłoń nie wygrała w totka, bo... jako przedstawicielka starego, dobrego politechnicznego wykształcenia uważa, że daje ono bardzo dobre podstawy, by nie grać. Metody probabilistyczne zaliczyła, więc wie. Mądrala jedna. Nie gra, to i nie wygrywa.

Sadownik nie wygrał w totka, bo... jako przedstawiciel starego, dobrego politechnicznego wykształcenia, pomimo zaliczonych wielu przedmiotów, gra, gdy w rachubę wchodzą kumulacje, co Jabłoń za każdym razem niezmiennie wprawia w zadziwienie. Nie przeszkadza jej to jednak kibicować Mężowi i dawać się wkręcać w zabawę, co zrobią, gdy wygrają. Gdy więc wczoraj rano usłyszała, że tak wysokiej kumulacji nie było w historii totka, zadzwoniła do Sadownika:

Jabłoń:
Wiesz, że dzisiaj jest historyczna kumulacja?

Sadownik:
Tak, już zagrałem. A ty... Sukę w garść i do kościoła pędzicie.
Jak Bóg zobaczy dwie takie poganki modlące się za moją wygraną,
to uzna, że warto mi pomóc.

Sadownik nie wygrał w totka, bo... nigdzie nie poszłyśmy.

wtorek, listopada 06, 2012

(589+5). Amen i Enter

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Rozmowa z Gepardzicą. „Zatańczyłyśmy” naszą relację. Uściśliłyśmy, o co kruszę kopię.
O to:

Nie doświadczyłam bezgranicznej miłości w relacji z własnym dzieckiem.
Nie doświadczę głębokiego sensu życia w relacji z noworodkiem.
Nie doświadczyłam dumy z moich bliźniaków.
Nie doświadczę strachu o życie swojej córeczki.
Nie doświadczyłam poczucia piękna świata na widok mojego synka.
Nie doświadczę niemocy w relacji ze swoim dorosłym dzieckiem.
Ale...

Tak, doświadczam bezgranicznej miłości.
Tak, doświadczam głębokiego sensu życia.
Tak, doświadczam dumy.
Tak, doświadczam strachu o inne niż swoje życie.
Tak, doświadczam poczucia piękna świata.
Tak, doświadczam niemocy.
Amen.

(589+4).

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Para w miłosnym uścisku? Dziewięć delfinów? Ważne jest tylko to, by otworzyć się na możliwość zobaczenia czegoś, czego się wcześniej nie widziało. Ważne, by w końcu zobaczyć...

*

Ukochany Student w niedzielny wieczór Bliźniaczej Liczbie i mi robił powtórkę z wykładu*, na którym był.

Sandro Del-Prete.

____________________
* zachwyt na wieczór. (Szkoda tylko, że nie podają nazwisk twórców).

(589+3). Nie ma złych kroków

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Zatańcz ze mną. Spróbuj moich kroków. Pokaż mi swoje. Odkryjmy nasz wspólny, niepowtarzalny rytm, w którym dostrzeżemy swoje człowieczeństwo, dobroć, mądrość i zachwyt, że Ty i ja, dwa światy, przez ten krótki moment w życiu Ziemi. Dla mnie, osobiście, to cud.

*

Mam szczęście tańczyć z wieloma niesamowitymi Ludźmi. To mój przywilej!

(589+2). Trzy poziomy tej samej historii

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Osobiście. Wybrałam. Zadecydowałam. Nie muszę się nikomu tłumaczyć. Już to wiem. Nie muszę przepraszać, czuć się gorsza. Nie muszę niczego udowadniać. Jestem wartościowym i potrzebnym światu człowiekiem.

*

(…) nie mając dzieci tracisz bezpowrotnie jakiś fragment rzeczywistości, w tym pewną gamę uczuć.

Społecznie. Gdy w radio, czasopiśmie, gazecie zdarza mi się napotkać na propagowanie takich tez, wyłączam, zamykam, porzucam. Generalizacje są zawsze krzywdzące. Robi mi się smutno, że słowa te mogą niejednej kobiecie uprzykrzyć piękny okres jej życia.

*

IMO tak jest.

Relacyjnie. Przestaję istnieć. Staję się nadgryzionym człowiekiem, pozbawionym jakiegoś hipotetycznego fragmentu. Przestaję brzmieć bez gamy. Choć wciąż jestem i na relacji z Tobą mi zależy, nie przesuwasz się z centrum swego świata na jego krawędź, by spotkać mnie na krawędzi mego świata. Nie mówisz do mnie, lecz do swojego wyobrażenia mojej osoby. Do wyobrażonego człowieka, który nie istnieje. Nie spotykamy się. Nawet słowami. To jest dla mnie bardzo przykre. Ty — jeden wyraz, dwie litery, pod nimi wielu ludzi, których napotkałam w swoim życiu, ale z którymi nie udało mi się spotkać.

***

Czytam właśnie wspomnienia z końca wojny mieszkańców małego miasteczka. Jeden pisze o dojmującym braku żywności i nieprawdopodobnie wysokich cenach. Drugi analizuje audycje radiowe BBC i ubolewa, że Wielka Trójka nie potrafi uzgodnić nic pewnego. Trzeci notuje dane pogodowe; dowiadujemy się od niego, że 4 maja 1945 roku spadł śnieg, a już 9 maja temperatura dochodziła do 36 stopni. Czwarty — że spodobała mu się pewna kobieta. Piąty zapisuje modlitwę do Boga o przetrwanie tych pełnych chaosu czasów. Szósty przenosi na papier katastroficzny sen.
     I to jest właśnie rzeczywistość. Wielokrotna, nieskończona, uzgadnialna i wspólna jedynie do pewnego stopnia. Psychologowie potrafili ująć to krótko: rzeczywistość jest tylko psychiczna. To całość ludzkiego doświadczenia, wszystko, co pojawia się w ludzkiej psychice, bez względu na to, jak obce może się wydać innych i jak bardzo „nierealne”.

Olga Tokarczuk, Moment niedźwiedzia,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2012

niedziela, listopada 04, 2012

590. Heterotopianką jestem

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Uprzedzenia. Są. Jesteśmy ich mało świadomi. Traktujemy je jako prawdę jedyną, regułę reguł, oczywisty porządek świata. Uwielbiam rozstawać się ze swoimi. Światy wtedy całe się przede mną otwierają. Nieznane lądy idei, myśli i ciekawych konstrukcji.

Olga Tokarczuk. Byłam święcie przekonana, że to kobiecy Proust polskiej literatury. Prousta przeczytałam w młodości. Na drugiego nie miałam ochoty. Nie zbliżałam się w związku z tym do literek pani Tokarczuk. I błąd! Wielki błąd!

Zaintrygowana komentarzem SuperPo30stki nabyłam i niech mnie diabli! Dobre! Bardzo dobre! Znakomite! Mogłabym przepisać pół książki. Co drugą stronę wetknięty jest papierowy paproszek informujący, że właśnie tam jest coś, co chwyciło mnie za serce. Wybór był trudny, ale Heniutka mówi, że te, które poniżej, są najlepsze. Zamówiłam na Gwiazdkę inne książki Olgi Tokarczuk. Myliłam się okrutnie. Pani Olgo, jak bez Pani można żyć?

***

Heterotopianie zupełnie inaczej rozumieją też słowo „rodzina”. U nich rodzinę może tworzyć na przykład jedna starsza kobieta i jej dwanaście kotów. Albo trzy przyjaciółki plus partner jednej z nich, bo wszyscy pasjonują się makrobiotyką. Albo dwie homoseksualne pary mieszkające w secesyjnej wilii, o którą trzeba dbać. W tym ostatnim przypadku także willa jest członkiem rodziny. (…) Heterotopianie nie muszą więc zgadzać się na uśrednione, ciągle uzgadniane dobro, które dla wielu jest wątpliwe.

*

Ogromne wrażenie zrobiło na mnie to, co mówiła Jane Goodall. Obserwowała kiedyś kąpiące się pod małym leśnym wodospadem szympansy. Widziała, jak się bawią, pływają, komunikują. Ale też jak siedzą i przyglądają się strumieniowi płynącej wody, jak obserwują spadające krople, jak w milczeniu i bez ruchu przesuwają wzrokiem po falach.
     Goodall z niezwykłym wzruszeniem opowiadała o przeczuciu, które jej wtedy towarzyszyło. Miała bowiem wrażenie, że w tych wpatrzonych w nurt zwierzętach dzieje się coś ważnego i głębokiego. Że uczestniczą w doświadczeniu zmiany, a więc i upływu czasu. Oczywiście — choć słowa „kontemplować”, „myśleć”, „zastanawiać się” nasuwają się tutaj same i trzeba bardzo lawirować, żeby ich uniknąć — muszę być czujna i stosować się do pamiętnego zalecenia Lloyda Morgana o pierwszeństwie najprostszych mechanizmów w interpretacji zachować zwierząt. Jane Goodall jednak nie przejmowała się wskazaniami tego Okhama etologii i jasno wyraziła swoje przypuszczenie — obserwując szympansy, widziała, że był w ich zachowaniu jakiś rodzaj zadumy nad ruchem, że i one mają zdolność do refleksji, do bycia-w-czasie w jakiś głębszy sposób. Że być może one też doświadczają czegoś na kształt naszego przeżycia religijnego.

     (…)
     I wreszcie Jane Goodall — wąziutka ścieżka zarezerwowana dla tych, którzy mają wrażliwość, zmysły, rozum i uczciwość, żeby przeniknąć uprzedzenia i iluzje. Spojrzeć przez te dziwne maski i ujrzeć pod nimi inne, niepojęte i bliskie nam istoty, jakimi są zwierzęta.

*

Pewien obcokrajowiec, który właśnie z zaparciem uczy się języka polskiego, pogratulował mi atencji, z jaką obdarzamy w naszym kraju zwierzęta, zwłaszcza psy. Nie zrozumiałam go.
     Wytłumaczył mi więc starannie, że przy polskich drogach stoją specjalne znaki drogowe z napisem „Piesi” i że niczego takiego nie widział dotąd nigdzie na świecie. Swoją drogą, nigdzie tyle psów nie biega wolno i bez opieki. To piękne i humanitarne ostrzegać kierowców, by uważali na psy; wiadomo, ile biednych zwierząt wpada pod koła samochodów każdego dnia. Do tej pory wydawało mu się, że jesteśmy nieczuli na prawa zwierząt, a wobec zwierząt domowych — wręcz nieodpowiedzialni. Jako przykład wskazuje mi los podwórkowych kotów, które obserwuje codziennie ze swojego akademika, albo psy na łańcuchu na polskiej wsi, co w jego kraju traktowanie jest jak przestępstwo. Dlatego bardzo docenia ten drobny przełom w naszej mentalności — znaki ostrzegawcze.
     Z żalem muszę mu wyjaśnić to nieporozumienie.
     — Jak to? — oburza się. — Przecież jest ptak-ptaki, plik-pliki, prawda?

Olga Tokarczuk, Moment niedźwiedzia,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2012.

sobota, listopada 03, 2012

(579+10). Komentarzowy protest

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

(…) pewien rodzaj konkretnych odczuć i emocji związanych z posiadaniem dzieci, które różnią się jakościowo od pozostałych.
// Syrriusz

Spędziłam nad tym zdaniem dużo, dużo czasu, zanim uporałam się ze społeczeństwem, co lepiej wie. Dużo, dużo czasu zanim odkryłam w sobie część, która skonfliktowana z resztą mnie gotowa była poprzeć tę tezę, byle tylko należeć do większości. Dużo, dużo czasu zanim postanowiłam świadczyć, że bezdzietność nie musi unieszczęśliwiać. Dużo, dużo czasu zanim założyłam bloga.

Muszę przyznać, że wielu, zbyt wielu ludzi wyraża takie wyssane z palca opinie. Im więcej, tym bardziej — w ramach zasady społecznego dowodu słuszności — gotów człowiek jest w ten wynalazek myślowy uwierzyć, być może po to, by zwolnić się z myślenia i podejmowania własnych decyzji. Dziś jednak jestem w innym miejscu w swym życiu. I krzyczę: to bujda na resorach!

Jakie konkretne uczucia? Na jakiej podstawie ludziska wpadają na pomysł „jakościowej różnicy od pozostałych”? Jakim prawem pozwalają sobie powiedzieć, że są uczucia, które są niedostępne dla bezdzietnych? To, że oni nie doświadczyli tych uczuć bez dzieci, jest dowodem tylko na to, że w ich życiu jest to zasadniczo coś innego od tego, czego doświadczyli wcześniej, ale żeby od razu generalizować? Nie zgadzam się na to.

To tak, jakby powiedzieć, że osobom homoseksualnym niedostępny jest pewien rodzaj konkretnych uczuć i emocji, które związane są z posiadaniem partnera odmiennej płci. Czy ktoś w to jeszcze na tym świecie wierzy?

Nie zgadzam się na tę generalizację również ze względu na Bezdzietnych, co jeszcze do miejsca sprzeciwu wobec selektywnej uczuciowości w sobie nie dotarli, co boją się, że bez dzieci, coś ważnego w życiu ich ominie. Ominie, to prawda, ale tylko wtedy, jeśli pragnęli dzieci.

Pytanie jest jedno i niezmienne: czego pragniesz? A odpowiedź na nie wymaga, tylko i aż, odwagi. Żaden społeczny dowód słuszności nie zwalnia z poszukiwania własnych odpowiedzi.

588. Bez pocałunku i bez księcia

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

(W drzwiach Przytuliska,
gdy Stado szykowało się na spacer
)
Jabłoń:
(na widok Sadownika ze skręconą, odsłoniętą szyją)
Pocałować?

Sadownik:
W żadnym razie! Jeszcze mnie w księcia przemieni.

(583+4). Sponsorzy mojego szczęścia

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Sponsorzy Środy
Las. Szybki marsz w towarzystwie grzecznej Heniutki wprawił krwioobieg w ożywczy taniec. Campanulka. Pozycja numer jeden z działu S.O.S. uruchomiona kilkanaście razy sprawiała, że łzy zmieniały swe zabarwienie emocjonalne. Akuszer. Strukturę tego, co się dzieje odsłonił. SuperPo30stka. Płakałam ze śmiechu czytając wiele fragmentów Momentu Niedźwiedzia. Ulgę niebywałą poczułam, że nie jestem sama w swych absolutnie porąbanych, nie do przyjęcia poglądach. Leśka. Zadzwoniła.

Sponsorzy Czwartku i Piątku
Kuchnia. Z niebywałą, ogromną przyjemnością, w asyście Kudłatej gotowałyśmy i piekłyśmy szykując się na wyjazd do Chatki. Altówki. Spacer. Trening. Wspólne jedzenie. Sens w prostocie chwil odkrywany. Namacalny spokój dobrze przeżywanego życia. Spacer. Trening. Zwierzyna Altówkowa. Musiałam pachnieć resztkami nieszczęścia. Wylewność zwierzyny przeszła wszystkie moje dotychczasowe doświadczenia w relacji z każdym z Nich. Sadownik. Nieprzerwanie ze mną będący całe dwa dni. Pewna Firma. Zapomniała o umowie. Bystry Kurier. Zostawił trzy wielkie paczki u sąsiadów. Sąsiad. Poinformował nas, że przesyłka z Pewnej Firmy jest u niego. Łóżko. Od jego montażu jesteśmy starsi o 15 centymetrów. Czasy, gdy spaliśmy na ziemi poszły do lamusa. LOT. Bliźniaczą Liczbę wypluł z terminala przylotów dużo przed czasem.

Bo moje szczęście... usłane jest Ludźmi i Sierścią.

A dziś, jeszcze dobrze się dzień nie zaczął a zadzwoniła Bebe, by upewnić się, czy nie potrzebujemy pomocy.

Cóż można wobec tego wszystkiego. Tylko jedno. Dziękować, dziękować, dziękować! Dziękuję.

środa, października 31, 2012

(583+3). O Orzechu i Kruku

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Razu pewnego Kruk dziobał Orzech Włoski. Mocnym dziobem próbował dostać się do środka, dowiedzieć się, co sobie Orzech swą pofałdowaną miękką częścią myśli, czuje, przeczuwa, wie. Stuk. Puk. Neurotycznie. Stuk. Puk. Prawie ostatnich trzydzieści lat. I nic. Aż przyszła czarna noc i opadły kruczoczarne pióra. Swą Moc Kruka w sobie Jabłoń odkryła i Mądrość, że wystarczy jej, że wie, że Orzech miękkie ma. W stykających się ze sobą Sadach żyją Drzewka dwa: Jabłoń i Orzech, Orzech i Jabłoń. I niech tam, będą robić to długo i szczęśliwie.

(583+2). Święci w tym roku nie u nas

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Nie widziałam wczoraj świata normalnie. Za szczypiącymi oczami był. Za czerwonymi białkami. Za łamiącym się głosem. Słuch za to wczoraj działał znakomicie. Soczyste nutki, akordy i pauzy. Pijąc kawę u Francuza, czekając na Toliniego usłyszałam stary utwór nowymi, wyostrzonymi zmysłami. Czułam dotyk następujących po sobie dźwięków. Słyszałam, co chciałam:

Chwilo, you are wonderful tonight!

Eric Clapton & Mark Knopfler, Wonderful Tonight.

Życie wczoraj wchodziło mi jak najlepszy deser. Łapczywie chwytałam chwile. Płakałam. Chwytałam. Jeszcze, jeszcze!

*

A gdy wróciłam do domu czekała mnie największa nagroda dnia, Sadownik wrócony z siedmiodniowej delegacji. I znów były łzy. Wzruszenia, że ja, że tu, że on, też tu.

*

Zarządziłam. Żadnego Święta Wszystkich Świętych w tym roku nie ma. Do chatki na psio-kocich łapkach jedziemy. Żyć mi się chce! Nie mam czasu na nic innego!

wtorek, października 30, 2012

(583+1). Zza nocy pełnej łez

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Już wiem, że po POP-owsku jestem „bardziej” niż Ona.
Gdybym to ja zachorowała, nie powiedziałabym Im o tym wcale.

*

Twarda. Zdystansowana. Milcząca. Niedostępna. Zimna. Na różnych etapach mego życia dużo mnie kosztowały te Jej cechy. Dużo nad sobą pracowałam, by pożegnać dziecięce nadzieje związane z tym co się wydarzyło, z tym co wydarzyć się już nie może. Mówią, że nadzieja umiera ostatnia. Jednak, gdy dziś w nocy umarły resztki mych dziecięcych nadziei, narodziło się ogromne pragnienie życia.

Twarda. Zdystansowana. Milcząca. Niedostępna. Zimna. Zobaczyłam Jej energię — energię orzecha włoskiego — jest piękna! Orzech, który prawie czterdzieści lat temu urodził Jabłonkę.

Mój Orzeszku — powtarzam swoją nową mantrę — bądź!

poniedziałek, października 29, 2012

583. Umiera mi na rękach dziecięca nadzieja

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Zadzwoniła. Zwaliła mnie z nóg diagnozą. Już jest w domu. Ósmy dzień po operacji. We dwójkę dziesięcioleciami budowali swój mały świat nie wpuszczając innych do środka. Wiedzieli od przeszło miesiąca. Milczeli. Jest twarda. Nie chce nic. Mówi, że da sobie radę. Taka już jest. Nie znam Jej innej. Niedostępna. Oddzielona murem od zawsze. Tliła się we mnie nieznana mi do tej pory nadzieja, że nie na zawsze...

*

U2, Sometimes You Can't Make It on Your Own.

niedziela, października 28, 2012

582. Jabłoń w potrzebie

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Mam Ogromny Przywilej asystowania na Polityce Relacji w nowej odsłonie. Poruszają mnie Te Zajęcia, Ci Ludzie, Ten wspólny Czas. Zamyśliłam się w kategorii Potrzeby... Wracałam do domu patrząc na ludzi, na ulicach, w komunikacji miejskiej. Wiele napisano i powiedziano o akceptacji innych ludzi, o tym, by kochać bliźniego swego, by szanować spotykanych na swej drodze obywateli. Napisano, powiedziano, nie najlepiej to działa w praktyce. Należy zacząć od siebie...

Wpadłam na szatański pomysł, by wraz z Wami napisać ten wpis. Zaczyna się tak:

*

Potrzeba akceptacji:.
Czy akceptuję siebie? Swoje wybory? Swoje marzenia? Swoją seksualność? Swoją przeszłość? Swoje życie?

Potrzeba miłości:
Czy troszczę się o swoje ciało dbając o nie co dnia? Czy ważne jest dla mnie to, co jem? Dbam o to, by nie pracować zbyt dużo? By odpoczywać? By bawić się? By marzyć? By czasem tylko być? By umieć prosić o pomoc innych? By móc się czasem odsunąć?

Potrzeba szacunku:
Czy szanuję swój strach? Swoją ekspresyjność? Swoją niewiedzę? Swoją niepewność? Swoje potrzeby? Siebie? Swoje ograniczenia? Swoje nastroje? Swój czas?

*

Czy macie ochotę pobawić się ze mną? Zatrzymać się przy pierwszej, niewymienionej potrzebie, która przychodzi Wam na myśl? Zadać pytania, przy których nie można przejść obojętnie? Zapraszam Was bardzo serdecznie.

[propozycja, komentarze w konwencji]
Potrzeba _________
_____________________________

Proszę, podarujcie mi swoje literki.

sobota, października 27, 2012

581. Śnieżny patchwork słów

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

     — Pisałaś o śniegu?
     — Nie, Myszko. Nie pisałam.

*

Boże Narodzenie bez śniegu
nie jest do końca Bożym Narodzeniem,
prawda?

*

Wczoraj narodziły się Trzy POP-owskie Coacherki.
Z egzaminu na egzamin czułam, że jest
ogromnym przywilejem Im w tym towarzyszyć.
Narodziły się pięknie.
Musiał spaść śnieg.
I spadł.

*

Czarny pies
na świeżym śniegu
to cud.
Kropka
postawiona na końcu
banalnego zdania
o niewyobrażalnym szczęściu,
które się ma,
ot tak,
po prostu
.

     — Bo śnieg jest bardzo ważny — uzasadniła Heniutka.
     — Wiem i nie mogę się nadziwić, jak mogłyśmy żyć bez śnieżnego taga.

środa, października 24, 2012

(540+40). Kudłate tęsknoty

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Wiadomo, że jak rzucasz palenie... to regularnie odwiedzasz trafikę. Jak rzucasz jedzenie słodyczy... to chodzisz do najlepszej w mieście cukierni. Jak postanawiasz odpocząć... to rzucasz się w wir pracy. Wiadomo... Dlatego, żeby nie tęsknić wcale za bardzo konkretnymi ludźmi i ich wspaniałymi psami... oglądam ten film. I tęsknię. I zastanawiam się, jak dożyję do następnego seminarium... póki co, na osłodę Elmo, Mokra, Włóczykij, Maroe, Nina, Tinker, Safi, Granda... a Heniutka na to: ale ja jestem na wyciągnięcie ręki... i całe szczęście, Heniutex, całe szczęście!

Seminarium w ALTO 25-26.08.2012.

wtorek, października 23, 2012

579. Nieznajoma moją Nauczycielką

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dotknęła mnie wczoraj cudza bezdzietność, osaczona stadem dzietnych i dzietnych in spe, samotna, bezsilna, niezrozumiana, doprowadzona do stanu, w którym chce sens życia kobiety uśmiercić własnymi zębami.

Bezdzietność*. Przyglądałam się wczoraj swojej. Odkryłam nowe.

№1. Bezdzietność nie jest pojedynczą decyzją. Jest decyzją podejmowaną wielokrotnie, przez wiele lat. Więcej, im dalej w czasie, tym bardziej świadomie podejmowaną.

№2. Do wczoraj jakaś część mnie uważała, że za bezdzietność trzeba zapłacić cenę, często wysoką. W moim przypadku ceną tą był zerwany ostatecznie kontakt z najbliższą (w sensie krwi) rodziną [w naukach społecznych nazywają ten zestaw ludzi rodziną pochodzenia]. Przyglądanie się osobistej bezdzietności, zataczanie kolejnego koła wokół etykietki z tym słowem, krążenie myślami wokół wspomnianej, nieznanej mi kobiety, doprowadziło mnie do odkrycia, że to, co uważałam za płaconą przeze mnie cenę, nie jest kosztem wynikającym z mojej bezdzietności — to wydarzyłoby się i tak, tylko powód i okoliczności byłyby pewnie inne. Mogłoby się nie wydarzyć tylko wtedy, gdybym chciała rozmawiać o pogodzie, brać wodę w usta, chować głowę w piasek, zgadzać się na przekonania, które definiują ich-pochodzeniową-rodzinną rzeczywistość. Patrzę w tył, przyglądam się wspomnieniom i widzę, że to nie mogło się udać, a bezdzietność... cóż, nie ma nic do tego.

Dzięki Nieznajomej wyrzuciłam na śmietnik przekonanie, że za bezdzietność trzeba płacić i to słono. Bezdzietność po raz kolejny odczarowana. Wiedziałam już, że nie jest klątwą czy złą karmą. Wczoraj dotarło do mnie, że jest tylko i wyłącznie decyzją, która jak każda inna pociąga za sobą określone konsekwencje. W żadnym jednak razie nie zamyka drzwi, które mają być dla nas otwarte, drzwi do miłości, szczęścia, spełnienia, wielodzietności w bardzo szerokim znaczeniu.

Dziękuję dziś Nieznajomej śląc Jej dobre myśli i ogromną nadzieję, że szczęście już przy Niej murem stoi, tylko jeszcze go nie dostrzega.

________________
* na potrzeby tego wpisu definiowana jako „nieposiadanie” ludzkich dzieci.

poniedziałek, października 22, 2012

578. Ta Chwila

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Wczoraj. Po zajęciach. Wsiadłam w Bawarkę. Maszyna grająca. Na smyki ustawiona. Ruszyłam.

„Coś” uderzyło mnie w krawędź świadomości, gdy jechałam po jednej z niedzielnie wyludnionych ulic. Dotarło do mnie, że ta konkretna Bawarka wypełniona konkretnymi, precyzyjnie odmierzanymi nutami i rytmem mojego bijącego serca… minie. Przyjdzie dzień, że nie będzie ani Bawarki, ani utworu, ani mnie. Może nawet nie będzie ulicy.

Powinnam poczuć smutek z powodu oczywistej nieuchronności?
Poczułam bezcenną wartość fizycznie istniejącej Chwili. Nieoczywistość Jej istnienia…
…wyrażoną tym, że została mi podarowana właśnie wtedy. I teraz.

sobota, października 20, 2012

(576+1). Nowa odsłona kobiecości

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Sadownik:
(z rana uchyla drzwi od łazienki,
wkłada głowę i zagląda do środka
)
Kocham Cię, wiesz?

Jabłoń:
No ba! W końcu nie jestem byle kim,
jestem dziewczyną motocyklisty!
Motocykliści mają zawsze wypasione dziewczyny, no nie?

Sadownik:
No ba!

*

Z rana traktowałam to jako żart. W ciągu dnia miałam okazję zaobserwować, że inaczej chodzę, inaczej się czuję. Moje ciało melduje światu: Dziewczyna Motocyklisty idzie! No ba! „Sie" wie!

piątek, października 19, 2012

576. O seksie przy Rosynancie

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Znacie to poruszenie, gdy pojawia się nowy członek rodziny? Pokaż zdjęcie! A ile waży? Ile mierzy? 10 punktów dostał! A jak ma na imię? O, jaki śliczny! Ochy, achy! Zachwyt uszami się wszystkim wydostaje. Przychodzą ciotki, babcie, drzwi się nie zamykają. Masz jeszcze jakieś inne zdjęcia? I telefony, i esemesy, i gratulacje, i esemesy, i telefony...

*

Przeżyliśmy coś podobnego dzisiaj rano. O 10.30 po zrobieniu zakupów, po wcześniejszym zaanonsowaniu się, że będę, wpadłam do pracy Sadownika, by ujrzeć nowego członka naszego Stada, którego już cała Sadownicza męska część Pracy zdążyła poznać. Wstępnie mówię na Niego Rosynant, choć o 8.00 rano, gdy jeszcze nie był stadny nazywany był Ślicznotką. Jest bardzo przystojnym nastolatkiem. Waży ponad dwieście kilo. Noooo! — powiedział z dumą Sadownik, gdy oglądałam zwierzę. Nie wiedzieć czemu, poczułam, że Bawarka jest teraz trochę bardziej moja i Heni — co tu gadać, dziewczyńska po prostu jest zbyt. Noooo! — mówię teraz ja, też z dumą, bo wyjątkowo seksowny Motocyklista mi się w życiu trafił.

*

Motor sobie dzisiaj Sadownik kupił i niby nie wiedzieć czemu natychmiast jest pięć centymetrów wyższy. Gdy patrzę na to, jak się cieszy, jakie ma plany, żartuję sobie, że o seksie mogę zapomnieć. Nadzieja szturcha mnie w bok i podpowiada: Noooo, chyba że... no już, zaproponuj mu seks na motorze...

575. Kronikarsko

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Wróciłam do przerwanego eksperymentu. Dziś 8/12. Wybrałam. Bestie z południowych krain. Pierwszy raz przed pójściem do kina poszukałam zwiastuna. Obejrzałam go. Przeczytałam mini-opisy. I?

I byłam na innym filmie niż wszystkie przeczytane opisy sugerowały, na głębszym, szerszym, innym niż zwiastun. Ten film jest przestrzenną opowieścią o życiu, śmierci, sensie, racji, definiowaniu świata, etycznych aspektach definiowania życia innym, naturze życia, wierze, oddechu... I?

I równie dobrze ktoś po obejrzeniu tego filmu może powiedzieć, że ten film jest jeszcze o czymś innym. Jednego jestem pewna, że jest to film usiany drobiazgami, za którymi ukryte są wielkie sprawy... Niech Was nie zmyli ta śliczna dziewczynka! To historia naszpikowana dylematami... przed którymi nie chcemy stawać.

...powiedzieli, że przyszli tutaj dla naszego dobra.
Mocna kwestia. Dzięki temu po raz pierwszy usłyszałam to zdanie tak dobitnie, że zobaczyłam jak wiele było w mym życiu sytuacji, gdy moje dobro często lądowało jako argument, ostatni, bo więcej już nie było. Z perspektywy czasu, w większości przypadków nie o moje rzeczywiste dobro chodziło...

...Wszyscy tracą to, z czego powstali.
Mocna kwestia w kontekście rodziców. Mocne w kontekście dojrzewania jako istota ludzka, która ku jakiejś pełni zmierza.

...I'm a little piece in the
big, big Universe
...

...You're a little piece in the
big, big Universe
...

czwartek, października 18, 2012

574. ♪♫♪, czyli o moim szczęściu do Ludzi

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Miesiąc temu
krzesełko w
krzesełko z
Gepardzicą siedziałyśmy.

Smocenty wtedy
krzesełko w
krzesełko z
nami nie siedział — latał.

Nie przeczuwałam
nawet, że później w
samochodzie z
Nimi złapię cug na gitary.

Od miesiąca piłowałam jeden z utworów zespołu Acoustic Travel Band jako namiastkę usłyszanych melodii podczas wracania do stolicy z Nimi. Dziś, Smocenty podarował mi kopię płyty, którą w ramach lajka mam zamiar jakoś zdobyć. Znów łomolę!

Travel Band, Acoustic.

*

Zawieszki zawodowo ścigam, niszczę, marudzę studentom... a tu? proszę... jak pięknie wyglądają... samotne jednoliterowce na końcach wierszy.

573. Symbole sensu

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Miotam się od wczoraj niczym dziecko z ADHD, ciesząc się na warsztat Dawn Menken, który już za miesiąc bez dwóch dni. Miotam się, bo myślę o paru Rodzicach, których chciałabym na ten warsztat zaprosić. Miotam się, bo myślę o paru Ludziach, których Wewnętrzne Dziecko i Wewnętrznego Rodzica też chciałabym na tym warsztacie zobaczyć. Miotam się, bo myślę o wielu Ludziach, z którymi chciałabym świętować poprzez wspólne uczestniczenie w tym warsztacie.

Dziś, niejako dla równowagi, pojawiła się na chwilę w mojej sali Ona — cudownej delikatności, filigranowa Nauczycielka języka japońskiego, by spytać mnie o jakiś detal techniczny w edytorze. Napisała dwa znaki... rozpoznałam pierwszy (nauka), więc zapytałam o poniższy... otrzymałam zachwycającą mnie odpowiedź i...

Życie

...i spłynął na mnie spokój,
i mądrość ról (nauczyciela i studenta) ukryta w tych symbolach,
i pewność, że Ci, którzy mają być na warsztacie, na pewno się na nim pojawią.

Student
(nauka + życie)

Ten, kto żyje, by się uczyć.

Nauczyciel
(wcześniej + życie)

Ten, kto urodził się wcześniej.

*
Jestem Tą, która żyje, by się uczyć.
Jestem Tą*, która urodziła się wcześniej.

________________
* dla niektórych.

poniedziałek, października 15, 2012

572. Szlachetna Melina

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

(po wieczornym spacerze przekraczają próg Przytuliska
Bliźniacza Liczba, Sadownik, Jabłoń i przeszczęśliwa Heniutka
)

Sadownik:
Dziewczyny, może odrobinkę czegoś mocniejszego?

Bliźniacza Liczba:
(z radością w głosie)
Pojutrze będzie drugi dzień jak nie piję...

niedziela, października 14, 2012

571. Ambre Ware

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Z Bulwaru mych blogowych nałogów przytargałam to jakieś dwa tygodnie temu, bo... kolor mnie urzekł, bo... zdjęcia, ujęcia, kadrowanie, bo... zachwyt kobiecością mnie porwał... Ambre, dziękuję!

Jessie Ware, Running.

Po tygodniu, gdy zniżkę przy zakupie książek dostałam, dorzuciłam dyszkę i płytę całą przytargałam do Przytuliska. Od tej pory raz dziennie łamię prawo, gałkę głośności niepokojąco mocno w prawo przekręcam i jadę... pozwalam głośnikom rytmicznie pulsować, głośno ryczeć, wzdychać dwusylabem: Ambre, Ambre, Ambre. A gdy finalnie wracam do rzeczywistości grzecznej i odpowiedzialnej obywatelki, gdy cisza zapada, przepowiadam sobie w myślach: Ambre, dziękuję!

570. stat4me

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Lubię oglądać listę fraz, po których ludzie trafiają na mojego bloga. Jest to dla mnie równie fascynujące jak powód, dla którego tu zostają czy wracają od czasu do czasu. Kilka dni temu zaciekawiła mnie fraza „uwolnić motyla reportaż”. Wbiłam literkę po literce w gugla i odkryłam, że ludzie ci trafiają do mnie przez przypadek szukając informacji o Autorce książki pt. Ołówek. Przeczytałam podczytnik, nie wahałam się ani chwili i… odebrałam ją w piątek z księgarni.

*

     — Co ona powiedziała? — zapytała [kandydatka na opiekunkę] Janka [syn p. Katarzyny].
     Nie zwróciła się do mnie, nie powiedziała, żebym powtórzyła, że mnie nie zrozumiała, że może z czasem uda się nam porozumieć. Dla niej nie istniałam jako osoba myśląca i czująca. Nie wiem, jak myśleli o mnie ludzie, którzy w mojej obecności zachowywali się, jakby mnie wśród nich nie było. Mówili o mnie w trzeciej osobie i patrzyli jak na przedmiot. Najgorzej, kiedy tak zachowywali się lekarze, świadomi, że SLA pożera ciało, umysł pozostawiając w pełni sprawnym. Zdarzało się, że przy mnie, ale nie do mnie, mówili:
     — Niestety nic nie możemy zrobić, nie ma nadziei, dla medycyny akademickiej jest to choroba nieuleczalna, możemy jedynie chorej przedłużać trochę życie — szeptali tak na sali szpitalnej obok mojego łóżka, a mój tata ze zrozumieniem kiwał głową.

Katarzyna Rosicka-Jaczyńska, Ołówek,
Wydawnictwo Poligraf, Łódź 2011.

*

Ten fragment uruchomił skojarzenia, które doprowadziły mnie do wspomnień dotyczących chwil, które dziś wydają mi się absurdalne, świadczące nie o mnie, a już z pewnością nie definiujące mnie jako problemu. Uśmiecham się, gdy patrzę jak długą drogę przeszłam. Nie spotykam już takich ludzi, może wiedzą, że znam lekarstwo...

Bezdzietność była dla mnie w początkowej swej fazie realnym, namacalnym przykładem „choroby psychicznej”, choć w ICD-10 brak na nią numerka. Miałam poważny problem, by jednoznacznie stwierdzić, kto na tę chorobę zapadł.

Ja?
Nie miałam pewności, czy wciąż jestem podmiotem, czy już tylko przedmiotem problematycznych dyskusji.

Weselny gość?
W dniu naszego z Sadownikiem ślubu dawał mi dobre rady dotyczące tego, jak się robi chłopców. Nie oburzył mnie brak delikatności czy taktu. Oburzyło mnie to, że nie jest łaskaw przyjąć do wiadomości, że z dwojga złego wolałabym dziewczynkę…

Dobrze życzący ludzie?
Żałośni. Niezdecydowani w swoim życiu. Bez pardonu z butami do naszego życia się ładujący i informujący, że wiedzą lepiej, a w zasadzie najlepiej, co Sadownikowi i mi najbardziej potrzebne jest do szczęścia — powtarzali swoje z biblijnym namaszczeniem aż do śmiertelnego urzygu…

Nie ma numerka na tę przypadłość w ICD-10?
Oczywiście, że jest!
Odkryłam to dziś. Jak każde zaburzenie psychiczne czy zaburzenie zachowania rozpoczyna się od literki F, i brzmi: F.1.11.10.21. Po rozszyfrowaniu numerek ten staje się uwalniającym lekarstwem… i na weselnego gościa, i na dobrze życzących ludzi.

______________________
‡ 1: pierwsza litera alfabetu: a,
11: jedenasta litera alfabetu: k,
10: dziesiąta litera alfabetu: j,
21: dwudziesta pierwsza litera alfabetu: u,
czyli F.akju buraku! [warzywo dorzucił Sadownik, gdy opowiadałam Mu jak ten numerek powstał].

*

     — Nie wiem, jak można jeść niedoprawione jedzenie. Mogę w ogóle nie doprawiać, jeżeli sobie nie życzysz… — dodała z przekąsem.
     Nie chciało mi się odpowiadać, komentować, wyjaśniać. Tak błaha sprawa, a wywołała tyle negatywnych emocji. Czy wobec takich bzdur ma to znaczenie, kto ma rację, czyja prawda jest bardziej prawdziwa, czyje argumenty są bardziej dosadne czy przekonujące? Zaczęła mnie przerażać małostkowość spraw, o jakie ludzie są gotowi walczyć, żeby tylko postawić na swoim.
     Po paru latach choroby patrzyłam na życie z zupełnie innej perspektywy. Chciałam wykrzyczeć wszystkim zdrowym, wiecznie niezadowolonym ludziom: „Spójrzcie na mnie! Możecie chodzić, mówić, jeść, swobodnie oddychać, pić, spać. Jeszcze wam mało? Zamiast narzekać, podziękujcie Bogu za te dary, bo nie macie wyobrażenia o tym, jak się żyje bez nich.
(…)”

(tamże)

piątek, października 12, 2012

(568+1). Wracając do równowagi

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Czytałam ją na urlopie we wrześniu. Wstrząsająca. Ludzie dotknięci nieludzką, piszącą się za ich życia, historią narodów. Zastanawiałam się, skąd w człowieku ta niszczycielska moc? Na dnie serca złożyłam jeden, kudłaty fragment. Dziś zdjęłam tę książkę z półki i wróciłam na stronę założoną skrawkiem papieru, by dotknąć w sobie wiary w człowieka.

W kwietniu 1992 w Bośni zaczęła się wojna.
     Razem z Mubiną wyjechali rodzice i jej mali synowie: czteroletni i czteromiesięczny.
     — Jedź z nami — prosiła męża.
     — Kto będzie tu leczył zwierzęta, kiedy mnie zabraknie? — zapytał. — Zostanę, wszystkiego przypilnuję. Uspokoi się, to wrócicie.
     Akurat dzisiaj mija osiem lat od dnia, kiedy Hasan tak do niej mówił.

Wojciech Tochman, Jakbyś kamień jadła,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008.

568. Światowe, jednodniowe uspokajanie sumień

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Mam złe sny od dwóch dni. Od wieczoru, gdy dowiedziałam się od Mamy Koko, że jakiś mądry inaczej, empatyczny nie bardzo człowiek rozłożył w parku na Cytadeli trutkę na zwierzęta. Odeszły już Cztery Psy. Czterech Właścicieli próbuje swój świat złożyć od nowa. Człowiek... to nie musi brzmieć dumnie.

I pomyśleć, że osiem dni temu był Światowy Dzień Zwierza. Właśnie wtedy odhaczyłam na ryjowniku, że bardzo polubiłam tę ludzko-psią, komunikacyjną historyjkę:

Światowy Dzień Zwierza niczym Dzień Kobiet... i niesmak,
że niektórych stać tylko na jeden dzień w roku... i smutek,
że nie każdy ludź jest człowiekiem. Tak, pamiętam i nie ustaję,
wciąż marzą mi się Obywatele...

Odnajduję w sobie Bestię... i złość,
i ślepą furię — zabiję cytadelowego skurwysyna,
niech no tylko pojawi się w moich snach!

środa, października 10, 2012

567. Drzewko w nowej, uskrzydlonej wersji

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Środy w tym semestrze to moje „niedziele”, które dodatkowo traktuję jako święta narodowe Krainy mego Jestestwa. W te dni zajmuję się rośnięciem i stawaniem się kimś, kogo tylko chwilami lub co najwyżej we śnie wyczuwam jako potencjalną mnie. Wracałam dziś z pierwszej sesyjki z moją Superwizorką — na skrzydłach, gnana niewiedzą, komu mam podziękować za swoje szczęście do Drogi, którą podążam, do Ludzi, których na niej spotykam.

*

Odebrałam jeszcze cieplutkiego Cyrulnika, który już na samym początku stwierdza, że skrzydła rosną tylko w cieniu dobrych relacji:

Ciekawe ograniczenie kondycji ludzkiej: bez obecności drugiego człowieka nie możemy się stać sobą, co ujawniają badania wykazujące atrofie mózgu u dzieci, których nikt nie darzy miłością. By rozwijać nasz biologiczny potencjał, musimy wykraczać poza własną perspektywę i doświadczać przyjemności i lęku odwiedzania cudzego świata psychicznego. Jeśli mamy rozwinąć swoją inteligencję, musimy być kochani. Mózg, który pchał nas ku zewnętrznemu światu, rozwija się w konsekwencji naszych relacji z innymi.

Boris Cyrulnik, O ciele i duszy,
Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2012.

wtorek, października 09, 2012

566. Świeżutką mężatką jestem!

Dziś o godzinie 17.30 nastąpił historyczny moment. Po raz kolejny wyszłam za mąż za nowego Mężczyznę. Tym razem za Motocyklistę. Sadownik zdał jako jedyny z szóstki zdających. Hurra, hurra! Ależ jestem dumna! Jakbym sama zdawała. :)

(560+5). Idealistka

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Piekliłam się. Gotowa byłam bronić idei własnymi zębami. Cichy głosik z wnętrza pnia się wydobył:
     — Jabłonko, przecież zawsze masz wybór... możesz się pieklić, ale naprawdę nie musisz...
     — Ależ muszę — i piekliłam się dalej, mocniej, bardziej i jeszcze bardziej aż w końcu zauważyłam pytanie:
     — Czego bronisz, gdy się tak pieklisz?
Odpowiedź na nie pojawiła się błyskawicznie. Bronię marzenia, które dopiero teraz umiem zwerbalizować, które samą mnie zaskoczyło:

Marzę o życiu wśród Obywateli a nie podatników i świadczeniobiorców.

A gdy to odkryłam, Idealistka ukryta w Drzewku mogła już odpuścić i przestać się pieklić. Przestała, a to oznacza koniec tematu Wózkowych.

Amen i enter, jak mawia Mama Pietruszki i Zosi.

poniedziałek, października 08, 2012

564. Wyczekana

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Czekałam na tę książkę kilka miesięcy. Było warto. Wrażliwością pisany reportaż... Nieoczywistość oczywistości zachodniego świata białego człowieka odkrywana do bólu, do odrobiny wstydu za zjawiska białej ślepoty i białej, chorej pewności, która nigdy się nie waha.

Warto przeczytać, by podjąć wyzwanie — zawahać się w chwili, gdy oczywistość rzuci nam się do gardła.

Wszystko, co chce się powiedzieć o tych ludziach, zamyka się w ich kroku. Ani to spacer, ani włóczęgostwo. Oni po prostu nie znają pośpiechu. Gdziekolwiek by ich spotkać, zawsze poruszają się wolniej aniżeli otaczający ich świat. Mają w ruchu namysł, który można wziąć za beztroskę. Jeden krok wcale nie implikuje następnego. Po kroku może nastąpić kolejny. Ale nie musi. Patrzą przed siebie i milczą. Takich scen zaobserwować można setki, takich powolnych ruchów z czasem się nie dostrzega, bo stają się tak oczywistym elementem ich istnienia, jak brudne ciuchy, smród, twarze opuchnięte od alkoholu.

*

(…)w ich kręgu kulturowym milczenie jest elementem rozmowy. To, że milczy, nie znaczy, że nie wie. On po prostu milczy, bo zbiera się w sobie do odpowiedzi. A my parosekundową ciszę uznajemy za objaw niewiedzy. I wiesz, co jeszcze? Przyciśnięci zawsze odpowiadają »tak«. Bo zwykle nie rozumieją, co się do nich mówi, znają słabo angielski. Boją się do tego przyznać. Dlatego mówienie »tak« uważają za bezpieczniejsze. A poza tym, istnieje wykształcone przez lata przekonanie, że białemu nie mówi się »nie«.

*

Dla Aborygenów Nicość była jedynym światem. Kiedyś wyglądała ona zresztą inaczej, kontynent zmieniał się, wnętrze coraz bardziej pustynniało. Zasiedlili tę ziemię i objęli w posiadanie pięćdziesiąt, a może i sześćdziesiąt tysięcy lat temu. Kruche istoty przytłoczone potęgą natury wydeptały w jej trawach ścieżki, którymi mogły się poruszać bez uszczerbku na zdrowiu. Bezbrzeżne obszary suchego buszu i rozpalone słońce nie były zjawiskami, którymi można zawładnąć, dlatego w ich znaczeniu słowa „posiadać” nie mieścił się atrybut władzy. Posiadać znaczyło dla nich rozumieć, rozumieć znaczyło przeżyć. Jeśli pozna się sposób na przetrwanie, oznacza to, że żywioł został oswojony. Jak pies.

Mateusz Marczewski, Niewidzialni
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.
(wyróżnienie własne)

(560+3). Komentarz do komentarza

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Kto przestaje rosnąćumiera.

Jak wiele znaczeń miał na myśli Antoine de Saint-Exupéry, gdy notował te słowa? Czy chciał tylko powiedzieć, że w dniu, w którym nasz fizyczny rozwój dobiega końca, rozpoczynamy smutny pochód ku śmierci? A może miał również na myśli, że gdy odpuścimy, przestaniemy się rozwijać, osiądziemy na laurach, zapoczątkujemy cichą i niewidoczną śmierć naszego najgłębszego Jestestwa, zanim wydamy ostatnie tchnienie — w efekcie czego, nie staniemy się ludźmi, którymi mogliśmy być? A może chciał dotknąć cienkiej granicy pomiędzy byciem dzieckiem, którego niezbywalnym prawem jest brać, a byciem dorosłym, który odpowiedzialnie daje i rozdaje siebie?

Kłopot polega jednak na tym, że granica między byciem dzieckiem a byciem dorosłym w zachodnim świecie już dawno przestała być cienka. W wielu wypadkach może być wyrażona dziesiątkami lat lub trwać całe życie.

Jak myślicie kim się staję, gdy rozżalona stwierdzam co następuje. Skoro jestem w 5% najlepiej wykształconych ludzi w tym kraju, to należy mi się taka pensja, bym mogła kupować co miesiąc minimum dwadzieścia książek! Należy mi się! Wy jako społeczeństwo wspierajcie mnie, bo mam Dar w postaci dobrze pofałdowanego mózgu. Kim jestem, gdy to mówię, gdy to piszę? Pomimo wieku, pomimo społecznej pozycji, pomimo składanych rokrocznie PIT-ów, gdy wyrażam powyższą kwestię jestem tylko i wyłącznie... dzieckiem!

Dar czy Przywilej to z jednej strony fajna rzecz, którą cudnie jest „mieć”, ale — o czym często zapominają obdarowani — łączy się nierozerwalnie z zobowiązaniem, że wykorzystywać go będziemy nie tylko dla własnych korzyści, ale dla dobra ludzi, którzy są wokół nas. Dopiero wtedy stajemy się Dorośli.

Jeśli ktoś w swych dziecięcych groźbach straszyć chce swoim wyjazdem za granicę, bo mu w tym kraju zbyt biednie, mówię: jedź! Mam świadomość, że za granicą mogłabym co miesiąc kupować i po sto książek, ale zostaję. Bo na pewno jest jakiś powód, dla którego urodziłam się w Polsce. Chcę być Dorosła. Chcę być odpowiedzialna. Jestem już w wieku, gdy daję, a nie żądam. Daję i sprawia mi to nieopisaną przyjemność. Pozostaje prawdą, że nie mogę sobie pozwolić na dwadzieścia książek miesięcznie, ale nie czyni mnie to osobą nieszczęśliwą. Każdego dnia dokonuję wyboru... już jako dorosły człowiek i ... rosnę!

niedziela, października 07, 2012

562. Masełkowy Potwór

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Intensywny był wczoraj dzień. Sadownik pobiegł studiować. Ja galopikiem do nowiusieńkich, świeżutkich studentów. W przerwie zajęć odczytałam esemesika:

Pies wyprowadzony i nakarmiony... śladów zbrodni nie sprzątałem, zobaczysz sama :) :*

Jaka zbrodnia? — zaniepokoiła się Kudłata Mama we mnie — przecież nigdy strat nie było. Uspokoiłam ją odrobiną wnioskowania: skoro ślady zostały i czekają na moją osobę, to nie było to przestępstwo zagrażające życiu czy zdrowiu psa — nie może to być historia z tragiczną puentą u weterynarza. Gdy wróciłam do domu zanosiłam się od śmiechu jednocześnie próbując nieudolnie ukryć dumę z faktu, że Piesa twórczo wykorzystała „naumianą” komendę.

Otóż, Heniutka ma w repertuarze hospicyjną komendę „powiedz dzień dobry”, po której przednie łapy stawia na brzegu łóżka. Pod naszą nieobecność Kudłata Dziewczyneczka sama sobie wydała komendę i... zdjęła z blatu kuchennego... ¾ kostki masła. Dowody przestępstwa nie pozwalały udawać, że masło skończyło się w tradycyjny sposób. Pomaślane pazłotko, metodycznie zamienione w strzępy, leżało w saloonie wskazując na świetnie spędzony kudłaty czas. ¾, zapytałam? Sadownik nie tylko był pewien, On wiedział, że ¾, bo rano świeżutką kostkę z lodówki wyjmował.

sobota, października 06, 2012

561. Różniczka znaczeń

Porównując się
z innymi

najłatwiej
przegrać.

Wyróżniając się
za wszelką cenę

najłatwiej
zbłądzić.

Zamiast
porównywać czy
wyróżniać

rozróżniać
chcę

już zawsze!

*

Gra słów... Mała różnica, która robi wielką różnicę...

czwartek, października 04, 2012

(547+13). Wózkowe echa

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Kilka lat temu. Kampania policzenia wartości pracy kobiety domowej. Prasuje, gotuje, gile spod nosa wyciera. Wyliczono. Tyle się należy. Oburzałam się, bo ludzie chodzący do pracy też prasują, gotują a niektórzy nawet gile wycierają. Pytałam, dlaczego im się nie należy?

Rok temu. Dyskusja wróciła. Uciekałam się do analogii. No wiesz, to jest tak: przyjemność posiadania psa biorę na siebie, a za karmę niech płaci państwo.

Wczoraj. Używana przez Wózkowe siła wróciła na tapetę. Z Akuszerem wyssaliśmy świadomość ze szpiku składowych tego zjawiska a zwłaszcza waszych komentarzy do niego. Wieczorem, po Jungowsku, czyli synchronicznie, o Wózkowe zapytał mnie Brr przy kawie, bo czasem dyskutujemy o niektórych wpisach z pewnym opóźnieniem.

Dziś. Tak pięknie świeciło słońce, gdy wracałam do domu. Myśl do głowy mi wpadła. Nie oburzam się już. Nie dziwuję się brakiem logiki i argumentami, których rolą jest straszenie, grożenie lub poniewieranie interlokutora, co „Matek Polek” na swym garbie nieść nie chce. Wychodzę z tego błędnego koła dokonując następującej definicji:

Życie nie jest prawem.
Życie jest przywilejem!

Nie ma więc sensu krzyczeć, że mi się należy, że mam prawo, że powinno być tak czy siak, że inni powinni to cenić... Życie jest przywilejem... gdy wypowiadam te słowa zmieniam perspektywę. Staję się jeszcze bardziej obdarowana bogactwem. Nic nie jest już oczywiste. Odzyskuję dziecięce zadziwienie światem. Człowieczeństwo we mnie pulsuje. Bezkresnymi możliwościami poruszone zostają pytania: co jest dla mnie istotne? czym chcę się zająć? co ja chcę cenić? co jest dla mnie w moim życiu najważniejsze? co chcę dać światu, zamiast mu mówić, jaki ma być?

______________________
Uśmiechnęłam się na samą myśl, jak wyglądałby efekt eksperymentu myślowego: gdyby ludzie nie traktowali swojego macierzyństwa czy ojcostwa jako prawa, które należy im się jak psu micha, ale potraktowali je jako przywilej? Świat byłby z pewnością inny. Dlaczego myślę, że lepszy dla każdego, i małego, i dużego człowieka?

wtorek, października 02, 2012

559. Nowy Początek

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Nowy rok zaczęłam wczoraj. Nowe twarze młodych ludzi. Na nich świeże, nieśmiało kiełkujące marzenia. Cudownie będzie patrzeć jak Ci ludzie i ich marzenia będą rosnąć i stawać się. Zalążki tego, kim mogą się stać. Napawałam się nimi, gdy myśleli, że na nich nie patrzę. Jestem w fantastycznym momencie swego życia. Tak jak Oni. Mam ogromny przywilej towarzyszenia ludziom, gdy rosną wewnętrznie.

*

Prywatna inauguracja roku akademickiego była nietypowa. Poszliśmy z Sadownikiem na warsztat Festiwal POP-Kreacji, który prowadziła Gepardzica. Było cudnie. Gepardzica jest Mistrzynią robienia nastroju do pracy. Praca była zaskakująca, a sam warsztat dla nas trwał długo po tym, gdy formalnie się skończył. Zamiast zapakować się w autobus i być szybciutko w Przytulisku, wbić się w stare tory, kupiliśmy kawę na wynos, przeszliśmy cały Nowy Świat, Przedmieścia Krakowskie, Plac Zamkowy, Rynek Starego Miasta ciesząc się jak dzieci. Postanowiliśmy robić tak częściej. A gdy tylko wróciliśmy zapragnęłam jeszcze raz złapać nastrój początku, poczuć go w sobie. Odpaliłam kompa i poleciałam:

Lionel Hun, Hope.

Dziś oglądałam to już kilkanaście razy. Do listy ratunkowej zaraz dodam, by było zawsze pod ręką. Mam szczęście, że wokół mnie cudowni, inspirujący Ludzie. Wdzięczność i zachwyt wypełnia mnie dziś całą. Padam z nadmiaru wrażeń.

niedziela, września 30, 2012

558. Płacz i kochaj!

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Ostatni wolny weekend do lutego 2013 prawie już za nami. Jest film (Dwoje do poprawki), na który nie chciałam iść w ramach mojej samotni kinowej. Chciałam iść z Sadownikiem. Udało się. Upłakaliśmy się jak norki. Przy czym, należy podkreślić, że były również sceny, na których płakałam nie tylko ze śmiechu. Oswajanie tematów tabu poprzez śmiech... jakość seksu po trzydziestu latach małżeństwa, realne pragnienia dwojga ludzi, których dzieci dawno już odeszły na swoje, „szczęście” spokojem rutyny karmione, odwaga zrezygnowania z utartych ścieżek między zlewem a stołem w jadalni, rozmowa na niewygodne tematy, terapia małżeńska.

Na ten film warto tylko dwójkami, w dowolnej, relacyjnej konfiguracji — by z kimś, z kim można, wymienić później wrażenia, myśli, odczucia. A jeśli w tej jednej, szczególnej konfiguracji, by przyrzec sobie, że my nigdy do takiego stanu rzeczy nie doprowadzimy. Przenigdy! Za piętnaście lat powiem: sprawdzam!

środa, września 26, 2012

(549+7). Powakacyjne reminiscencje

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Trzeci dzień tylko i wyłącznie zajmuję się chorowaniem. Jest jednak dziś pierwszy dzień, gdy spadła mi gorączka na tyle, że zaczynam wychodzić z łóżka choć na chwilę, by pokręcić się po domu. Zaraz potem padam wykończona. Zanim jednak zacznie się „Nowe” związane z kalendarzem, postanowiłam zarchwizować wszystkie perełki ostatnich dwóch tygodni, których zgubić tak bardzo bym nie chciała.

***

Jesteśmy Parą już piętnasty rok, ale niezmiennie i wciąż odkrywamy się na nowo. Dziś, gdy zamówione zdjęcia Sadownik mi odcedził, miałam jak na dłoni przepiękną różnicę, która jednoznacznie dookreśla moment, w którym każde z nas zwalnia migawkę. I pomyśleć, że robimy zdjęcia temu samemu psu...

*

Przy sierści Sadownika zatrzymuje światło, refleksy, odbicia, cienie...


*

Mnie niezmiennie zatrzymuje Cud, jakim Heniuta w całości swej natury jest — Jaźń sierścią obleczona. Jako Kudłata Mama jestem od portretów i zachwytu:

wtorek, września 25, 2012

(553+2). O tęsknocie

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

W sobotę na warsztacie już wielu rozmawiało o tęsknocie.
Tęsknotą się wręcz oddychało...

Jabłoń:
(dzwoni do Sadownika, melduje o tęsknocie)
Wiesz, już jutro będę z Wami... I z Tobą, i z Heniutką...

Sadownik:
Ale ty nie masz już psa.

Jabłoń:
A co się stało?

Sadownik:
Nic. Przekonała się i woli mnie.
Daję więcej jeść. Nie ma ćwiczeń.
Kocha mnie, po prostu.

(553+1). O miłości

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Wtedy. Zamknęłam kompa. Sadownik wrzucił mi torbę do bagażnika. Pocałował. Kazał jechać ostrożnie. Pojechałam. Nie spotkałam swojego węża. Za to ten warsztat wylinkę mi podarował.

*

Wracałam. Kaszląc. Smarcząc. Bez swojego głosu. Pokonując ostatnie dziesiątki kilometrów, włączyłam radio. Grano starą piosenkę Time after Time. Usłyszałam ją na nowo i dotarło do mnie, że warsztat przemienił mnie w osobę gotową brać odpowiedzialność za więcej niż dotąd. Refren tak dobrze znany przemienił się. Odkryłam, że na nowo zakochałam się w Sadowniku jeszcze bardziej niż ostatnim razem. Dotąd zwykle to On wyciągał mnie z mrocznych otchłani czarnej dupy nieszczęść. Poczułam w sobie gotowość i siłę, by w razie potrzeby już zawsze łapać Go, gdy upadnie, o każdej porze, tak jak On przez lata łapał mnie...

Ze sztandarowej wersji Milesa Davisa...

Miles Davis, Time after Time.

...przerzucam się na damski głos:

Tuck & Patti, Time after Time.

If you're lost you can look and
you’ll really, really, really, really, really really find me
Time after time...
(2:40)

środa, września 19, 2012

(549+4). Na styku przeszłości i przyszłości

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Teraz. Zamknę kompa. Wezmę torbę. Pojadę. Spotkać swojego węża. Pokłonić mu się. Jadę, by krętymi drogami chodzić. To nie przypadek, że wzięłam tę książkę na urlop. To nie przypadek, że wyruszam dziś w Drogę.

Żadne dziecko nie rodzi się samotnie. Nim po raz pierwszy zapłacze, gdzieś daleko — w lesie albo na polanie — pęka skorupka, z jaja wykluwa się wąż. Wąż nie umiera w samotności. Odchodzi on i jego człowiek.

*

Dorośli umęczeni, z tobołkami. A dzieciaki wesołe. Włosy jak czarna kawa, oczy też. Patrzą bez nieśmiałości, z zainteresowaniem. I hałasu jest dużo. I zabawa. I ruch jest. Podskakiwanie nóg w za krótkich niebieskich spodenkach: w przód, w tył, w prawo, i w lewo. To sprawia, że droga do drzwi staje się ciekawa, kręta.

Lidia Ostałowska, Cygan to Cygan
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.

wtorek, września 18, 2012

552. Siódemka

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Wczoraj Brr kończył 27 lat. Zaczęłam pisać do niego tymi słowami: Gdy byłam w Twoim wieku, ważne rzeczy miałam już za sobą. Gdy byłam w Twoim wieku, wszystko co najważniejsze było przede mną. A gdy skończyłam pisać — z przekonaniem, że wszystko co najważniejsze, wciąż przede mną — poszłam do kina na film, który pyta, nie udziela odpowiedzi, za to żąda, by znaleźć w sobie ruch, uczucie zapomniane, głęboko ukryte.

*

Jutro na warsztat, do niedzieli. Samotnię mogłam więc uruchomić tylko wczoraj. Część 7/12. Początek drugiej połowy. Przestaje to być eksperyment. To raczej rytuał niezbędny do życia. Okno na świat. Przestrzeń do spotkania siebie. Czas, gdy pozwalam wrażeniu wsiąkać we mnie. Luksus prawdziwy. Zagubione w poszukiwaniu sensu piętnaście złotych polskich. Jak ja mogłam żyć bez kina?

Wczoraj. Mała studyjna salka i... Czas, który pozostał. Samotność człowieka w tłumie. Trudna miłość do znaczących ludzi z dzieciństwa. Wewnętrzne dziecko. Ważne wspomnienia. Dylemat w centralnej części ekranu, gdy widz do fotela przykuty na dobre. Jedno z rozwiązań pokazane, by sprawdzić się istot ludzki w nas mógł, czy w swojej racji i słuszności zabetonowany, a może otwarty na spotkanie drugiego człowieka... w sobie, na tę oczywistą nieoczywistość. To nie dramat, to konfrontacja.

*

Scena z niebieską piłką... Najważniejsze w tym filmie jest pomiędzy klatkami... Zatęskniłam za Babcią, jakiej nigdy nie miałam, choć głęboko wierzę, że właśnie dziś taka mogłaby być.

poniedziałek, września 17, 2012

(549+2). Nie ignoruj siły przyimków!

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Ten sam miesiąc. To samo miejsce. Ta sama posesja. Ci sami Gospodarze. Ten sam domek. To samo morze. Ta sama miejscowość. To samo Stado. Kolejny raz.

Wśród tylu niezmienników mieliśmy okazję przyglądać się zmianom, które niepostrzeżenie, w ciągu ostatnich 360 dni stały się faktem, wręcz dobrodziejstwem w naszym stadnym życiu. Kudłata wydoroślała troszkę. Nie leci już do każdego człowieka, by powiedzieć mu labradorskie dzień dobry. Uwzględnia trajektorie ruchu ludzkich istot i unika kolizji. Wszystko to już mamy. Uzyskane nie tylko poprzez naukę, ale również w procesie psiego dojrzewania. Wypoczęliśmy ciesząc się tym stanem psiego umysłu.

Ja też niby ta sama, ale zupełnie inna. Przez te dwa lata zmieniłam się. Nasiąkłam labradorską pogodą ducha i optymizmem. Uświadomiłam to sobie, gdy któregoś ranka przy kawie na urlopowym tarasie wymieniliśmy myśli z Sadownikiem.

Jabłoń:
Tak sobie myślę, że pomimo wszystkich błędów wychowawczych,
które popełniliśmy, to jednak z Henią nam się udało...

Sadownik:
(z optymizmem w głosie)
Z drugim psem pójdzie nam dużo, dużo lepiej.

Jabłoń:
Dżoana powiedziała, że tak naprawdę udaje się dopiero z czwartym psem.

Sadownik:
(zamyślił się, sposępniał, gdy do naszego wieku dodał
po dziesięć lat na każdego psa
)
Nie zdążymy mieć czwartego psa.

Jabłoń:
(z labradorskim gorącym optymizmem, z głębi brzucha)
Bo Ty liczysz pesymistycznie „PO”, czyli pies po psie,
podejdź do tego optymistycznie „PRZY”, czyli pies przy psie.

Druga Kudłata Dziewczynka:
(zaczyna Duchem już w Stadzie bywać)

niedziela, września 16, 2012

(549+1). Ona umie i już!

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Wróciłam do domu. Ostatnie trzy dni Sadownik z Heniutką bywali u Sadowniczych Rodzicieli a ja pognałam na coroczne POP-owskie święto, jakim jest Zjazd Naukowy IPP-work. Ludzie, za którymi już tęskniłam. Fantastyczne prezentacje. Obłędnie cudna atmosfera, ale wróciłam.

Wróciłam i na dobry wieczór została mi opowiedziana historia, która miała miejsce dziś u Rodziców Sadownika, gdzie reszta Stada spędziła weekend.

Był sobie pies. Był sobie dom. I były sobie jajka. Na balkonie co otwarty był. Tata Sadownika w kuchni słyszał dziwne dźwięki, ale na to co miało miejsce, by nie wpadł. Okazało się, że korzystając z kudłatego doświadczenia życiowego (jajko w skorupce), Heniutka znalazłszy się na balkonie, odkrywszy wspomniany pojemnik, wzięła sobie jedno. Z jajkiem w pysku, spokojnie wróciła do pokoju, pod ławą zaległa, skonsumowała, dywan wylizała i bardzo była ze swej przedsiębiorczości zadowolona.

Uśmiałam się jak norka widząc to oczami wyobraźni. Czyż nauka nie polega również na umiejętności generalizowania? Mądra Dziewczynka!

549. Foto-powakacyjnik

Gdy Sadownik kąpał się w Bałtyku, zrobiłam zdjęcie, którego kudłaty fragment wciąż mnie rozczula. Wracając dziś do domu coś przeskoczyło mi w głowie i już wiedziałam, dlaczego... Pańciu, Goya! Pamiętasz ten obraz, co wzrusza Cię do łez?

*


Francisco Goya, Perro semihundido

środa, września 05, 2012

548. Wigilia Wakacji

Paku, paku, jęku, jęku... nienawidzę się pakować, ale kocham wakacje!
Trzecie... wrześniowe... kudłate wakacje od jutra przed nami!

wtorek, września 04, 2012

547. Chapeau bas, Profesorze Mikołejko!

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Gotowałam.
Włączone radio miałam.
Nie było wyjścia, poszłam
kupić, by przeczytać w całości.

*

Napisał, bo mógł.
Bo Profesor. Bo Mężczyzna.
Podepczą Go troszkę, ale nie zadepczą.

A ja?
Zgadzam się z każdym Jego zdaniem.

Nie napiszę.
Bo nie Profesorka. Bo Kobieta.
Bo, co gorsza, Bezdzietna.

*

(...) Dzieci najwyraźniej potrzebnych im do tego, aby coś znaczyć. Być Kimś. Domagać się urojonych praw i zawieszenia społecznych reguł.
Nie chodzi o młode matki. Te są najzupełniej w porządku. Chodzi o wózkowe — wojowniczy, dziki i ekspansywny segment polskiego macierzyństwa. Macierzyństwa w natarciu, zawsze stadnego i rozwielmożnionego nad miarę. Pieszczącego w sobie poczucie wybraństwa i bezczelnie niegodzącego się na żadne ograniczenia. Gdy domagają się dla siebie szczególnej tolerancji — a domagają się zawsze! — to wypychają na pierwszy plan dzieci. Że to dla tych bachorków. A któż odmówi dziecku? Okaże się tak nieczuły i paskudny?
Ale dzieci to zwykle alibi. Pretekst, by nic nie robić. Aby nie pracować i nie rozwijać się
(...).

Zb. Mikołejko, Wojna z wózkowymi,
Wysokie Obcasy Extra, 4/2012
(wyróżnienie własne)

546. Witaj wśród Nosicieli!

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Eksperyment. Część 6/12. W moim przypadku nie jest sztuką iść na dramat. Sztuką jest iść samemu na thriller. Poszłam. To był thriller tylko formalnie, choć gotowa byłam się bać pełnometrażowo. Na moje szczęście to był thriller... — Najsamotniejsza z planet — thriller psychologiczny, jeśli w ogóle taka kategoria istnieje.

*

Czy można sfilmować milczenie, co między kobietą a mężczyzną zrodzić się potrafi? Można.

*

Doszłam do jednego wniosku po tym filmie.

Jesteśmy nosicielami historii. One nas
kształtują, rzeźbią, odciskają na nas swoje piętno.

Szczęśliwi ci, którzy mogą je opowiedzieć.
Szczęśliwi ci, co usłyszeć je potrafią.

*

Kwestie podejrzanie cudnie tłumaczone. Zgodnie z regułami gry, np.: „I take my bitch to the beach” przetłumaczono na „mój mocz ma moc”. Wydało się na koniec filmu... Stanisław Barańczak. Można było zgadnąć.

*

Ognisko. Ona uczy Gruzina piosenki po angielsku. Ona śpiewa, pozostawiając mu do wykonania refren: miau, miau. A piosenka tradycyjna, dziecięca, Señor Don Gato, o rozkosznym wstępie do kolejnych kocich narodzin, bo jak wiadomo kot ma „żyć” dziewięć sztuk.

*

(544+1). Odkrywając nieznane części siebie

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jak często startujesz w zawodach? Jak często bierzesz udział w konkursach?
Nie lubisz? Nie jesteś zainteresowany?
Uważasz, że to całkiem bez sensu? Dorośli takich głupot nie robią?
Nigdy do tej pory nie zadałam sobie tych pytań. Umówmy się, byłam zawsze ponad to!
Jednak po sobotnich doświadczeniach zaciekawiła mnie ta oczywista kwestia.
O co chodzi Jabłonko? Ciekawe, prawda? Sprawdzimy? Sprawdzimy! ► cdn.

*

Do zawodów przekonała mnie Altówka, która wysłuchawszy moich wątpliwości, że Henia tak długo była chora, że nie ćwiczyłyśmy; z wdziękiem nie przejęła się siłą tych argumentów i powiedziała: pies nigdy nie jest jeszcze gotów, zawsze jest coś, co warto poprawić, ale tylko zawody sprawiają, że naprawdę się rozwijamy. Nie trzeba było dłużej nad tym debatować. Jabłoń uwielbia się rozwijać, a jak z Henią to jeszcze bardziej uwielbia, więc nie miała już wątpliwości. Altówka miała świętą rację. Wiele rzeczy Heniutka zrobiła bardzo dobrze. Doskonale wiem, nad czym teraz mamy pracować. Dogadujemy się coraz lepiej. Uczymy się siebie nawzajem. No i te fantastyczne chwile niebywałej współpracy. Jesteśmy świetnymi partnerkami!

*

cd. ◄ No więc, nie startujesz? Nie bierzesz udziału? Dlaczego? Boisz się przegrać? Co znaczy dla ciebie przegrać? Czy rzeczywiście przegrywamy zajmując miejsce drugie, trzecie, czwarte... Może jesteśmy nie dość dobrzy? Kto tak uważa? Kto w nas podziela ten pogląd? Co się stanie, gdy przegramy? Inni nas skreślą? Przestaną lubić? Cenić? I co się wtedy stanie? Wyławiam kolejne pytania i czuję jak kurczę się wewnętrznie badając to zagadnienie. O! Super! Skurcz się jeszcze troszkę. Robię się mniejsza i mniejsza, skurczona... jeszcze troszkę mniejsza, jeszcze bardziej skurczona... O, tak! Super! Naprawdę super! Staję się malusieńka i jeszcze bardziej... Kim jestem „ja”, taka malusieńka, taka skurczoniutka? Z niewiedzy, znikąd nagle wyłania się pewność. Jestem nasionkiem, zagęszczoną możliwością, siłą, która rozpycha się, by puścić silny, zwycięski pęd! Bingo! Jestem. Jestem nasionkiem Nowych Możliwości. Jestem Zwycięzcą za każdym razem, gdy postanawiam wyjść poza swoją strefę komfortu, tak jak Ty!

Nooooo, to kiedy następny start?

*

Tego dnia, niestety nie wszyscy, ale... Ci ludzie to Zwycięzcy.
Tego dnia, niestety nie wszystkie, ale... te psy są Nauczycielami:

sobota, września 01, 2012

544. Pierwszoklasistka

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Od zawsze i z uporem maniaka powtarzam swoim studentom (i nie tylko) moje prywatne, życiowe wyznanie wiary:

dopóki się uczysz dla własnej przyjemności,
dopóki masz pasję lub przynajmniej
poszukujesz jej, próbując różnych aktywności,
dopóty nigdy nie będziesz niewolnikiem
.

Bo każda aktywność szlifuje wartościowe kompetencje, poleruje bezcenne cechy i to zawsze, wcześniej czy później, procentuje. Dziś, również Henia przekonała się na własnej skórze, że nauka zawsze się opłaca.

Jest taka zabawka, którą zawsze chciałam Kudłatej kupić, a której zabraniał kupować kategorycznie Sadownik. I... stało się!

Heniutka debiutowała dzisiaj w zawodach Rally-O. W wiadomościach ze Świata podano, że wśród pierwszych dziesięciu psów w klasie pierwszej, pięć było z drużyny ALTO i PrzyjacieleMerlin (2 miejsce). Tori (3 miejsce), Negra (7 miejsce), Hexe (9 miejsce) i Aria (10 miejsce). Więcej, gdy za przejście rajdu każda drużyna psio-ludzko może dostać maksymalnie 200 punktów plus dodatkowe 10 za poprawne wykonanie zadania bonusowego, to psy z pierwszej dziesiątki łącznie zdobyły więcej niż 2000 punktów, a to oznacza, że były bardzo dobrze przygotowane. Jest czego gratulować!

I stało się... kudłaty los zachichotał. Heniutka wśród nagród dostała mgliście do tej pory opisaną zabawkę — gumowego, stylizowanego na zdechłego, kuraka, co piszczy. Jabłoń przeszczęśliwa, Sadownik jęknął a Sierściuch w siódmym niebie!